Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James. Pokaż wszystkie posty

1 lis 2017

Od Jamesa do Koyori

               Noc w szpitalu była jeszcze większym koszmarem, niż dzień w szpitalu. Kiedy skończyła się pora odwiedzin i Koyori musiała mnie zostawić w tym koszmarnym miejscu, myślałem, że od samej świadomości mojej obecności tutaj, zejdę na zawał. Chciałem skontaktować się jeszcze z siostrą, lecz nie miałem jak. No i najwyraźniej była czymś zajęta. Podczas naszej krótkiej rozmowy wydawała się zdenerwowana. Trochę się o nią niepokoiłem. Choć pewnie niepotrzebnie. Zazwyczaj tak wyglądały nasze rozmowy. Ale jednak…
               Ja zaraz oszaleję. Jestem tutaj sam dopiero od dwudziestu minut, a moje myśli już mnie zalewają. Nawet nie mam tu nic, aby zabić czas. Żadnego telefonu, gry, kart, nawet książki!
Ale jak już wspominałem na początku. Noc była jeszcze gorsza, niż dzień. Wyobraźcie sobie najgorszy koszmar, jaki w życiu widzieliście i umieśćcie go w szpitalu. Tak to właśnie wyglądało. Cisza dookoła, przerywana jedynie cichym pikaniem maszyn oraz sporadycznymi wrzaskami na korytarzu. Jarzeniówki na korytarzy zapalały się i gasły. Kilka razy w nocy słyszałem również poruszenia, podniesione głosy i dźwięk odbijających się w biegu kroków. Wtedy wiedziałem, że właśnie w tej chwili, w tym miejscu toczy się walka o czyjeś życie. I niestety nie kończyło się dobrze.
Ja jako feniks nie rozumiałem istoty śmierci. Nie łatwo zabić istotę taką, jak ja. A nawet jeżeli się uda, to odradzam się w nowej postaci.
               Kiedy następnego dnia odwiedziła mnie Koyori, spojrzałem na nią niemal z wdzięcznością. Gdy tylko weszła do pokoju, stanęła jak wryta na mój widok, a ja już wiedziałem, że cała nieprzespana noc odzwierciedlała się na mojej twarzy.
- Lepiej nie pytaj – powiedziałem jak gdyby nigdy nic, aby zacząć jakoś rozmowę i jak najszybciej zakończyć temat tego, co się działo przez ostatnie kilka godzin.
- Jak się dzisiaj czujesz?
- Znacznie lepiej, od kiedy przekroczyłaś próg tych drzwi. – zaśmiałem się lekko, a w odpowiedzi dostałem rumieniec dziewczyny.
Podeszła nieśmiało i usiadła na krześle obok mojego łóżka, nerwowo spoglądając na zegarek.
- Wszystko w porządku? – spytałem, uważnie się jej przyglądając
- Jasne. Mam coś dla ciebie.
Kiedy ujrzałem w jej rękach książkę, niemal wyskoczyłem z tego łóżka i ją ucałowałem.
Wziąłem egzemplarz w twardej oprawie i się jej przyjrzałem.
- Charles Dickens? – spojrzałem zaskoczony na dziewczynę – Świetny wybór.
Czas przeznaczony na wizytę zaczęliśmy spędzać na miłej rozmowie. Muszę przyznać, że na początku byłem trochę niechętny, jeżeli chodzi o opowieści rodzinne, dlatego szybko zeszliśmy na neutralne tematy. Już od bardzo dawna nie rozmawiałem tak długo z nikim. Chyba izolacja Aurayi zaczęła mi się trochę udzielać.
               Im robiło się później, tym Koyori częściej zerkała na telefon. Widziałem napięcie i lekką nerwowość.
- Koyori, powiedz mi, co się dzieje. – przerwałem jej w pewnym momencie. Uważnie jej się przyglądałem. – I nie próbuj niczego przede mną ukrywać.
Dzięki siostrze stałem się chyba mistrzem w wykrywaniu kłamstw.
- Chodzi o to, że… dzisiaj jest pełnia. Martwię się. Zwłaszcza o brata. Nie panuje nad sobą jeszcze zbyt dobrze podczas pełni.
Pełnia… Ale co ma pełnia wspólnego z tym wszystkim. I wtedy mnie olśniło. To było tak, jakby grom uderzył mnie w moją głupotę. Przecież Koyori i jej brat są wilkołakami.
- To co ty tutaj jeszcze robisz?
- Prosiłeś, żebym przyszła.
- Bo nie wiedziałem, że dzisiaj jest pełnia. Nie chcę, aby coś się stało tobie lub twojemu bratu. Nie wybaczyłbym sobie, zwłaszcza, że to wszystko byłaby moja wina. Masz w tej chwili wrócić do domu i odpowiednio wszystko przygotować. Idę z tobą.
- Nie możesz opuszczać szpitala jeszcze do jutra.
- Cholerny szpital i cholerna rana. A więc zrobimy tak. Prosiłbym, abyś zostawiła tutaj telefon i jakiś numer kontaktowy. Zwrócę ci go jutro. Kiedy przyjedziesz do domu, zadzwonisz do mnie. W nocy jeszcze będę dzwonić, aby upewnić się, że wszystko w porządku. Jeżeli coś by się zaczęło dziać, również dzwonisz do mnie.
Dziewczyna spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Nie przesadzasz trochę.
- Ani trochę. – No dobra… może trochę. Przyzwyczaiłem się już do niekonwencjonalnych środków wobec siostry, ale się do tego na głos nie przyznam. – Zgoda?
- Nie jes…
- I tak mi bardzo już pomogłaś. W zasadzie uratowałaś mi życie przynosząc mi książkę do szpitala. Nie martw się. A teraz lepiej już idź i zaopiekuj się bratem. Robi się coraz ciemniej. Jutro też jest dzień i również można się spotkać – uśmiechnąłem się na potwierdzenie moich słów i aby stać się bardziej przekonującym.


Koyori?

Od Jamesa do Koyori

               Spojrzałem na dziewczynę lekko zdziwiony. Parą? Znamy się ledwie kilka godzin. A poza tym ja na nic nie wyrażałem zgody. Zresztą nie powinno się najpierw lepiej jakoś poznać czy coś? Przecież powinny być jakieś zasady postępowania.
- Słucham? – tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić. – Ja wiem, że jestem rozchwytywany, ale może najpierw jakieś spotkanie zapoznawcze?
Koyori wyglądała, jakby się miała zaraz zapaść pod ziemię. Muszę przyznać, że czułem się podobnie, choć starałem się to choć trochę zamaskować. No raczej nie codziennie słyszy się tekst „Od teraz jesteśmy parą”, tak, jakby się mówiło „Dziś będzie pochmurno”.
- Co? Nie! Nie to miałam na myśli. Znaczy… To dla lekarza. Nie powiedziałby mi inaczej, kiedy wyjdziesz stąd. Musiałam powiedzieć, że jesteśmy razem, aby dostać jakiekolwiek informacje.
Westchnąłem, lekko się rozluźniając.
- Rozumiem. W każdym bądź razie dziękuję. Ta informacja uratowała mi życie.
- Doprawdy?
Spojrzałem na nią lekko skonsternowany. I wtedy mnie olśniło.
- Wielce jestem rad, iż mogę podziękować tak szlachetnej i walecznej damie, jak ty, za to, iż uratowała moje życie. Moje najszczersze podziękowania. – uśmiechnąłem się zadziornie.
- Ty tak na serio? – Koyori patrzyła na mnie, jakbym już do reszty oszalał.
- Cóż… na to wygląda. Siostra mówi, że często jestem denerwujący, kiedy tak robię. Chyba ma rację. – zaśmiałem się – Ale teraz tak na poważnie. Naprawdę jestem ci wdzięczny za to, że wtedy przybyłaś. Gdyby nie ty, pewnie nie leżałbym teraz w tym cholernym szpitalu żywy.
Na policzki dziewczyny wypłynął lekki rumieniec.
- Nie masz za co dziękować.
- Mam. Co powiesz na małe spotkanie, kiedy już mnie stąd wypuszczą? Jak już powiedziałem, przyda się małe spotkanie zapoznawcze. – uśmiechnąłem się szeroko.
- Och…ja…
- Świetnie. W takim razie jesteśmy umówieni. Będziemy w kontakcie. – powiedziałem, już lekko rozbawiony tą sytuacją. Przyznam, że już od dawna nie miałem tak dobrego humoru – O. I może jakbyś nie miała co robić jutro, to może byś tu przyszła? Nie chcę tutaj leżeć jak ten kretyn cały dzień i nic nie robić. Oszaleję prędzej.
Uśmiechnąłem się słodko, mając nadzieję, że chociaż trochę przekonam dziewczynę do tego wszystkiego. Prawda jest taka, że naprawdę nie chciałem przebywać tutaj sam. Szpitale zawsze mi się źle kojarzyły. Z miejscem złych informacji, miejscem, gdzie ludzie walczą o życie i nie zawsze tę walkę wygrywają. Mam nieprzyjemne wspomnienia właśnie związane ze szpitalami. Są rzeczy, które medycyna ludzi nie potrafi zrozumieć i wyleczyć. I właśnie to mnie przeraża.

Koyori?

5 wrz 2017

Od Jamesa do Koyori

Zadzwonić do siostry. Oczywiście. Ci tutaj ludzie, który nazywali się lekarzami, robili wszystko, co potrzeba, oprócz słuchania mnie. Nie obchodziło ich, kiedy mówiłem, że nic mi nie jest. A kiedy w końcu łaskawie stwierdzili, że rana nie jest zbyt głęboka i poważna, zdobyłem się na krótkie, złośliwe: „A nie mówiłem?”.
Nie miałem najmniejszej możliwości skontaktować się z siostrą. Nie chcieli mi dać żadnego telefonu. Nic. Nawet gołębia pocztowego nie mogłem stąd wysłać. A ja MUSIAŁEM jakoś z nią porozmawiać.
Choć tyle dobrego, że już nie ma Łowczyni – pomyślałem.
Wtedy też do mnie dotarło, że dziewczyna zadała pytanie i oczekiwała ode mnie odpowiedzi.
- Ci lekarze chyba za punkt honoru postawili sobie nie dać mi telefonu. – odpowiedziałem.
Czułem się lekko otępiały. Ile oni tych leków we mnie wpakowali?
- Może pożyczę ci mój? – zaproponowała dziewczyna, a ja spojrzałem na nią z wdzięcznością.
Wziąłem od niej telefon i czym prędzej wystukałem numer Aurayi. Oczywiście odebrała dopiero po czwartej próbie połączenia się z nią. A nasza rozmowa nie trwała długo. Było to coś na zasadzie: „Jestem zajęta. Nie mogę teraz rozmawiać.” I się rozłączyła.
Czego ja się spodziewałem…
- Wszystko w porządku? – spytała lekko zmartwiona Koyori.
- Jasne. A przynajmniej jest tak, jak zawsze. Nic jej nie jest. – uśmiechnąłem się lekko i dopiero teraz całe napięcie z całego dnia ze mnie zeszło. Dając miejsce zmęczeniu.
- Wiesz, ile oni zamierzają mnie tu jeszcze trzymać? Mówiłem temu lekarzowi, że mogę iść do domu, ale ten jakby mnie nie słyszał. Za co oni im płacą?
- Skoro powiedzieli, że jeszcze musisz tu zostać, to chyba mają ku temu powód, prawda?
- I ty jesteś po ich stronie?
- Przypomnieć ci, jak ostatnio skończyło się twoje: „Nic mi nie jest, dam radę”?
- Wierz mi. Nie zamierzam w najbliższym czasie iść na miłe spotkanie towarzyskie z Łowcami. – odparowałem.
Prawda była taka, że chciałem już być w domu. Chciałem wrócić do zwykłej codzienności. Leżenie w szpitalu raczej nie znajdowało się na szczycie moich planów na dzień.
- Mógłbym mieć do ciebie prośbę? Poszłabyś i zapytała, kiedy zamierzają mnie stąd wypuścić? Byłbym bardzo wdzięczny. Mi nawet nie pozwalają wstać z tego łóżka. Uwierzysz, że ilekroć próbuję, nagle znikąd pojawia się pielęgniarka? – zaśmiałem się gorzko.

Koyori?

3 sie 2017

Od James'a do Koyori

Nie wszystko dnia dzisiejszego poszło tak, jak to zaplanowałem. W zasadzie mogę pokusić się o stwierdzenie, że wszystko skończyło się kompletnie przeciwnie, niż sam to zaplanowałem. 
Zaczęło się od Łowczyni, która potrzebowała dosłownie pięciu minut, aby wypatrzeć mnie na ulicach San Lizele. Co było bardzo niepokojące. Ja wiem, że las znajdował się najbliżej tego akurat miasta, ale nie powinno jej tak szybko zająć ustalenia mojego miejsca pobytu. Przecież walczyliśmy kilka godzin wcześniej! Zbieranie informacji trochę czasu zajmuje. A zwłaszcza, że jedyne, co wiesz, to wygląd i rasa osobnika. 
W takim razie musiała poprosić o pomoc. Ile już zdążyła ustalić na mój temat? Dowiedziała się czegoś więcej? Wiedziała o Aurayi? Wysłała już kogoś do niej?
Milion pytań, lęków i scenariuszy narodziło się w mojej głowie. 
Wziąłem głęboki oddech, aby skupić wszystkie moje myśli na tym, co było w tej chwili najważniejsze. Musiałem wyprowadzić ją z tłocznych ulic miasta, gdzie ludzi z każdą chwilą przybywało i jakimś cudem zwabić ją do lasu. Choć to akurat nie powinno być takie trudne. Ona pragnie mojej śmierci. Co robisz, kiedy zwierzyna ci ucieka? Gonisz ją.
Dziwnie się czułem myśląc o sobie jak ofierze.
Kobieta na szczęście połknęła haczyk i od razu udała się za mną. Myślę, że nawet się nie zawahała. W końcu jakie szanse może mieć osoba z uszkodzoną jedną ręką w starciu z doskonale wyszkolonym Łowcą?
Tak, cóż. Zaczęło do mnie powoli docierać to, co zrobiłem. 
Lecz teraz nie mogłem się wycofać. Od tego starcia zbyt wiele zależało.

***

Wiedziałem, jaką bronią włada moją przeciwniczką. Dlatego wszyscy inni na moim miejscu zapewne przygotowaliby się lepiej do drugiego starcia. A przynajmniej nie braliby drugi raz tego samego, żałosnego sztyletu. I wierzcie mi, miałem jak najlepsze chęci. Jednak przy jednej jedynej zdrowej ręce raczej mój wybór był ograniczony. Wziąłem ze sobą jeszcze jakiś jeden pistolet. 
Miałem przy sobie naprawdę żałosny zapas broni, dlatego to już jest chyba najlepsza chwila, aby zacząć się modlić. 
Starcie nie należało do najłatwiejszych. W zasadzie to oberwałem więcej razy niż sam oddałem celny cios. Przez całe starcie towarzyszył mi śmiech kobiety. 
- Już nie jesteś taki bojowy, co? - zaśmiała się
- Nie potrzebuje drugiej ręki aby się z tobą rozprawić.
Oczywiście to było kompletne kłamstwo. A kobieta o tym wiedziała. Ba! Robiła wszystko, aby jeszcze bardziej uszkodzić mi i tak mocno ranne już ramię. 
A żeby było zabawniej, rana otworzyła się na nowo, natychmiast zabarwiając cały opatrunek na czerwono.
Wciągnąłem powietrze z głośnym sykiem, starając się nie zwracać uwagi na ból.
Staliśmy naprzeciwko siebie. Wadziłem błysk triumfu w oczach kobiety. Wiedziałem, że szykuje się do ostatniego ciosu. A ja, cóż, nie mogłem nic zrobić. 
I kiedy już oczyma wyobraźni widziałem moment swojej śmierci, stało się coś nieoczekiwanego. Spomiędzy drzew wyskoczył ogromny, brązowy wilk, powalił kobietę na ziemię i bez chwili wahania zatopił kły w jej szyi. 
Ta scena była tak nierealistyczna, że musiałem kilka razy zamrugać, aby mieć pewność, że to mi się nie przewidziało. 
A jednak. Była to prawda. Nic sobie nie wymyśliłem. 
Wilk spojrzał w moim kierunku i zaczął się do mnie zbliżać. Zrobiłem niepewnie krok w tył, przyglądając mu się uważnie. Ten widząc to, przystanął, otrzepał swoją sierść i przemienił się. Przede mną pojawiła się...
- Koyori? Co ty tutaj robisz? - spytałem lekko zaskoczony
- Pomagam ci. 
Ona... przyszła mi pomóc? Byłem naprawdę zdumiony tym faktem. Nikt nigdy nawet nie zaproponował mi pomocy. Od zawsze radzę sobie sam.
- Dziękuję. - udaje mi się z siebie wykrztusić. 
Dziewczyna tylko kiwnęła głową, podeszła do mnie i spojrzała na moje ramię. 
- Rana się otworzyła. Teraz to już na pewno musisz iść do szpitala.
- Nic mi nie...
- Nie. Poprzednio też tak mówiłeś. I raczej nie wyglądasz, jakby nic ci nie było. Osobą, którym nic nie jest raczej nie krwawią.
Westchnąłem zrezygnowany. Miała rację. No i ból coraz bardziej się nasilał.
- Niech ci będzie. - odpowiedziałem, a dziewczyna uśmiechnęła się.

Koyori?

17 lip 2017

Od James'a do Koyori

Uparcie brnąłem przed siebie, nie zważając na nic. Starałem się nie zwracać uwagi na tępy ból w moim lewym ramieniu, które sugerowało, iż powinienem się oszczędzać.
Tak zrobię. Ale dopiero, kiedy upewnię się, że Auraya jest bezpieczna. To moja wina, że jest w niebezpieczeństwie.
Szedłem najszybciej, jak tylko mogłem w tym stanie. Wyobrażacie sobie to, że ból był tak natarczywy, iż pomimo moich wielkim prób i chęci nie byłem w stanie biec? To tylko spotęgowało mój strach.
Co prawda, patrząc na to z bardziej ogarniętego punktu widzenia to nic na razie jej nie zagrażało. No bo... w końcu Łowczyni mnie nie znała. Nic o mnie nie wiedziała.
Jednak nie było powiedziane, że nie może się dowiedzieć. Wie już jak wyglądam i co potrafię. A możecie mi wierzyć, to wystarczy Łowcą, aby nas namierzyć.
Kiedy w końcu zaszedłem pod drzwi naszego wspólnego mieszkania miałem wrażenie, że minęły wieki. Jeszcze nigdy nie spieszyłem się tak powoli. Wparowałem do domu niczym burza i zacząłem przeszukiwać każde pomieszczenie, cal po calu, w poszukiwaniu mojej siostry.
- Auraya! Auraya jesteś tutaj?! Odezwij się! - krzyczałem i krzyczałem, aż moje gardło zaczęło protestować, a jednak odpowiedzi się nie doczekałem.
Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie w tym momencie. I nie pomagała myśl, że to normalne, iż nie ma jej w domu. Przecież zawsze wracała późno.
Zacząłem nerwowo krążyć po mieszkaniu, zastanawiając się, co teraz powinienem zrobić. Szukanie jej nie ma sensu. Nie wiem, gdzie ona chodzi. Nigdy nie chciała mi tego powiedzieć. A miasto jest na tyle duże, że nawet tydzień by mi nie wystarczył.
Jedyne, co mogłem zrobić, to cierpliwie na nią czekać. Nie słynę jednak z cierpliwości. No i teraz nawet nie było mowy o siedzeniu w jednym miejscu. Co mi więc pozostawało?
Myśl, myśl...
I wtedy wpadł mi do głowy pomysł, iż to ja jestem całym prowokatorem tej sprawy. Łowczyni w pierwszej kolejności będzie szukała mnie. Pragnie zemsty. Jeżeli wystawię się jej, Auraya będzie bezpieczna.
No i może przy odrobinie szczęścia przeżyje to spotkanie.
Gdzie będzie najlepsze miejsce, aby Łowczyni mnie dostrzegła, a jednocześnie na tyle wystarczające, aby się broić?
Będzie mnie szukała w mieście. To nie najlepsza miejscówka. Chociaż... Jeżeli by mnie dostrzegła, udałaby się za mną w pogoń. Mógłbym ją zabrać do miejsca, gdzie na spokojnie mógłbym z nią walczyć.
Udałem się więc do spokojniejszej części lasu. Do miejsca, gdzie nie narobimy dużo szkód, a w którym bez problemu będę mógł się bronić przed jej atakami. Przygotowałem kilka niespodzianek na powitanie jej w tym jakże uroczym miejscu. Skoro miałem niesprawną jedną rękę, musiałem sobie radzić w inny sposób.
Gdy wszystko było gotowe, uzbrojony udałem się do centrum miasta, aby tam zaczekać na kobietę.
Pytanie teraz brzmi, czy połknie przynętę i uda się za mną prosto w pułapkę.

Koyori?

21 cze 2017

Od James'a do Koyori

Spojrzałem na dziewczynę lekko zaskoczony. To była pierwsza taka sytuacja w moim życiu, kiedy ktoś zaczął przy mnie płakać. Czułem się dość nieswojo. Lekko oszołomiony patrzyłem na Koyori, która za wszelką cenę próbuje się uspokoić. Nie patrzyła na mnie. Odwróciła się, aby ukryć swoje łzy. Czyby się wstydziła?
- To nic złego ronić łzy dla bliskich - lekko się uśmiechnąłem, choć dziewczyna nie miała jak tego zobaczyć.
Drgnęła lekko na te słowa. Jej postawa mówiła, jakby była czymś zaskoczona? Chyba nie spodziewała się tego, że zrozumiem. Zakładam, że spodziewała się zupełnie innego zachowania z mojej strony. Nie powinienem jej o to winić. W końcu to ja sam od początku nie zachowywałem się zbyt uprzejmie. Jak na ironię losu rozumiem jej sytuację aż za dobrze.
- Wiesz już, że mam siostrę. - zacząłem spokojnie. Planowałem powiedzieć coś, czego jeszcze nikomu nie mówiłem. Sam nie wierzę i nie rozumiem tego, dlaczego to robię. - Ale nie wiesz, że przez dwadzieścia lat życia nie wiedziałem o jej istnieniu. Dopiero cztery lata temu dowiedziałem się, że ona jednak żyje. Rozumiem twój lęk o brata, ponieważ... czuję to samo. Martwię się o Aurayę. Tak długo... musiała żyć sama. Nie miała łatwo... - oddychałem z coraz większym trudem, kiedy wspomnienia, jedno po drugim mnie zalewały. Rodzice, ogień, śmierć, samotność, szczęśliwa wiadomość o siostrze, walka, załamanie, ciągła wędrówka. Nigdy tak naprawdę nie zaznałem spokoju. - Moi...Nasi rodzice nie żyją. Mamy tylko siebie. Rozumiem co czujesz, ponieważ... ja również bardzo często odczuwam ból po utracie bliskich. Nadal.
- N-Nap-prawdę? - zająknęła się, odwracając twarz w moją stronę. Chciała szybko otrzeć łzy z policzek.
- Jasne. Powiem ci coś, co zawsze mi pomaga. Pomyśl sobie, że nigdy tak naprawdę nie umieramy. Żyjemy tak długo, dopóki ktoś o nas pamięta. Dopóki gościmy w czyichś sercach. Nigdy nie umieramy do końca. Pamiętaj, zawsze jakaś cząstka nas zostaje tutaj, żywa. - uśmiechnąłem się na samą tę myśl. Kiedyś, dawno temu, jakby w poprzednim życiu również przechodziłem ten sam etap, co Koyori. Byłem tylko dzieckiem, kiedy moi rodzice zostali zamordowani. Nie potrafiłem się z tym pogodzić. Byłem załamany, zły, zdruzgotany, wściekły. Nie wiedziałem, co mam za sobą zrobić. Czułem się naprawdę samotny...
Potrząsnąłem głową, aby już nie wracać do tych wspomnień. To odległe czasy. Nie warto rozdrapywać starych ran.
- D-dlaczego mi to mówisz? - zdziwiła się.
- Bo rozumiem twój lęk, ale również ciężar, jaki teraz na tobie spoczywa. To wszystko nie jest łatwe.
Westchnąłem cicho. Czułem się... dziwnie. Nie potrafiłem tego dokładnie określić czy nazwać. To była dla mnie nowość.
- Dlatego musisz rozumieć, dlaczego muszę jak najszybciej wrócić do domu - teraz zapowiadała się mniej przyjemna część rozmowy. - Aura jest sama, nie wie o Łowczyni. Fakt, ta również nie wie o mojej siostrze. Ale ona nigdy nie należała do ostrożnych osób. Jeżeli Łowczyni ją znajdzie... jeżeli coś jej się stanie... To będzie moja wina. Muszę ją przynajmniej ostrzec. - powiedziałem, niemal z błaganiem w głosie. To naprawdę było ważne, aby Auraya wiedziała, że teraz nie powinna wychodzić z domu.
- Nie dasz rady zajść tak daleko z tą ręką - powiedziała, wskazując na moje ranne ramię, dla podkreślenia słuszności swoich słów. To może być kolejna ciążka rozmowa.
- Miej trochę wiary we mnie. - zaśmiałem się gorzko - Muszę spróbować. Nic mi nie będzie.
Nie wiem, co mogę powiedzieć czy zrobić, aby dziewczyna stwierdziła, że jestem na tyle sprawny, aby dotrzeć do domu. Tak w zasadzie to miałem ranną rękę, nie nogę, więc osobiście nie widziałem żadnych przeszkód w tym, aby grzecznie udać się na spacerek powrotny.

Koyori?

16 cze 2017

Od James'a do Koyori

Muszę przyznać, że nie byłem zbytnio zadowolony z obrotu spraw. Dokładnie wszystko dzisiejszego dnia nie poszło tak, jak miało. Chciałem tylko spędzić trochę czasu samotnie, poświęcając się lekturze książki. Mój plan nie zakładał poznawania nowych ludzi, a przede wszystkim walki. Dlatego też byłem wściekły na wszystko i na wszystkich.
A jakby tego było mało utknąłem tutaj. W domu Koyori. Wiedziałem, że dziewczyna nie puści mnie od tak. Już w lesie uparła się, że mi pomoże. A ja nie potrzebuję pomocy. Jedyne, co teraz jest sprawą najwyższej wagi to to, abym wrócił do domu. Swojego domu. Auraya jest nie wiadomo gdzie, a ta chole*na Łowczyni gdzieś tam grasuje. Przecież nie mogę jej zostawić teraz samej. Ona o niczym nie wie! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to moja wina. To ja pozwoliłem tej kobiecie uciec. To ja się rozproszyłem i dałem jej ku temu okazję. Nienawidzę się za to.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym na jakiś czas utknąłem. Koyori znów przybrała swoją postać i zniknęła gdzieś w odmętach domu, więc zostałem tutaj sam. Pokój wydawał się przytulny, wszystko było starannie tutaj uporządkowane, ale dało się zauważyć, iż pomieszczenie nie było używane od dość dłuższego czasu. Cieniutka warstewka kurzu pokrywała wszystko dookoła. Nawet na łóżku dało się go zauważyć. Odsunąłem się od wszystkiego i stanąłem w bezpiecznej odległości. Tu było tak nieskazitelnie, wszystko wydawało się takie czyste, nienaruszone. I nie chciałem, aby cokolwiek się zmieniło. A niestety z mojej rany nadal sączyła się krew, więc to tylko kwestia czasu, kiedy coś w końcu ubrudzę.
Usłyszałem czyjeś kroki na korytarzu, a zaraz potem skrzypienie otwieranych drzwi. Do pokoju wróciła Koyori z paczką wszelakich bandaży. Posłałem jej pytające spojrzenie.
- To na prawdę tylko draśnięcie. Nic mi nie jest. Mogę wrócić do domu - powiedziałem, mając choć trochę nadziei, że dziewczyna się zgodzi.
- Dobrze wiesz, że to nie jest "tylko draśnięcie" - dziewczyna parsknęła lekko i podeszła bliżej, kładąc bandaże na łóżku.
Jak to się mówi: "Nadzieja matką głupich".
- Dam sobie radę sam - skierowałem się w jej kierunku i wziąłem do zdrowej ręki jeden z zapakowanych opatrunków. Jak się okazuje, otwieranie opakowań jedną ręką nie jest takie łatwe.
- Właśnie widzę - zaśmiała się dziewczyna, na co ja spiorunowałem ją wzrokiem. Jak ona śmiała się ze mnie nabijać?!
- Posłuchaj. Musze jak najszybciej wracać!
- W tym stanie i tak za daleko nie dojdziesz - odparowała.
Miała trochę racji. Jednak nie zamierzałem się do tego przyznawać. Nawet nie było takiej opcji, że powiem, iż się mylę.
- Wystarczy tylko kilka opatrunków. - powiedziałem.
- Wydaje mi się, że przy tego typu ranach trzeba unieruchomić całą rękę - powiedziała z tą tonacją w głosie, która sugeruje, że rozmówca wie, o czym mówi.
Ale nie było nawet mowy, że dam sobie unieruchomić całą rękę. Jak ja będę wtedy funkcjonował?! A przede wszystkim walczył?! Z jedną niesprawną ręką nie przydam się siostrze.
Przyrzekam, że przez następny rok nie będę wyłaził z domu. Oto, jak się to wszystko kończy.
- Nawet o tym nie myśl. - powiedziała. Chyba wszystkie moje myśli miały odbicie w wyrazie mojej twarzy. Albo mój wzrok w końcu zaczął płonąć czystym ogniem. - Jeżeli tego nie zrobisz, tylko sobie zaszkodzisz. Rana wygoi się nie tak, jak trzeba i ramię będzie cię już zawsze męczyć.
Chol*ra. Znów ma rację. Westchnąłem z rezygnacją.
- Umiesz to opatrzyć? Jeżeli tak, to zrób to szybko. Proszę. - odwróciłem wzrok.
A gdy to wszystko się skończy, to przy pierwszej lepszej okazji, gdy dziewczyna zniknie z pokoju, mam zamiar się stąd zmyć i wrócić do domu. Teraz już nigdzie nie jest bezpiecznie, kiedy Łowczyni tu gdzieś grasuje.

Koyori?

13 cze 2017

Od James'a do Koyori

Stałem pośrodku polany, wpatrując się w miejsce, gdzie przed chwilą zniknęła dziewczyna. Przyznam, że byłem lekko oszołomiony. Co tu się przed chwilą stało? W jednej chwile rozmawialiśmy, a w następnej dziewczyna biegła z powrotem w kierunku jeziora.  Wyglądała na przestraszoną. Rozejrzałem się dookoła, starając dojrzeć się to coś, co mogło spowodować taką reakcję. I wtedy to zobaczyłem – odcisk buta, dość niedaleko. I niestety był skierowany w stronę jeziora – to nie był dobry znak. Bez namysłu pobiegłem za dziewczyną, podejrzewając, co ten ślad może oznaczać.
Udało mi się ją dogonić akurat w momencie, w którym chciała wyjść spomiędzy drzew i podbiec do chłopaków. W ostatniej chwili złapałem ją za ramię i powstrzymałem.
- Co ty robisz?! – spytała, lekko zdumiona, ale dało się usłyszeć nutkę przerażenia w jej głosie.
- Cii… Pół lasu zaraz cię usłyszy – syknąłem. Widząc jednak minę dziewczyny, spuściłem trochę z tonu. – Posłuchaj. Jeszcze nikogo nie widać. Najpierw się rozejrzyjmy. Po co zdradzać od razu naszą obecność? Element zaskoczenia może zadziałać na naszą korzyść.
Koyori pokiwała głową ze zrozumieniem i od razu zabrała się za wypatrywanie obcego. Z nas dwojga to ona miała lepszy słuch, wzrok i węch, więc wcale się nie zdziwiłem, kiedy wskazała palcem na drugi koniec polany, a potem przesunęła nim lekko w prawo.
- Tam – szepnęła, a ja skierowałem wzrok we wskazanym kierunku. I wtedy ją ujrzałem. Wysoką kobietę, ukrywającą się tak samo jak my, z kuszą w rękach. Zobaczyłem, że dziewczyna napina się i jest gotowa w każdej chwili wybiec stąd. Jednak pochopne działanie może nam tylko zaszkodzić. Raz jeszcze powstrzymałem ją i rozejrzałem się po polanie, szukając najlepszej pozycji do walki.
- Posłuchaj, mam pewien pomysł – szepnąłem – Zakradnę się do niej od tyłu. Nie powinna mnie usłyszeć. Ty tu zostaniesz. Na mój sygnał wybiegniesz stąd i zabierzesz chłopców. Uciekajcie jak najszybciej. Ja ją powstrzymam.
I nim dziewczyna zdążyła choćby spróbować zaprotestować, zagłębiłem się pomiędzy drzewa i ruszyłem w kierunku Łowczyni, po drodze wyjmując wcześniej schowany sztylet. Jak to dobrze, że chociaż go dzisiaj wziąłem, pomimo, iż nie planowałem aż takich atrakcji dzisiaj.
Kiedy znalazłem się tak ze trzydzieści metrów od kobiety, zamarłem w bezruchu i czekałem, aż wykona pierwszy krok. Wśród drzew ciężko byłoby walczyć, zarówno mi, jak i nieznajomej. Musiałem więc cierpliwie czekać, aż wyjdzie na polanę. Miałem tylko cichą nadzieję, że Koyori mnie posłucha i zostanie w ukryciu.
Usłyszałem cichy szelest i dostrzegłem niewielki ruch. Łowczyni w końcu namyśliła się do opuszczenia kryjówki. Najciszej jak potrafiłem, ruszyłem za nią.
- Nie radzę – powiedziałem, kiedy kobieta szykowała się do strzału.
Spojrzała na mnie zaskoczona, a w jej ciemnych oczach dostrzegłem błysk gniewu, że dała się zaskoczyć. Dzieliła nas niewielka odległość, dlatego Łowczyni najpierw postanowiła wycelować w chłopców pływających w jeziorze. Kusza raczej słabo nadaje się na krótki dystans.
Widząc to, że nieznajoma prawie wystrzeliła pierwszy bełt, machnąłem ręką i otoczyła nas ściana ognia. Nie chciałem używać mocy, ale to był jedyny sposób, aby powstrzymać ją od ataku.
- Koyori! Teraz! – krzyknąłem jak najgłośniej. Kątek oka zobaczyłem, że dziewczyna pospiesznie zbiera stąd chłopców. Świetnie, przynajmniej będą bezpieczni.
- Feniks – syknęła kobieta i odrzuciła kuszę, aby zastąpić ją krótkim mieczem dwuręcznym. Niezła jest.
- Tak, cóż. Muszę przyznać, że bardzo spostrzegawcza jesteś. Co mnie zdradziło? – zakpiłem. Chyba tylko ja w takiej sytuacji potrafię nabijać się z Łowcy.
- Gdy będziesz martwy, nie będzie ci tak do śmiechu. – powiedziała, powoli zbliżając się do mnie. Sam zaś przybrałem pozycje bojową, choć mój marny sztylet nie mógł się równać z mieczem.
- Na razie nigdzie się nie wybieram.
Otoczeni przez krąg ognia, stanęliśmy do walki. Na moje nieszczęście kobieta była świetnie wyszkolona i atakowała mnie bez choćby przerwy na oddech. Jej ruchy wydawały się być naturalne. Cios za ciosem pchnięcia i blokady. Wszystko wychodziło jej bez problemu. Ja miałem mniej szczęścia. Oczywistym jest, że moją bronią nie zablokuję żadnego jej ciosu, dlatego musiałem robić unik za unikiem. Prawo, lewo, podskok, ucieczka w tył. Dla obserwatora z boku mogłoby to wyglądać jak misterny, zabójczy taniec. Zaśmiałem się na tę myśl i przeturlałem się w bok, unikając kolejnego ciosu.
- Przestań się w końcu ruszać! – wrzasnęła lekko poirytowana. – I tak nie wygrasz!
Uśmiechnąłem się, słysząc te słowa i postanowiłem po raz pierwszy w tej potyczce zaatakować. Z całą moją siłą ciąłem kobietę przez brzuch. Lecz, jak było do przewidzenia, ta uniknęła ciosu i sama odpowiedziała atakiem. Tym razem nie miałem tyle szczęścia i oberwałem. Poczułem, jak ostrze zagłębia się w moje ramię. Stłumiłem okrzyk bólu. Przekląłem się w myślach za moją nieuwagę. Jak mogłem być tak głupi?
W oczach kobiety zobaczyłem iskierkę zadowolenia. Nie mogę jej dać tej satysfakcji. Raz jeszcze zamachnąłem się sztyletem, jednak przez ranę, mój cios nie miał tej samej siły, co wcześniej. Udało mi się tylko lekko drasnąć Łowczynię, ale to wywołało u niej kolejny krzyk złości. Chyba nie spodziewała się oberwać w tym starciu.
Z lekkim trudem podniosłem się z ziemi i znów stanąłem w pozycji obronnej. Tak łatwo mnie nie pokona. Kobieta się zaśmiała.
- Nadal myślisz, że możesz mi coś zrobić?
- Jeszcze nie pokazałem wszystkiego.
Płomienie ognia podniosły się wyżej, na co nieznajoma spojrzała z lekkim niepokojem. Może i była lepiej wyposażona, niż ja. Ale to właśnie ja dysponowałem mocami.
Wykorzystując jej chwilowe zaskoczenie, wbiegłem na nią i razem przeturlaliśmy się po ziemi. To była moja ostania szansa, by coś zdziałać. W tej niewielkiej wymianie ciosów i kopniaków udało mi się zabrać jej rozkładaną włócznie z idealnie zaostrzonym ostrzem na końcu. Lewą rękę miałem niesprawną przez ranę. Ale wystarczyła mi tylko jedna ręka, aby ją pokonać. Dam radę.
- James! – usłyszałem głos Koyori. Chol*ra. Miała uciekać!
Chyba jestem zmuszony przyspieszyć trochę. Krok po kroku zbliżałem się do przeciwniczki, wymachując włócznią. Tym razem to ona była postawiona w sytuacji, kiedy to, aby odeprzeć atak, musiała się cofać. Świetnie, o to mi chodziło. W pewnym momencie potknęła się i upadła, wypuszczając miecz. Zareagowałem natychmiast. Podszedłem i przystawiłem jej ostrze do gardła.
- Radzę ci się nie ruszać – warknąłem.
Moją uwagę jednak rozproszyła Koyori, która zaczęła biec w naszą stronę. Moja przeciwniczka wykorzystała moją chwilową nieuwagę i podcięła mnie. Szybko zerwała się z ziemi i zniknęła w odmętach lasu. Rzuciłem jeszcze za nią ostrzem, ale to wbiło się w pobliskie drzewo. Łowczyni uciekła, a ja po raz kolejny tego dnia przekląłem się. Ona żyje, wie jak wyglądam i co potrafię. Nie jest dobrze. Będzie chciała zemsty. Wróci. Chyba będę musiał ostrzec Aurayę.
- Nic ci nie jest? – dopiero teraz zauważyłem, że dziewczyna stoi obok mnie. Podniosłem się powoli z ziemi, trzymając się za zranione ramię i nadal wpatrując się w miejsce, gdzie zniknęła kobieta.
- Wszystko w porządku – odpowiedziałem i powoli podszedłem do niej. Lekko skrzywiłem się z bólu, który towarzyszył przy każdym kroku. Chyba to nie było tylko lekkie draśnięcie, jak wcześniej myślałem – Nic mi nie jest.

Koyori?

10 cze 2017

Od James'a do Koyori

Słysząc delikatny śmiech dziewczyny, mimowolnie spojrzałem w jej stronę lekko zaskoczony. Ona nie przejmowała się niczym, co powiedziałem. Nie czuła się urażona, zraniona czy chociażby smutna. Ona... po prostu się śmiała. Nie przywykłem do takiej reakcji, dlatego przez chwilkę nic nie mówiłem, oszołomiony całą tą sytuacją. Przyznam, że... musiałem się w niej odnaleźć. To nie była dla mnie codzienność. Przede wszystkim zaskoczył mnie również fakt, że Koyori nadal ze mną rozmawia. Większość osób po takiej wymianie zdań po prostu uciekłaby ode mnie jak najdalej. A ja wcale nie byłbym zdziwiony. Dla mnie to była normalność - odstraszanie ludzi, aby pobyć samemu. To była nowość.
- Traktujesz ją, jakbym mógł ją urazić tymi słowami. - powiedziałem - Jak gdyby mogła je zrozumieć.
- A skąd wiesz, że nie rozumie? - odparowała dziewczyna z miłym uśmiechem.
Rany... kiedy jak w taki sposób rozmawiałem z kimkolwiek? Chyba wieki minęły. I wiecie co? Naprawdę mi się to podobało. Normalna rozmowa między dwójką ludzi. Chyba gdzieś w głębi trochę mi tego brakowało. Trochę.
- Idziemy w jakieś konkretne miejsce, czy po prostu chcesz mnie odciągnąć jak najdalej od brata? - spytałem od niechcenia.
- Hmm... Chyba nie mam żadnego konkretnego celu. - odpowiedziała, po chwili zastanowienia.
Znów zapanowała między nami chwila milczenia. Ale nie było to już "ciche napięcie" czy "niezręczne milczenie". Nic z tych rzeczy. Po prostu szliśmy, zachwycaliśmy się widokiem otaczającym nas zewsząd i myśleliśmy nad tematami do rozmów. Tak, naprawdę zastanawiałem się, o czym moglibyśmy porozmawiać. Sam w to nie wierzyłem.
- Po co przyszliście akurat tutaj? - w końcu odważyłem się cokolwiek powiedzieć. Lecz dziewczyna spojrzała na mnie z pytaniem w oczach. Chyba powinienem trochę sprecyzować pytanie. - Nad jezioro. Dlaczego akurat tutaj? Dzisiaj? I o tej porze?
Naprawdę byłem tego ciekawy. To miało być moje miejsce, moje sanktuarium, moja świątynia spokoju. Miałem być tutaj tylko ja i nikt więcej.
Koyori nadal wahała się przed odpowiedzią.
- Ty masz prawo mnie przepytywać, ale ja już ciebie nie? To działa tylko w jedną stronę? Wiesz, że to dyskryminacja? - rany, przestań tyle gadać. Co we mnie wstąpiło?
- Dziś jest upalny dzień, jak pewnie już zauważyłeś. Jezioro wydawało się idealnym miejscem.
Nie mogłem się z nią nie zgodzić.
- A ty przyszedłeś tu poczytać?
- Tak jak wspominałem wcześniej - owszem.
- A sztylet... - pomknęła wzrokiem w stronę broni. Mogłem się tego spodziewać.
- Jak już ustaliliśmy wcześniej. Ty się martwisz o swoje rodzeństwo, ja o swoje. Co prawda, jestem tu dzisiaj sam, ale martwy raczej do niczego nie przydam się Aurayi. Zapewne słyszałaś o tym niedawnym morderstwie. Ostrożności nigdy za wiele.
- Auraya. Tak ma na imię twoja siostra? - spytała, pomijając cały mój wywód. I po co ja się wysilam na uprzejmą pogawędkę?
- Dokładnie. Przesłuchanie skończone? Muszę ci się przyznać, że raczej nie należę do tych otwartych osób, a i tak wiele ci dzisiaj powiedziałem.

Koyori?

8 cze 2017

Od James'a do Anne-Marie

Trochę czasu już minęło, odkąd dziewczyna zniknęła w odmętach domu, a ja nadal siedziałem wpatrzony w ten sam punkt gdzieś na horyzoncie i analizowałem wydarzenia całego dnia od nowa, od nowa i od nowa, poszukując momentu, gdzie wszystko poszło zupełnie nie tak jak trzeba. Oczywiście tragicznym wyborem okazało się miejsce, do którego się udałem. Jednak wszystko byłoby dobrze, gdyby nie mój skretyniały żołądek. Miałem ochotę sam się podziurawić sztyletem. Jednak, aby nie marudzić dzisiaj cały dzień, może połóżmy coś na szalę pozytywów? Nie mogę narzekać na naleśniki, nie były najgorsze. Przynajmniej ja na pewno lepszych bym nie zrobił - jeżeli chodzi o gotowanie, to mam dwie lewe ręce. No i spędziłem czas w towarzystwie, czego w zasadzie nie planowałem. 
Czekałem cierpliwie, aż Anne-Marie w końcu wróci, choć na prawdę chciałem stąd iść. Żeby nie było, że nie jestem towarzyski - robiło się coraz później i trochę zaczynałem się martwić. I nie, tu uprzedzę różnego rodzaju spekulacje, nie boję się ciemności. Martwię się. Wiem, że wracanie o takiej porze nie jest zbyt bezpieczne teraz, kiedy w okolicy grasuje Łowca. No i nadal nie wiem, czy siostra wróciła już do domu. Ostatnimi czasy coraz rzadziej ją widuję, raczej nie należy do osób, które wracają o przyzwoitej porze. 
Rozglądam się w poszukiwaniu jakiegokolwiek zegarka czy czegokolwiek, co byłoby w stanie wskazać mi godzinę, kiedy nagle słyszę łomot. Wyrwany z rozmyślań na początku nie mogę zrozumieć, co się dzieję. Jeszcze dwie sekundki i powoli moje pojmowanie rzeczywistości wraca i zauważam przed sobą piętrzący się stos książek.
- Co... - nie jestem w stanie dokończyć. Co tu się dzieję?
- To w ramach przeprosin - powiedziała nagle dziewczyna, czerwona na twarzy. Chyba dźwiganie tych wszystkich książek trochę wysiłku ją kosztowało. - Przeszkodziłam ci w czytaniu. Pomyślałam więc, że ci to jakoś wynagrodzę. 
Uśmiechnęła się, wskazując na książki. Było ich... naprawdę sporo. A ja naprawdę miałem ochotę je przeczytać. Jednak...
- Nie mogę ich wziąć - mówię, choć nie bez ścisku w sercu. 
- Dlaczego? - pyta, nie mogąc ukryć lekkiego zaskoczenia w głosie. 
No właśnie, dlaczego?
- Po prostu... Nie masz za co przepraszać? - odpowiedziałem, choć chyba to wyszło bardziej jak pytanie. Mam nadzieję, że mimo wszystko tego nie usłyszała. W zasadzie to po części była prawda. To nie jej wina, że poszła do lasu nie znając drogi i się zgubiła... Tak, właśnie. 
- Nalegam. - Uśmiechnęła się szerzej i podsunęła mi książki jeszcze bliżej. Wziąłem pierwszą książkę ze stosu. "Opowieść o dwóch miastach" - swoją drogą, świetna książka. Wziąłem kolejną książkę "Vathek". Nie najgorszy wybór. Był również "The Wide, Wide World", "Olivier Twist", gdzieś mi przemknęła "Duma i uprzedzenie" oraz "Mistrz i Małgorzata". Co tytuł, to coraz ciekawiej. Choć części z tych książek czytałem, to były i takie, których jeszcze na oczy nie widziałem, a z opisów zapowiadały się na dość interesujące, aby się za nie zabrać. Jednak nadal miałem pewne opory, przed zabraniem ich do domu...
- Na prawdę nie powinienem...
- Bez dyskusji. - powiedziała miło, aczkolwiek stanowczo. Chyba serio nie miałem nic do powiedzenia w tej sprawie. Spojrzałem zrezygnowany na książki. I jak ja mam je dodźwigać do domu?
- Um.. Dzięki? - powiedziałem, spoglądając na nią w geście kapitulacji - Niestety muszę się już zbierać. Późno jest i w ogóle.
Co ja wygaduję...
- Och. Jasne. 
Odprowadziła mnie do drzwi i nawet mi je otworzyła (może dlatego, że przez ten stos książek nawet nie miałem możliwości sięgnąć po klamkę) i się pożegnaliśmy. Stanąłem jeszcze na chwilę na końcu uliczki, spojrzałem w niebo i westchnąłem ciężko na samą myśl drogi, jaka mnie jeszcze czeka do domu i, nie tracąc czasu, ruszyłem dalej w odmęty ciemności.

Anne-Marie?

5 cze 2017

Od James'a do Anne-Marie

"- To co mówiłaś o tych naleśnikach?" Serio? Nic głupszego nie było do powiedzenia? Co w ogóle mi strzeliło do głowy, aby w ogóle zadać to pytanie. Nie jestem na tyle głodny, aby mi do reszty rozum odebrało. A może jednak?
Pokręciłem z rezygnacją głową, stwierdzając, że co się stało, to się nie odstanie, a słów i tak już nie cofnę. Tyle, że w dalszym ciągu będę musiał znosić tysiące pytań zadawanych bez przerwy, a każde następne będzie jeszcze bardziej pokręcone od poprzedniego. Jednak tym razem los i Anne-Marie postanowili być dla mnie łaskawsi i tym razem nie skończyło się na pytaniach, a jedynie na "tysiącu powodów dlaczego warto zjeść naleśniki". 
Co ja tu jeszcze robię? - pytanie zadane po raz milionowy i po raz milionowy pozostawione bez odpowiedzi. 
Po dość dłużącej się podróży wreszcie naszym oczom ukazała się majestatycznie prezentująca się posiadłość. Z daleka wydawała się ogromna, dumnie stojąca, królewska w całej swej okazałości. Jednak urok w miarę jak się do niej zbliżaliśmy, blednął. Ściany w niektórych miejscach były odrapane, gdzie indziej farba wyblakła już albo kompletnie zniknęła ze ściany. Czas nie był łaskawy dla tej posiadłości. Zacząłem się zastanawiać, ile musi sobie liczyć. A zaraz potem zacząłem sobie przypominać opisy innych posiadłości w książkach, które czytałem. Leciutki żal ścisnął mi serce na myśl, że nie mogę wrócić do domu i dokończyć książki. W zasadzie nadal nie wiem, co mnie podkusiło, aby tu przyjść. Przecież najzwyczajniej w świecie mogłem wrócić do domu i sam sobie coś na szybko przygotować. Poza tym robi się już późno, a chciałem jeszcze spotkać się na chwilkę z Aurayą. Zacząłem się zastanawiać, na kogo bym wyszedł, gdybym wywołał niewielki pożar i uciekł w odmętach ognia... Westchnąłem. Nic z tego. Zero naużywania mocy - upomniałem siebie.
Dziewczyna poprowadziła mnie przez całą długość posiadłości, aż do wyjścia do ogrodów znajdujących się na tyłach domu. Muszę przyznać, że prezentował się perfekcyjnie i tu mogę z całą pewnością również pokusić się o stwierdzenie, że prezentuje się znacznie lepiej, niż całe domostwo. 
Anne-Marie wskazała mi drewniany stół, który znajdował się na tarasie i powiedziała, abym zaczekał, a ona zaraz wróci z naleśnikami.
Powinienem zaproponować jej pomoc? To zwykle się robi w gościach, prawda? Większość bohaterów literackich tak robi. Rany... jak ja dawno u nikogo nie byłem. Co się ze mną dzieje? Naprawdę zaczynam rozmyślać na temat pomocy przy jedzeniu? Nie radzę sobie najlepiej z gotowaniem. Ale też głupio jest mi tutaj tak siedzieć, skoro mimo wszystko "wprosiłem się".
- Em... Może potrzebujesz pomocy? - zawołałem, zanim zdążyłem się rozmyślić.
Dziewczyna wyjrzała na zewnątrz, lekko zaskoczona i skonsternowana. Czy powiedziałem coś nie tak?  Wyglądała, jakby to miał być jakiś podstęp, albo przynajmniej dobry żart. Bez przesady, nie jestem aż taki zły. Nie jestem, prawda?
- Chcesz pomóc? - spytała, aby upewnić się, że nie przesłyszała się. A moja chęć, aby stąd uciec wzrosła jeszcze bardziej. W zasadzie, to nie spodziewałem się, iż jest to jeszcze możliwe. A jednak...
- Tak. To właśnie powiedziałem. A przynajmniej tak mi się wydaje. - odpowiedziałem lekko zirytowany. Niech ten dzień już się skończy.
- Um... jasne. Możesz porozstawiać talerze na stole. A potem zajrzyj do mnie do kuchni! - uśmiechnęła się promiennie i znów zniknęła w odmętach domu. 
Teraz to dopiero zapragnąłem stanąć w płomieniach i zrobić puf! Jednak jak powiedziało się "A", trzeba powiedzieć również "B". Wstałem więc ociężale z krzesła, jakbym ważył przynajmniej tonę i z tym samym odczucie ruszyłem w stronę kuchni, gdzie powinny znajdować się talerze, noże i tym podobne przybory. Bez ani jednego słowa zabrałem się za powierzone mi zadanie i z precyzyjną dokładnością zacząłem rozstawiać talerze na stole. Za sobą usłyszałem cichy chichot, na co odwróciłem się lekko zawstydzony, nie wiedząc z jakiego powodu. A zaraz potem nadeszło lekkie zażenowanie. Co się dzisiaj ze mną dzieje? 
I po raz tysięczny pomyślałem, że powinienem w tym momencie siedzieć w domu. 
- Nie musisz tego robić aż tak dokładnie - powiedziała, na co ja tylko coś odmruknąłem. - Naleśniki są już gotowe.
I wyszła na zewnątrz z ogromnym talerzem i jeszcze większą ilością naleśników. 
Ona myślała, że na ile ja zostanę? Przecież... ja... To miał być tylko jeden naleśnik, skoro już się w to wpakowałem i miałem się stąd zmyć! Myśl, James, myśl...

Anne-Marie?

4 cze 2017

Od James'a do Anne-Marie

Trzymałem się na baczności przez cały czas mojej krótkiej wędrówki, biegnącej od kryjówki, do miejsca oddalonego o jakieś sto metrów od nieznajomej. Przyglądałem jej się uważnie, pewnie trzymając sztylet w dłoni, czujnie ją obserwując. I w tym właśnie momencie dziewczyna potknęła się i wpadła do jeziora. Zatrzymałem się oszołomiony tą sytuacją. Chyba jednak nie mam się czego obawiać z jej strony...
- Emm... Jesteś mordercą, czy grzybiarzem? A tak w ogóle to cześć. - Wyrzuciła z siebie jednym tchem, z każdym słowem mówiąc coraz szybciej.
To jakiś żart? Błagam, powiedzcie, że to nie dzieje się naprawdę.
Stałem tam w ciszy, przyglądając się nieznajomej i zastanawiając się, co ona w ogóle tu robi i jakim cudem, do chol*ry, znalazła to miejsce. Rozejrzałem się dookoła raz jeszcze, rozmyślając nad tym czy nie jestem w jakiejś ukrytej kamerze. Skierowałem lekko rozbawione spojrzenie ponownie na nieznajomą. Była cała mokra, z jej brązowo-blond włosów spływała resztka wody, a jej fiołkowe oczy patrzyły na mnie z ufnością i... nadzieją?
Cóż... popełnia kategoryczny błąd, jeżeli myśli, że może mi ufać. Poza tym, kto przy zdrowych zmysłach od razu ufa nieznajomym znajdującym się w lesie? Komizm i nierealność tej sytuacji mnie przerastały. Westchnąłem ciężko i pokręciłem głową z niedowierzaniem. Ten dzień zapowiadał się zbyt pięknie, by mógł trwać tak do końca.
- A ty to kto? - zapytałem w końcu, z lekką niechęcią wyrzucając z siebie słowa. Jak już mówiłem, liczyłem na to, że dzisiejszy dzień spędzę samotnie.
- Anne-Marie Goldshire. Miło mi. - powiedziała, posyłając mi lekki uśmiech. - A ty to...?
- James.
- I to wszystko?
- Wszystko, co moim zdaniem powinnaś na chwilę obecną wiedzieć. - odparłem, coraz bardziej poddenerwowany tym, że nadal tu muszę sterczeć. Tęsknie spojrzałem w kierunku miejsca, gdzie pozostawiłem swoją książkę. Śmiała mi przerwać w takim momencie! - Jeśli mogę spytać, to co ty tutaj robisz.
Moja "prawie uprzejmość" zaczynała z każdą chwilą maleć.
Dziewczyna, powoli wstając, spojrzała na mnie, trochę jakbym był jej ostatnim wybawieniem. Aż się przeraziłem.
- Zgubiłam się. - powiedziała lekko zawstydzona.
Moje niedowierzanie dotarło do szczytu.
- Wybacz mi proszę, jeżeli będę nieuprzejmy, ale wydaje mi się, że do lasu nie idzie się, jeśli nie zna się go dostatecznie, aby przynajmniej nie zbłądzić. Nie przyszło ci do głowy, że las to nie jest raczej ciekawe miejsce na takie spacerki? No chyba, że myślałaś, iż te grabie cię obronią. Wtedy zwracam ci honor. Myślę, że nadają się do tego w takim samym stopniu, jak do grabienia liści w lesie w środku lata. - to była chyba najdłuższa wypowiedź, jaką wygłosiłem od kilku dni, jeżeli nie od tygodni. Ale cóż poradzić, skoro ta dziewczyna w takim stopniu działa mi na nerwy? Przeszkodziła mi i to zupełnie przez przypadek. W głębi duszy, oczami wyobraźni widzę, jak mój pech sam sobie gratuluje pomysłowości.
Dziewczyna spuściła nieśmiało wzrok, a ja po raz kolejny westchnąłem.
- Czyli nie pomożesz mi się stąd wydostać?
Schowałem sztylet i przetarłem dłonią twarz. Ale w zasadzie to nie była taka głupia propozycja. Odprowadzę ją i przy odrobinie szczęścia będę mógł powrócić do lektury.
- Pomogę ci. Tylko proszę, bez zbędnych pytań po drodze. - rozejrzałem się dookoła i ruszyłem w kierunku, gdzie nadal leżała moja książka. Następnie udałem się w głąb lasu jedną, ze znanych mi ścieżek. Dziewczyna szybko ruszyła za mną.
- Co to? - zapytała, zerkając na książkę, którą już zdążyłem schować.
- Po pierwsze, prosiłem, abyś nie zadawała zbyt wielu pytań. Po drugie, niektórzy ludzie mówią na to "książka". Może słyszałaś takie słowo?
- Wiesz w ogóle, dokąd iść? Nawet nie zapytałeś, gdzie mieszkam! - powiedziała, z lekką nutką niepokoju w głosie.
Ona chyba naprawę uważała mnie za jakiegoś bohatera...
- Nie muszę wiedzieć. Wyprowadzę cię z lasu, a wtedy ty grzecznie sama udasz się do domu. Chyba będziesz już wiedziała gdzie iść, co? No chyba, że muszę cię odprowadzić pod same drzwi jak małe dziecko - parsknąłem.
- Musisz być taki nieuprzejmy? - W końcu odważyła się zadać to pytanie.
- Wybacz, o pani, za moje zachowanie! - zaśmiałem się - A tak na serio. Wyobrażałem sobie, że spędzę ten dzień trzymając się z dala od ludzi i w spokoju będę mógł poczytać. Jak widzisz odprowadzanie zagubionych dziewcząt do domu nie jest na szczycie mojej listy "do zrobienia"
Przez resztę naszej drogi dziewczyna, pomimo moich próśb, nadal zadawała natarczywe pytania, a ja najkrócej, jak mogłem, mimo wszystko jej odpowiadałem. Powinienem chyba dostać jakąś nagrodę, za to, że to wszystko wytrzymałem. "Cierpliwość Roku" - zdecydowanie powinna być moja...
Minęło jakieś piętnaście - do dwudziestu minut, kiedy drzewa w końcu zaczęły się przerzedzać, ustępując wolnej przestrzeni. Zrobiło się już prawie ciemno, kiedy słońce dotarło na linię horyzontu, i żegnało się ostatnimi muśnięciami swoich promieni. Niestety duszne powietrze postanowiło zostać jeszcze trochę i pomęczyć ludzi.
- Proszę, oto jesteśmy. Mam nadzieję, że trafisz do domu. - powiedziałem, odwracając się. I tak było zbyt ciemno, abym poczytał, więc pozostawał mi tylko powrót do domu.

Anne-Marie?

Od James'a do Koyori

- Kim ty jesteś? - padło kolejne pytanie. Nieznajoma robiła wrażenie pewnej siebie, gotowej rzucić się na mnie w każdej chwili. A w jej oczach widziałem niepewność i... coś na kształt niezadowolenia?
Z nas dwojga to chyba ja powinienem być tutaj niezadowolony... - pomyślałem ponuro. 
Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, dając kolejną oznakę jej zniecierpliwienia i tego, że jeżeli jej nie odpowiem, to naprawdę może być nieciekawie. 
Zaśmiałem się w duchu. Skoro jest gotowa mnie zaatakować, to musi być albo Łowcą, albo jedną z nadnaturalnych. Z moich obserwacji wynika, że zwykli ludzie raczej nie są skorzy do walki. To tchórze, którzy omijają niebezpieczeństwa szerokim łukiem. Raz jeszcze przekręciłem sztylet w dłoni, trzymając go za plecami, przed wścibskim spojrzeniem nieznajomej. 
Westchnąłem ciężko wiedząc, że dłużej nie można przedłużać tej chwili i należy w końcu przerwać tę ciszę panującą pomiędzy nami. 
- O to samo mógłbym spytać ciebie. - odpowiedziałem, z satysfakcją stwierdzając, że dziewczyna jest coraz bardziej rozdrażniona. W zasadzie nie spodziewałem się, że takie droczenie się z nieznajomą przyniesie mi tyle radości, ale... to jedyna dzisiejsza atrakcja, więc może jeszcze trochę pociągnę to? 
- To nie ja czaję się między drzewami i nie obserwuję nieznajomych. - odparowała. Łasica siedząca na jej ramieniu znów zjeżyła sierść. Chyba się nie polubimy.
Już miałem rzucić kolejną uwagę, kiedy nagle do moich uszu dotarły salwy śmiechu i nawoływanie.
- Koyori? Gdzie jesteś!?
Koyori. A więc takie imię nosiła nieznajoma, która dzisiaj postanowiła zakłócić mój spokój. Przyjrzałem jej się uważniej. Kręcone, ciemnie blond włosy rozsypały jej się na ramionach. Jej ciemnobrązowe oczy z uwagą mi się przyglądały. Nieznajoma nie należała do najwyższych osób. Sięgała mi ledwie do barków. Uniosłem brwi, a dziewczyna napięła ciało, jakby już szykowała się do skoku. Czyli osoba ją wołająca musi być kimś ważnym - odnotowałem w myślach. 
I w momencie, kiedy napięcie między nami sięgało zenitu, dwóch chłopaków wyłoniło się spomiędzy drzew i stanęło po obu stronach dziewczyny. 
Świetnie. Czyli nie jedna, nie dwie, ale aż trzy osoby postanowiły przerwać mi mój spokojny dzień i "zaszczycić" mnie swoją obecnością. Samotność - czy tak wiele wymagam?
- Kto to jest? - zapytał młodszy, dziwnie podobny do nieznajomej. Rodzeństwo?
- Jeszcze nie wiem. Ale lepiej, aby wreszcie się przedstawił. - odpowiedziała.
- Hej. Ty również mi się nie przedstawiłaś! - odparłem. Co ja tu jeszcze robię?
- Pierwsza spytałam.
Westchnąłem, z rezygnacją kręcąc głową. Może jeżeli to szybko zakończę, uda mi się jak najszybciej stąd odejść.
- Niech ci będzie. Jestem James. Zadowolona?
- Co tutaj robisz?
- Jestem na jakimś cholernym przesłuchaniu czy jak? - teraz to ja zaczynałem czuć irytację. Jednak widząc wzrok dziewczyny wiedziałem, że nie odejdę bez odpowiedzi. 
Zrezygnowany wskazałem wolną ręką na miejsce, gdzie leżała moja książka.
- Przyszedłem w spokojne, ciche i odludne miejsce poczytać. Przynajmniej do czasu, aż wy się nie pojawiliście.
Wszyscy troje spojrzeli na mnie, jakbym wygadywał jakieś brednie. Albo jakbym zdradzał już pierwsze syndromy szaleństwa. Czy naprawdę dziwnym był fakt, że chciałem po prostu poczytać książkę?!
- A co trzymasz za plecami? - spytał jeden z chłopaków. Ten, którego podejrzewam o pokrewieństwo z Koyori. 
I po raz tysięczny dzisiaj obróciłem sztylet w dłoni, zastanawiając się, na jak wielkiego wariata wyjdę, jeżeli go pokażę. I ile dane mi będzie pożyć...
- Raczej nie jest to coś interesującego.
I jak na złość, dziewczyna oczywiście musiała podłapać temat. Nie obeszło się bez "miłych" zachęceń do uchylenia rąbka tajemnicy.
- Dobra. Jeżeli wam pokażę, to dacie mi spokój? - spytałem, z coraz większym trudem siląc się na uprzejmość - Tylko błagam was. Nie panikujcie. No i nie starajcie się mnie zabić.
- Dlaczego mieli... - nim nieznajoma dokończyła, zza pleców wyjąłem sztylet, a wszyscy od razu zesztywnieli, gotowi do walki w każdej chwili.
- O tym właśnie mówiłem! I zanim na mnie skoczycie w chęci mordu, dajcie mi się wytłumaczyć! Tak samo jak ty - wskazałem końcówką sztyletu na Koyori. - Wolałem ubezpieczyć się na wszelki wypadek. Kto wie, co może się tutaj czaić. - schowałem sztylet na dowód tego, że moje słowa są prawdziwe. 
Dziewczyna wraz ze swoimi towarzyszami nieco się uspokoiła. Czując, że napięta atmosfera opada, jeden z chłopaków, ten, który do tej pory się nie odzywał, postanowił zmienić ten fakt. 
- Zostaniesz z nami? - zapytał radośnie.
Ja chyba się przesłyszałem.
- Glen!
- No co? W grupie raźniej. - uśmiechnął się.
- Chyba nie mogę... Nie będę wam przeszkadzać.

Koyori?

3 cze 2017

Od James'a

Właśnie trwał kolejny nużący dzień. Chmury leniwie sunęły po błękitnym niebie, a słońce prażyło tak, jakby za punkt honoru wzięło sobie, aby spalić dzisiaj ziemię. Temperatura na dworze była nieznośna, a to dopiero początek. Nawet czas postanowił, że dzisiaj będzie miał dzień obijania się, więc każda kolejna minuta trwała w nieskończoność.
Niewiele osób szło dzisiaj spotkać na zewnątrz. Nie żebym zamierzał się z kimkolwiek spotykać. Dzisiaj ewidentnie nie był dzień "integracji z nowymi znajomymi". Jedyną osobę, którą chciałem dzisiaj widzieć, była Auraya, jednak ta gdzieś zniknęła w odmętach parnego powietrza. Minąłem ją dzisiaj na korytarzu, a zapytana o dzisiejsze plany, wskazała mi jedynie na swój łuk i szybko zniknęła mi z pola widzenia. Patrząc na nią za każdym razem czuje ukucie w sercu, przeszywający ból, a przede wszystkim... wyrzuty sumienia. Nie było mnie przy niej przez tyle lat, była zdana na innych i ci inni wcale nie byli dobrzy. Moim zadaniem, jako tego w roli starszego brata, było ochranianie jej. I kompletnie zawiodłem.
Potrząsnąłem głową, starając się odgonić ponure myśli. To nie czas na refleksje, które ostatnio przychodziły do mnie dniami i nocami.
Leżałem na łóżku w swoim pokoju, wpatrując się w idealnie białą ścianę. Prawie idealną. Na pierwszy rzut oka obserwatora może wydawać się nieskazitelna. Ale taka nie jest. Na prawo od drzwi można dostrzec małe pęknięcie. Centralnie nad moim łóżkiem jest czarny ślad, niby spalenizna. Cóż... to akurat moja sprawka. Jeszcze nie do końca panuję nad mocami. Lepiej nie zbliżać się do mnie bez gaśnicy bądź stroju ognioodpornego.
Chyba nie zamierzasz siedzieć cały dzień w pokoju i rozmyślając jak jakiś artysta nad wyglądem ściany? - Przemknęło mi przez myśl. I pomimo takiego potwornego upału na zewnątrz, naprawdę lepszym pomysłem było dzisiaj usmażyć się na zewnątrz, niż przyglądać się ścianie jak jakiś kretyn.
Westchnąłem ciężko, postarałem się zwlec moje ciało z łóżka i ogarnąć na tyle, by wyglądać choćby w najmniejszym stopniu przyzwoicie. Po dość ogólnym "ogarnianiu się", rozejrzałem się po pokoju w dalszym ciągu starając się pomyśleć, co ze sobą zrobić. Może powinienem pójść śladami Aurayi? Chociaż ona będzie miała ochotę mnie udusić za to, że znów za nią łażę. To nie moja wina!
To odpada. Przynajmniej dzisiaj. Co mi jeszcze pozostaje?
Spotkanie ze znajomymi? Nie mam żadnych.
Poznanie nowych ludzi? Hm... odpuszczę to sobie dzisiaj?
Może małe podpalenie? Nie, nie, nie. Bez przesady. Taki jeszcze nie jestem.
Może wypad do baru? Po zastanowieniu odmówię. Tam będzie dzisiaj mnóstwo ludzi.
I po raz kolejny "nie". Naprawdę nie ma nic dla mnie?
I dopiero teraz mnie olśniło. Obiecałem sobie, że w nowym miejscu będzie inaczej, zmienię się, ale na pewno nie zabiorę się za to. Cóż... próbowałem, nie wyszło.
Wziąłem z szafki jakiś mały sztylet - w wiadomościach słyszałem o morderstwie. Zginęła młoda dziewczyna - wyobraźcie sobie mój zawał serca, kiedy nigdzie nie było mojej siostry. A ta najzwyczajniej w świecie poszła do lasu. Nie rozumiała, dlaczego się martwię. No jasne...
Ale wracając do morderstwa. W wiadomościach nie podano szczegółów, ale ze zdjęcia wywnioskowałem, że musiała być wilkołakiem. I miała to nieszczęście spotkać Łowcę. A co oznacza, że trzeba trzymać się na baczności i uważać na każdego.
Oprócz sztyletu wziąłem mały pakunek. Przyszedł do mnie kilka dni temu i jeszcze nie miałem okazji go rozpakować, przepadać i tak dalej...
Ostatnie, szybkie zerknięcie na prawie pusty pokój i już mnie w nim nie było. Dość żwawym krokiem przemierzałem uliczki, mijając tych nielicznych ludzi, którzy jednak postanowili wyjść dzisiejszego dnia i podjęli walkę z parzącym słońcem. Sądząc po ich minach i mowie niewerbalnej, raczej przegrywali tę nierówną walkę. I niestety ja też powili zacząłem odczuwać gorące muśnięcia słońca. Wytrzymałem na zewnątrz i tak dłużej, niż przypuszczałem. A mam tu spędzić jeszcze trochę. Dlatego miejsce, do którego się udaje musi być precyzyjnie wybrane. Odludne, samotne, z niewielkim współczynnikiem odwiedzania, ale również w miarę chłodnę, skryte przed złowieszczym słońcem, które śmiejąc się ze wszystkich na dole, coraz bardziej podkręcało temperaturę.
Moim celem stało się ustronne miejsce w samym środku lasu. Odkryłem je przypadkiem i uważałem za swoje. Stopień zacienienia był wręcz idealny, a na dodatek było tu niewielkie jezioro. Chłodna woda, i chłodniejsza bryza wiejąca znad wody, a do tego dookoła drzewa, rzucające wystarczającą ilość cienia. Wręcz idealnie.
Usiadłem pod jednym z licznych drzew, wyjąłem paczkę, którą wziąłem z domu i po prostu rozerwałem ją, najzwyczajniej w świecie wyjmując to, co skrywała. A była to książka. Niewiele było osób, które podejrzewały James'a o to, że może czytać. Jednak było to coś, co pozwalało mu oderwać się od rzeczywistości i kłopotów.
Zazwyczaj wolał książki od towarzystwa ludzi. Cóż, zdarza się.
Zabrałem się za pasjonującą powieść, wciągając się w wir akcji. I wręcz zapomniałem o wszystkim. Prawie, bo niestety nie było dane mi odpocząć dzisiejszego dnia. Zaczęło się od tego, że usłyszałem czyjeś kroki. Pamiętacie morderstwo, o którym mówiłem wcześniej? Dlatego zaalarmowany szybko poderwałem się z ziemi i ukryłem się.
- Jest tu ktoś? - usłyszałem. Zmarszczyłem brwi. Albo dana osoba już wcześniej mnie widziała, albo usłyszała mnie w jakiś sposób.
- Widocznie moje tajne miejsce, nie jest takie tajne - mruknąłem do siebie.
- Halo?! - tajemniczy osoba poniosła głos. - Kto tu jest?!
Nie... To nie możliwe, aby mnie usłyszała. Powoli wyjąłem sztylet i obróciłem go w dłoni, napawając się jego ciężarem i po raz tysięczni sprawdzając jego wyważenie. Idealne. Jak zawsze. Czując się trochę pewniej, wyszedłem z cieni, ukazując się postaci.
- W czym mogę pomóc? - spytałem jak gdyby nigdy nic.

Ktoś? Coś?

2 cze 2017

„Prochem i cieniem jesteśmy”.

KONTAKT: sardynka1798@gmail.com

James Herondale
28 lat | Mężczyzna | Feniks
Opis: James, w przeciwieństwie do swojej siostry, jest dość otwartym człowiekiem.. Czasami. Mimo wszystko zdarza mu się mieć gorsze dni, które ostatnio, a dokładniej rzec ujmując, od śmierci rodziców, występują coraz częściej. Zdarzy się tak, że spotkacie Jamesa uśmiechniętego, rzucającego jakieś drobne żarty (i to już jest dobry znak, cieszcie się, że go takiego spotkaliście!) Jednak są i dni, kiedy lepiej nie wchodzić mu w drogę. Jest wtedy opryskliwy, arogancki i sarkastyczny. Bardzo często używa słów, które ranią, dlatego czasem lepiej nie zdradzać mu swoich obaw czy sekretów – zwyczajnie wykorzysta je przeciw tej osobie, aby dała jej spokój. Zdarza mu się udawać również pijanego. Ludzie zwyczajnie odchodzą on niego, jak gdyby nigdy nic. Chłopak ma czasami myśli dążące do samozagłady. Chyba jak każdy w tej rodzinie. Zwyczajnie uważa, że nie nadaje się do tego, aby marnować komuś czas do końca życia. Oczywiście, że tego pragnie, ale na razie spotkał się tylko z rozczarowaniem. Raz nawet udało mu się spotkać z Łowczynią, która jak się potem okazało, ku jego wielkiemu zdziwieniu, próbowała go zabić. Niesłychane!
Taki więc, aby poznać prawdziwego Jamesa, trzeba się bardzo natrudzić. Raczej nie słynie z otwartości. Choć ma jej więcej, niż jego siostra. No właśnie, co z jego siostrą? Odkąd dowiedział się, że ona jednak żyje, przysiągł jej chronić. Zbliżysz się do niej, skrzywdzisz ją, albo chociażby na nią spojrzysz – możesz zostać bardzo poważnie uszkodzeniu. Nikomu nie pozwala się do niej zbliżyć. Ku jej wielkiemu niezadowoleniu – uważa, że umie sama o siebie zadbać, jednak dla niego to nadal jego młodsza siostrzyczka. Dlatego strzeż się ty, który planuje coś jej zrobić. Bowiem James nie jest gorszy niż Auraya. Można by nawet powiedzieć, że prawie jej dorównuje. Prawie. Tak samo, jak ona potrafi świetnie walczyć wręcz. Jednak nie posługuje się taką ilością broni białej. On pozostał tylko przy nożach do rzucania i sztyletach. Jednak, w przeciwieństwie do siostry, posługuje się perfekcyjnie bronią palną. Do tego dochodzą jego umiejętności, jako feniks. Lepiej z nim nie zadzierać, bo kiedy się wkurzy, jest nie do zatrzymania. Poświęci się dla każdego, kogo kocha i dla takiej osoby jest nawet w stanie zapłacić największą cenę. Wszystko, byleby tylko najważniejsze osoby w jego życiu były bezpieczne. Bardziej boi się o nie, niż o siebie.
A co do wyglądu? Można by powiedzieć, że pod pewnymi względami jest podobny do siostry. Gdyby nie to, że jego włosy są kruczoczarne, a oczy błękitne niczym głębia oceanu, to można by powiedzieć, że są identyczni. Mają takie samie delikatne rysy twarzy, ten sam sposób chodu. Szczupłe sylwetki no i oczywiście są zwinni. Choć należy tutaj również zaznaczyć, że James jest trochę wyższy od Auray, czym często ją denerwuje.

Pupil: brak.

Stosunki:
Rodzice oczywiście nie żyją. Ci rodzice, jako feniks miał ich już kilku. Jednak nawet jeżeli wziąć pod uwagę ten fakt, jedyną osobę żyjącą, którą może nazwać rodziną, jest Auraya. Dlatego zamierza jej strzec jak najcenniejszy klejnot.