Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezequiel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezequiel. Pokaż wszystkie posty

16 cze 2018

Od Ezequiela do Aurayi

   Wiedziałem jak to jest stracić ojca. Nie miałem jednak pojęcia jak to jest, kiedy to się dzieje na własnych oczach, nie mogąc nic na to poradzić. Umiera się zapewne z bezsilności, ta niemoc potem prześladuje w snach, też w życiu na jawie. Nic tak nie niszczy duszy człowieka, jak beznadziejne patrzenie na czyjąś krzywdę, najbardziej kogoś bliskiego, która potem zostaje w sercu na zawsze. Wieczne obwinianie się za to, że było się za słabym. Popadanie w letarg przypominający śmierć za życia; nic już nie jest takie samo, jakim było przedtem. Traci się pierwotną radość z czegokolwiek, przestaje też odczuwać szczęście. Ta dziewczynka właśnie straciła więcej, niż swojego ukochanego tatę. Swoją niewinność. Świadomość istnienia wszechogarniającego zła w tym wieku rujnowała wszystkie urocze zabawy, stawało się całkowicie wyobcowanym pośród innych dzieci, pozbawionych bagażu psychicznego. W wieku nastoletnim zapewne będzie musiała po tym wszystkim uczęszczać do terapeuty czy psychologa, albo obydwu na raz. Jeżeli zabraknie jej w tym wszystkim siły, stoczy się na samo dno i jeżeli nie będzie nikogo na tyle dobrego do pomocy, to tak zostanie. Nie życzyłem czegoś takiego swoim najgorszym wrogom, w zasadzie nikt nie zasługuje na taki los. Z drugiej strony ten okropny test na odporność na ból może utworzyć kogoś znacznie potężniejszego, kogo z góry teraz nie doceniłem...
- Jak masz na imię? - podszedłem do młodziutkiej istotki stojącej w rogu pięknego, a zarazem mrocznego domu pełnego roślin. Na ich tle wydawała się idealna, jakby ktoś znając odcień jej tęczówek oraz kolor włosów z czystej miłości to wszystko pod nią dopasował...
- Christina. - szepnęła niemal niesłyszalnie melodyjnym głosikiem, który łamał się ze strachu oraz smutku, kiedy przed nią kucnąłem.
- Witaj, Christino. Nazywam się Ezequiel, ale lubię jak się na mnie woła Ed. Nie musisz do mnie mówić per "pan", zgoda?
   Młoda szybko pokiwała główką, rozglądając się dookoła, czy na pewno nikt się nam nie przygląda albo nie uśmiecha kpiąco. Za mną widziała zapewne tylko Aurayę, która obserwowała to w skupieniu i milczeniu. Policjanci pod dyktandem Blaira byli pochłonięci robotą. W otoczeniu tłumu, byliśmy całkiem sami. Dlatego kontynuowałem:
- Jest coś, co lubisz robić najbardziej? - zapytałem ostrożnie, wycierając wydobytą chusteczką spod połaci płaszcza łzy dziewczynki.
- Pomagać mamie przy gotowaniu... - siorbnęła głośno noskiem i przymknęła oczka. -...fotografować pracę taty i... I rysować.
- Jak byłem w twoim wieku, to też lubiłem pomagać mamie głównie po to, żeby móc mieć swobodny dostęp do słodyczy. - mała uśmiechnęła się słabo, zapewne odtwarzając w głowie podobne upodobania we swoich wspomnieniach. - A potem wyobraź sobie, że też robiłem to, co ty. Problem tkwi w tym, że byłem bardzo niegrzeczny po studiach... Nie to co ten komendant po mojej prawej! - nachyliłem się do niej konspiracyjnie, żeby powiedzieć: - Cały czas podlizywał się nauczycielkom, bo był kujonem, a po tym stał się komendantem policji.
- To, że jestem w pracy, nie znaczy, iż ciebie nie słyszę... Ed. - odburknął wezwany, przez co prawie doprowadził do tego, że Christina zachichotała. Prawie.
- Ale to niech zostanie między nami. - sam nie powstrzymałem się od uśmiechu. - Ci wredni panowie pewnie zdążyli ciebie przepytać od góry do dołu, prawda?
- Tak. - odpowiedziała równie słabo, co na początku. Wiedziałem po tym, że w nikłym stopniu sprawiło jej to przyjemność. Nikomu by raczej nie sprawiało...
- Mogłabyś dla mnie narysować kilka rzeczy, proszę? - poprosiłem przepełniony nadzieją na to, iż mimo wszystko uda mi się dotrzeć do tego dziecka poprzez jej aktualne hobby. Zrozumieć ją, a zarazem poznać.
- Chyba... - znowu nieśmiało podniosła wzrok na ludzi. -...tak, Ed.

***

- W życiu nie podejrzewałabym cię o umiejętność podejścia do dzieci. - następnego dnia Auraya siedziała naprzeciwko mnie w knajpie, spory kawał od centrum miasta. - Ani, że po tym wszystkim, czyli odwiezieniu jej do sierocińca, spokojnie będziesz jeść teraz cheesburgera z frytkami.
   Momentalnie wróciło mi wspomnienie spojrzenia wystraszonych, migdałowych oczu o intensywnym odcieniu szarości i okolonych krótkimi, ciemnymi włoskami o niezwykle pofalowanej konsystencji... Jeśli tak można powiedzieć o włosach, rzecz jasna. Pokręciłem głową, próbując odgonić ten obraz sprzed oczu.
- Szczerze, ja też nie. - przyznałem bez większych ogródek, rozglądając się niby obojętnie po wnętrzu. - Po prostu robię to, co jest konieczne, jeśli tak uznam... Albo będę potrafił.
   U Billy'ego tak właśnie było - niby wystrój szykowny, typowo amerykański, ale jak się potrafi, to nie trzeba na niczym skupiać uwagi... Najzwyczajniej delektując się mnogością kolorów w ciepłej gamie. Ściany były pomalowane na czerwono, a sam dość rozległy bar był wykonany z drewna brzozowego. Różnobarwne butelki lśniły w blasku porannego słońca, odbijając na sąsiedniej ścianie tęcze na obrazach, które głównie stanowiły dosłownie fotografie różnych miast Stanów Zjednoczonych. Lubiłem to miejsce nie tylko ze względu na jego klimat, ale przede wszystkim przez samego właściciela czy jego pracowników. Byli bardzo pomocni nie tylko podczas dobierania dla mnie bardziej skomplikowanych dań, ale przy dodaniu większej ilości alkoholu potrafili usłyszeć to i owo przy różnych ludziach... Stanowiąc dla mnie niejednokrotnie jako detektywa wsparcie przy śledztwach. To tu najczęściej mogłem również znaleźć mojego przyjaciela - Blaira, ale tym razem go nie zastałem na całe szczęście. Nie sądziłem, żeby Auraya tak samo zachowywałaby się w obecności wilkołaka, jak teraz. Dodatkowo nadal było to miejsce zamknięte (ale dla nas otwarte, Billy był w kuchni rozładowując dostawę produktów).
   Jej odpowiedź polegała tylko na pokręceniu głową z dezaprobatą w milczeniu, zatem wyjąłem plik kartek z torby... Tak, były to rysunki Christiny, które pokazałem anielicy z lekkim uśmiechem. Kobieta z wyraźnym zaskoczeniem oglądała kucyki, kwiatki, domki i narysowaną nawet rodzinę ręką małej dziewczynki.
- Ona naprawdę to dla ciebie zrobiła. - sama sobie nie dowierzała w to, co właśnie widziała.
- Tak, ale najbardziej niepokoi mnie ten... - wysunąłem spod spodu stosiku maleńką karteczkę z zamazanym rysunkiem wysokiego mężczyzny w ocienionym pomieszczeniu. Znaczy, jedynie to przypominało mężczyznę, ale można się było domyślić po kolorystyce i kształcie. Na plecach miał pewien symbol, który zapadł Christinie w pamięci. - ...przypomina ci to coś?
- Symbol. Taki, jaki naszywa się na skórzanych kurtkach kapeli rockowych czy metalowych... Mój brat nawet ma taką jedną, ale nie nosi jej od dawna. - oparła się łokciem o blat stolika, a po tym wsparła dłonią o policzek. - To może być wszystko, Ed.
- Niekoniecznie... - wyjąłem z kieszeni telefon, na którym włączyłem Internet, aby pokazać mojej współpracowniczce pewne logo gangu motocyklowego.
   Auraya zakryła usta z wyraźnym zrozumieniem na twarzy: wszystkie fakty zostały przez nią połączone w dość sensowną całość.
- Potrzebuje twojego wsparcia z powietrza. Mam na myśli: skrzydeł. Będą po jakimś czasie spodziewać się inspekcji przez policję, prędzej czy później Blair zacząłby wskazywać palcem najbardziej podejrzane zgrupowania na ślepo, a oni do takich należą. Narkotyki. Czarny rynek. Chyba nie muszę wymieniać dalej, są po prostu na tej liście w pierwszej piątce.
- Na czym dokładnie miałoby to polegać?
- Potrzebuję, żebyś nieregularnie odwiedzała ich siedzibę, oglądając członków. Nie mam zamiaru zdradzić się zbyt szybko, to wypłoszy mordercę i wtedy nam przepadnie. Wolę, żeby myśleli, że nadal szukamy po omacku... By czuł się względnie bezpieczny.
   Przygryzła wargę, rozumiejąc mój tok rozumowania.
- Jeden będzie jeździł do ukrytej gdzieś kobiety, czyli matki Christiny. Chcesz, żebym go wytropiła w jak najkrótszym czasie, będąc zupełnie niezauważona... Z tym, że mogą być ich dziesiątki. Setki podejrzanych, napakowanych, wyglądających podobnie facetów.
   Wiedziałem, iż to nie będzie proste zadanie ani dla mnie, ani dla niej... Ale nie miałem zupełnie innego pomysłu. Zazwyczaj zawsze zostawał jakiś trop, po którym Blair odnajdywał sprawcę niczym wiedziony po sznurku, rzadko potrzebował mojej dedukcji. Tym razem jednak wszystko zostało przygotowane tak, jakby ktoś wiedział o metodach komendanta policji w San Lizele... I wykorzystał je przeciwko niemu, będąc nawet tej samej rasy.
- Szukaj nasion jakiegokolwiek drzewa u nich, to powinno cię naprowadzić do matki Christiny. Oprócz tego przed samą akcją załatwiłem dla ciebie u Myrtice odpowiednie eliksiry wzmacniające w połączeniu z faktem, że literalnie będziesz stawać się niewyczuwalna oraz niewidzialna... Nawet dla nadnaturalnych.
   Brunetka spojrzała na mnie w zastanowieniu, ale wiedziałem, że nie wyrazi żadnych obiekcji. To było ekstremalnie niebezpieczne, lecz konieczne do wypełnienia misji. Oboje byliśmy przygotowani na poświęcenia, zwłaszcza, iż w jakiś sposób ta sprawa przypominała obojgu z nas o czymś z przeszłości. Owszem, jeżeli chodziło o Aurayę, to mogłem równie dobrze strzelać w ciemno, ale nie zapomniałbym tak łatwo o tym, jak mi się przyznała podczas czyszczenia Miracle do walk. Była szkolona na zabójczynię, więc podejrzewałem albo areny, albo agencję specjalną... Nadal nie byłem pewien, biorąc pod uwagę jej styl walki, musiałbym go znacznie częściej oglądać... W ogóle ją w sytuacjach ekstremalnych. Były znaczące różnice pomiędzy agentką, a wojowniczką podczas takich "bitew". To stąd przy okazji brała się ta cała troska jej brata - nie chciał, aby przeszłość przesłoniła jej teraźniejszość i nadal bał się o nią pomimo całej tej siły psychicznej, jaka w niej drzemała. Nie wyglądała na taką, która by się rozpadała pod wpływem tego wszystkiego, wręcz przeciwnie. Radziła sobie lepiej, niż tak naprawdę się tego po niej po pierwszym spotkaniu spodziewałem.
- A ty gdzie przez ten cały czas będziesz?
   Chciałem móc w tamtych chwilach w przyszłości być przy Coleen, ale wiedziałem, jak wielce byłoby względem mojej współpracowniczki niesprawiedliwe. Poza tym, za nic nie zostawiłbym jej samej na żadnej misji, choćbym kochał czy nienawidził nad życie kogokolwiek. Życie jeźdźca bez głowy w roli detektywa policyjnego na coś w stylu pół etatu, jednocześnie pracującego w prosektorium, nie było usłane różami.
- W pobliżu, gdybyś potrzebowała wsparcia. - odpowiedziałem jej bez namysłu, stawiając dwie butelki obok rysunków. Przypominały zakorkowane naczynia podczas lekcji chemii, z których jedno posiadało fluorescencyjną, różową zawartość, a druga w takim samym odcieniu była niebieska.
   W tamtej chwili obiecałem sobie, że będę sam badać ciało w poszukiwaniu kolejnych poszlak biologicznych, a nawet kilkukrotnie samodzielnie zwiedzę miejsce zbrodni. Nie chciało mi się wierzyć, że za pierwszym razem niczego nie przeoczyłem; musiało w tym wszystkim być coś jeszcze. Ostatni element układanki, który nie wpadł mi od razu na swoje miejsce uwierał i sprawiał, że przez cały czas byłem spięty. Tamten prawdopodobny wilkołak, wierząc po samych śladach, nie mógł być w tym tak samo dobry jak ja.

Auraya? 
Przepraszam, że tak późno i też musiałaś długo czekać ;-;

4 cze 2018

Od Ezequiela do Coleen

   Kiedy usłyszałem kroki Coleen zmierzające w kierunku łazienki, to wiedziałem, że wygrałem tą słowną potyczkę, a ona będzie wyglądać i pachnieć tak, jak zwykle. Czyli najlepiej. Czy to zwieńczyło doskonale uprzednią noc? Zdecydowanie. Czułem, jak w moich żyłach rozprowadza się znajome ciepło, nadając mojemu ciału lekkiego drżenia podniecenia. Byłem więcej, niż zadowolony podczas przygotowywania śniadania dla siebie oraz mojej wybranki. Postanowiłem postawić na coś, co będzie szybkie, pożywne, a co najważniejsze - zdrowe. Oboje potrzebowaliśmy siły, poza tym Coleen była przecież śmiertelniczką. Ludzie odznaczali się od zawsze większą kruchością w stosunku do nas, nadnaturalnych... Byłem kiedyś jednym z nich. Nieświadomy ognia wewnątrz mnie, który tylko czekał, abym go uwolnił i dowiedział się o prawdzie zawartej w mojej krwi po ojcu.
- Co tam pichcisz? - ubrana kobieta opierała się właśnie o framugę drzwi mojej posiadłości z leniwym uśmiechem.
   Pozwoliłem sobie zagapić się na nią, aby zapisać ten obraz pod swoimi powiekami, a potem odtwarzać za każdym razem, kiedy by jej tam nie było. Pamiętać...
- Nie wiem, jak ty, ale ja mam ochotę na owsiankę, a na deser ciastka owsiane.
- Brzmi całkiem nieźle.
   Usiedliśmy do stołu po tym, jak wspólnie zabraliśmy się z talerzami do jadalni z poprzedniego wieczoru. Światło słońca padało rozproszone na poszczególne meble, a także na nas. Dodało to poblasku w krystalicznych oczach Coleen, jej szaro-zielono-brązowe tęczówki mieniły się niczym kolorowe diamenty. Zabraliśmy się za jedzenie przez dłuższy moment w zgodnej ciszy.
- Wiesz co, myślałam nad tym od dłuższego czasu i myślę, że nadszedł odpowiedni moment... - ciemnowłosa uniosła na mnie spojrzenie, a ja znieruchomiałem.
   Nie byłem przez te mroczne kilka sekund pewien, czego mógłbym się wówczas spodziewać. A ta pauza? Długo zamierzała mnie do cholery trzymać w niepewności, czy w końcu dokończy to zdanie?! - ...abyś poznał moich rodziców.
- To nie problem, kiedy dokładnie to miałoby się odbyć? - w moim głosie nie dało się poznać czegokolwiek, co wskazywałoby na szalejącą jeszcze kilka sekund temu burzę.
   Przyjmowałem opanowany ton z łatwością zakładania maski na twarz... Czasami jak na siebie spoglądałem w lustrze, to nie widziałem gwiazdy rocka, tylko wyrachowanego detektywa. Mordercę grzeszników. Jakim cudem to wszystko na raz mieściło się we mnie, dopełniając się jednocześnie? Jak mogłem tak spokojnie wieść życie śmiertelnika u boku tej pięknej kobiety, a potem z łatwością przeistaczać się w potwora z ognia? Te same pytania widziałem niejednokrotnie w oczach Aurayi. Tak samo nie potrafiłem sam sobie na nie odpowiedzieć. Po prostu to się działo; zostawałem sobą, umiejętnie dostosowując się do każdych okoliczności. Ale czy byłbym w stanie poznać jej rodziców? Tego jeszcze nigdy nie robiłem, a nowe mogło oznaczać kłopoty...
- W zasadzie na święta, ale myślałam też nad szybszą datą, podczas której byście się już poznali.
   No tak, lepiej nie rujnować sobie rodzinnych świąt, gdyby coś poszło nie tak. Rozumiałem jej tok myślenia, aczkolwiek to dawało mi ziarno niepewności - czyżby nie ufała wystarczająco dużo którejkolwiek ze stron?
- Nie patrz się tak na mnie, Ezequiel. - parsknęła nagle śmiechem, jakby ta rozmowa ją rzeczywiście bawiła. - To nic takiego, naprawdę. Widzisz, oni są dość... Specyficzni. Mogą na ciebie zareagować w nieprzewidziany sposób, dlatego pomyślałam, że wypad na weekend mógłby ułatwić nam wszystkim życie.
   Wzruszyłem ramionami, to nie brzmiało jeszcze jak koniec świata.
- Myślę, że możemy się zgrać z datami, jak powysyłamy sobie wszyscy na Facebooku swoje grafiki pracy i wtedy podejmiemy decyzje.
   Coleen skinęła głową na moją propozycje i już zamierzała ponownie otworzyć usta, by coś dodać, gdy nagle zadzwonił jej telefon. Zmrużyłem oczy, próbując odczytać na wyświetlaczu imię, ale była to jakaś ksywka, poza tym zdążyła mnie już uprzedzić. Wzięła zwinnie urządzenie i wstała od stołu, pospiesznie przepraszając. Wyszła na korytarz, a potem na któryś z balkonów, więc słyszałem strzępy rozmowy z tylko jednej strony... Nie miało to kompletnie sensu, dlatego przestałem się na tym skupiać. Wróciła tak szybko, jak zniknęła mi na tamtą chwilę.
- Są tu jakieś szybkie autobusy? - zapytała z niepokojem, który i mi się szybko udzielił.
- Nie, stąd jest dość daleko do jakiegokolwiek przystanku. Muszę cię odwieźć.
   Coleen przygryzła wargę, co nie ukrywam, bardzo mi się podobało.
- Ale obiecasz, że nie zostaniesz i szybko odjedziesz?
- Dobra, to brzmi źle. O co chodzi?
   Westchnęła, zakładając ręce na klatce piersiowej. Wyraźnie chciała, abym sobie odpuścił i się nie dopytywał, ale to było kompletnie nie w moim stylu.
- Mój brat jest trudniejszy od moich rodziców, a dodatkowo przyjechał ze swoim kumplem.
   Spodziewałem się, że jej rodzeństwo wiedziało o jej życiu towarzyskim znacznie mniej od rodziców, więc bez kolejnych pytań odwiozłem ją do jej domu...

Coleen?

4 maj 2018

Od Ezequiela do Coleen - [Zimowy Event cz. 2]

   Szczerze rozbawiony do granic możliwości przyglądałem się jej narastającemu gniewowi, aczkolwiek w końcu spoważniałem na wspomnienie tak jakby nietaktownego żartu. Z szastania pieniędzmi wyrosłem już dawno temu, a fakt, że pozwoliłem sobie zobaczyć stojącą przede mną kobietę w kreacji rodem z wybiegu nie wydawał mi się do takiego stopnia szalony… Po tym wszystkim na co wydałem kiedykolwiek w młodości pieniądze, ale tego może lepiej by było już nie wspominać… 
- Z reguły wolę ukrywać swoje dziedzictwo finansowe i przeszłość, w jakiej dodatkowo je pomnożyłem i nadal pomnażam, ale uważam, iż skoro stać mężczyznę na to, by dawać ukochanej to, co najlepsze… To powinien to robić.
- Nie czuję się w tym dobrze. Po prostu. – próbowała oponować, widząc, iż w końcu spoważniałem. – Kiedy widziałam tyle…
- Coleen. – złapałem jej twarz w dłonie, spoglądając głęboko w oczy. Wzięła ostrożnie głębszy oddech.  – Proszę cię tylko o ten jeden bal w takiej sukni. Wyglądasz w niej tak nieziemsko pięknie, że nie jestem w stanie przestać na ciebie patrzeć i podziwiać. Jeżeli nigdy więcej nie będziesz chciała, bym kupował ci takie rzeczy, to tego nie zrobię.
   Powiedziałem to z wielkim bólem serca, ale moim głównym celem było uszczęśliwianie jej. Wiedziałem, jak bardzo nieswojo musiała się czuć w całym tym magicznym świecie, który mnie otaczał. Zwłaszcza, że tak naprawdę nie znała jeszcze całkowitej prawdy o mojej osobie. Jakaś część mnie nadal chciała to ukrywać, pozwolić jej widzieć tylko tyle, ile widziała teraz. Czy tak nie byłoby nam wszystkim łatwiej?
- Masz nadzieję na to, że się zgodzę ci stroić, prawda? 
   Westchnąłem, bawiąc się jej puklem włosów. Chciałem móc dobierać jej najdroższe suknie na praktycznie wszystkie uroczystości i eksponować jej urodę na czerwonym dywanie po wyjściu z limuzyny. Nie miała nawet pojęcia jak wiele go w sobie oraz na zewnątrz siebie, miała.
- Aż tak to widać?
- Tak. – uśmiechnęła się łobuzersko.
   Złapałem w ramach zemsty Coleen przy wcięciu w talii, po czym wykonałem tylko kilka kroków walca. Obróciłem zszokowaną pannę Caillte wokół jej własnej osi, a tiul trochę rozszerzający się na dole, zawirował, unosząc się nieco w powietrzu. Kryształki w każdym miejscu na sukni zalśniły niczym sople lodu. Jej włosy niesfornie znalazły się na jej twarzy, więc musiała potrząsnąć głową, aby odzyskać widoczność. Moje serce zabiło trzy razy szybciej na ten widok.
- Jesteś niemożliwy, przecież wiesz, że słabo umiem tańczyć! – sapnęła podirytowana, ale widziałem w jej oczach również radość.
– Myślę, że...
   Zamarłem w bezruchu.
- …ten jeden raz nie wyrządzi nikomu szkody. Pewnie i tak już nie można jej zwrócić, czyż nie?
- Zgadza się. – potwierdziłem, a ona pokręciła głową z dezaprobatą.
- Mogę przekazać dotacje w tej samej wysokości, co wyniesie koszt całokształtu, sierocińcowi w San Lizele. Mogę zrobić licytację swoich dzieł i kolejne pieniądze przeznaczyć na szpitale, które wskażesz. 
- Swoich dzieł? Czego o tobie jeszcze nie wiem? – zapytała, a ja posłałem jej zagadkowe spojrzenie.
  „Och, moja droga, tego jest zbyt wiele.”

***

   Zgodziła się nawet jakimś cudem na fryzjera oraz makijażystkę. Nie miałem pojęcia, co ją podkusiło do tego, by dobrowolnie oddać się w ręce wyznaczonych przeze mnie profesjonalistów. W końcu postanowiłem ją o to zapytać, a ona odrzekła dumnym głosem, wpatrując się w przestrzeń za szybą mojego chevroleta:
- Mówiłeś, że istnieje możliwość spotkania kogoś znajomego na tym balu.
- Tak, podejrzewam, iż może być ich nawet całkiem sporo… O kogoś konkretnie ci chodzi, prawda?
- Kim jest „Myr”? – tym razem to ja pokręciłem głową z dezaprobatą, widząc, iż musiała przynajmniej raz spojrzeć na ekran mojego telefonu.
- Myrtice to dawna… - odchrząknąłem. - …teraz tylko się przyjaźnimy. Chyba nie jesteś szczególnie zła na to, że nadal utrzymuje z nią kontakt ani nie podejrzewasz mnie o nic?
   Wzruszyła jedynie ramionami, więc resztę drogi do lodowego pałacu przemilczeliśmy.

***

   Zaparkowałem kawałek od głównego wejścia wielkiej fortyfikacji, w zasadzie nieco zastawiając bramę z lodu na wielki dziedziniec reprezentacyjny. Dorożka obok mojej zaśnieżonej Charlotte by nie przejechała, raczej pojedynczy jeźdźcy na koniach. Uśmiechnąłem się do Coleen, po czym wyjąłem kluczyki ze stacyjki i wyszedłem na zewnątrz, aby otworzyć jej drzwi. Ciemnowłosa piękność wyszła z wnętrza czarnego samochodu z gracją równą właścicielce tego przybytku przed nami, chociaż musiałem ją złapać pod koniec, bo się poślizgnęła na szpilkach.
- To był jednak głupi pomysł, aby całkowicie pozostawić ci możliwość wyboru ubioru…
- Ależ skąd! – wziąłem ją na ręce, przez co prawie straciła obuwie równie kosztowne, co jej suknia.
   Zarumieniona do granic możliwości Coleen spojrzała na mnie nienawistnie:
- Chyba nie zamierzasz mnie tam wnosić niczym pannę młodą.
- Nie powstrzymasz mnie przed tym. – odparłem jej, a ona przewróciła oczami.
   Naprawdę ją tak wniosłem do wnętrza pałacu, którego podboje otworzyły się na pozór automatycznie, choć instynktownie dopatrywałem się w tym magii. Wielkie, dwuskrzydłowe wrota rozwarły się, ukazując nam wnętrze składające się z klatki schodowej i podwójnie rozchodzących się w różne strony schodów na wyższe piętra. Natychmiast otoczyło nas ciepło, którego nie spodziewałem się we wnętrzu literalnie z lodu. Postawiłem Coleen na śnieżnobiałym dywanie, który stłumił dźwięk zetknięcia jej kryształowych obcasów z niemal szklaną posadzką. W tym samym momencie wrota za nami zamknęły się, a ja poczułem dziwne osłabienie. Raczej brak wewnętrznego, uspokajającego mnie ognia jeźdźca bez głowy. Nieco zaszumiało mi w głowie. Zaniepokojona tym widokiem panna Caillte złapała mnie za ramię, sprawdzając opiekuńczo, czy nie mam gorączki. 
- Co ci się stało? – w jej głosie zabrzmiał prawdziwy niepokój.
- Nie wiem. – trochę mi zajęło, zanim rozpoznałem na wrotach wykute w lodzie, splątane runy osłabiające rezerwy i zamazujące aury. 
   Zupełnie tak, jakby ktoś, kto je rzeźbił, za wszelką cenę chciał uchronić przed czymś mieszkańców i biesiadników. Zmrużyłem oczy, oglądając się na nie i przesunąłem dłonią wzdłuż nich, czując, jak niewidzialne iskry zaklęcia w zetknięciu z moją skórą stają się coraz bardziej uciążliwe. Można było to porównać do uderzenia ze sobą jednocześnie dwóch metalowych ostrzy…
- Widzę, że pan zna się na pradawnej sztuce. – zagrzmiał głos za mną. Coleen od razu przysunęła się bliżej mnie, a ja przysłoniłem ją sobą, oglądając się z powrotem na to, co działo się przy schodach.
   Wysoki jegomość w szykowanym garniturze i tak dobrze dopasowanych spodniach, musiał być lokajem. Przypominał ze znudzonego wyrazu twarzy zombie, aczkolwiek widziałem w sposobie, w jaki się poruszał, iż nadal był na tyle żywotny, by dokonywać więcej, niż głównie zrzędzenia na pogodę przy herbatce. W jego wyniosłym unoszeniu podbródka czaiła się dostojność samego hrabi. 
- Zgadza się. Można mnie określić wręcz miłośnikiem każdego jej rodzaju. – odpowiedziałem pewnie, chowając skromność gdzieś za siebie. W zasadzie nigdy się nią nie afiszowałem, co Coleen ponownie skwitowała przewróceniem oczu. – Z kim mamy przyjemność?
- Nazywam się Esteban Julio Ricardo Montoya dela Rosa Ramirez i jestem tutaj głównym lokajem zajmującym się posiadłością. Ze względu na brak umiejętności witania przez mojego klucznika, muszę osobiście prowadzić gości takich jak wy na salę balową. Zatem pozwólcie… - i ruszył ku schodom, nie czekając, ani nie wyjaśniając nic więcej.
   Złapałem Coleen pod ramię, prowadząc ją w głąb wielkiej posiadłości, pozwalając sobie oraz jej oglądać bezmiar dekoracji balowych, a także majestat i precyzję, z jaką zbudowano na pozór zwykły zamek pośrodku lasu. Każdy obraz malowany techniką olejną na płótnie, zawieszony w holu, posiadał inaczej zdobione obramowanie, a co za tym idzie – tematykę od mitologicznych przedstawień poprzez świeckie, pełne sielanki pejzaże. Meble wydawały się wprost być dopasowane do miejsc, w jakich stały i dekorowane na modę rokoka. Niektóre z nich wręcz uginały się od masy perłowej, perfekcyjnie oszlifowanych brylantów, a także wszechobecnych, intensywnie pachnących goździków wystawionych na srebrnych misach. U sufitu były zawieszone girlandy z białych lilii, zaczepione o srebrne kandelabry, które rzucały ciepły blask na wszystko i wszystkich w swoim zasięgu. Zdecydowanie kunszt przekraczał moje wyobrażenie tego, co tutaj zastaniemy tym bardziej, iż spodziewałem się czegoś znacznie skromniejszego, niż to. Sądziłem, iż będzie to raczej typowa zagrywka burmistrza, podczas gdy bal okazał się królewskim przedsięwzięciem na miarę arystokracji sprzed setek lat. Z każdym kolejnym krokiem czułem się coraz pewniej, przebywając z dala od oszałamiających run na wrotach pałacu. Mój ogień wrócił w całej swojej pełni dopiero pod drzwiami od komnaty balowej na najwyższym piętrze pałacu. Tutaj oddaliśmy Estebanowi nasze zaproszenia, a on schował je do kieszeni swojego garnituru, życząc nam szczerze miłej zabawy. Weszliśmy zatem do wnętrza równie potężnego, co klatka schodowa, lecz tym razem wypełnionego tańczącymi parami, orkiestrą, a także stołem uginającym się od różnego rodzaju potraw: od dań głównych, przez desery i nie zapominając rzecz jasna o różnorakich rodzajach alkoholi. Pojedynczy mężczyźni we frakach częstowali pysznościami nadziewanymi na patyku, inni nosili na srebrnych tacach kieliszki. Powolna muzyka zachęcała do tańca towarzyskiego przy akompaniamencie skrzypiec, wiolonczeli, fortepianu, fletów poprzecznych, harfy, a także pojedynczych taktów altówek. Coleen jednak z premedytacją zignorowała parkiet, dając mi jasno do zrozumienia, iż nie ma najmniejszego zamiaru dać się ciągnąć w różnych kierunkach, tylko od razu poprowadziła mnie w stronę stołu… Przez co potrąciłem łokciem pewną czarnowłosą wiedźmę przechodzącą akurat obok.
- Najmocniej przepraszam…
- Och, Ezzie, to ty. Nie poznałam cię w tym fraku. – Myrtice uśmiechnęła się do mnie głupkowato.
- To smoking.
- Frak. Kim jest twoja śliczna księżna?
- Nazywam się Coleen Caillte. – odpowiedziała dość zdystansowanym tonem, lustrując czarownicę od stóp do głów. Zwłaszcza jej pokaźny dekolt w srebrnej sukni i nietaktowne wcięcie na nogę aż do biodra.
- Myrtice Terranova. Cała przyjemność po mojej stronie.
   Wątpiłem w to.

***

- Ile wypiłeś?
- Dziesięć. Ale byłem drugi, jakiś dzieciak mnie wyprzedził…! – zaśmiałem się, czując w żyłach rozlewające się ciepło grzańców.
   Żeby nie było, walczyłem dzielnie i wcale się nie zestarzałem! Tamten typ po prostu miał jakimś cudem szersze gardło jako jakiś wilkołak czy coś innego, przestałem rozróżniać po trzecim kuflu, kto jest jakiej rasy i koloru aury, zatoczyłem się z tym kuflem, ale piłem dalej! Nie wiem, co do nich dosypali, ale brało cholernie szybko i o ile tamten już lekko odpadał od karuzeli, to ja się świetnie bawiłem i dopiero rozkręcałem…!
- Zostawiłam cię na mniej niż kwadrans, bo musiałam iść do łazienki, a ty już zdążyłeś prawie wygrać konkurs dla pijaków imprezowych… - złapała się za głowę, szukając jakiejś podpowiedzi zza okien wielkich niczym wrota pałacu. 
- Coś jeszcze?
- Śpiewaliśmy razem na stole Marsyliankę. Coleen, błagam, zatańcz ze mną. 
   Tak, całkowicie pijany, porwałem ją do tańca, który dość słabo go przypominał, za to dostarczył nam obojgu odpowiednio dużej dawki śmiechu i łez od niego. Muzyka zaczęła przyspieszać do coraz skoczniejszych rodzajów, tym razem nawet grupowych. Pary zaczęły tworzyć dach ze swoich rąk do przebiegnięcia pod nimi dla innych, wiele kobiet miało na głowach wianki z brokatowych lilii. Gwar stawał się coraz głośniejszy do tego stopnia, iż większość zebranych nie zdołała usłyszeć krzyku pewnej kobiety za jednymi z wieloma drzwi. Posadzka zadrżała. Momentalnie przypomniały mi się runy na wrotach, które nie zostały tam wykute bez powodu… Problem polegał na tym, że nie zdołały powstrzymać tego czegoś, co tu wtargnęło, a ja pozwoliłem sobie na to, żeby całkowicie zapomnieć się przy zabawie. Zakląłem w duszy, pozwalając wewnętrznemu ogniu spalić alkohol w mojej krwi. Spojrzałem trzeźwymi oczyma na przerażony tłum, który uspokoiłem specjalnymi poleceniami, przejmując od razu dowodzenie nad całą sytuacją. Muzyka gwałtownie ucichła, pozwalając mojemu głosowi odbijać się echem od ścian. Ujrzałem przez moment w oczach Coleen błysk podziwu nad moją umiejętnością panowania nad tłumem. Od razu w pobliżu mnie pojawiła się Myrtice i o dziwo, Blair Tacher, mój dobry, znajomy komendant policji w San Lizele.
- Przypilnuj Coleen, a ja i Myrtice się tym zajmiemy.
- Nie ma sprawy. – odparł mi przyjaciel, witając się już z kobietą po mojej prawej.
- Zaraz, jak to ty i Myrtice? – nagle oprzytomniała, kiedy nie wymieniłem jej imienia.
- Moja droga, tutaj w grę wchodzić mogą seryjni mordercy, a Myrtice znam nie tylko dzięki temu, że jest w połowie Irlandką. Pracuje jako asystentka Blaira i do tego jest o wiele bardziej obeznana w dzisiejszej technologii, niż ja.
- Jeżeli podłożyli bombę, będę w stanie ją ogarnąć szybciej, niż twój chłopak by zdążył pomyśleć o tym, czym tak naprawdę jest. – zapewniła śmiertelnie poważnym głosem, jednocześnie mi ubliżając.
   Oboje wiedzieliśmy, że kompletnie nie o to chodziło, ale musieliśmy grać. W tej komnacie wszyscy aktualnie nas słuchali, a duża liczba z obecnych nie była wiedzącymi o sprawach nadnaturalnych. Szybko razem z czarownicą wyszliśmy, zamykając wrota od komnaty balowej i ruszyliśmy w stronę, z której według czarownicy dobiegało drżenie.
- Przemień się, Ed. Mam spore wątpliwości co do tego, czy dasz radę w tej wersji temu czemuś, co jest na dole i szampańsko bawi się czyimś życiem. – mruknęła w moją stronę, a wokół jej dłoni zaczęła prześlizgiwać się złocisto purpurowa mgła. Idealnie te kolory aury oddawały razem to, kim była i co potrafiła.
- Ile jest tam ofiar? – moje ciało pokryły żywe płomienie, zmieniając strój na wiktoriański. Przy pasie pojawiła się szabla ze oznakowaniem. Odczułem znajome pieczenie na szyi. Zdjąłem kaptur dodatkowej peleryny, czując, iż było mi już zbyt ciepło.



- Dziewięć żywych posągów z lodu.
- Bazyliszek, ale w innej, zabawniejszej wersji?
- Tak jakby, chociaż to skromne określenie na te istoty. To teraz już glahiemy. Zmieniają się w żywe istoty zimy przez to, że ktoś ich zamordował i porzucił w śniegu. Dokładnie pod tym pałacem. Chcą się bronić przed tym, co tu grasuje niespętane żadnymi łańcuchami…
- Wendigo?
   W tym samym momencie spadł na nas przedstawiciel powyższej rasy z impetem z kandelabra, którą wymieniłem. Myrtice zrzuciła go ze mnie celnym pulsarem, a ja dokończyłem dzieła posyłając w jego stronę strumień płomieni.
- Imponujące. Niczym feniks. – skwitowała to nawet zadowolonym pół uśmiechem. – Ale z glahiemami będzie gorzej. Będziemy musieli zejść do piwnicy, a w międzyczasie będą miały nas jak na patelni. Nie da się ich zniszczyć w tej postaci, będziemy mogli się jedynie bronić.
- To jaki jest ich słaby punkt?
- Ich ciała pod posadzką. Będziesz musiał ją stopić, a potem dotrzeć do nich.
   Przygryzłem wargę. To zużyje mnóstwo moich rezerw tak, jak Myrtice, żeby mnie i siebie przed nimi chronić. W pewnym sensie była to wręcz misja samobójcza. Mogliśmy się dosłownie wypalić raptem w połowie roboty, tym bardziej, że ani ja ani ona nie wiedzieliśmy, jak głęboko spoczywały ciała. To mogły być metry…
- Poprzysiągłem chronić miejsce, do którego zacznę należeć jako ten, kim jestem. To mój obowiązek, ale ty możesz się ratować i przeprowadzić ewakuacje…
- Przestań pieprzyć, tylko zacznij schodzić po schodach. 

***

   Byli tam wszyscy. Cała rodzina właścicieli pałacu i kilku obcych, którzy próbowali się przede mną i Myrtice chronić. Spaliłem ich doszczętnie, a potem usiadłem na schodku z wycieńczenia. Nie przygotowałem się na takie obsunięcie rezerw uprzednimi eliksirami wzmacniającymi od przyjaciółki, z resztą ona też ledwo łapała oddech. Zsunęła się plecami po ścianie, patrząc na mnie na w pół przytomnie i łapiąc za żebra po lewej stronie.
- Mocno uwiera cię kryształ?
- Nie bardziej, niż ciebie nacięcie na szyi, jak się zmieniasz. 
   Uśmiechnąłem się do niej krzywo, a ona odpowiedziała mi tym samym.
- Myślisz, że wybudowali go po to, aby można było ich znaleźć i uwolnić od tego jarzma?
- Raczej nie oni go wybudowali… Tylko lokaj i jego pomocnicy. I ten dziwny facet w masce. Dziwnie mokra ta ściana, swoją drogą.
   Na nos spadła mi kropla wody.
- Ten pałac się topi, Myrtice. 
   To były ostatnie słowa, jakie zapamiętałem po tym, jak zapadłem się w ciemność.


KONIEC


3 lut 2018

Od Ezequiela do Aurayi

      Mój ośrodek jeździecki przy posiadłości na południe od San Lizele, w tym znacznie mniejszym lesie, składał się głównie z rezydencji na środku prostokątnego planu, okolonego ze wszystkich stron zielenią pastwisk. Droga południowo wschodnia prowadziła do sektora ułożonego w kształcie litery „L” ze budynków stajennych od „A” do „K”. Auraya, jak na ironię losu, zaprowadziła nas na oślep do pierwszej stodoły ze ogierami hodowlanymi, a w tym głównie do ujeżdżenia. W „B” były ogiery skokowe, w „C” wyścigowe, „D” pociągowe, a „E” do zawodów WKKW. Dreptała dość niewesoło po asfaltowej drodze, oglądając równiutko posadzone równolegle do drogi młode drzewka, a za nimi pusty padok. Było jeszcze na tyle rano, że większość koni chodziła na karuzelach rozgrzewających, znajdujących się od razu na końcu sektora stajennego. Nie była szczególnie szczęśliwa z powodu poznawania nowej rzeczy, w zasadzie czułem się trochę nieswojo z tym, iż ją do tego nieco przymuszałem… Wiedziałem, że to będzie dla niej szczególnie trudne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jej przeszłość. Widziałem w niej tyle ran na duszy, których nikomu nie pozwoliła dotknąć. Tamte rozmarzone oczy… Zamglone spojrzenie skupione na przeszłości niemal od razu po tym, jak zlustrowała charakter Tenebrisa. Ciekawe, że zatrzymała się akurat przy nim. Uśmiechnąłem się pod nosem, opierając o drzwiczki boksu bokiem od niechcenia, a na moją twarz padło żółtawe światło z lampy nad Tenebrisem.
- Jest za młody, żeby chodzić jeszcze pod siodłem. To półtoraroczniak rasy fryzyjskiej, ale już wygląda olśniewająco… I tak, jest strasznie charakterny. Dla ciebie zaplanowałem zdecydowanie innego kompana na pierwszą lekcje.
   Lekko zaskoczona pozwoliła mi się zaprowadzić znacznie dalej, skręcić i wejść do skrzydła klaczy, a na końcu wałachów szkółkowych. Oglądała z zachwytem wielką przestrzeń przeznaczoną do wspólnej egzystencji z tymi zwierzętami. Była całkowicie naturalna i jednocześnie bardzo nowoczesna, starałem się pozbyć zbytniej sztuczności. Latarnie były przykładowo napędzane światłem słonecznym, a pojazdy do przewozów koni były elektryczne. Stały z dala od nich na parkingu, przy wjeździe do Central Avalon Park. Po drodze nie rozmawialiśmy zbytnio ze sobą, jednie mruczała jakieś pytania dotyczące ewentualnych kosztów budowli czy rachunków, nadal nie wychodząc z podziwu tego, co ją właśnie otaczało.
   W końcu doszliśmy do stodoły „H”, gdzie czekał już na nas Alex z przywiązaną przed stajnią do słupka odpowiednio wybraną przeze mnie klaczą. Młodzieniec o jasnych, kręconych lokach i błękitnych tęczówkach był ubrany w beżowe polo z czarno białym logiem CAP, szare bryczesy oraz wysokie kalosze, jak zwykle nieco ubłocone. Powitał nas serdecznym uśmiechem, a po tym podał mi rękę, wskazując łokciem na Miracle:
- Wyjątkowo dzisiaj nie ma humorów, więc nie będzie sprawiała dodatkowych problemów.
   Skinąłem głową, odpowiadając mu równie kulturalnym uśmiechem. Wiedziałem o tym. Znałem wszystkie swoje konie lepiej, niż nie jeden trener czy dyrektor ośrodka… Podziękowałem mu za wykonanie mojej prośby i zwróciłem się z tym, iż może zająć się resztą dzisiejszych swoich obowiązków. Chłopak udał się w swoją stronę, a ja rzekłem do Aurayi:
- Musisz się ubrać w podobne spodnie, co on miał i buty. Są w siodlarni od razu na lewo od wejścia. – wskazałem jej podbródkiem, o które lewo mi chodzi, a anielica udała się tam, by zmienić ubrania.
   Wykorzystując ten krótki moment, zbliżyłem się do izabelowatej klaczy ze latarnią na głowie i pogłaskałem ją, mierzwiąc zwierzęciu grzywkę. Była rasy haflinger, jednak z większą domieszką krwi arabskiej. Stąd była znacznie smuklejsza i szybsza. Miała na sobie idealnie dopasowany rząd jeździecki z czarnej, naturalnej skóry, szyty w zasadzie na miarę. Ochraniacze nie były jej na razie potrzebne, dlatego białe skarpetki na nogach klaczy lśniły po czyszczeniu.
- Myślisz, że zmiana konia cokolwiek zmieni? – nieco naburmuszona spojrzała na mnie spode łba, zbliżając się z grymasem niezadowolenia na twarzy.
   Taktownie przewróciłem oczami, wskazując na toczek i rękawiczki na ławce po drugiej stronie barierki, które leżały na ławeczce pod ścianą stajni. Anielica również je założyła, chociaż wydała przy tym pełne frustracji prychnięcie.
-Teraz ściągnij jej kantar z ogłowia i przełóż przez barierkę.
   Spojrzała na mnie z zażenowaniem, dlatego zbliżyłem się znacznie bliżej i chwyciłem za poszczególne rzeczy na głowie Miracle, by cierpliwie wytłumaczyć każdą z nich, a potem nazwać, po czym pokazałem dokładnie czynność, jaką powiedziałem na wstępie. Ponownie zaskoczona banalnością tej umiejętności, ściągnęła brwi w lekkiej irytacji, ale nadal spokojnie stała w miejscu.
- Zdejmij wodze z szyi i stań po jej prawej stronie. – to już jakoś rozpoznała, po czym zrobiła. Pokazałem jej w jaki sposób powinna je trzymać i dodałem: - Poprowadzisz ją teraz na halę.
   Już chciała otwierać usta na wyraz sprzeciwu, ale ostatecznie ruszyliśmy i musiała się podporządkować. Miracle spokojnie szła po jej prawicy, stukając podkowami, a ja zaprowadziłem je obie na halę za stajnią „H”. Cały czas się oglądałem, żeby widzieć coraz większy szok na twarzy młodej kobiety i na ów widok lekko uśmiechałem się pod nosem z zadowoleniem.
   Zamknąłem za nami wkrótce ogromne, drewniane drzwi. Ściółka w tym ogromnym pomieszczeniu była z jasno beżowego piasku, idealnie wygładzonego na każdym metrze kwadratowym. Wielkie, okrągłe okna wpuszczały potężne promienie światła, dlatego nie było potrzeby zapalania podłużnych lamp na suficie.
- Jesteś pewien, że potrzebujemy takiej dużej przestrzeni na naszą trójkę?
- Nie, będziemy tylko krążyć po środku. Potem być może będziesz jeździć wolno po niej całej na Tenebrisie, jeśli faktycznie uda mi się ciebie czegokolwiek nauczyć w trakcie półtora roku.
   Ponownie westchnęła, wznosząc wzrok ku sufitowi daleko nad nami. Wziąłem niebieską lonże, przewiesiłem ją przez ramię, a w pod drugim trzymałem już w uścisku bat długości dwóch koni. Pokazałem stołek, pod którego Auraya miała podprowadzić Miracle, gdzie ją przejąłem i pomogłem wolną ręką wejść kobiecie na niego.
- Nadal nie jestem pewna, czy to jest dobry pomysł. – utkwiła wzrok w siodle, jakby niekoniecznie ufała tej formie, na której właśnie miała usiąść. – W końcu to jest coś, czego podobno uczy się od dziecka.
- Zacząłem gdy miałem ponad piętnaście lat. – wzruszyłem ramionami. – I też za tym nie przepadałem na początku. Dziewczyny ze szkółki śmiały się z tego, że ciągle spadałem i nie umiałem utrzymać się w siodle, więc na pewno na kobiecie też bym nie potrafił.
- Pewnie miały wówczas wiele racji. – nie umiała się powstrzymać od przytyku, śmiejąc się lekko.
- Pewnie tak. – posłałem jej czarujący uśmiech, na który każda kobieta natychmiastowo odpowiadała tym samym. Ona nie stanowiła wyjątku.
– Co powinnam teraz zrobić?
- Wsadź stopę w strzemię… - złapałem za nie, by wskazać o co mi chodzi – I odepchnij się lekko, by przerzucić drugą nogę nad Miracle i wsadzić w kolejne po drugiej stronie.
   Wykonała to, chwiejąc się lekko. Gdy siedziała już na koniu, podałem jej wodze i ponownie zrobiłem prelekcje z tego, jak powinna je trzymać:
- Złóż je w lekko przymknięte pięści i trzymaj pomiędzy małym, a przedostatnim palcem początek, resztkę zamykając w pięści. Właśnie tak. Wyprostuj się, ściągnij barki i napnij lekko mięśnie brzucha. – dopasowałem strzemiona do długości jej nóg, po czym odpowiednio przykazałem jak ma je zgiąć w kolanach i skierowałem je w stronę boków Miracle, jednocześnie pozostawiając jej pięty spuszczone w dół.
- To jest podstawowa postawa w siodle. Teraz wydaje się prosta, ale to zmieni się nieco przy szybszych chodach niż samo chodzenie, czyli stęp.
   Pokiwała głową, kierując dumnie swój podbródek do góry i spoglądając na otoczenie z lekkim przerażeniem w oczach.
- W jaki sposób rusza się konia?
- Ściskasz jej boki mięśniami łydek, powodując przy tym lekki ruch. Zazwyczaj dobrze wyszkolone konie wyczują już po napięciu twoich mięśni zmianę chodu, te bardziej wredne będą się stawiać, a niektóre kompletnie cię zignorują, choćbyś kopała. - nabrała głęboko powietrza, kiedy przypinałem koniec lonży do kółek wędzidła Miracle. – Teraz będziesz się ruszać po kole według narzuconego przeze mnie tempa.
- To jest sposób nauki kompletnie początkujących? – spojrzała na mnie powątpiewająco; w końcu to ona była w siodle, a nie ja i w teorii to ona powinna narzucać tempo.
- Zgadza się. Będąc nawet na ziemi obecnie w pełni kontroluję to, co robisz na koniu tak samo jak samego konia. – pokręciła głową z niedowierzaniem, a ja odsunąłem się o kilka kroków. – Gotowa?
   Przygryzła wargę, przymykając oczy.
- Chcę zejść.
- Ale patrz, ruszyłaś! – poruszyłem batem za tyłem Miracle, a klacz posłusznie ruszyła, trzymając się koła. – Spokojnie, nie napinaj się tak. Rozluźnij się, Auraya, na litość boską! Ona tylko chodzi. Dobrze. Widzisz? Wczuj się w chód konia, pozwól temu rytmowi działać na swoim ciele. Nie, po prostu kołysz się jak ona. Dobrze. Pięty w dół. Patrz przed siebie. Tak, możesz ten w ten punkt pomiędzy jej uszami. Właśnie zrobiłaś pierwsze kółko siedząc na koniu, gratuluje.
   Mijały kolejne minuty pierwszej jazdy Aurayi na koniu i musiałem przyznać, iż szybko się uczyła. Niedługo po tym jak załapała o co chodzi w stępie, pozwoliłem jej wykonać przyspieszenie chodu do truchtu, który określiłem mianem kłusu. Musiała wówczas zacząć anglezować, czyli podnosić się w siodle na drugi takt ruchu wierzchowca, opierając się przy tym na początku bardziej na strzemionach, niż dzięki ściskowi kolan i dobremu dosiadowi.
- W jeździectwie zawsze jest tyle dziwnych nazw na określanie czasami zwykłych rzeczy?
- Moja droga, w każdej dziedzinie tak jest. Sportowych. Naukowych. Artystycznych. Wszędzie każda rzecz nazywa się inaczej, czasami jedna i ta sama ma wiele określeń. Przykładowo: dla zwykłych ludzi farba będzie farbą. Artyści dzielą ją na akryl, temperę, czy specjalny olej z barwnikami, a nawet akwarelę. Każda ma swoją charakterystykę, inaczej rozprowadza się na różnych podłożach i zmienia odcień po czasie, więc inaczej należy ją restaurować w przypadku, gdy dzieło ma kilka wieków. W gotowaniu ziemniak ma podobnie tyle samo odmian, co sposobów, w jaki można go podać. Związki chemiczne czy tym podobne w chemii też mają ogromne podziały i nazewnictwo.
      Rzuciła mi badawcze spojrzenie, a ja zaśmiałem się w odpowiedzi.
- Za dużo informacji na raz?
- Czasami się zastanawiam skąd ty to wszystko bierzesz, zapamiętujesz i używasz wtedy, kiedy jest ci to potrzebne.
- Moja matka pragnęła dla mnie sowitego wykształcenia w praktycznie każdym zakresie. Musiałem się podporządkować i głównie spędzać czas na nauce. – wzruszyłem ramionami tak, jak miałem to w zwyczaju. – Chciała zagwarantować mi jak najlepszą przyszłość przed śmiercią.
   Auraya odwróciła wzrok, skupiając się na kolejnych wymyślanych przeze mnie ćwiczeniach. Resztę lekcji spędziliśmy właśnie w ten sposób: nie dopytywała się już w zasadzie o nic, wiele rzeczy pojmując bardzo szybko. W końcu była anielicą, procesy myślowe szły jej znacznie prędzej niż u zwykłych śmiertelników. Do tego, tak jak zdążyłem po cichu zauważyć, jej ciało układało się wkrótce naturalnie do tego wszystkiego. Czy się jej to specjalnie podobało, czy nie; miała wewnętrzny, zakopany pod latami walk, talent. Musiałem w duszy przyznać, iż mi tym zdecydowanie zaimponowała, bowiem ja sam byłem w tej dziedzinie kompletnym beztalenciem. Musiałem wszystkiego uczyć się kompletnie od zera, a moje ciało przepełnione zakwasami po treningach sztuk walki niespecjalnie się mnie wtedy słuchało, tym bardziej, że wtedy byłem jeszcze człowiekiem. Zazdrościłem jej w tamtym momencie tej niezwykłej lekkości, dostojeństwa w każdym ruchu. Gdyby nie skrzywdziliby jej przedtem, mogłaby naprawdę osiągać teraz wyżyny półświatka jeździeckiego, tanecznego czy jakiegokolwiek z takimi mięśniami oraz wrodzonym talentem. I to szybciej niż ja kiedykolwiek.
   Po niespełna godzinie pozwoliłem młodej anielicy zejść z Miracle, pomagając jej i asekurując ją przy tej dość skomplikowanej czynności, zwłaszcza, gdy robi się ją po raz pierwszy. Dość niezgrabnie zsunęła się w dół, uderzając lekko o ziemię.
- Nie było chyba aż tak źle, co? – złapałem za wodze Miracle, by móc dać jej tą chwilę na załapanie w czasoprzestrzeni o zmianie położenia.


Auraya?

Od Ezequiela do Lunaye .:Pomyłkowa współpraca:. [temat 2 cz.2]

    Na niebie ponad miasteczkiem słońce zaczynało mozolnie chylić się ku dołowi. Zachód powodował, iż niebo zaczynało robić się przepełnione gamą barw ciepłych, a w tym żółcieni, karminów oraz pomarańczy. Budynki San Lizele odbijały w niezliczonych szybach promienie słoneczne, tworząc na nadal zakorkowanych ulicach mozaiki pośród miejskiego szumu oraz nieustannego trąbienia na Głównej Alei. Gdyby chcieć wjechać do miasta prosto z Londynu obwodnicą, to miało się właśnie ten perfekcyjny widok: rondo pośrodku Głównej Alei z kolorowymi kwietnikami oraz wesoło tryskającą fontanną. Zaraz za nią znajdował się budynek z siedzibą burmistrza. Gdyby chcieć skręcić dwukrotnie w prawo po okrążeniu ronda, to lądowało się od razu w blokowisku z pewnym supermarketem. Od tak. Właśnie tutaj było miejsce zbrodni, gdzie odnalazła mnie pewna kobieta i zaczęła męczyć o to, że to jej sprawa… Oprócz tego, iż była strasznie nonszalancka, pewna siebie i sarkastyczna, to do tego ubierała się prawdopodobnie u Prady. Była zbyt młoda, by zdobyć to samodzielnie, bo po prostu zabrakło jej na to tyle czasu jak i wcześniej wspomnianego przeze mnie doświadczenia. Co z kolei prowadziło do stwierdzenia, iż posiadała bogatych rodziców, a w jej przypadku stawiałbym głównie na ojca. Córki najbardziej buntują się w ten sposób starszawym mężczyznom i wybierają przez to właśnie takie profesje jak ona. Zbuntowana blondynka z wyższych sfer, to nie mogło zacząć się doprawdy wyborniej! Czy byłem okropnie wściekły na to, jak to się skończyło? Zdecydowanie wolałem wiedzieć z góry, z kim przyszłoby mi pracować. Zanotowałem z tyłu głowy, iż będę musiał pogadać na osobności w centrali z kilkoma osobami na ten temat. Byłem kimś, z kim musieli się liczyć oni wszyscy, nie ważne kim by byli. Należało przypomnieć im z kim zadzierali. Ona z resztą też powinna znać swoje miejsce.
- Bardzo dobrze, że nie chcesz, żeby twoja pierwsza sprawa zakończyła się fiaskiem... – ociekałem jadem jak i złowróżbnym lodem, który bardzo oddawał powściągany przeze mnie gniew. – …to będzie oznaczać, że nie będziesz zbytnio się wychylać, będziesz grzeczna i podporządkujesz się siłom wyższym.
- Nie rób ze mnie na siłę potulnej sekretarki szkolnej, panie dyrektorze. – odpowiedziała niemal przez zaciśnięte zęby. - Bo nią nie jestem.
   Podobał mi się jej temperament. Gdyby nie to, że zakochałem się na zabój w innej kobiecie, to kilka lat wcześniej z mojego nastoletniego życia i w tamtym czasie na pewno zaprosiłbym ją do jakiegokolwiek klubu w jasnym celu. Niestety, teraz byłem od niej starszy. Znacznie. I irytowało mnie jej szczeniackie zachowanie.
- Dobrze. Uszanuję twój wkład tak samo, jak ty uszanujesz mój. Mamy współpracować, więc nie będę na siłę umniejszać twojej roli jako bardziej doświadczony detektyw, a ty nie będziesz robić z siebie wszechwiedzącej i oświeconej łowczyni na światłej drodze ku wyższym stanowiskom. Pojęłaś?
   Pokiwała głową, a w jej oczach zauważyłem lekkie zdziwienie. Spodziewała się zapewne dalszej wymiany mniej lub bardziej ostrych słów podczas tej dość wyrafinowanej jak na mnie kłótni. Poważnie, kiedyś byłem o wiele bardziej wulgarny, prostacki i bezpośredni. Podaliśmy sobie dłonie bez większego przekonania na twarzach. Westchnąłem i skierowałem ją do centrum miejsca zbrodni, otoczonego ludźmi z policji od Blaira, aktualnie rezydującego w najlepsze na komendzie. Obkleili już taśmami całe wejście oraz otoczenie supermarketu, gapie zbierali się i odchodzili, a dziennikarze po tym, jak rozpoznali moje włosy oraz płaszcz, zaczęli wykrzykiwać:
- Panie Varcas, to morderstwo czy samobójstwo?!
- Czy są w to zamieszane gangi londyńskie?!
- Moi drodzy, dowiecie się wszystkiego po tym, jak przedstawię mojej najnowszej uczennicy wszystkie dane. – po tych słowach złapałem za ramię Lunaye i posłałem w stronę aparatów olśniewający uśmiech, który łatwo można by było skojarzyć z pewnym piosenkarzem.
   Niczego się w tym stylu niespodziewająca południowokoreańska piękność po mojej prawicy została właśnie sensację na skalę całego San Lizele i będzie jutro na okładkach większości gazet. Kilkanaście sekund później posłała mi tak szczerze rozsierdzone spojrzenie, że jeszcze trochę i wybuchłbym śmiechem prosto jej w twarz. Po wejściu do wnętrza Supermarketu Alfiego, natychmiast założyła ręce na klatce piersiowej.
- CO TO MIAŁO BYĆ?!
- Musiałem jakoś ich odciągnąć od głównego tematu, tym bardziej, że to śmiertelnicy, a to morderstwo należało do sfery nadnaturalnych. Większość tego rodzaju akcji udaje się nam wszystkim zatuszować, lecz tym razem było kompletnie inaczej. Wybacz, ale byłaś mi po prostu w ten sposób potrzebna. – mrugnąłem do niej porozumiewawczo – Takiej urody nie da łatwo się zapomnieć czy nie pokazać. Myślałaś nad byciem modelką?
  Pokręciła głową z dezaprobatą, wznosząc oczy ku niebu i wzdychając.
- A ty myślałeś nad czymś w rodzaju prowadzącego programu? Bycie komediantem idzie ci świetnie, może czas odkopać dawno zapomniany talent? – odburknęła w ramach zemsty.
- Ależ tak, to prawda. – pomknęliśmy prosto pomiędzy półkami z pieczywem czy inną żywnością po lewej stronie. – Dziękuję za dostrzeżenie moich kolejnych umiejętności, jednakże o wiele ciekawiej mam w mojej obecnej pracy, gdzie spadają mi piękne blondynki niczym grom z jasnego nieba, by współprowadzić ze mną śledztwo. Jedyne, czego w tym wszystkim brakuje, to tego abyś miała anielskie skrzydła i mnie błogosławiła za mój intelekt.
- Cholerny Sherlock Holmes od siedmiu boleści.
- Dodaj, że skromny. Skromny, cholerny Sherlock Holmes od siedmiu boleści. – poprawiłem, kiedy w końcu stanęliśmy nad ciałem otoczonym ze wszystkich stron numerkami przy kałużach ciemnej krwi tętniczej. – Pora na lekcję numer jeden. Z czym mamy do czynienia?
   Panna Monwarre zlustrowała otoczenie swoim przenikliwym wzrokiem. Przewrócony wózek z rozsypanymi artykułami. Porzuconą torebkę z cukierkami niedaleko dłoni dziewczynki. Prawie zmiażdżone półki, wgniecione w ścianki szafki z puszkami. Kamerę odwróconą w przeciwną stronę od tej sceny.
- To coś na nią polowało. – powiedziała dość mocno zaniepokojonym tonem – I uderzyło przy publiczności innych ludzi?
   Łowczyni kucnęła, zakładając lateksowe rękawiczki i zaczęła sprawdzać wilgoć na poszczególnych częściach ubioru dziecka.
- Dokładna godzina zgonu wynosi dwudziestą drugą piętnaście. Co oznacza, że nie było tu już wiele ludzi. Może strażnik nocny, który jakimś cudem przegapił wtargnięcie tej istoty. Kasjerka zachowywała się podczas mojego przesłuchania jak obłąkana, nie chciała mieć z tym nic wspólnego. Innych świadków nie było. – tym razem to ja założyłem ręce na klatce piersiowej i obserwowałem ją podczas pracy.
- To mogły być chociażby…
   Światła zaczęły w całym sklepie migotać. Z lamp na sufitach posypało się kilka iskierek. Lodówki zgasły, kompletnie przestając mrozić wewnątrz swoją żywność dla potencjalnych klientów. Na podłogę spadło kilka metrów dalej coś, co mogło być neonem, bo stłukło się szkło. Było to raczej w alejce alkoholowej.
- Trochę czasu temu zabiłem tu demona. – powiedziałem nienaturalnie spokojnym głosem, patrząc, jak dłonie jasnowłosej sięgają mimowolnie w stronę swoich pistoletów w kaburach po obu stronach paska przy spodniach. – Problem tkwi w tym, że ona to zobaczyła.
- Kto? – Lunaye oglądała się na wszystkie możliwe strony, z których mogłoby coś nadejść.
- Matka tej dziewczynki.
   Zmory zaczęły pojawiać się w powstałych cieniach. Lunaye zmrużyła oczy, by móc je dojrzeć. Dla mnie były widoczne tak samo dobrze, jak ich upodlone złem, sfragmentowane dusze. Białe okręgi mające być oczami strzelały w moją stronę z wyraźnym przerażeniem, czuły moją aurę. Wiedziały, że ich godzina wybiła.
- To one tego dokonały? – spytała z niedowierzaniem, posyłając mi spojrzenie z ukosa.
- Nie, one tylko przygotowały scenę dla czegoś równie podłego.  


   Lunaye?

25 gru 2017

Temat 2. Eventu Świątecznego ~ Od Ezequiela

   W tamtych czasach przygotowania mogły iść wolno, mieliśmy na znacznie więcej rzeczy czas, a ja byłem młodszy i jeszcze nie aż tak postrzelony, jak później. W czasie świątecznych przygotowań łatwo wpaść w pośpiech, gonienie za kolejnymi sprawami, bez klimatu i bez uroku. A przecież najważniejsza w tym czasie nie jest perfekcja, tylko radość z tych przygotowań i znalezienie czasu na celebrowanie tych chwil w gronie naszych najbliższych...! Po dużym tempie ostatnich tygodni chciałem, by ten przedświąteczny czas był wolniejszy, spokojniejszy, taki bardziej tu i teraz. I wiedziałem, że mogłem to uzyskać poprzez planowanie naszego przygotowania z wyprzedzeniem. Od najmłodszych lat matka uczyła mnie dyscypliny oraz organizacji, więc nie stanowiło dla mnie problemu kupienie specjalnego kalendarzyka w sklepie papierniczym z dość dużymi odstępami na opisy.

4 tygodnie do Świąt (21-27 listopada):
  • ustalić jak spędzimy Święta (zaplanować podróże i rodzinne spotkania)
  • ustalić świąteczny budżet
  • ustalić plan prac domowych i przygotowania potraw, podzielić go między wszystkich członków rodziny
  • spisać pomysły na prezenty i zrobić pierwsze zakupy (ważne! 25 listopada Czarny Piątek i zakupy w okazyjnych cenach)
  • pomyśleć nad pakowaniem prezentów i sprawdzić czy mamy wszystkie akcesoria do pakowania (papiery, wstążki, etykiety)
  • ustalić do kogo wyślemy kartki świąteczne, spisać adresy
  • zaplanować nasze świąteczne tradycje


   Święta w wieku trzynastu lat miałem spędzić z daleką rodziną matki w Hiszpanii. Wiedziałem, że należeli do tego rodu, który pomagał w Hiszpańskiej Inkwizycji przez fakt ich potężnej religijności, dlatego nie mogliśmy zupełnie niczego pominąć w zakresie wiary. Dziadkowie St. Claire byli wyjątkowi także pod kolejnym względem: to byli prawdziwi smakosze. Nie wzruszy się ich typowymi, schematycznymi potrawami. Musiałem naprawdę się wysilić, aby dopasować wszystko do ich egzotycznych jak dla mnie wówczas wtedy kupek smakowych, bowiem Europa wydawała mi się zupełnie obcym światem. Jako wychowany na Amerykanina chłopiec miałem zdecydowanie inne poglądy od zatwardziałych, konserwatywnych katolików, dlatego bałem się wdawać z nimi w dyskusje czy jakiekolwiek komentarze, tak więc musiałem wszystko przygotować tak, by tego uniknąć.


3 tygodnie do Świąt (28 listopada – 4 grudnia):
  • ustalić świąteczne menu
  • zrobić przegląd zapasów i przypraw
  • zrobić listę zakupów spożywczych
  • przejrzeć świąteczne dekoracje, sprawdzić czy działają światełka, zaplanować dekoracje i przygotowanie świątecznych ozdób DIY
  • kupić kolejne prezenty (ważne! 29 listopada Dzień Darmowej Dostawy)
  • kupić/wykonać kartki świąteczne
  • umówić się do fryzjera/kosmetyczki

   Powiedzmy, że wtedy faktycznie miałem konkrety i wykorzystane odpowiednie wyprzedaże, by zaoszczędzić. Zamówiłem więc wszystko w Dzień Darmowej Dostawy, by nie musieć nawet wychodzić z domu. Wraz z dochodzeniem różnych rzeczy, odpowiednio się nimi zajmowałem - kiedy przyszły produkty, zaczynałem gotować, a kiedy części dekoracji - zaczynałem je składać. Pragnąłem wszystko zrobić ręcznie tak, by nic, co kiedykolwiek St. Claire widzieli na reklamach nie zostało wykorzystane na wigilii. 


2 tygodnie do Świąt (5-11 grudnia):
  • zrobić pierwsze zakupy spożywcze
  • przygotować ubrania na Święta (uprać, odświeżyć, kupić)
  • kupić ostatnie prezenty
  • wyczyścić piekarnik
  • uporządkować i umyć lodówkę
  • przygotować świąteczną zastawę stołową (przyda się Morning Fresh)
  • umyć szkło i sztućce (przyda się Morning Fresh)
  • rozpocząć dekorowanie mieszkania
  • upiec pierniczki

   Miałem wówczas wykonane aż 3 punkty sprzed listy na 2 tygodnie przed Świętami. Dzięki temu mogliśmy z mamą pójść na łyżwy albo spacerować sobie spokojnie popołudniami, kiedy ja byłem po szkole z odrobionymi lekcjami, a ona po pracy z odrobioną pocztą elektryczną. 

1 tydzień do Świąt (12-18 grudnia):
  • wysłać kartki świąteczne
  • zapakować prezenty
  • wyczyścić/kupić choinkę
  • odświeżyć bombki
  • naostrzyć noże
  • udekorować pierniczki

   Pakowanie prezentów tak, by mama nie widziała, a do tego wysyłanie kartek było od zawsze moją ulubioną częścią przygotowań do Świąt, poważnie. Zawsze musiałem się z tym kryć po każdym zakamarku mojego pokoju i znosić wszystko po godzinie, w jakiej powinienem być już w łóżku. Po północy, gdy byłem pewny, iż już na pewno spała - opakowywałem własnoręcznie wykonane pierdoły. 
   Wybieranie drzewka natomiast pozostawiałem specjalistce od biotechnologii; Danique St. Claire. Ta kobieta miała siódmy zmysł do wybierania przedmiotów żywych do naszego domku. Zawsze umiała dobrać takie, żeby najlepiej wpasowało się w nasz kącik pomiędzy kominkiem, a jej ulubionym fotelem. Odpowiadając na niezadane pytanie: szóstym zmysłem umiała mnie przyłapać na kradzieży udekorowanych już pierniczków, kiedy tylko znalazłem się w pobliżu szafki nad kredensem. Umiała usłyszeć odpowiedni szelest moich skarpetek na kafelkach w tamtym miejscu i obliczyć kąt padania cienia mojej ręki nad drzwiczkami, nawet na to nie patrząc.

Przed samymi Świętami:
  • zrobić ostatnie zakupy spożywcze
  • ugotować świąteczne potrawy (część z nich, np. pierogi, można przygotować wcześniej i zamrozić)
  • standardowe porządki w kuchni i łazience (przyda się Morning Fresh)
  • ubrać choinkę
  • w Wigilię szybkie ogarnięcie mieszkania i odkurzenie
   
Czułem się przygotowany jak do bitwy. Podczas ostatnich poprawek tańczyliśmy do: "Merry frickin christmas" Relienta K.

24 gru 2017

Temat 1. Eventu Świątecznego ~ Od Ezequiela

   Śnieg prószył tamtego dnia dość mocno, dlatego przejeżdżanie przez obwodnicę prowadzącą z San Lizele do jego wiejskich przedmieść stanowiła dla wielu kierowców torturę. Co prawda, nie była to jeszcze sama wigilia, ale sam przeddzień, lecz mimo wszystko napięcie spowodowane próbą odnalezienia ostatnich sklepów z dość dobrymi przedmiotami na prezenty, gotowanie, cały ten świąteczny zamęt dodawało i przelewało czarę goryczy. W radiu co rusz był syf od kolęd albo innych, świątecznych smętów, to też od razu włączyłem płytę czegoś bardziej treściwego dla moich uszu. Tak, nie obchodziłem Świąt Bożego Narodzenia od bodajże osiemnastego roku życia, czyli od kiedy wyruszyłem do kampusu Harvardu. Ostatnie z nich spędziliśmy z matką ostatni raz. Potem nie miałem właściwie z kim ich spędzać, choć stosowałem hipokryzję - za dość sporą sumkę dałem się przekonać do własnych piosenek świątecznych za lat świetności Drug Guns. Były one nieco wulgarne, ale nadal tematyczne z tym okresem. Co zabawniejsze - tamten album dostał odpowiedni rząd nagród, a potem spoczął na dnie mojej szafki po stronie pasażera. Wywaliłem z niej dokumenty, by ujrzeć znajome twarze z czerwonymi kulkami na nosach i rogami reniferów na głowach. "Dlaczego by nie?" - wymieniłem płyty. Z głośników zawarczały gitary elektryczne, pobudzając mój umysł do wspomnień, cofania się coraz bardziej wstecz...

- Mamo, czemu zawsze przygotowujemy trzecie miejsce, jak nikt i tak nie przychodzi? 
- To nie takie proste, jak się wydaję. Widzisz, nie chodzi tu tylko o tradycję, synku. - posadziła mnie na swoich kolanach, a ja posłusznie umiejscowiłem się pod jej ramieniem, wtulając się w jej beżowy sweter. 
   Beżowy od zawsze kojarzył mi się z czymś bezpiecznym właśnie przez nią. Jej szafa była tego pełna; uwielbiała ten pastelowy kolor, który niezwykle jej pasował. "To dzięki twojemu tacie go noszę, Ezzie. To on jako pierwszy odkrył mnie w nim, kiedy kupił mi sukienkę podczas naszego pierwszego spotkania.".
- To tak naprawdę o co, mamo? - mojemu głosowi towarzyszyło wesołe trzaskanie płomieni w kominku, na którym wisiały długie, czerwone skarpety obszyte białym puchem.
- W tym magicznym czasie przychodzą do domów nie tylko ludzie z tego wymiaru, lecz także ci, którzy już z niego odeszli, by znaleźć chwilę spokoju. To miejsce jest dla nich wytchnieniem podczas wiecznej wędrówki. - wyjaśniła bez ogródek, które posiadała większość rodziców.
- Wierzysz, że...
- Nie wiem, Ezzie, ale jeśli nie udało mu się wejść do Nieba, to znaczy, że tutaj zawsze znajdzie schronienie. 
   Moja matka wierzyła nie tylko w Boga w wersji chrześcijańskiej, ale także w mnogość bytów duchowych. Potężnych, lub mniej, ale nadal bytów. Widziałem czasami jej tajemnicze uśmiechy i dopiero po latach zacząłem rozumieć, iż po prostu jako jedna z nielicznych po prostu czuła ich obecność. Tchnienie martwych. Słyszała ich kroki... Ale nigdy ich nie ujrzała, choć odwiecznie bardzo chciała. Tego jednego, jedynego. Jej tęsknota za nim objawiała się w inny sposób, niż u normalnych, typowych ludzi. Kupowała mnóstwo ozdób do salonu, sama zajmowała się dekorowaniem wszystkiego, a ja mogłem jej jedynie co jakiś czas pomagać, ucząc się oraz doceniając wkład jaki w to wkładała. Pojmowałem wówczas po raz pierwszy rolę sztuki w życiu ludzi - stanowiła nie tylko oderwanie od rzeczywistości, lecz również rodzaj wyrażania swoich emocji, poglądów albo nawet wiary. Robiliśmy to od setek lat, od początków jakichkolwiek naszych społeczności.
- To jak, wracamy do książki? - sięgnęła po "Opowieść wigilijną" Charlesa Dickensa, a ja podkradłem chyłkiem kolejnego piernika w kształcie bałwanka z kolorowym lukrem.
- Tak! - wymemłałem z radością pomiędzy gryzieniem, a skubaniem smakołyka.
   I tak co roku wracaliśmy do tej książki, żeby skończyć ją o północy, kiedy mogliśmy pełnoprawnie poszukać pierwszej gwiazdki, a potem otworzyć prezenty czekające pod żywą, cudownie pachnącą choinką w doniczce. Mama twierdziła, iż kupowanie uciętej było straszne. "To tak, jakbyś kupował na w pół żywą rybkę, żeby ozdobić jej akwarium świecidełkami i innymi, ciężkimi ozdobami, aby na samym końcu podzieliła ich los i także utonęła.". Tamtego roku dostałem swój wymarzony rowerek na czterech kółkach w krwistoczerwonym kolorze, a mama dostała ode mnie pozytywkę z kręcącą się w środku, malutką wróżką baletnicą.
- Nie ma takich w sklepach... - stwierdziła lekko zszokowana matka. 
- Bo to ja ją zrobiłem. Jesteś wróżką - baletnicą.

10 lis 2017

Temat 1. Eventu Halloweenowego, część 1 ~Od Ezequiela


Rankiem trzydziestego pierwszego października miałem wykupiony bilet na samolot do Los Angeles z przesiadką w Hong Kongu. Chciałem kupić taki z linii Nowo Zelandzkiej, lecz gdy usłyszała to tylko Myrtice, jak rozmawiałem telefonicznie z przedstawicielem obsługi Heathrow, natychmiast za sprawą zaklęcia mnie rozłączyła…
- Czy ciebie już doszczętnie pogięło? – warknęła w moją stronę kobieta o bladym odcieniu skóry, a także czarnych włosach z białymi pasemkami, mieniącymi się w bladym świetle z żyrandola w salonie mojej kamienicy. Jej oczy zalśniły; widziałem, jak zbierała kłębiącą się w sobie moc i ledwo powstrzymywała się od tego, by jej na mnie nie użyć. Potężna czarownica. Zbyt potężna. – Nie będziesz lecieć pół świata jedną maszyną non stop przez jedenaście godzin.
   Pomimo swojej nadnaturalności oraz daru magicznego, nie była skłonna zaufać dzisiejszej technologii w żadnym możliwym stopniu, nawet jakby rzuciła urok na pomyślną drogę, to i tak nie wiele by zmieniło. Westchnąłem ciężko, oklapując na brązową kanapę.
- To w takim razie co proponujesz? – mruknąłem z irytacją, rozumiejąc jej troskę, co nie oznaczało jednak, że szczególnie przypadła mi do gustu.
   Rudy, zazwyczaj pochłonięty przez naukę, jaką mu zarzucałem, teraz zaczął szczególnie skupiać się na obserwowaniu przez okno nadchodzącego zmierzchu. O tej porze roku nadchodził on szczególnie szybko, jakby istoty mroku nie miały już cierpliwości, więc przywoływały ją bezmyślnie, by móc ingerować w świat z cienia. Wiedziałem, iż podsłuchiwał, starając się zrozumieć coś z paplaniny czarownicy o niefortunnych zbiegach okoliczności podczas jednego lotu:
- … albo wyobraź sobie, że akurat tym samym będzie lecieć jakiś postrzelony demon, który będzie chciał sprawdzić, czy cierpliwość elektrycznych będzie w stanie znieść jakieś turbulencje, jak będziesz mieć przesiadkę, to przynajmniej wtedy będziesz mógł ich przetrzepać na stałym lądzie, o, jest jeszcze możliwość…
   Klikała, przewijała strony z najtańszych biletów do tych coraz droższych… Gdy suma przekroczyła ponad dwa tysiące funtów, zaczynałem cicho warczeć, cały wściekły… Aż nie dotarła do samego końca.
- CZYŚ TY OSZALAŁA?! – spojrzałem najpierw na ekran, a potem na nią, nie dowierzając, że mogła wpaść na tak głupi pomysł.
- W Hong Kongu będzie najbezpieczniej. – zaprzeczyła ze śmiertelną powagą. – To miejsce, gdzie Zachód spotyka się ze Wschodem. Święty, magiczny środek, którego za cholerę nie można atakować, ani na nim walczyć. Ziemia neutralna.
   W zasadzie nigdy o czymś takim nie wiedziałem. Myślałem, że to właściwie dla nas wszystkich bez znaczenia, gdzie będziemy robić bitwy, czy wojny nadnaturalne. Napadając na tych, co zasługują na śmierć za grzechy, nie sądziłem, iż będzie istnieć teoretycznie miejsce ewentualnego „zbawienia”. Tam, gdzie nic nie jest w stanie cię dosięgnąć przez prastarą magię obietnicy, jakiegoś traktatu, którego konsekwencje mogą odbić się na każdej ze stron. Myrtice skinęła głową na moje nieme pytanie; tak, da mi jakąś czarodziejską lekturę na drogę, która objaśni mi zasady funkcjonowania nadnaturalnego Hong Kongu. Od tamtego momentu byłem ciut bardziej zafascynowany Azją, którą przez większość życia w znikomym stopniu zwiedziłem, właściwie w ogóle się nią słabo interesowałem. Być może był to jeden z poważniejszych błędów, moja własna ignorancja. To ja powinienem wiedzieć o tym, a nie Myrtice, która dostała niedawno dostęp do archiwów San Lizele. To oznaczało, iż byli tutaj tacy, którzy tu nabroili i szukali schronienia przed druzgocącą klęską… Przed sądem, aniołami, jednym z niewielu jeźdźców bez głowy, który miał czelność pojawić się na tych ziemiach. Moja rozwijająca się magia być może wypłoszyła tych, co mieli już możliwość spotkać się z moimi pobratymcami albo samymi łowcami, których też tu przybywa. Przymknąłem oczy, odetchnąłem głęboko, a potem z powrotem je otworzyłem. Cokolwiek Myrtice wywróżyła z tarota, musi się stać w najbliższym czasie, a ja tam byłem aktualnie… Potrzebny?
   Pierwsza zasada Terenu Niczyjego: nie myśl, że cokolwiek znajdującego się tam faktycznie kiedykolwiek będzie należało do ciebie, tak samo, jak ty, kiedy już tam zamieszkasz. Wywożenie stamtąd jakichkolwiek przedmiotów zostawia za sobą mistyczny, niewidzialny ślad wykrywalny tylko i wyłącznie przy połączeniu prastarych zaklęć oraz odpowiedniego zestawu przedmiotów. Dodatkowo prawowici mieszkańcy zostają pokryci srebrzystą mgiełką na aurach, co ich "przywiązuje" do tych ziem... Może raczej z nimi identyfikuje. Po tym łatwo rozpoznać każdego, kto uciekł się do tej alternatywy.
   Siedziałem spokojnie w samolocie po tym, jak w końcu oderwaliśmy się od gruntu. Nie miałem zmiany ciśnienia w uszach, dlatego zniosłem to w o wiele bardziej komfortowych warunkach, niż reszta śmiertelników w tym środku transportu. Podniosłem wzrok znad zwojów na półkoliste, podłużne pomieszczenie pełne kremowych foteli, ułożonych w odpowiednio oznaczonych rzędach. Rozległ się kolejny komunikat o tym, że równaliśmy lot i że przerwa będzie za mniej więcej połowę całkowitego czasu podróży, po czym ponownie wszystko ucichło. Stadko stewardess z wysoko upiętymi włosami i w granatowych kombinezonach zaczęło ze sztucznymi uśmiechami próbować sprzedać jakiekolwiek produkty niższej klasie, nam podawano je od razu do ręki. Były w piorunująco wielkiej cenie, za którą nie wielu z nas już zapłaciło. Ze mną w pierwszej klasie leciało jeszcze kilku amerykańskich biznesmenów, jakaś mniejszej rangi modelka z arystokratycznym sposobem chwytania kieliszków oraz jej agentka tuż po jej prawicy. Większość przyglądała mi się z zaciekawieniem, nie mogąc przypisać do którejkolwiek z powyższych kategorii; ich umysły były albo zbyt zajęte pracą po godzinach, albo zbyt puste z braku wyczucia stylu czy wiedzy na temat dedukcji. W dzisiejszych czasach uchodziła ona za ósmy cud świata...
   Zapowiadało się mimo wszystko na długi, wyczerpujący lot, a ja nie miałem do kogo się odezwać.
   Lądowanie w Hong Kongu przespałem i obudziły mnie dopiero kolejne komunikaty. Potarłem zaspaną twarz, wstając z fotela w mało cudowny sposób. Czułem już pierwszą niedogodność; zesztywniałe mięśnie oraz ból w okolicy karku od zaśnięcia, opierając się o ścianę. Wszystko we mnie wołało o ruch w jakikolwiek sposób pomimo bycia sennym. Ziewnąłem z małą dawką gracji, a potem wywlokłem po mostku z maszyny, a kiedy stanąłem na trwałym gruncie, pierwszą rzeczą, jaka we mnie uderzyła, to był zapach wszechogarniającej wody. Przemieściłem się do budynku lotniska, nie rejestrując tego, czy szedłem na piechotę, czy autobusik dla pasażerów tej linii mnie podwiózł. Po prostu sceneria zmieniła się z zewnątrz na wewnątrz, teraz sunąłem pomiędzy na wpółżywymi sklepami. Neony całkowicie mnie rozpraszały, nie potrafiłem się na niczym kompletnie skupić zupełnie tak, jakby wszystko się na mnie rzucało, a do tego nie chciało być czytelne przez te chore znaczki...
- Zagubiony? - zapytała mrukliwie z mandaryńskim akcentem czarnowłosa kobieta, czytająca naprzeciw mnie gazetę.
   Przemyślałem, to, co chciałem powiedzieć i zmrużyłem oczy w skupieniu.
- Tak. - naprawdę tylko na tyle było mnie stać o trzeciej nad ranem?
- Siądź sobie. - wskazała niedbale na plastikowe krzesło po drugiej stronie jej stolika. - Podobno to pomaga... Podobnym tobie.
   Bezmyślnie wykonałem to, co powiedziała, właściwie padając bezładnie na siedzisko, a potem głową niemal uderzając o blat stołu, kiedy podpierałem się dłonią o podbródek. Teraz z kolei uderzyła mnie słodka woń jej perfum, kojarząca się z lawendą. Kiedy w końcu położyła przed sobą gazetę, ujrzałem jej miękkie rysy, krótko ścięte włosy, a do tego maleńkość. Była bardzo drobną kobietą, jednak kiedy się uśmiechnęła, coś w jej mrocznych, ciemnych oczach błysnęło czystym srebrem. Zadrżałem, natychmiast się prostując i napinając wszystkie mięśnie. Adrenalina sprawiła, że gwałtownie przestałem odczuwać potrzebę snu.
- Zabawne, że tak reagujecie nawet na własnych Posłanników. - zaśmiała się krótko i dystyngowanie, a ja usłyszałem w tym tony lekkie niczym u dzwonków kościelnych.
- Jak masz na imię? - zapytałem chłodno, a przede wszystkim bezpośrednio.
- Powinieneś je pamiętać sprzed lat z twojego snu... - przewróciła oczami, najwyraźniej sprowadzając jeszcze niżej gatunek śmiertelników, niż dotychczas w jej intelektualnym rankingu. One wszystkie takie były. Wyniosłe. Prychnęliśmy na siebie jednocześnie. -...Amrena.
- Chyba nie muszę ci się przedstawiać.
- Nie, nie musisz Ezequielu. - kolejny, władczy uśmieszek.
   Przypominała nie wielką kobrę królewską na wielkiej, puchowej poduszce, która umiała być bardziej jadowita i niebezpieczna, niż cokolwiek innego, z czym dotychczas przyszło mi się kiedykolwiek zmierzyć.
- Czego ode mnie chcesz na Terenach Niczyich? - z nimi nie należało się cackać.
   Potrafili być gorsi od bożków, zwłaszcza, kiedy uznawali za stosowne pojawić się przed tobą osobiście, niż wysłać trona.
   Zacmokała z niezadowoleniem.
- Pobrałeś tak obfite wykształcenie, że twojej śmiertelnej matce zabrakło na lekcje dobrego wychowania?
   Zacisnąłem zęby, powstrzymując się ledwo od jakiejkolwiek ciętej riposty, posłałem jej jedynie moje śmiercionośne spojrzenie, w którym wszyscy moi przeciwnicy widzieli płomienie trawiące ich duszę. Tym razem to jej odebrało mowę na te kilka triumfalnych sekund, by to tym razem na mojej twarzy wykwitł odpowiedni uśmiech.
- Potrafię być znacznie lepszym dżentelmenem niż cały twój gatunek razem wzięty, wasza anielska mość.
   Zachichotała. Była tym typem serafina, który lubił się droczyć ze swoimi ofiarami. Oto jedno z najjaśniejszych blasków Niebios; Księżna I Chóru.
 - Widzę, że mamy ze sobą więcej wspólnego, niż kiedykolwiek mi się wydawało.

31 paź 2017

Od Ezequiela do Coleen

  Delikatnie, bardzo delikatnie muskałem raz po raz usta kobiety, w której bezpowrotnie i bez opamiętania zakochiwałem się coraz bardziej. Nie potrafiłem przestać, rozkoszując się słodyczą, jej dziecinną lekkością. Za każdym dotykiem, patrzyłem prosto w jej oczy, nadal nie do końca mogąc uwierzyć, że mi na to pozwalała.
  Wkrótce poprowadziłem ją do głębszego wnętrza mojej willi, przechodząc przez ogromny hol z kandelabrem ze srebra, na którym paliły się prawdziwe świece. Coleen pochłaniała łakomym i przede wszystkim ciekawskim wzrokiem greckie kolumny korynckie, podtrzymujące sklepienie bardzo, bardzo wysoko w górze, pełne plafonów oraz reliefów wypukłych przedstawiających aniołki i tym podobne, skrzydlate, pyzate istotki, co podtrzymywały niezwykłe sklepienie. Schody z marmuru pięły się wysoko w górę, zdobione po bokach wazonami z chińskiej porcelany pełnymi blado różowych róż. Pod naszymi stopami posadzka prezentowała się w czarno białe romby nachodzące na siebie z niezwykłą precyzją. Lśniła mocno, odbijając blask świec. Na tym poziomie w ramach z białego złota były tylko lustra, dając optycznie jeszcze większe powiększenie tego pomieszczenia. Nie był jednak to jedynie zabieg dekoracyjny, powiedzmy, że lubiłem patrzeć przed siebie, a widzieć również to, co działo się za mną... Zwłaszcza w tamtym miejscu, gdzie moja czarnowłosa czarownica dość często odprawiała rytuały. 
- Witaj w moim małym domku letnim. - wymruczałem jej do ucha, gryząc lekko płatek. 
   Coleen zarumieniła się nie tylko na mój gest, ale przede wszystkim na skromne nazewnictwo, które zdecydowanie nie odzwierciedlało rzeczywistości.
- Skoro to zaledwie domek... - urwała, nadal rozglądając się pełna emocji wypisanych na twarzy. - To jak wygląda pałac?
   Przygryzłem wargę. To było jednocześnie ogóle, ale z drugiej strony bardzo intymne, pytanie. Dla mnie. Zwłaszcza dla mnie.
- Pokażę ci. - obiecałem cicho, mruczącym głosem. - Pałac większy, niż kiedykolwiek świat byłby w stanie ogarnąć.

   Tymczasem udaliśmy się do jadalni na pierwszym piętrze, której szklane drzwi od razu otwierały się na gości po pokonaniu schodów. Dwuskrzydłowe wejście oplatały chryzantemy w barwach indygo, albo purpury, bladoróżowe róże nieco im ustępowały, gdzieniegdzie prezentując swoje nadal niebezpieczne, dumne kolce. Długie, prostokątne wnętrze było wyłożone dywanem perskim o kolorze ecru, a jasny stół w stylu ludwikowskim był rzeźbiony w lwie łapy na każdym łączeniu. Warto nadmienić, iż nie miał środka; wewnątrz zamiast drewna znajdowało się szkło, a tam potężne akwarium z rzadkimi okazami ryb w pastelowych, bądź intensywnych odcieniach szerokiej gamy barwnej. Ściany z bieli pokryte były rzadkimi, prywatnymi gobelinami, zrobionymi na zamówienie. Wysokie, potrójne okna były niezakryte akurat przez intensywnie beżowe kotary związane po bokach złotymi sznurami, więc wpuszczały srebrzyste promienie księżyca w pełni oraz gwiazd. 
- Jest reprezentacyjny... Prawie według planu mojego ojca. Niektóre rzeczy pozmieniałem, wydawały się na te czasy już zbyt przestarzałe. Niektóre ulepszyłem. Ale całokształt jest jego.
- Twój ojciec...?
- Nie żyje. - odpowiedziałem na niezadane pytanie. - Chciał wybudować go w Irlandii, gdzie się urodził. Zgromadził na to ogromne fundusze za swoich lat świetności, ale nie dożył dnia, w którym wezwałby chociaż architekta, by sprawdził, czy jego rysunki są na pewno prawidłowe. To miała być niespodzianka dla mojej matki na rocznicę. Nie zdążyłem nawet go poznać.
   Mówiłem to bez większego smutku, czy żalu, raczej tak, jakbym opowiadał historię pradziadka podczas II wojny światowej. Albo kogokolwiek starszego. Mimo to Coleen powiedziała:
- Przykro mi. - i ścisnęła mnie mocniej za rękę.
- Nie ma po co. Jestem w nim drugi raz w moim życiu. - uśmiechnąłem się słabo. - Nie umiem patrzeć na niektóre detale i nie wyobrażać sobie ich, jak na nie reagują, kiedy przechodzą przez te korytarze. Ten dom jest pełen ich w niemal każdym miejscu, a ja miałem się w nim wychować.
   Głos na chwilę uwiązł mi w gardle. Spojrzenie Coleen było pełne współczucia. Przymknąłem oczy, nie chcąc go do końca widzieć przez moją męską dumę.
- Chciałem ci go pokazać po części dlatego, żeby je wymazać i stworzyć własne wspomnienia. 
   Pokiwała głową w powadze, w końcu ciągnąc mnie w stronę stołu, na którym stały na tacy dwa puchary pełne czekolady, bitej śmietany i jej ukochanych pianek. Zasiedliśmy obok siebie w niemal niczym nie zmąconej ciszy, aż nie zaczęliśmy siorbać, ani mlaskać ze smakiem, śmiejąc się z tego, jak bardzo przez swoje zachowanie nie pasowaliśmy do tej wytwornej jadalni... W pewnym momencie czekolada pociekła po brodzie mojej towarzyszki tego wieczoru, spływając po szyi w dość wymowny sposób. Widziała moje spojrzenie, bardzo skoncentrowane na jej ciele. Na kropli. Zafalowała zmysłowo rzęsami, sprawdzając albo zapraszając do tego, co kłębiło się w mojej głowie, być może nie do końca świadoma tego, co naprawdę zamierzałem zrobić. Nie potrzebowałem niczego więcej, by raz pozwolić sobie na znacznie więcej, niż dotychczas. Ująłem jej podbródek, by miała go skierowanego w stronę okien; chciałem zobaczyć, jak cienie układały się w jej wszystkich zagłębieniach, jak blask oświetlał jej oczy, gdy poprzez pocałunki, zlizywałem ów płyn jeszcze sprzed dekoltu. Pomruk, który wydobył się z głębi jej ciała świadczył o tym, jak bardzo jej się to podobało...

Coleen?

Od Ezequiela do Holland

   Zamrugałem. Byłem prawie pewien, że tą kobietę już gdzieś widziałem przynajmniej raz lub dwa. Przez całe swoje życie naoglądałem się już dużo. A ona wyglądała tak, jakby ujrzała właśnie skrawek koszmaru, który ja śniłem niemal co dnia. Śmierć. Martwe ciała. Intrygi. Ich ceny, konsekwencje.
   Świeżo upieczeni nadnaturalni albo łowcy właśnie tak wyglądali; pachnący strachem, z przyspieszonym tętnem i potem skraplającym się na skroniach. Jej oblicze wyraźnie pobladło, jakby ów widok odessał z niej niemal całą jej krew. Nadal posiadała w sobie tą pierwotną śmiertelność, więc nie uznałem ją za nic, co by stanowiło zagrożenie. Uśmiechnąłem się w ten swój uroczy, powalający płeć piękną sposób.
- Mogę panią zaprowadzić. - zaproponowałem, udając obojętność poprzez wzruszenie ramionami. - To doprawdy nie daleko stąd.
   Skinęła nieśmiało głową, po czym dała się poprowadzić w znacznie inną uliczkę od tej, co ona sama poszła. Wzrokiem intensywnie taksowałem ją od dobrych m i n u t, aby móc pojąć, co było przyczyną takiej gwałtowności. Nie miała pojęcia, na kogo wpadła. Nie miała zielonego pojęcia, co za świat stykał się z jej codziennością, żyjąc w cieniu i żywiąc się tym, co właśnie czuła. A ja? Moim zadaniem było wyniszczanie tego, co zbytnio wychylało się z szeregów. Tego, czego łowcy czy antynadnaturalni nie potrafili pokonać. Broń ostateczna powołana przez najwyższy chór serafinów. Ród, którego prawie nie poznałbym w swoim życiu od strony ojca.
- Nazywam się Ezequiel Varcas. - przedstawiłem się po znacznie dłuższej ciszy, by dać jej czas ochłonąć i poobserwować spokojne otoczenie, za co rzuciła mi szybkie spojrzenie pełne wdzięczności. - Co panią sprowadza do tego miasta?
   Ostrożne, bezpośrednie pytanie. Delikatna ciekawość. Nic nadzwyczajnego, równie dobrze mógłby ją o to spytać sprzedawca, albo mechanik. Tutaj wszyscy się znali. Nie było zbyt wielu nowych, bowiem szybko się adaptowali. San Lizele pochłaniało wszystko na swojej drodze, albo pozwalając temu przetrwać, albo wręcz przeciwnie. Jedno z najspokojniejszych miast rządzonych przez mniej lub bardziej krwiożercze istoty, zależnie od tego, kto, z kim i dlaczego. Jeżeli pochodziła z wielkiej aglomeracji, będzie musiała znacznie się poprzestawiać.
- Holland Roden. - odpowiedziała mi lekko, jednak nadal w niektórych nutach jej głos się łamał. Była bardzo delikatna. Młoda, piękna, drobna i delikatna. Niedoświadczona, słaba i od razu rzucająca się w oczy przez kolor swoich włosów. - Właściwie to... Sztuka.
   Sprytna zuchwałość ukrywająca chwilę zawahania. Prawda leżała znacznie głębiej, a ja po pierwszym kwadransie przebywania z nią na oczach tak wielu gapiów mogłem równie dobrze strzelać w ciemno. Musiałbym ją obserwować w znacznie większej ilości sytuacji, by postawić na którąkolwiek z dróg prowadzących do jej tajemnicy. Pytanie brzmiało: Czy było to potrzebne? Miałem mnóstwo innych rzeczy na głowie, nie pałętanie się za młodocianą, nową śmiertelniczką. Mimo to było w niej coś, co chciałem poznać. Przebadać. To nie była już tylko lekarska ciekawość.
- Fascynujące. - przyznałem z lekkim rozbłyskiem oczu. -W czym dokładnie się specjalizujesz?
- Malarstwie.
   Reszta drogi upłynęła nam na rozmowie o gruncie niczyim, jakim było właśnie powyższe hobby, albo właściwie pasja, sądząc po zaangażowaniu młodej kobiety w nasz dialog. Pozwoliłem jej po sobie poznać w tym fachu po sobie nie tylko znawcę, ale... Ja sam również nazywałem to czymś więcej, niż tylko hobby, chociaż o wiele bardziej ciągnęło mnie w stronę muzyki. Śpiewu. Gry na instrumentach. Oddechu Stwórcy.
- Jesteśmy już na miejscu. - przyznałem w końcu, stając pod wielkim budynkiem z czerwonym, neonowym krzyżykiem. Holland omiotła go wzrokiem, jakby zła na siebie, że nie potrafiła go samodzielnie odnaleźć. - Nie martw się, pierwszy dzień zawsze jest dość... Ciężki.
   Tym razem to ona lekko wzruszyła ramionami.
   Perfekcjonistka...? Zaczynała mnie coraz bardziej interesować. W żadnym stopniu nie przypominała zamkniętej w sobie Aurayi, która nie zaznała w życiu aż tyle rzeczy, co ona, będąc jedynie człowiekiem.
- Gdybyś czegoś potrzebowała... W sensie, pomocy. - szybko naprostowałem, widząc jej pytający wzrok zielonych oczu. -Musisz wiedzieć, że jestem detektywem silnie współpracującym z policją, lecz bardziej na własną rękę. Bardziej jednak jestem... Lekarzem. Pracuję w prosektorium.
- Studiowałeś medycynę? - zupełnie zapomniała o pierwszej części zdania, a potem ostatnim słowie. To chyba był strzał w dziesiątkę.
-Tak. Na Harvardzie. - uśmiechnąłem się słabo, wspominając tamte lata pełne pracy niezbyt... Dobrze. Natychmiast to spostrzegła i odnotowała, dlatego jej reakcja nieco przygasła. Podałem jej swój numer na w razie czego, a ona pokiwała głową, zapisując go.
- Miło było cię poznać, Holland. - podałem jej dłoń pod koniec naszego spotkania, a ona dość nieśmiało dała mi ją zamknąć na swojej, znacznie mniejszej.
   Gdzieś głęboko we mnie tliło się światełko nadziei, że nie będzie musiała tego wykorzystywać, iż będzie całkowicie bezpieczna. Druga część mnie życzyła jej wszystkiego, byle żeby móc zareagować. Weszła spokojnie do szpitala, a kiedy zamykały się za nią rozsuwane, szklane drzwi, widziałem, jak się wzdrygnęła, otoczona tym zapachem... Leków. Środków higienicznych.
   Śmierci.
   W dzisiejszych czasach spotykamy ją równie często niczym przechodnia na ścieżce do pracy. Jest to dość niepokojące, ale... Czy tak nie było od zawsze? Ruszyłem w drugą stronę miasta, gdzie pod restauracją na przeciw komisariatu miałem zaparkowany swój samochód. Włożyłem ręce do kieszeni długiego, czarnego płaszcza, którego kołnierz nastroszyłem na tyle, by zakrywał co najmniej połowę mojej twarzy. Kiedy minąłem tą samą uliczkę, ujrzałem pełznące cienie pomiędzy budynkami. Wiedziałem co to było, jeszcze zanim je widziałem. Dwójka wendio pomykała w stronę szpitala. Po tropie Holland, kompletnie ignorując moją obecność i mój trop obok niej. Albo byli tak zdesperowani, albo głupi, skoro sądzili, że ich nie wyczułem. Z drugiej strony mogli po prostu zmierzać w tamtą stronę, a to ja miałem jakieś napady lękowe.
   Postanowiłem na w razie czego pobiec z powrotem do miejsca, w którym ją zostawiłem.


Holland?
Przepraszam, że tak długo ;-;

25 wrz 2017

Od Ezequiela do Aurayi

   - Możesz mi wytłumaczyć czemu przed twoją kamienicą stoi ponad dziesięć ciężarówek z jakichś zagranicznych sklepów meblowych, a ci biedni ludzie wyciągają ogromne kartony na nasz podjazd i układają je w Tetrisa? - Rudy wydawał się pozbawiony dziecięcej ciekawości, jedyne, co nim kierowało, to szok.
- Doszedłem do wniosku, że zrobię remont od kiedy ze mną oficjalnie zacząłeś mieszkać.
   Po całej akcji i jak wróciłem, Randy wyznał mi bez bicia, że właściwie nie miał do czego wracać. Wynikało to głównie z tego, że jego matką była prostytutka, a ojciec był jednym z wielu niezidentyfikowanych klientów albo towarzyszy na imprezach. Dzieciak całe życie szlajał się po kasynach i tym podobnych, podupadłych przybytkach. Wywalać go za drzwi jako tako nie miałem serca, chociaż intuicja podpowiadała mi, by tak uczynić. Jedyne życie jakiego zaznał polegało na kradzieży, oszustwach, a do tego balansowaniu pomiędzy życiem, a śmiercią. Jako jeździec bez głowy widziałem jego duszę umorusaną całym tym syfem, a nie byłem jakimś tam anielskim zbawcą z Niebios, aby zająć się jego zbawieniem, czy wychowaniem. Mimo to wiedziałem jak to jest, polegać tylko i wyłącznie na sobie, nie zaznając niczyjej pomocnej dłoni. To zaważyło na mojej decyzji, ale ona mogła równie dobrze szybko ulec zmianie, jeżeli chłopak posunąłby się za daleko w czymkolwiek. Miał w tej kwestii duże pole do popisu, oboje to wiedzieliśmy.
- Ale ja nadal będę mieć swój strych? - Myrtice, moja kolejna przybłęda, tym razem nadnaturalna, spojrzała na nas, zakładając ręce na klatce piersiowej.
   Staliśmy właśnie przed oknem, a dziewczyna bezszelestnie potrafiła przemieszczać się z góry na dół kamienicy, odwrotnie, a także zmieniać w srokę.
- Tak, w tej kwestii nic się nie zmienia. Chyba, że chcesz jakieś nowości, to domówię.
- Jest mi dobrze, jak jest w Stodole. - odparła z zadowoleniem, uśmiechając się szeroko.
   Czarnowłosa wiedźma z białymi pasemkami poprzetykanymi wszędzie na jej głowie spojrzała na mnie swoimi niezmiernie tajemniczymi oczami. Fascynowała mnie od wielu lat, właściwie nadal nie wiele na jej temat wiedziałem. Dzisiaj była ubrana w biały podkoszulek pod czarnymi ogrodniczkami. Na nogach jak zawsze gościły u niej te same, porwane już nieco szare trampki. Ciemna, oliwkowa cera mocno kontrastowała z jej obecnym kolorem włosów, a także intensywnie szkarłatną szminką. Z tego ubioru wywnioskowałem, że ona również zamierzała wziąć udział w remoncie i mi pomóc. Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością.
- To od czego zaczynamy?
- Przede wszystkim musimy wywalić obecne meble w dość skromnej ilości, bo nigdy nie chciało mi się tego przedtem robić, a wtedy pomalujemy ściany. Kartony włożymy do garażu.

***

   Zabrało nam to spokojnie resztę tygodnia, łącznie z rozpakowywaniem i składaniem wszelkich rzeczy od nowa. Spostrzegłem wówczas, że Randy nigdy tak naprawdę tego nie robił, więc to był jego pierwszy raz, kiedy dokonywał czegoś normalnego, należącego do życia codziennego. Szybko się uczył, a ponadto wszystko go fascynowało.
- Chodziłeś kiedykolwiek do szkoły? - zapytałem Brytyjczyka, właściwie powątpiewając w pozytywną odpowiedź.
- Matka kiedyś próbowała zapewnić mi domowe nauczanie, ale szybko kończyły się jej na to pieniądze. Nie chciała mnie wysyłać od samego początku, ani wdrażać w tok nauczania typowo szkolnego; według niej był bezsensu. Ona sama pochodziła kiedyś z bogatej rodziny, pobierała nauki u profesorów, a nawet dyplomowanych naukowców, których jej rodzice opłacali. Tylko, że się stoczyła, a oni szybko zmarli. Wszystko, co próbowali mi przekazać było na szybko, właściwie niewiele mi zostało do tej pory w głowie.
   Postanowiłem to osobiście zmienić i zacząć z nim kompletnie od nowa. Właśnie w ten sposób Myrtice zastała nas w nowym salonie ślęczących nad książkami o astronomii.
- ...dzięki fizyce, która odpowiada na pytania dotyczące naszego świata, nauczyliśmy wykorzystywać potencjał natury poprzez odpowiednie eksperymenty, a przez to: konstruowanie wielu urządzeń. Możemy poznawać jednocześnie daleki kosmos... - wskazałem dumnie mu na fotografie NASA w jednym z atlasów -...a także nasze otoczenie. To nie jest naprawdę trudna dziedzina, w której należy wykorzystywać niezrozumiałe prawa. Wszystko, czego potrzebujesz, to własne doświadczenie, a przede wszystkim rozum. Każda rzecz wynika z czegoś, co dzieje się dookoła ciebie, a ponadto jest obliczalna.
- Studiowałeś to?
- Szczerze? Studiowałem medycynę, sztuki piękne oraz muzykę, bo nie umiałem się tego samodzielnie nauczyć, ktoś musiał mi to długo i zawile tłumaczyć. Całą resztę wyczytałem z książek w wolnym czasie.
   Myrtice usiadła na krawędzi brązowej kanapy, przysłuchując się nam uważnie.
- Jest coś, czego nie umiesz? - nie patrzył dłużej na mnie, jak na człowieka, tylko cyborga.
- Zdecydowanie nie umiem gotować. Nigdy mi to nie wychodziło, zawsze coś przypalałem. Możemy kontynuować?
   Zbliżał się wielkimi krokami weekend, podczas którego byłem umówiony z Aurayą na lekcję jazdy konnej. Byłem szczerze ciekaw, czy nadal o tym pamiętała i czy będzie bardzo temu przeciwna. Anielica wydawała się być zamknięta w swoim własnym świecie, nie wychylając się zbytnio poza niego na nowe doświadczenia. Poza tym, mogłem być spokojny o mieszkańców mojej kamienicy; zakopałem Randy'ego pracami domowymi z niemal wszystkich przedmiotów, jakie istniały w dobrze mi poznanych, amerykańskich high schoolach. Myrtice miała wówczas za zadanie stać nad nim i patrzeć, czy aby na pewno wywiązuje się ze swoich obowiązków we właściwy sposób, a ponadto nie zżyna z Internetu. Wiedziałem, że bardzo lubiła słuchać moich prelekcji, a do tego była na tyle perfidną istotą, by zatruć życie śmiertelnego chłopaka na najbliższe kilka godzin. W Stodole stał więc samotnie Van Gogh otoczony dookoła budami z moimi psami. W Charlotte, moim camaro, aktualnie jechała ze mną tylko Queen Elisabeth, wygrzewająca się w południowych promieniach słońca zza wpadającej szyby. Zatrzymałem się pod blokiem anielicy w dość widocznym miejscu na tyle, by mogła szybko wyłapać mnie z okien. Chwyciłem za telefon i wybrałem jej numer, ostatnią rzeczą jakiej chciałem, to spotkać się twarzą w twarz z jej podirytowanym bratem po tym, jak dowiedział się całej prawdy o mojej egzystencji.

- Hej, Aurayo, jak tam? Masz dzisiaj czas?


Auraya?