Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashlynn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashlynn. Pokaż wszystkie posty

1 gru 2017

Od Ashlynn do Sama

Przechyliłam lekko głowę, spoglądając z czułością na Tobiasa, który witał się właśnie z retriverem pani Scottlee, miłej staruszki, która miała go przypilnować do mojego powrotu z umówionego spotkania. Spotkania na które nie miałam najmniejszej ochoty. Spotkania z totalnym idiotą. Innego określenia nie potrafiłam na to znaleźć, a może nawet nie próbowałam tego zrobić, bo to idealnie pasowało do Samuela. Podczas pierwszego spotkania miał ochotę zabić mnie za to, że pozbyłam się jego znajomej, a jakiś czas później pomaga mojemu synowi i zaprasza mnie na kawę. Więc albo cierpi na rozdwojenie jaźni, albo jest po prostu głupi.
Westchnęłam ciężko, przeglądając się jeszcze pospiesznie w jednym z luster wiszących w holu i z ulgą stwierdziłam, że nie wyglądam na kobietę, która zgodziła się na spotkanie z wariatem. Wyglądałam... normalnie. A przynajmniej nie było po mnie widać, że właśnie zmierzam na wymuszone spotkanie. Pomachałam swojemu odbiciu i z nadzieją, że mężczyzna może jednak nie przyjdzie do kawiarni, ruszyłam w kierunku czekającej na mnie taksówki. Mój samochód stał u mechanika, dlatego musiałam zaufać kierowcy "publicznych" linii.
- Gdybym panu zapłaciła, spowodowałby pan wypadek, w którym "przypadkiem" bym zginęła? - mruknęłam pod nosem, niekoniecznie chcąc, by mężczyzna mnie usłyszał. Jednak - jak można było się spodziewać, moje słowa dotarły do jego uszu.
- To dość duża prośba - spojrzał na mnie w lusterku. - Powód jest pewnie równie duży?
Westchnęłam.
- Szczerze mówiąc, tak. Był pan kiedyś na spotkaniu z kimś, kogo najchętniej zrzuciłby z dachu najwyższego wieżowca?
- Nie.
- No właśnie. A ja muszę na nie iść. Zostałam zmuszona.
Z miejsca kierowcy dobiegł mnie cichy śmiech, który - gdyby mężczyzna miał wyższy głos - mógłby przypominać chichot.
- Długo się znacie?
Z trudem powstrzymałam się przed przewróceniem oczami. Gdyby ktoś mi jeszcze kilka dni temu powiedział, że umówię się z nadnaturalnym i w drodze na spotkanie będę o nim rozmawiać z obcym kierowcą, zaśmiałabym się mu w twarz i stwierdziła, że to absolutnie niemożliwe.
- Właściwie, widzieliśmy się dwa razy. Raz przez pięć minut, a powodem kolejnego spotkania był mój syn, którego znalazł i odwiózł do domu. Naprawdę długa historia.
Mężczyzna na chwilę spoważniał, skupiając swoje uwagę na jeździe.
- Nie jestem najlepszym doradcą jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, ale co ci szkodzi spróbować? W każdej chwili możesz uciec.


Westchnęłam głośno, przeczesując palcami po raz ostatni swoje włosy. Nieprzyjście na spotkanie byłoby wyrazem nietaktu z mojej strony oraz powodem, dla którego Samuel mógłby próbować znowu nachodzić mnie w domu. Albo mojego syna. A na zbliżenie się do Tobiasa nie mogłam pozwolić.
Nie planowałam spóźnienia, ale korki w San Lizele potrafią być naprawdę uciążliwe. Nigdy nie można być pewnym, ile zajmie przejazd z jednego miejsca do drugiego. Spędziłam w taksówce ponad pół godziny i miałam jej dość. Mimo miłego towarzystwa starszego pana, nie zamierzałam wracać do wnętrza jakiegokolwiek pojazdu przez najbliższą godzinę.
Zaczęłam rozglądać się po kawiarni w poszukiwaniu nadnaturalnego, a kiedy mój wzrok w końcu na nim spoczął, nagle zapragnęłam obrócić się na pięcie i odjechać stąd jak najszybciej. Nawet taksówką.
- Przepraszam za spóźnienie, korki - odparłam, jakby to wszystko tłumaczyło.
- Nie ma sprawy, zdarza się - wyciągnął bukiet kwiatów w moją stronę. Był nieduży, ale naprawdę śliczny. Jasne róże kontrastowały ładnie z jasnofioletowymi i białymi bzami. - Dla ciebie.
Nie pozostało mi nic innego, jak lekko się uśmiechnąć, chociaż w myślach wyrzucałam je do kosza. Nie dlatego, że mi się nie podobały. Dlatego, że były od niego.
Usiedliśmy przy oszklonej ścianie, wychodzącej na park miejski. Po zamówieniu napojów zapadła niezręczna cisza.
- Więc... czym się zajmujesz? - spróbowałam zagaić rozmowę, typowym pytaniem o zawód. Sam wyraźnie się rozluźnił.
- Jestem chirurgiem.
- Chirurgiem? Wow. Ja za to mam własną kawiarnię. Do tego, jak sam wiesz, dorabiam sobie jako łowczyni, zabijając lekarzom znajomych - odchyliłam się lekko na krześle, z satysfakcją obserwując, jak Sam zaciska szczęki.

Samuel?

1 paź 2017

Od Ashlynn do Sama

- Mamo?
Na moment oderwałam spojrzenie od ekranu komputera, przenosząc je na mojego pięcioletniego syna, stojącego w drzwiach. W lewej rączce trzymał łapkę swojego pluszaka-smoka, który końcem niebieskiego ogona smętnie zmiatał cedrową podłogę. Odepchnęłam się od biurka, zgrabnie zeskakując z krzesła. Kucnęłam następnie tuż przed Tobiasem, który od razu objął mnie za szyję, chowając twarz w moich włosach.
- Co się stało, aniołku? - Toby odsunął się ode mnie, a ja przechyliłam głowę, jakby to miało pomóc mi odnaleźć powód jego zaczerwienionych oczu i wąskich ustek wygiętych w podkówkę.
- Pod moim łóżkiem siedzi potwór - odsunął się ode mnie, wpatrując się w moją twarz wciąż błyszczącymi od łez oczami. - Pan Ząbek też się go boi.
- No co ty - delikatnie wzięłam od niego pluszowego zwierzaka. - Panie Ząbku, ładnie to tak? Przecież jesteś straszliwym smokiem. Z łatwością wystraszysz tego potwora.
Toby uśmiechnął się lekko, przejmując ode mnie z powrotem błękitnego smoka.
- Mówi, że spróbuje.
Cmoknęłam go w czoło.
- No widzisz. A teraz oboje uciekać do łóżka!
Toby zaśmiał się radośnie, a tupot jego bosych stóp jeszcze przez chwilę rozlegał się wśród ścian domu.
Jeszcze przez chwilę siedziałam przy komputerze, bawiąc się w papierkową robotę zleconą mi przez Trinity, agencję zrzeszającą łowców, w której od jakiegoś czasu pracowałam. Mimo iż nie siedziałam tam od dawna, byłam już dosyć wysoko postawioną łowczynią, co było zasługą mojego poprzedniego pracodawcy. Kiedy złożyłam wypowiedzenie, wiedząc, że żeby pracować tak jak dawniej, musiałabym być w Bostonie co najmniej dwa razy w tygodniu, mój były szef wysłał do właściciela Trinity list polecający i to właśnie dzięki niemu nadal mogłam zarabiać jako łowca, nie martwiąc się o brak wynagrodzenia. Wyznawałam jednak zasadę, że to nadnaturalny musi zaatakować mnie pierwszy, żeby jego śmierć była nie wynikiem ataku, ale samoobrony. Poza tym, gdyby osobnik był spokojny, nigdy bym go nie tknęła. Musiał stanowić zagrożenie.
Dopiero, kiedy miałam pewność, że Tobias zasnął, przebrałam się w wygodniejszy strój, jak zwykle stawiając na czarne spodnie, bluzkę i narzuconą na nią skórzaną kurtkę w tym samym kolorze z symbolem Trinity na wysokości mięśnia naramiennego. Ciemnoczerwona róża o rozchylonych płatkach i jednym, zielonym liściu. Do mechanizmów schowanych w rękawach nakrycia włożyłam swoje noże, by w razie czego - niczym assasyn - szybko je wyciągnąć i wbić w pierś przeciwnika. Dzięki specjalnej budowie, z jednej strony ostrze było zrobione ze złota, z drugiej ze srebra. Obie części były pokryte przeróżnymi runami, dlatego nie musiałam dźwigać całej zbrojowni, by poradzić sobie we walce.
Wsunęłam stopy w wygodne nike'i i starając się nie obudzić syna, wymknęłam się za drzwi, zamykając je z wyjątkową ostrożnością. Od samego początku moim największym priorytetem było zapewnienie mu dostatniego życia, jednak na równi z tym stało również moje postanowienie, by nie łączyć nocnej pracy z życiem Tobiasa. Jako że był on człowiekiem, nie musiał wiedzieć o otaczającym go nadnaturalnym świecie. Musiałam go przed nim chronić.
Z zamyślenia wyrwało mnie donośne warknięcie. Szybko skryłam się za murem budynku i z uwagą obserwowałam spacerującego ulicą osobnika. Ciało kobiety porośnięte było futrem i chociaż sylwetka przypomniała ludzką, zachowanie szybko skreślało ją z listy jako człowieka. Zdecydowałam się ją obserwować, dlatego najciszej jak potrafiłam, podążyłam za nią. Skradanie się przerwałam, kiedy ta sama kobieta zaczęła zbliżać się do grupki nastolatków, siedzących w parku. Nie mogłam pozwolić, by ją dostrzegli. Po pierwsze, gdyby byli ludźmi, szybko rozniosłaby się wieść o zmutowanych wilkach grasujących podczas pełni po ulicach San Lizele. Po drugie, gdyby okazali się nadnaturalnymi, łowcami albo nadnaturalnymi, wywiązałaby się walka, ściągająca jedynie problemy. Odgłosy walki zwróciłyby uwagę ludzi siedzących w domach, a wtedy wyszliby oni na ulicę, ściągając na siebie uwagę rozjuszonych stworzeń. Zgrabnym, niemal niesłyszalnym dla ludzkiego ucha ruchem wyciągnęłam z kieszeni ukrytej w wewnętrznej stronie kurtki długi, wąski sztylet i wycelowawszy, rzuciłam nim w kierunku wilkołaka. Najwyraźniej posiadaczka genu nie zdążyła wyszkolić się w walce, bowiem nóż szybko przeciął jej skórę, raniąc ją dzięki odpowiedniemu ostrzu. Normalny nóż nie zrobiłby jej krzywdy, ledwo by ją zranił. Ale odpowiedni kruszec sprawiał, że skóra nadnaturalnego była niczym masło. Większość przedstawicieli tego gatunku potrafiła usłyszeć i uniknąć lecącego sztyletu, a tym samym zlokalizować kierunek, z którego ktoś rzucił broń. Ta jednak padła momentalnie tuż po tym, jak z jej ust wydobył się zduszony jęk. Przez chwilę mrugała jeszcze, zaskoczona faktem, że została zaatakowana, a następnie po prostu znieruchomiała, nie licząc unoszącej się klatki piersiowej, kiedy płytko oddychała.
Chciałam wyrwać jej nóż z piersi, ale nim zdążyłam podejść i go zabrać, ktoś krzyknął, tym samym zwołując ludzi do nieruchomego ciała. Kolejna osoba zajęła się oglądaniem leżącej kobiety, która w chwili upadku, wróciła do ludzkiej formy.  Któryś z gapiów zadzwonił na pogotowie. Chwilę później przyjechała karetka, która zabrała wilkołaczkę do szpitala. Moje noże miały zamontowane coś w stylu nadajnika GPS, dlatego bez problemu mogłam namierzyć, gdzie ją zabierają i przy najbliższej okazji odebrać swoją broń. A że miałam całkiem sporo dobrego czasu, dlatego zadzwoniłam po taksówkę. Auto, które zjawiło się po dziesięciu minutach, zawiozło mnie prosto do szpitala.
Chwilę zajęło mi wymuszenie łez i rozmazanie tuszu, ale kiedy udało mi się to zrobić, podbiegłam do stanowiska rejestracji.
- Przepraszam bardzo - pociągnęłam nosem i zająknęłam się dla lepszego efektu. - Przed... przed chwilą przywieziono tutaj staruszkę, z Court Street.
- Jest pani kimś z rodziny? - dziewczyna za ladą była bardzo młoda, mogłabym jej dać maksymalnie dwadzieścia dwa lata. Najwyraźniej nie była jeszcze zapoznana ze szpitalnymi zwyczajami, bo nawet nie poprosiła mnie o podanie dokumentów, które mogłyby potwierdzić pokrewieństwo. Uniosła tylko jedną brew i zacisnęła pokryte pomarańczową pomadką wąskie usta w cienką linię.
- Siostrzenicą - przyłożyłam dłoń do ust, żeby stłumić fałszywe łkanie. - Ja...
- Jest obecnie na bloku operacyjnym, proszę poczekać przed drzwiami - zerknęła na papiery, po chwili ponownie zawieszając spojrzenie na mojej twarzy.  - To będą ósme drzwi na lewo.
- Dziękuję - westchnęłam z ulgą, kierując się we wskazanym kierunku. Zza ściany dochodziły dźwięki krzątaniny lekarzy, a co jakiś czas korytarzem przechodziła pielęgniarka, rzucając w moim kierunku pełne współczucia spojrzenia.
Jakiś czas później z pomieszczenia wyszli lekarze, a kilkanaście minut później łóżko szpitalne zakryte zielono-niebieską płachtą. Zwłoki. Nie miałam jednak czasu na rozpaczanie nad losem zmarłej kobiety i ukradkiem wcisnęłam się przez zostawione przez jednego z chirurgów otwarte drzwi. Ku mojemu zadowoleniu nikt nie zabrał ze sobą ostrza. Szybko zgarnęłam go do wewnętrznej kieszeni i jeszcze szybciej, ale równie ostrożnie wymknęłam się ze szpitala.
Jednak zamiast wrócić do domu i położyć się w wygodnym łóżku, i spędzić spokojnie noc, jak przystało na normalną matkę, postanowiłam poszlajać się jeszcze po mieście, licząc na choć chwilę rozrywki. Nie zamierzałam nikogo zabijać, a jedynie poobserwować nadnaturalnych, którzy mogliby mi "przypadkiem" zastąpić drogę.
Ku mojemu zadowoleniu - ale i szczeremu zaskoczeniu - natknęłam się na aż dwójkę. Wilkołak atakował jakiegoś mężczyznę, który początkowo wydawał mi się być łowcą. Dopiero później jego zachowanie zdradziło nadnaturalny gen.
W pewnej chwili, kiedy udało mu się oszołomić na chwilę wilkołaka, postanowił skorzystać z okazji i po cichu się ulotnić. Mógł stanowić zagrożenie, a ja nie mogłam pozwolić, żeby chodził sobie po mieście i wybuchał hydranty.
Wychodząc ze swojej kryjówki, strzeliłam do leżącego nieruchomo wilkołaka i zanim odchodzący mężczyzna zdążył się obrócić, przyparłam go do muru, od razu przystawiając mu ostrze sztyletu do gardła.
Szatyn zmarszczył czoło, mierząc moją twarz ciekawskim spojrzeniem.
- To chyba nie jest najlepsze rozwiązanie. - uniósł brwi, spoglądając na znajdującą się pod moimi nogami studzienkę. Szlag. Miałam nadzieję, że obudzi się w nim dżentelmen i nie spróbuje użyć swoich umiejętności, by mnie wykatapultować. Cholera, posiadanie dodatkowych umiejętności bardzo ułatwia im życie.
- Czym jesteś? - syknęłam, utrzymując kamienną twarz.
- Niegroźną istotą, która wracając z pracy natknęła się na wilkołaka, chcącego odebrać mu życie. Może wyskoczymy na kawę? - spytał, a ja przewróciłam oczami, słysząc kiepski żart. - Nie sądzisz, że głupio zabić lekarza? Kogoś, kto służy społeczeństwu?
Fakt.
1:0 dla ciebie, dupku.
- Idź - westchnęłam, odsuwając nóż od jego szyi. Zrobiłam krok do tyłu, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - zanim zmienię zdanie.
Nadnaturalny stał jednak nieruchomo. Jego dotąd nieruchoma twarz drgnęła, kiedy zdołał przyjrzeć się jednemu z moich noży.
- Czas ucieka - mruknęłam.
- Szybko pofatygowałaś się do szpitala, by odzyskać nóż. Świetna robota, ostrze jest ze srebra, prawda? Wspaniale ci poszło, ta kobieta zmarła. Zresztą, po co ci to mówię? Wy nie macie uczuć. Nie ważne, że miała rodzinę i nie chciała nikogo skrzywdzić. Była inna, więc trzeba było ją zabić.
Nakręcił się niczym małpka-robocik rodem ze starszych filmów. Miałam wrażenie, że zaraz zacznie chodzić w kółko i mruczeć pod nosem ten swój monolog.
- Nie wrzucaj wszystkich do jednego worka, skoro zginęła, musiała mieć coś na sumieniu. Musiała zaatakować człowieka.
Trafiłam chyba w czuły punkt, bo pokrywa studzienki została wyrzucona w górę przez hektolitry wody. Poczułam tylko jak moje stopy odrywają się od stabilnego podłoża, a następnie przeturlałam się kilka metrów po asfalcie. Złość nie pozwalała mi przejmować się drobnymi ranami i mnóstwem zadrapań, które pojawiły się na moich rękach i nogach.
- Chcesz się bawić, doktorku? Czy dla swojego dobra pójdziesz grzecznie do domu? - rzuciłam z wyraźną irytacją, podnosząc się z ziemi.
- Skarbie, nie mam dziś ochoty na takie rzeczy. Jestem dość niegroźnym osobnikiem i jakoś humor mi nie sprzyja, by się bawić. - znowu zmarszczył brwi, a moje palce instynktownie zacisnęły się na rękojeści noża tak mocno, że pobielały mi knykcie. - Powiedz mi chociaż jak masz na imię, żebym wiedział kogo zapraszam na kawę.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że w każdej chwili mogę rzucić nóż i...
- ... i zabijesz mnie tak samo, jak zabiłaś Agnes - przerwał mi. - W porządku, nie przeszkadza mi to. Powiedz mi tylko jak masz na imię, a już mnie tu nie ma.
- Loren - rzuciłam krótko, podając mu swoją szkolną ksywkę i nie oglądając się za siebie, ruszyłam w kierunku domu.

~~*~~
Cholera, cholera, cholera.
Obcy w moim domu.
Z Tobiasem.
Zdążyłam go zostawić na dosłownie pięć minut, a już ktoś próbuje porwać mi dziecko. Okej, może niekoniecznie porwać, bo Toby obecnie siedzi bezpiecznie w domu, jednak kto jest na tyle głupi, żeby zabierać czyjegoś syna?
Z nerwów niemal spowodowałam na skrzyżowaniu stłuczkę.
Szybko wyskoczyłam z samochodu, a zanim dostałam się do wnętrza domu, jeszcze przez chwilę mocowałam się z zamkiem w drzwiach, co tylko spotęgowało moją irytację.
Jednak kiedy już zdołałam dostać się do środka, zdenerwowanie zmieniło się w zaskoczenie, bowiem moje spojrzenie napotkało nikogo innego niż poznanego kilka dni temu nadnaturalnego.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko na mój widok, ale w jego oczach dostrzegłam zdumienie nie mniejsze niż moje.
- Loren... a właściwie Ashlynn. Nie martw się, zapłacę za drzwi balkonowe.
Przewróciłam oczami.
W tej chwili z łazienki wybiegł Tobias, który od razu rzucił mi się w ramiona. Podniosłam go, chowając w nos w jego pachnących karmelowymi cukierkami włoskach i cmoknęłam go szybko w czoło. Zlustrowałam jego twarz, ale nie widząc żadnych zadrapań, odetchnęłam z ulgą.
- Skarbie, idź na chwilę do swojego pokoju. Mamusia musi porozmawiać z panem - uśmiechnęłam się lekko, stawiając go na podłodze.
Toby skinął mi szybko głową i podreptał do swojej sypialni. Kiedy zniknął za drzwiami, zwróciłam się do mężczyzny.
- Mam gdzieś twoje pieniądze - mój ton zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Przed chwilą był pełen czułości i życzliwy, teraz chłodny i pełen wyraźnej niechęci. - Zapłacę sama. A teraz wybacz, ale nie jesteś tu mile widziany.
Kącik jego ust uniósł się lekko ku górze.
- Uratowałem twoje dziecko, wydaje mi się, że dziękuje się inaczej.
- Nie musiałeś, wielki panie bohaterze. Nic mu nie groziło.
Spojrzał na mnie, a jego oczy błyszczały szelmowsko.
- No tak, przecież zamieszki w centrum są całkowicie niegroźne.
Westchnęłam.
- Czego chcesz w takim razie? - spytałam, zaciskając dłoń na torebce.
- Umówić się na kawę.
Parsknęłam.
- Nigdy. 
- Jak chcesz, ale mam twój numer. Mogę dzwonić i dzwonić - uśmiechnął się, a ja zacisnęłam usta w wąską linię. 
Westchnęłam po raz kolejny, jednak tym razem z wyraźną rezygnacją.
- Niech ci będzie. Jedna kawa i jesteśmy kwita. Sobota, trzynasta, kawiarnia na Houston. 

Sam?


28 lip 2017

"Cicho, cicho dzieci. To nie demony, nie diabły... Gorzej. To ludzie."

KONTAKT: Howrse: Aleksa2003 | Gmail: lexie.black01@gmail.com
Nick na chacie: Louise

Ashlynn Rose Seifert

22 lata | Kobieta | Łowca
Opis:
Tłum ludzi spacerujących po ulicach San Lizele. Wśród nich - ona. Niewyróżniająca się z tłumu, zwykła. Średniego wzrostu, wynoszącego sto sześćdziesiąt osiem centymetrów, szczupła blondynka o kobiecej, zgrabnej sylwetce. Jej waga waha się pomiędzy pięćdziesięcioma dwoma, a pięćdziesięcioma sześcioma kilogramami, a jest ona zależna od pory roku.  Ładną, sercowatą twarz łagodnie okalają jasne kosmyki długich do ramion włosów z widocznymi ciemnymi odrostami, które przechodząc w pasemka, przeplatają się z tymi blond. Pod "złamanymi" brwiami błyszczą całkiem duże oczy, których tęczówki mają barwę zgaszonego groszku. Otoczone przez wachlarze długich rzęs, które Ashlynn nieustannie podkreśla czarnym tuszem. Nieco niżej, tuż pod nosem znajdują się jasne, półpełne usta, zazwyczaj wygięte w delikatnym uśmiechu. Blada skóra Amerykanki ku jej niezadowoleniu nie opala się. Mimo długiego kontaktu ze słońcem pozostaje jasna, jednak nie w ten niezdrowy, chorobliwy sposób. Od czasów dzieciństwa blondynka uwielbia jeansy, które nosi najczęściej, zestawiając je z luźną koszulką. Nie znaczy to, że nie lubi sukienek, bo i te chętnie założy. Co prawda nie przepada za wciskaniem stóp w buty na obcasie, preferuje obuwie sportowe, jednak jeśli wymaga tego sytuacja włoży szpilki i przy odrobinie wysiłku, nie zabije się po dwóch krokach.
Już jako ośmioletnie dziecko Ashlynn chciała studiować medycynę na jednej z najlepszych amerykańskich uczelni. Tak jak dziewczynki w jej wieku wyobrażają sobie, że są księżniczkami, syrenkami albo wróżkami, ona udawała, że jest studentką Harvardu. Jej pokój zawalony był dziesiątkami książek, a co najmniej połowa dotyczyła tematyki medycyny albo przynajmniej była z nią choć troszeczkę związana. Dostanie się na uniwersytet było jej marzeniem i każdą wolną chwilę spędzała na nauce, aby osiągać jak najlepsze wyniki na każdym sprawdzianie, kartkówce czy egzaminie. Zgłaszała się do każdego konkursu, każdego kółka zainteresować czy pomocy przy zbliżającej się szkolnej zabawie. Im więcej było tego typu rzeczy, tym więcej mogła napisać na podaniu na studia, przez co stawało się one atrakcyjniejsze. Wydawać by się mogło, że marzenie jest na wyciągnięcie jej ręki, jednakże w spełnieniu snu przeszkodziło jedno. Mianowicie, dziecko. Już jako siedemnastolatka, dziewczyna zaszła w ciążę-wpadkę ze swoim chłopakiem - Oliverem Fletcherem, przez co przerwała naukę. Ówczesny partner dziewczyny, kiedy tylko dowiedział się o ciąży Ash, wyjechał z kraju, nie zostawiając po sobie nawet głupiego listu. Przez pewien krótki okres czasu dziewczyna rozpaczała, tęskniąc za swoją nastoletnią miłością, ale kiedy pogodziła się z jego odejściem, obiecała sobie, że zrobi wszystko, by ich dziecko odczuło brak ojca w jak najmniejszy możliwy sposób. Rodzice Ashlynn z początku byli negatywnie nastawieni do mającego im się urodzić wnuczka, a kiedy dowiedzieli się o ciąży córki, ojciec pod wpływem impulsu chciał wyrzucić ją z domu. Na szczęście dał się udobruchać żonie, która jak zawsze zachowała spokój. Mijały dni, a kiedy po porodzie wzięli na ręce małego Tobiasa, pokochali go całych sercem, a mały chłopiec stał się ich oczkiem w głowie. Wesoła sielanka nie trwała jednak długo, bowiem ojciec dziewczyny został wezwany przez amerykański rząd na wojnę. Najwidoczniej odnaleźli w stosie starych papierów dokumenty świadczące o jego przynależności do wojska i korzystając z okazji, wysłali go na wojnę do Iraku. Poza dwoma krótkimi wiadomościami, które wysłał po tygodni, rodzina nie miała z nim kontaktu. W końcu nadszedł czas powrotu. Nie należał on do grona szczęśliwców, bowiem kiedy jego córka przyszła na lotnisko, by powitać go ponownie w ojczyźnie, mężczyzna nie wyszedł z samolotu.
Blondynka stała na lądowisku do wieczora, a kiedy niebo zmieniło barwę na czerń, pozbawiona jakichkolwiek nadziei młoda kobieta wróciła do domu. Mimo nerwowego usposobienia ojca i jego surowości, dziewczyna bardzo go kochała, a jego utrata zabolała ją bardziej niż wcześniejsza ucieczka ojca Tobiasa. Jej matka nie płakała. Wiedziała co znaczy brak listów i jakichkolwiek wieści od męża, ale zamiast pogrążyć się w żałobie, zajęła się wnukiem, próbując wytłumaczyć mu, dlaczego już nigdy nie zobaczy ukochanego dziadka. Kilka dni później rodzina otrzymała "najszczersze kondolencje" od samego prezydenta. Tak naprawdę każdy zdaje sobie sprawę, że listy o tej tematyce wysyłają wynajęci do tego ludzie. Na widok sformułowania "...był jednym z najlepszych żołnierzy..." dziewczyna miała ochotę pojechać do Waszyngtonu i osobiście pomóc prezydentowi udławić się tym listem, bowiem doskonale wiedziała, że jej ojciec miał problemy z utrzymaniem większego pistoletu, a jego bieg miał tempo truchtu. Mimo możliwości Ashlynn nie wróciła na studia. Przeprowadziła się wraz z synkiem do San Lizele, gdzie otworzyła własną kawiarnię, chcąc się usamodzielnić.
Gdyby ktoś musiał znaleźć cielesny, ludzki przykład określenia "dziewczyna z sąsiedztwa" bez chwili namysłu wskazałby Ashlynn. Kobieta bardzo dba o to, by mieszkający obok niej ludzie myśleli o niej jak o osobie, od której zawsze można pożyczyć cukier albo zwierzyć się bez obaw, że później powtórzy to którejś z osiedlowych plotkarek. Wzór cnót. W ich oczach jest samotną matką, porzuconą przez bezdusznego potwora, która stara się zapewnić dziecku jak najlepsze życie. To akurat nie tylko gra pozorów, bowiem kobieta całym sercem kocha synka i poświęciłaby dla niego wszystko. Często jest wobec niego nadopiekuńcza, jednak i to można szybko wytłumaczyć, bowiem Ash zdaje sobie sprawę z ryzyka związanego z byciem aktywnym łowcą i nie zamierza dopuścić, by bariera, którą stworzyła by oddzielić życie prywatne od świata nadnaturalnych runęła. Wiadomość, że jej syn nie odziedziczył po niej genu łowcy, w pewnym stopniu ją uspokoiła. Od tamtego momentu zamiast martwić się o jego przyszłość, mogła skupić się jedynie na trzymaniu go z daleka od "nocnego świata". Kiedy lepiej się ją pozna, można zauważyć, że jej pozorna dobroć wcale nie jest taka fałszywa. Fakt faktem, że będzie ukryta pod kolejną warstwą chłodu i obojętności. Drobna cząstka, niewielkie światełko prawdziwej życzliwości, którą ma w sobie kobieta, szybko rośnie w towarzystwie osób, na których jej zależy. Co prawda nadal będzie przeplatana ze złośliwościami i drobnymi uwagami, ale czytając pomiędzy wersami, zauważyć się da niezwykłą troskliwość jaką obdarza ludzi, którym ufa. Nie jest ani optymistką, ani pesymistką. Nawet nie realistką. Każde z tych trzech nastawień w niej siedzi i czasami jedno z nich staje się tym dominującym. Pewnego razu może ci się wydać, że masz przed sobą osobę naiwnie wierzącą w lepszą przyszłość, a zaraz pomyślisz o niej jako o okropnym czarnowidzu, który nie widzi światełka w tunelu, inaczej nadziei.
Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale Ashlynn jest strasznie złośliwa z natury. Kiedyś mówiła to co myśli, nie zastanawiając się nad konsekwencjami, ale lata praktyki sprawiły, że zanim coś powie, chwilę pomyśli. Nauczyła się gryźć w język, więc kiedy jest w stosunku do kogoś wredna, doskonale wie, co robi.  Z racji tego, iż jest dość dobrym kłamcą - manipulowanie prawdą ćwiczyła między innymi podczas rozmów z ciekawskim synem albo towarzyskimi nadnaturalnymi - potrafi podświadomie wyczuć, kiedy ktoś próbuje ją oszukać. W tej kwestii jest hipokrytką, bo kiedy ona nie potrafi znieść, gdy ktoś ją okłamuje, sama nie ma przed tym zahamowań. Tłumaczy sobie to obowiązkiem chronienia Toby'ego. Nie jest osobą lekkomyślną, wręcz przeciwnie, czasami zbyt długo zastanawia się podejmując decyzję. Należy do osób towarzyskich. Zbyt długa samotność ją dołuje, dlatego nawet jeśli wraz ze znienawidzoną przez siebie osobą wylądowałaby na bezludnej wyspie, w końcu przełamałaby się i porozmawiała z nią, łaknąc towarzystwa i luksusu rozmowy.
Jest bardzo dobrym obserwatorem. Nawet jeśli nie bierze bezpośredniego udziału w rozmowie, potrafi wyłapać i zapamiętać informacje, które wydają jej się ważne, a następnie użyć ich w stosownej chwili. Szybko łączy fakty, co świadczy o jej inteligencji. Cecha ta bardzo ułatwia jej życie. Zarówno prywatne, jak i służbowe. Nie papla, jednak nie jest też osobą małomówną. Dawkuje słowa, odpowiednio przytakując lub wtrącając coś od siebie, jeśli rozmówca tego wymaga. Należy do osób spokojnych, dość trudno ją zdenerwować, a nawet gdyby jakimś cudem tak się stało, umiejętnie ukryłaby emocje pod kamienną maską obojętności. Oczywiście zdarzają się niewielkie odstępstwa od jej zwyczajnych zachowań, ale jak powszechnie wiadomo, wyjątek tylko potwierdza regułę. Nie można odmówić jej odwagi, jednak do poziomu brawury jej bardzo daleko. Tak naprawdę jej obecność zależy od danej sytuacji, bo w pewnych chwilach Ashlynn ogarnia ogromna nieśmiałość i niemożność wyduszenia choćby słowa, a czasami potrafi stanąć w obronie ofiary wendigo albo innego, niebezpiecznego dla ludzi nadnaturalnego.
Już jako nastolatka uwielbiała seriale, zyskując w oczach kolegów i koleżanek z klasy miano telewizyjnego geeka. Nie wiedziałeś co ciekawego obejrzeć? Wystarczyło napisać, a twój telefon został zasypany tytułami serii filmowych o różnorakiej tematyce. Nawet teraz, jako dorosła kobieta uwielbia weekendowe wieczory, które spędza na nadrabianiu lecących w ciągu tygodnia odcinków. Kolejnym hobby kobiety jest muzyka. Chociaż śpiew wychodzi jej średnio, nauka w szkole muzycznej nie poszła na marne, bo do dziś, Ashlynn potrafi grać na fortepianie i gitarze, a także zna podstawy gry na skrzypcach. Próbowała kiedyś swoich sił w tańcu, towarzyskim i nowoczesnym, jednak skręcona kostka dała jej do myślenia i porzuciła próby przyswojenia skomplikowanych układów tanecznych. Naturalnym jest, że przy posiadaniu cukierni potrafi piec i gotować. Może nie jest kucharką na miarę królewskich standardów, ale z pewnością wyróżnia się spośród mam, gotujących swoim dzieciom na obiad zupki warzywne i kotleciki w panierce. Jest wysportowana i dobrze rozciągnięta, co przy jej drugiej profesji jest dość ważne. Nie należy do osób najsilniejszych, ale brak tężyzny fizycznej nadrabia zręcznością i zwinnością. Chociaż kiepsko radzi sobie z bronią palną, bo kiedy się stresuje, strasznie trzęsą jej się ręce. Dlatego używa krótkiego nożyka, którego ostrze składa się z dwóch części; tej ze złota i tej ze srebra.
Dzięki kursom internetowym opanowała język hiszpański, którym posługuje się biegle, a także próbowała przyswoić trochę francuskiego, jednak jeśli chodzi o ten drugi, potrafi jedynie się przedstawić i powiedzieć, że nie rozumie. Lepsze to niż nic. 
Stosunki: 
Kate Hamilton-Seifert - matka, zawsze uspokajała męża i chłodziła jego nerwowy charakter. To właśnie ona przekonała męża, żeby nie wyrzucał z domu córki, ale pomógł jej w opiece nad dzieckiem. Pokochała nowego członka rodziny całym sercem, a poprzedni sceptycyzm nagle zniknął.
Miles Seifert - ojciec, zawsze był strasznie surowy, a na wieść o ciąży córki chciał wyrzucić ją z domu. Na szczęście nie zrobił tego. Dopiero później przekonał się do wnuczka, stając się niemal perfekcyjnym dziadkiem. Uwielbia małego Tobiasa, nawiasem mówiąc, ze wzajemnością.
Oliver Fletcher - były chłopak i ojciec Tobiasa. Kiedy dowiedział się o ciąży dziewczyny, uciekł na Ibizę. Od tego czasu nie próbował nawiązać kontaktu z dzieckiem i jego matką.
Tobias "Toby" Seifert - pięcioletni syn Ashley i Oliviera, chłopiec jest dla kobiety całym światem. Ashlynn stara się robić wszystko, by dziecko jak najmniej odczuło brak ojca.

Ciekawostki:
* Uwielbia Imagine Dragons, Eda Sheerana, a w szczególności Adele. Podważysz talent muzyczny brytyjskiej piosenkarki? Od razu obmyślaj plan ucieczki.
* Cierpi na nietolerancję glutenu.
* Przejęła od swojej matki zdrowy nawyk picia soków ze świeżych owoców i zamiast porannej kawy sięga po właśnie wyciśnięty napój.
* Siedząc w domu, ubiera swoje długie kolorowe skarpetki. Po części dlatego, że jest okropnym zmarzluchem, a po części dlatego, że są one śliczne i przede wszystkim mięciutkie. 
* Czytając książkę zawsze zaznacza w nich swoje ulubione cytaty za pomocą długopisu lub kolorowych karteczek. Czasami nawet rysuje na marginesach. Z tego właśnie powodu nie zakładała karty w miejskiej bibliotece, wiedząc, że "bazgrze po stronach bezwiednie.
* Uwielbia serial Glee, więc nic dziwnego, że w każdy weekend siada z Toby'm na kanapie, by obejrzeć kolejny odcinek.
* Jest fanką Spider-mana, a w jej biblioteczce tuż obok książek można znaleźć zarówno te stare jak i nowe komiksy o człowieku-pająku. Nawiasem, nigdy nie mów w jej towarzystwie, że lubisz Steve'a Rogersa. To tak ostrzegawczo.