Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louise. Pokaż wszystkie posty

11 cze 2018

Od Louise do Alexa

- Jeśli jesteś zmęczona, to sam zajmę się bliźniakami, a ty się prześpij - zaproponował mężczyzna, przyciągając mnie mocniej do klatki piersiowej w taki sposób, że mógł oprzeć podbródek na czubku mojej głowy. Jego oferta sprawiła, że po moim ciele rozeszła się fala ciepła - mogło być to też spowodowane uściskiem - i chociaż w duszy żywiłam ogromną nadzieję, że faktycznie by to zrobił, nie mogłam jednocześnie na to pozwolić. Brooklyn i Luke nie dawali nam obojgu spać od wielu dni, więc Alex nie mógł być w dużo lepszym stanie niż ja. Tym bardziej, że mnie czasami udawało się zdrzemnąć w środku dnia, kiedy dzieci zasypiały po posiłku. 
- Alex... - zaczęłam powoli, odsuwając się od niego, aby móc z większą łatwością spojrzeć mu w oczy. Chciałam mu powiedzieć jak wiele znaczy dla mnie ta propozycja, ale jednak nie mogę z niej skorzystać, bo to byłoby dla jego samopoczucia niczym gwóźdź do trumny. 
Nasze dzieci, chociaż bardzo często były powodami zarwanych nocy i przysparzały nam wielu problemów, to również stanowiły najpiękniejszą część naszego życia, przy którym te chwilowe nieprzyjemności bledły tak bardzo, tracąc na intensywności, że stawały się prawie niewidoczne. 
Nagle do naszych uszu dotarł dźwięk dzwonka do drzwi. Był to jednorazowy, dosyć krótki sygnał, ale byłam pewna, że nic mi się nie przesłyszało, bowiem Alex, zmarszczywszy czoło, podniósł się z łóżka. 
- Poczekaj tu - burknął pod nosem, a z jego głosu tchnęła ogromna niechęć, jaka towarzyszyła mu podczas drogi do drzwi.
Nie byłabym sobą, gdyby góry nie wzięła nade mną wrodzona ciekawość, która skusiła mnie do podniesienia się z wygodnego materaca i dyskretnego podążenia za mężczyzną. W czynności tej pomogły mi talenty kitsune, Alex jako wilkołak mógł z łatwością usłyszeć bicie mojego serca, toteż zwolniłam je do najmniejszej możliwej częstotliwości i spróbowałam, niczym kameleon, wtopić się w otoczenie. Niemniej jednak pozostałam za ścianą, by w razie czego przyjść mężczyźnie z pomocą i nie zdradzić swoich umiejętności, materializując się obok Foshera.
Kiedy Alex uchylił drzwi, zza jego pleców mogłam dostrzec postawnego mężczyznę z którego przemoczonego ubrania kapały na podłogę kropelki wody. 
- Witaj kumplu - zmarszczyłam czoło i cofnęłam się o krok na dźwięk nieprzyjemnego głosu naszego 'gościa'. Na widok reakcji Alexa - zaciśniętej na klamce dłoni oraz pobielałych od tego knykciach, spiętej postawie.
Wróciłam do swojej pierwotnej postaci i poprawiwszy szlafrok, wyszłam z uśmiechem zza ściany, kierując się ku drzwiom. Chwyciłam dłoń Alexa, zwracając się do zmokniętego mężczyzny:
- W czym możemy pomóc?

Alex?

12 lut 2018

Od Louise do Alexa

Mruknęłam cicho z wyraźnym niezadowoleniem, gdy poduszka zsunęła się z kanapy akurat w momencie, kiedy usiłowałam ułożyć się w wygodnej pozycji do oglądania serialu. Był to dopiero szósty miesiąc, więc mój brzuszek nie był zbyt duży, ale nawet bez ogromnego rozmiaru bardzo wprawnie utrudniał mi wygodne poruszanie się i przede wszystkim leżenie. Próbując spać, tylko się męczyłam, dlatego przez większość czasu byłam okropnie zmęczona. Kiedy nieudolnie próbowałam sięgnąć po zagłówek, Sueno wykazał się ogromną inteligencją i miłością, gdy wyraźnym trudem spróbował podać mi dużo większy od siebie wałek. Wyglądało to tak uroczo i zabawnie zarazem, że moją dotąd skwaszoną minę zastąpił szeroki uśmiech. Podłożyłam sobie pod głowę poduszkę i poklepałam wolne miejsce tuż obok siebie, zachęcając kundelka do położenie się przy moim boku Jednak psiak wybrał miejsce tuż obok moich stóp, opierając pyszczek na mojej łydce, a jego czarne jak dwa błyszczące guziki oczy wpatrywały się we mnie bez przerwy. Sięgnęłam z niewielką trudnością, żeby podrapać go za uchem, a kiedy już to zrobiłam, tak jak planowałam, zajęłam się serialem, który, mówiąc nawiasem, szybko przestał mnie interesować. Po połowie odcinka po prostu zrezygnowałam z oglądania go i przestałam się skupiać na historii i dialogach prowadzonych przez bohaterów. Przymknęłam oczy, chcąc się zdrzemnąć tylko przez chwilę, ale cały plan nie wypalił. Na spaniu spędziłam kolejne trzy godziny. Obudził mnie dopiero dźwięk przekręcanego zamka od drzwi, toteż lekko wystraszona niezgrabnie podniosłam się do pozycji siedzącej, próbując przygładzić pospiesznie roztrzepaną fryzurę.
- Jestem - odetchnęłam z ulgą, rozpoznając po głosie Alexa i ponownie opadłam plecami na oparcie sofy. Jak przystało na lenia, nie ruszyłam się ze swojego miejsca, czekając aż mężczyzna podejdzie do kanapy, by dać mi buziaka na powitanie.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, gdy to zrobił.
- Jak ci minął dzień? - przechyliłam lekko głowę, opierając policzek na prawej dłoni. Zanim jednak usłyszałam odpowiedź, Alex pochylił się by pogłaskać zniecierpliwionego kundelka, który w nachalny sposób zaczął łasić się do jego nóg.
- Było całkiem okej, chociaż zrobienie zdjęć pewnych bliźniaków zmusiło mnie do kupienia im lizaków na uspokojenie - uśmiechnął się pod nosem. Po dłuższej chwili wypełnionej tylko sapaniem Sueno, mężczyzna zajął sąsiednie miejsce na kanapie, obejmując mnie ramieniem.
- Jeszcze tylko trzy miesiące - odparłam, kiedy zauważyłam, że wpatruje się w mój brzuch. - Nie wiem jak to wytrzymam, już teraz czuję się jak chodząca beczka - dodałam po chwili z lekkim niezadowoleniem w głosie, którego nawet w pewnym stopniu nie potrafiłam ukryć.
- Wyglądasz pięknie - przewróciłam oczami na jego odpowiedź, mimo iż sprawiła, że zrobiło mi się naprawdę miło. Widząc moją reakcję, powtórzył swoje poprzednie słowa dodatkowo całując mój policzek.
~~*~~
- Alex! - syknęłam z lekkim zdenerwowaniem, gdy Luke po raz kolejny otwierał usta, by zacząć płakać. Od ponad godziny bezskutecznie usiłowałam uspokoić płaczącego syna, którego jasne oczy nieustannie roniły łzy. Alex od zawsze miał lepszy wpływ na chłopca, toteż żywiłam wielkie nadzieje, że uda mu się ukołysać niemowlaka do snu. 
Mężczyzna położył dłoń na moich plecach w uspokajającym geście.
- Już go biorę - delikatnie przejął ode mnie Luke'a, którego płacz niemalże od razu stracił na intensywności.
- Sprawdzę co u Brooklyn - szepnęłam, kierując swoje kroki do biura, gdzie położyłam wcześniej córkę. 
Oboje szybko zauważyliśmy, że większy sens ma kładzenie dzieci spać w osobnych pokojach, ponieważ kiedy jedno z nich zbudziłoby się w nocy z płaczem, nie obudziłoby drugiego. W ten sposób dużo łatwiej przychodziło nam wyspanie się. 
Dwumiesięczna dziewczynka drzemała cicho w swojej kołysce, otulona jasnym kocykiem w słoniki. Takie chwile były zdecydowanie tymi lepszymi fragmentami czasu rodzicielstwa. 
Będąc w ciąży myślałam, że to właśnie noszenie dzieci pod sercem jest tą cięższą stroną. Jednakże teraz nie mogłam pozbyć się myśli, jaka byłam wtedy głupia.
 Po jakimś czasie usłyszałam, jak Alex zamyka za sobą drzwi, dlatego ja również pożegnałam się ze śpiącą córką i wróciłam do partnera.
- Dziękuję, sama nie dałabym sobie rady.

Alex?





21 sie 2017

Od Louise do Alexa

Uniosłam dłoń do ust, chcąc instynktownie zamaskować zaskoczenie, które mnie ogarnęło. Co prawda byliśmy razem już bardzo długo, ale nie spodziewałam się, że Alex zrobi kolejny krok. Ja sama przestałam naciskać na ruszenie dalej, zostawiając ten fakt partnerowi.
- Alex... - szybko wytarłam łzy, które zaczęły spływać po moich policzkach.
Nie rozpłacz się, nie rozpłacz.
- Louise - uśmiechnął się, widząc moje wzruszenie. - Mieliśmy wiele wspólnych wzlotów, zdarzały się także małe upadki, jednak prawdziwej miłości to nie przeszkadza... Kocham cię Louise, najbardziej na świecie. I mam teraz jedno pytanie, Czy... czy wyjdziesz za mnie?
Wtedy już brakło mi sił na powstrzymywanie kolejnych łez.
- Boże, tak. Oczywiście, że tak - kiedy Alex wstał, wtuliłam się w niego, wiedząc, że jego bliskość pomoże mi się uspokoić. Zawsze tak było. I dokładnie tak jak się spodziewałam, po chwili mogłam już normalnie i bez zacinania się mówić. Mężczyzna wsunął pierścionek na mój palec z rozczulającą delikatnością, a kiedy upewnił się, że pasuje idealnie, pochylił się w moim kierunku, zbliżając nasze usta do siebie.
- Mam nadzieję, że ci się podoba - uniósł lekko brwi, a ja przytaknęłam w milczeniu. Dosłownie nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. Znowu czułam się jak zakochana nastolatka, a brak kontroli nad uczuciami był dla mnie czymś męczącym i magicznym zarazem.
Wspięłam się na palce, składając na wargach Alexa czuły pocałunek.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się, szybkim ruchem ścierając ze swoich policzków tusz, który spłynął razem z łzami.
W tamtej chwili żałowałam, że nie wybrałam czegoś elegantszego niż jasnoszara bluza i zwykłe spodnie, chociaż ciążowy brzuszek i tak uniemożliwiał mi wciśnięcie się w sukienki, które zazwyczaj nosiłam. Na zdjęciach zrobionych przez Alexa, wyglądałam pewnie koszmarnie.
- To ja dziękuję, Lou - położył dłonie na moich policzkach, muskając ustami moje czoło.
- Chcesz się teraz targować? - nie mogłam powstrzymać krótkiego parsknięcia.
- Skoro tak ci na tym zależy - odpowiedział tym samym żartobliwym tonem, odgarniając mi z twarzy niesforny kosmyk.
Sięgnęłam dłonią do brzucha, czując lekkie kopnięcie i skrzywiłam się lekko.
- Bardzo tu pięknie, ale ktoś tu najwyraźniej nie jest typem romantyka i najchętniej usadziłby matkę na kanapie - uśmiechnęłam się przepraszająco do Alexa, który skinął głową, splatając nasze palce i kierując nas ku wyjściu.

Alex?

12 lip 2017

Od Louise do Alexa

Zaskoczona rozchyliłam delikatnie usta.
- Co sądzę o dzieciach? - powtórzyłam za nim, mając pewnie strasznie głupią minę. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przyglądając się twarzy Alexa z ogromną uwagą. - Chciałabym mieć dzieci. Co najmniej dwójkę. Tylko... jakoś na razie nie było okazji, żeby o tym porozmawiać...
- Teraz jest - uśmiechnął się lekko, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- No więc... nie robi dla mnie różnicy czy będzie to dziewczynka, czy chłopiec. Mam wrażenie, że wniosłoby ono do naszego życia więcej kolorów. Poczekaj... - sięgnęłam po znajdującą się w szafce nocnej kartkę i pokryłam ją kreskami o różnych odcieniach szarości. Następnie za pomocą złotego żelopisu dorysowałam pomiędzy nimi złote linie. - Szare kreski to nasze życie teraz, a te żółte symbolizują dziecko.
- Ja też słyszałem, że mężczyźni to wzrokowcy, ale załapałem o co chodzi, gdy tłumaczyłaś mi to za pierwszym razem - jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył, a w oczach zatańczyły iskierki. Już dawno nie widziałam u niego tych płomyków, a ich widok bardzo mnie ucieszył. Może wątpliwości Alexa nie zostały jeszcze pokonane, ale byliśmy na dobrej drodze do spokoju.
Przewróciłam oczami.
- Spaczenie artystyczne.
Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, Alex przysunął swoją twarz do mojej, łącząc nasze wargi w pocałunku. Czułam jak mężczyzna się uśmiecha. Z czasem jego usta zeszły niżej na moją szyję, sprawiając, że mój oddech niekontrolowanie przyspieszył.
- Ale tak już? - zapytałam, a szatyn na chwilę się zatrzymał.
- Czemu nie? - uśmiechnął się szelmowsko, a ja nie mogłam nie odwzajemnić uśmiechu.
~~*~~
- I jak ci idzie? - zajrzałam do swojego starego biura, który z każdą chwilą coraz bardziej przypominał dziecięcy pokój. Jasnokremowa farba została odświeżona, a na największej ścianie namalowałam ogromne drzewo, którego gałęzie pokryte zielonymi liśćmi pięły się po górnej części, sięgając sufitu. Na niektórych siedziały papugi, ożywiając malunek swoimi kolorami. Uznaliśmy, że do chwili narodzin nie będziemy sprawdzać płci dziecka, dlatego musieliśmy się postarać o uniwersalne barwy i taki sam wystrój pomieszczenia. Niedawno zakupione meble stały już złożone w kącie, ale zabawki schowałam do pudeł.
- Skończyłem, teraz tylko sprzątam - Alex posłał mi jeden z tych uśmiechów, które uwielbiałam.
Nasze życie znacznie się uspokoiło w ciągu tych sześciu miesięcy, jakby ciąża zmieniła podejście mężczyzny do życia. Ja sama też patrzyłam na świat w weselszych barwach.
- Na pewno w niczym ci nie pomóc? - upewniłam się.
- Daję sobie radę. Powinnaś odpoczywać - nim zdążyłam cokolwiek wydusić, delikatnie, lecz zdecydowanie popchnął mnie w stronę salonu.
- Ciąża to nie choroba, nie umieram - przewróciłam oczami, ale posłusznie podreptałam na kanapę.

Alex?

23 cze 2017

Od Louise do Alexa

Odsunęłam się od Alexa, uśmiechając się słabo przez łzy spływające wartkim strumykiem po moich policzkach. Chociaż tuż po przeczytaniu listu miałam ochotę znaleźć partnera i wtedy porządnie uderzyć go w twarz, teraz chciałam jedynie znaleźć się w jego ramionach. Jednak jeśli by się głębiej zastanowić, solidny policzek nadal mu się należy.
Musiałam przyznać, że to nie najgorszy pomysł i bez namysłu zamachnęłam się, celując tuż poniżej kości policzkowych mężczyzny.
- Najpewniej na to zasłużyłem, ale... - zaczął powoli, a ja szybko wstałam z klęczek. Nie potrafiłam powstrzymać drżenia dłoni, dlatego raz po raz przeczesywałam włosy w nerwowym geście.
- Jak w ogóle śmiałeś wyjść i nie zostawić po sobie nic prócz tego głupiego listu? - mimo ogromu uczuć mną targających starałam się nie krzyczeć. Co prawda mówiłam podniesionym głosem, ale krzykiem nie można było tego nazwać.
Alex nadal siedział z miną zbitego psa, pokornie wysłuchując mojego wywodu. Zawsze uważałam, że to miłe z jego strony, że zgadza się ze mną praktycznie we wszystkim, ale teraz zaczęło mnie to drażnić. Na litość boską, niech cokolwiek powie!
- Lou, wiem, że... - kolejny raz spróbował coś powiedzieć.
- Bez 'Lou" mi tutaj - warknęłam, kopiąc czubkiem adidasa ułożoną z liści kupkę. Doskonale zdawałam sobie sprawę z faktu, że nie ułatwiam mu tłumaczenia, ale w tamtej chwili jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. - Alexie Fosher, jesteś największym idiotą jakiego w życiu spotkałam. A spotkałam wielu.
- Po prostu...
- Jednak cię kocham i nie darzę miłością tylko połowy ciebie. Kocham cię całego, takiego jakim jesteś i naprawdę nie obchodzi mnie twoja opinia na temat zasługiwania na mnie. Nie masz prawa decydować o tym za nas oboje - wzięłam głęboki oddech, próbując zebrać ponownie myśli. - Ja również mam wady, a ty je akceptujesz. Ja akceptuję twoje. Na tym to polega, Alex. Skoro teraz uciekasz, co będzie później? Zwiejesz z własnego ślubu?
- Oczywiście, że nie. Posłuchaj...
- Nie. Zastanów się nad tym, Alex. Mam dość niepewności. Niedawno prawie umarłeś, a teraz opuszczasz dom w środku nocy jak... jak złodziej! Skąd mogę wiedzieć czy nie zrobisz tego znowu?
Mężczyzna utkwił wzrok w konarze jednego z drzew, jakby głęboko zastanawiał się nad moimi słowami. Rzucałam w niego oskarżeniami, ale to nie tylko on ucierpiał na swojej ucieczce. Jakaś część mnie też tego nie wytrzymała i po prostu musiałam to z siebie wyrzucić.
- Wracajmy do domu, pogadamy przy śniadaniu - skinęłam głową w stronę samochodu. Szatyn zgodził się ze mną szybkim potaknięciem.
~~*~~
Miętosiłam w dłoniach narzutę, drugą dłonią przekładając kartki w starym, rodzinnym albumie. Przesuwałam wzrokiem po tych starych, ale też nowych fotografiach, na których znajdowałam się ja z Ashley i Zacharym. Uwielbiałam dwójkę swoich siostrzeńców i podczas każdego spotkania uświadamiałam sobie, że brakuje mi takich wesołych duszków w moim domu. Tupotu małych stópek na panelach i plam na stole zrobionych po całym dniu malowania farbami. 
Uśmiechnęłam się pod nosem.

Alex?

16 cze 2017

Od Louise do Alexa

Czasami zastanawiam się, czy nie mam przypadkiem problemów z agresją. Już drugi raz w ciągu tego tygodnia miałam ochotę strzelić czymś w kobietę, która dzieliła ze mną biuro. Była nowa, jednak w ciągu tego krótkiego czasu zdążyła obrócić swoją połowę pomieszczenia w prawdziwe pobojowisko, którego poziom bałaganu przewyższał nawet ten pozostawiony po wojnie. Papierki walały się po podłodze, niektóre zwinięte w kulki, a inne po prostu rzucone w kąt. Ołówki leżały na teczkach i ilekroć dziewczyna próbowała coś znaleźć, spadały na podłogę, a do moich uszu docierała symfonia cichych brzdęków.
Uderzałam nerwowo w kierownicę samochodu, mając dość również korków, które tworzyły się na ulicach San Lizele w godzinach szczytu. Mój pech, że mieszkałam właśnie w centrum.
Zazwyczaj wracałam do domu autobusem albo pieszo, jednak po wczorajszej sytuacji z Alexem, wolałam wsiąść do swojej osobówki i zaparkować tuż przed wejściem do wieżowca. Ostrożności nigdy za wiele, w tej sprawie musiałam zgodzić się z matką.
Zaciskając palce na torbie z laptopem, wysiadłam pospiesznie z auta i żwawym krokiem skierowałam się ku drzwiom, a następnie równie szybko nacisnęłam guzik windy. Jednak w pełni bezpieczna poczułam się dopiero, kiedy przekroczyłam próg mieszkania.
W powietrzu unosiła się ta swojska mieszanka woni wanilii i świeżo zmielonej kawy, która niezmiennie napełniała mnie spokojem. Buty i kurtki były na swoim miejscu, a kiedy Sueno przybiegł mi na powitanie, uznałam, że wszystko jest w porządku. Żaden ze scenariuszy, które nasuwały mi się podczas pracy nie spełnił się.
- Cześć - przywitałam partnera uśmiechem i odłożywszy torbę na krzesło, pochyliłam się nieznacznie, by cmoknąć go w policzek. - Mam nadzieję, że coś zjadłeś.
Uniosłam brwi, nie zauważając nigdzie żadnych talerzy, które byłyby dowodem, że Alex zdążył cokolwiek sobie przygotować.
- Nie byłem specjalnie głodny - wzruszył ramionami, widząc moje pełne dezaprobaty spojrzenie.
- W takim razie biorę się za kurczaka - westchnęłam cicho. - Na ostro czy tradycyjnie?
- Jak chcesz - wstał od stołu i podszedł do mnie, zabierając z moich rąk saszetkę z przyprawą.
- Co ty robisz?
Nagle na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek.
- Pomogę ci.
- A-ale... powinieneś odpoczywać - spróbowałam wyrwać mu niewielki pakunek, ale niestety byłam za niska.
- Odpoczywałem cały dzień, no dalej, co mam robić? - ponaglił mnie, a ja po chwili uśmiechnęłam się lekko.
- Przynieś patelnię.

Aleksiu?

20 maj 2017

Od Louise do Alexa

Ja również podążyłam wzrokiem w kierunku rozbitej na maleńkie kawałeczki lampki. Kupno szklanej nie było najlepszym pomysłem, trzeba było zainwestować w plastikową. Ewentualnie z drewnianym podestem. Zanotowałam to w myślach jako radę na późniejszy zakup.
Szybko porzuciłam analizę mebla i przysunęłam się do Alexa, obejmując go delikatnie. Trudno było zapomnieć o ranie po postrzałowej mężczyzny, a ja nie chciałam sprawiać mu bólu.
- Shh... już jest dobrze - otoczywszy partnera ramionami, kołysałam nim to w jedną, to w drugą stronę w uspokajającym geście. Nie pierwszy raz budził się po koszmarze i pewnie nie ostatni. To go trzymało i nie potrafiło puścić. Moim zadaniem, było bycie przy nim, bez względu na wszystko.
Alex milczał.
- Chcesz o tym porozmawiać? - zapytałam, mimo iż już wiedziałam jaka będzie odpowiedź.
Mężczyzna posłał mi słaby uśmiech. ale pokręcił głową.
- To nic takiego - mruknął cicho, unikając tematu.
- Alex...
- Louise...
- Może jednak? Zawsze unikasz rozmowy, a możliwe, że to pomogłoby ci poczuć się lepiej - spróbowałam drugi raz. Z marnym skutkiem.
- Nie chcę cię martwić, Lou.
- Martwisz mnie teraz.
- Przepraszam... po prostu chodźmy spać, dobrze? - położył się ponownie, krzywiąc przy tym ledwie zauważalnie. Spędziłam z nim zbyt wiele czasu, by nie zauważać, kiedy ukrywa ból.
Tym razem to on mnie przytulił i zanim się obejrzałam ponownie zapadłam w sen.
~~*~~
Wstałam sporo wcześniej, aby przed wyjściem do pracy wyprowadzić Sueno i wstąpić do sklepu. Chciałam zrobić zakupy, żeby Alex nie musiał wychodzić z mieszkania. Lepiej dmuchać na zimne.
- Kochanie, w lodówce masz wszystko co potrzebujesz, a jeśli będziesz robił obiad wystarczy, że usmażysz sobie naleśniki. Ciasto masz w lodówce. Pies już był na spacerze, więc jeśli będzie chciał na dwór, wystarczy, że wyjdziesz z nim na chwilę przed blok - wyliczałam, grzebiąc jednocześnie w torebce. - Pamiętaj o czym mówił lekarz, masz się nie przemęczać.

Alex?

2 maj 2017

Od Louise do Alexa

Słysząc ciche ujadanie Sueno, odsunęłam się od Alexa. Kędzierzawa sierść kundelka była przyklepana i zamiast sterczeć jak było zazwyczaj, smutnie zwisała ze szczupłego ciałka psiaka. Jednak czarne jak guziki oczy wpatrywały się w naszą dwójkę radośnie przy cichym akompaniamencie szurającego po płytkach ogona. Powodem nie najlepszego wyglądu czworonoga było najpewniej krycie się pod kanapą, gdy lekarz zajmował się Fosherem.
Wzdrygnęłam się na samą myśl o krwi sączącej się z rany, a partner jakby wyczuwając w którym kierunku skierowały się moje myśli, ponownie mnie objął.
- Powinieneś iść się położyć - odsunęłam się od szatyna, posyłając mu smutny uśmiech. Na więcej zwyczajnie nie było mnie stać.
Alex westchnął.
- Mówię serio, kochanie. Potrzebujesz odpoczynku, by móc się zregenerować - odwróciłam się do niego tyłem, dając mu do zrozumienia, że nie przyjmuję odmowy, a na kolejne dyskusje nie mam ani siły ani ochoty.
Dopiero, kiedy usłyszałam cichy trzask drzwi od sypialni, zabrałam się za sprzątanie. Krew z podłogi zeszła bez większych problemów, aczkolwiek dużo gorzej było z fotelem, którego nie dało się w żaden sposób wyczyścić. Poddałam się po kolejnej nieudanej próbie i z westchnieniem, opadłam na sofę. Sueno wskoczył na miejsce obok mnie i z zadowoleniem dotrzymywał mi towarzystwa podczas, gdy ja zabrałam się za przeglądanie i segregowanie leżących na stoliku papierów.
Oderwałam się od nich, gdy dobiegł mnie odgłos kroków i pojawił się Alex.
- Jest już po pierwszej - wyprostowałam się gwałtownie, zaskoczona informacją. Przecież dopiero co zasiadłam do pracy. Chcąc upewnić się, czy partner mnie nie wkręca, spojrzałam na zegarek. Faktycznie.
- Wiem, zaraz kończę - skłamałam, odkładając na bok czarną teczkę. - A ty powinieneś spać.
Szatyn przewrócił oczami.
- Chciałem się tylko napić wody, zaraz wracam do łóżka.
- W takim razie wezmę szybki prysznic i zaraz do ciebie dołączę.
Schowawszy dokumenty, poczłapałam do łazienki.

Alex?

21 kwi 2017

Od Louise do Alexa

Miałam zdecydowanie dość swojej rodziny, jednak gdybyśmy odmówili przyjścia na obiad, zaczęłoby się gadanie, jaka to ja nie jestem okropna, ponieważ nie chcę spotkać się z rodziną. Nie to co Elizabeth, która była niemal aniołem z aureolą nad jasną, idealnie ułożoną czupryną.
- Lou czasami trzeba trochę pocierpieć - Alex uśmiechnął się ciepło, chcąc mnie w jakiś sposób wesprzeć. - Ja muszę jutro iść na ślub, a potem noc bez ciebie przez wesele, a ranek należy do obróbki chociaż części zdjęć.
Spojrzałam przed siebie, skupiając się przez chwilę na drodze. Z każdą chwilą byliśmy coraz dalej od domu rodziców i z każdym przemierzonym metrem czułam się coraz lepiej, jakby cały stres który się mnie trzymał, był zależny od bliskości rodziny.
- Ja cały weekend spędzę nad papierami - przewróciłam oczami na wspomnienie stosu dokumentów, które piętrzyły się w salonie. Pokrywały niemal całą powierzchnię kanapy i co najmniej połowę stolika. - Ostatnio znaleźliśmy jakieś przedwojenne dzieło, a kobieta, która je szukała totalnie nie wie co z nim zrobić. W dodatku okazało się, że nie jest jedyną spadkobierczynią. Żadna ze stron nie chce odpuścić. Utknęliśmy w martwym punkcie.
Alex uśmiechnął się lekko, słuchając mojej niezbyt radosnej opowieści.
- Dacie radę, macie najlepszych prawników, na pewno coś znajdą na tego drugiego.
- Ale to oznacza dla mnie więcej roboty - westchnęłam. - Mam czasami dość tej pracy.
Zaparkowawszy przed budynkiem, mężczyzna zgasił silnik i spojrzał na mnie z troską w oczach.
- Dlatego musisz się teraz wyspać - wyszedł z samochodu i zanim sama zdążyłam to zrobić, otworzył mi drzwi.
- Dzięki - złożyłam na jego policzku krótki pocałunek i ramię w ramię skierowaliśmy się w stronę bloku.
~~*~~
Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie w celu sprawdzenia obecnej godziny. Dochodziła ósma, Alex powinien już dawno być w domu, a tymczasem nie było go widać. Z każdą upływającą chwilą mój niepokój o partnera narastał, a kiedy już nie mogłam wytrzymać na kanapie, założyłam płaszcz i zdecydowałam się do niego pojechać. Nie miałam nic przeciwko wychodzeniu z kolegami, ale zazwyczaj dawał mi znać. Tym razem nie dostałam nawet głupiego smsa. 
Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz, zrozumiałam dlaczego Fosher się spóźnił. Mężczyzna opierał się o ceglaną ścianę budynku, dłonią tamując miejsce krwawienia.
- Alex - podbiegłam do partnera, ściskając delikatnie jego ramię. Przez jego twarz przetoczył się kolejny grymas bólu. - Alex, spróbuję doprowadzić cię do mieszkania. Nie możemy tutaj zostać, rozumiesz.
Brunet skinął głową, spoglądając na mnie wciąż zamglonym wzrokiem.
Dzięki Bogu, że winda działała i po kilkunastu minutach byliśmy już w środku.
- Skarbie, wytrzymaj jeszcze trochę - starałam się nie panikować, ale ciało dosłownie odmawiało mi posłuszeństwa. - Zaraz zadzwonię po przyjaciela, powinien ci pomóc.
Szybko wybrałam numer do swojego znajomego - syna Asklepiosa, który na szczęście miał czas i był w naszym mieszkaniu już po kilku chwilach. Starałam się nie przeszkadzać, gdy lekarz oglądał Foshera, ale nie mogłam usiedzieć spokojnie na miejscu.

Alex? ;3

21 mar 2017

Od Louise do Luciela

Choroba zwana przeziębieniem to najgorsza z możliwych kar zesłanych ludzi od Boga, to wersja dla wierzących. Dla tych mniej pobożnych, zarazki i wirusy powinny zdechnąć i smażyć się w miejscu zwanym Piekłem. Chociaż znając życie, tam też by istniały. Nie mam pojęcia jak, te mikroorganizmy potrafią być cholernie szczwane.
I to są właśnie wyniki zatkanego nosa i wiecznego bólu głowy połączonego ze zjawiskiem zwanym okresem. Alex stwierdził, że najrozsądniej będzie schodzić mi z drogi, gdy niczym zjawa, będąca jedynie namiastką człowieka, sunęłam do kuchni po coś do jedzenia. Ewentualnie połknąć kolejną porcję tabletek, które mimo, że według znaczku na opakowaniu powinny zacząć "leczyć" po jakiś trzydziestu minutach, nie działały nawet po dwóch godzinach. W ten sposób byłam skazana na domowe sposoby; ciepły rosół i herbatę z miodem oraz malinami. I prawdopodobnie dzięki właśnie takiemu żywieniu po dobrym tygodniu poczułam się lepiej. Lepiej, ale  nie dobrze.
- Sueno, jasna cholera - zaklęłam, gdy pies po raz kolejny zaczął domagać się wyjścia na spacer. Trzeci raz w ciągu dwóch godzin.
Z wyraźną niechęcią doczłapałam do drzwi, wciskając stopy w swoje stare adidasy i niezdarnie ubierając zimową kurtkę w kolorze khaki. Do tego naciągnęłam na uszy ciemną, wręcz czarną, wełnianą czapkę, a kiedy opatuliłam szyję miękkim szalikiem byłam niemal gotowa do wyjścia. Pozostało mi jedynie przypiąć smycz do rozemocjonowanego kundelka, który zamiast spokojnie usiąść, jak był nauczony, wolał skakać dookoła moich nóg, poszczekując radośnie.
Prychnęłam z wyraźną irytacją, powoli wciskając psa w intensywnie czerwone szelki i kiedy zdobyłam nad nim choć minimalną kontrolę. otworzyłam drzwi wybiegające na klatkę schodową i zjechawszy windą na dół, wyszłam ze Sueno na szybki spacerek.
Powróciwszy do mieszkania okropnie uderzyło mnie to, jakie jest puste. Alex od rana siedział w pracy, a ja szczerze mówiąc, nie miałam do roboty nic lepszego niż siedzenie na kanapie i oglądanie kolejnego tureckiego serialu. Nie żeby były złe, acz los Jansu czy kolejnej Hazal nie niezbyt mnie obchodził.
Po krótkim wahaniu zdecydowałam się odwiedzić Luciela, mając nadzieję, że tak samo jak ja, będzie w mieszkaniu. Nadzieja umiera ostatnia.
Zapukałam kilkakrotnie, a nie otrzymawszy odpowiedzi, użyłam dzwonka. Dopiero po dłuższej chwili otworzył mi sąsiad.
- Um... Cześć - odezwał, się przecierając wyraźnie zaspane oczy.
- Cześć. Wpadam, bo... Czy wszystko w porządku? - zapytałam, gdyż z okolic salonu dobiegł nas krzyk. Męski. Nie minęła nawet minuta, gdy dołączył do niego kobiecy.
Pierwsze co przyszło mi do głowy, to nocne zabawy, ale na samą myśl poczułam jak jedzenie cofa mi się z żołądka. Po incydencie w szkole, gdy niemal siłą zmuszono mnie do oglądania filmów porno, miałam dość mieszane uczucia, jeśli chodzi o takie rzeczy.
- Tak, tak, świetnie, moje rodzeństwo stwierdziło, że to świetny pomysł na odwiedziny - odpowiedział, przekreślając tym samym moje domysły. Zaraz, ile ich było... szóstka? Chyba tak. Siódemka wliczając Luciela. Akurat tę liczbę łatwo jest zapamiętać. Apollo i tak dalej.
- Ooooh... Kto to, Lucy? - drobna blondynka, najpewniej siostra Luciela, uwiesiła się jego ramienia, wbijając we mnie zamglone spojrzenie.
- Mary, to Louise, sąsiadka.
- Mary, najmłodsza siostra tego idioty i prawie całej gromady w środku - entuzjazm w jej głosie wydał się niemal nienaturalny, jakby nie była zbyt trzeźwa. Albo to ja jestem sztywna. - Dołączysz do nas, no nie? - posławszy mi szczenięce spojrzenie ruszyła chwiejnie w stronę środka mieszkania. Ciszę przerwał cichy jęk.
- Teraz nie masz wyjścia. Inaczej będę się musiał jutro spotkać ze skacowaną, poważną i agresywną panią architekt. A to oznacza śmierć.
Po namyśle ruszyłam za Lucielem w stronę kuchni.
- Uważaj, żebyś się nie potknęła. Gdzieś tu leży chłopak mojego brata.
O dziwo, nie leżał, a już zmierzał do salonu. Wariatkowo jakieś.
- Napijesz się czegoś? I lepiej ci już? - zapytał, rozglądając się bezradnie po kuchni.
Kiedy już miałam odpowiedzieć, okrzyki rozgorzały na nowo. Nie do końca zrozumiałam o co chodzi, ale nie zamierzałam też wnikać.
- Nie rób sobie problemu - uśmiechnęłam się, mimowolnie zerkając na rodzinę bruneta. Wydawali się dość szaleni i co najmniej trochę destrukcyjni, ale z tego co zdążyłam zauważyć, mieli ze sobą dobry kontakt. - Ale muszę odmówić, palenie czegokolwiek nie wchodzi w grę. Jutro mam wizytę u lekarza.
Przejechałam wzrokiem po zawalonej kocami, poduszkami i natknąwszy się na jedną ze swoich ulubionych gier, spojrzałam znowu na Luciela.
- Macie Scrabble!
Jego mina mówiła wszystko, ups.
- Proszę, ciszej. Jeszcze tamci usłyszą.
Jak na zawołanie odpowiedziały mu krzyki.
- Kto ma ochotę na następną kolejkę? - prawdopodobnie męski głos wybił się poza pozostałe.
Parsknęłam cicho, odwracając się w stronę gromadki.
- No chodź, Luciel - machnęłam dłonią w jego stronę. - Inaczej twoje anielskie rodzeństwo mnie pożre.

Luciel?

3 mar 2017

Od Louise do Luciela

Zamknąwszy za Lucielem drzwi, obróciłam się w stronę salonu i siedzącego między kanapą, a stolikiem Sueno. Kudłaty kundelek zamerdał radośnie ogonem, zadowolony z ponownej samotności i po rozejrzeniu się po pomieszczeniu, wyszedł z ukrycia. Kucnęłam przy nim, tarmosząc jego uszy.
- I co? Jak oceniasz naszego nowego sąsiada? - spojrzałam w jego błyszczące oczęta, jakbym mogła odczytać w nich odpowiedź, której nie uzyskałam od psa. Oczywiście, jeśli nie licząc krótkiego szczeknięcia. 
Westchnęłam donoście, prostując się i wyjrzałam przez jedno z wielkich okien. Ciemnoszare chmury wiszące nad budynkami miasta San Lizele zwiastowały nadchodzącą ulewę albo innego rodzaju opady atmosferyczne. Gdzieniegdzie widać było promienie słońca, które niczym świetliste smugi przebijały się przez cumulusy, a wiatr unosił pozostałe po zimie liście. Krajobraz był wręcz bajkowy i gdybym miała lepszy humor z pewnością zdecydowałabym się go namalować, jednak teraz marzyłam tylko o zanurzeniu się w miękkiej pościeli i odespaniu kilku zarwanych nocy.
- Idziemy się położyć? - po raz kolejny zwróciłam się do pupila, z tym wyjątkiem, że teraz dostrzegłam jego wyraźną aprobatę.
W ten właśnie sposób skończyłam w łóżku, z psem jako moim prywatnym kaloryferem. 
Alexa miałoby dziś nie być do późna, musiał załatwić coś na mieście i wrócić dopiero wieczorem, dlatego postanowiłam wybrać się do sklepu, by zrobić zakupy na kolację. W takie dni jak ten zawsze nachodziła mnie ochota na jedzenie domowej roboty, toteż nie wahałam się dłużej i ubrana w ciemny płaszcz, wyszłam z apartamentowca. 
Supermarket od zawsze przypominał mi labirynt bez wyjścia. Pamiętam, że kiedyś jeszcze jako dziecko zgubiłam się w jednym z londyńskich sklepów, kiedy razem z mamą pojechałyśmy do angielskiej stolicy. Nie płakałam, wiedziałam, że prędzej czy później rodzicielka mnie znajdzie, dlatego usiadłam na ziemi, czekając aż po mnie przyjdzie. Okazało się to najlepszym wyjściem.
Klucząc miedzy regałami wypełnionymi jedzeniem i wszelakimi artykułami gospodarstwa domowego, myślałam nad popołudniową wizytą Luciela. Wciąż wydawało mi się to zaskakujące i dość nieprawdopodobne, uprzejmość wśród ludzi nie była cechą powszechną. 
Wrzuciłam do koszyka paczkę ryżu i przyprawę do potraw chińskich, a po wybraniu jeszcze kilku składników, skierowałam się ku kasie.
Z zakupionym jedzeniem wróciłam do mieszkania, od razu zabierając się za przygotowywanie kolacji. Myślami nadal błądziłam jednak, gdzieś w Kosmosie, nie potrafiąc skupić się całkowicie na smażeniu mięsa lub gotowaniu ryżu.

Luciel? Wybacz, że takie nijakie :d

2 mar 2017

Od Louise do Alexa

Kolejny dzień powitał mnie piękną, słoneczną pogodą, jakby usiłując wynagrodzić mojej osobie nadchodzące spotkanie z rodziną. Na samą myśl o obiedzie wśród tych wszystkich pozornie bliskich mi ludzi dostawałam czegoś na wzór mdłości.
Chcąc nie chcąc zwlokłam się z łóżka, aby następnie skierować się ku łazience. Jasne płytki działały na mnie uspokajająco, a ciepła woda spływająca po moim ciele, pozwalała mi się w końcu odprężyć. Nie będę zaprzeczać, bo nie ma sensu, potrzebowałam tego.
Chociaż do obiadu pozostały ponad cztery godziny, wiedziałam, że jeśli odpowiednio się do niego nie przygotuję, Elizabeth dosłownie mnie zmiażdży. Z pewnością pojawi się w nowej, zapewne czerwonej i drogiej sukni, wymalowana i wyperfumowana najbardziej jak to możliwe. Jej mąż nie będzie wcale lepszy, włosy pod kilogramową warstwą mieszanki żelu i lakieru, w biznesowym garniturze.
Po krótkiej, ale przyjemnej kąpieli zamiast zabrać się za przygotowania, jak wcześniej planowałam, wzięłam Sueno na długi, porządny spacer. W ciągu tygodnia robił to Alex, ale z racji tego, że był dziś weekend, zrobiłam to ja. Brązowy kundelek wydawał się zadowolony, gdy poszliśmy do parku. Spuszczony ze smyczy biegał między drzewami, ciesząc się z chwili wolności.
Kiedy wróciliśmy, Alex już nie spał. Siedział w salonie, oglądając swoje fotografie. Zawsze podziwiałam go za jego talent do robienia zdjęć, wychodziły mu wspaniale.
- Zastanawiałem się czy przypadkiem nie uciekłaś - powitał mnie szerokim uśmiechem, który odwzajemniłam.
- Nie zostawiłabym cię na pastwę moich rodziców.
- Mam nadzieję - wychylił się z fotela, aby pogłaskać kręcącego się Sueno.
- Idę się przygotować, za godzinę powinniśmy wyjeżdżać - mruknęłam niechętnie, spoglądając ukradkiem za zegar.
- Okej.
Nigdy nie poświęcałam makijażowi zbyt dużej ilości czasu, nie potrzebowałam go, żeby wyglądać znośnie. Najdłużej zastanawiałam się nad wyborem sukienki, ale ostatecznie stwierdziłam, że jest zbyt zimno na wyjście w klasycznej, czarnej kreacji do kolan. Postawiłam na czarne spodnie, wyglądem do złudzenia przypominające zwykłe jeansy i elegancki sweter w ciepłym odcieniu bieli. Stopy wcisnęłam w jasne czółenka i gotowa do wyjścia, spojrzałam na Alexa. Szatyn również zdążył się przygotować, wyglądał niezaprzeczalnie przystojnie.
Pół godziny po wyjściu byliśmy na miejscu. Ogród okalający dom moich rodziców jak zwykle doskonale się prezentował. Równiutka trawa i eleganckie krzewy idealnie pasowały do wyobrażenia o snobach zamieszkujących tę willę.
Ścisnęłam mocniej dłoń Alexa, jakby mając nadzieję, że będzie chciał stamtąd odjechać, ale mój partner pewnym krokiem podszedł do drzwi, pukając cicho. Niemal od razu otworzyła nam matka.
- W samą porę - na jej twarzy gościł ten sam sztuczny uśmiech, który widywałam przez wiele lat. Nic się nie zmieniło. - Zapraszam.
Fosher wręczył jej wcześniej kupiony bukiet róż i po wymienieniu uprzejmości, zaprowadzono nas do jadalni. Tak jak się spodziewałam, Elizabeth z rodziną już tam była. Jej mąż siedział na sąsiednim krześle, a Ashley i Zach oglądali coś na swoim tablecie.
- Ashley, Zachary, nie przywitacie się z ciotką? - na widok siostrzeńców mój humor wyraźnie się poprawił. Niewielka blondynka niemal spadła z sofy, a jej straszy braciszek również wydawał się zaskoczony moją obecnością. Przybiegli jednak, aby mnie przytulić, a odeszli dopiero, gdy obiecałam im później wspólną zabawę.
- Witaj Louise - siostra podała mi dłoń, zachowując pozory obojętności.
- Witaj - zignorowałam ją, siadając wraz z Alexem na drugim końcu stołu.

Aleksiej? Wierzę, że uda ci się opisać "rodzinne" spotkanie :)

17 lut 2017

Od Louise do Luciela

- Um... Cześć! Luciel Merch, wprowadziłem się niedawno i stwierdziłem, że dobrze byłoby znać chociaż jednego sąsiada - dobiegło mnie mamrotanie ciemnowłosego, a kiedy wyciągnął w moją stronę niewielką paczkę, totalnie mnie skonfundował. Tutaj nie robi się takich rzeczy. Zwykła uprzejmość nie jest znana ludziom mieszkających w takich apartamentach. Mimo czających się we mnie wątpliwości, sięgnęłam po pudełko i z cichym westchnieniem, przyjęłam bardziej swobodną pozę.
- Miło mi, Louise Halston - zmusiłam usta do pozornie uprzejmego uśmiechu, zerkając ukradkiem za siebie. Tak jak się spodziewałam Sueno, słysząc obcy mu głos, stał w salonie, połowicznie ukryty za stolikiem kawowym, przyglądając się ostrożnie przybyszowi. Nagle przypomniałam sobie zasady savoir-vivre'u. - Może wejdziesz na kawę? Albo herbatę?
- Chętnie - odpowiedział, a uśmiech nie schodził z jego twarzy. Z jednej strony sprawiał wrażenie człowieka godnego zaufania, ale z drugiej mój instynkt nakazywał mi ostrożność. Ruchem dłoni zaprosiłam go do środka, a kiedy znaleźliśmy się już wewnątrz mieszkania, skierowałam się do kuchni. Wyciągnęłam z paczuszki ciastka i od razu poznałam, że Luciel upiekł albo kupił trójkąty maślane z wanilią. Słodki aromat wypełnił pomieszczenie, a kiedy ułożyłam wypieki na ozdobnym talerzu i zabrałam się za przygotowanie gorących napojów, zdałam sobie sprawę, że nie spytałam bruneta na co ma ochotę.
- Luciel? - odezwałam się, wychodząc z kuchni. - Czego się napijesz?
Brunet przeniósł wzrok z jednego z wiszących w salonie obrazów na moją osobę.
- Kawy, najlepiej espresso.
Uśmiechnęłam się.
- Z cukrem? Lub mlekiem?
- Z mlekiem, ale za cukier podziękuję - skinęłam głową i wróciłam do kuchni, by zrobić dla mężczyzny kawę, a dla siebie ziołową herbatę. Już po kilku minutach napoje były gotowe, a położywszy ja na tacy wraz z ciastkami, zaniosłam je do salonu. Sueno, gdy tylko mnie zauważył, podpełzł do fotela, na którym siedziałam i wystawił łebek, prosząc o pieszczoty.
- A więc, czym się zajmujesz? - zadałam pytanie, upijając łyk naparu. Rozmowa musiała jakoś iść naprzód, a pytanie o pracę zawsze było dobrym kołem ratunkowym.
Luciel podniósł wzrok znad kawy.
- Jestem skrzypkiem.
Przyznam, że byłam zaskoczona. Skrzypek w takim apartamentowcu? Było to bardzo rzadko spotykane, zważywszy na to, że większość artystów nie miała zbyt dużej ilości obowiązków przy czym ich zarobki nie były wysokie. Może jednak szatyn był inny.
Sąsiad najwyraźniej dostrzegł moje zaskoczenie.
- Ciekawe zajęcie. Jeśli można wiedzieć, gdzie zazwyczaj grasz? - wzięłam do ust pierwszy kawałek ciastka i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest naprawdę dobre. Słodkie, ale nie mdlące. Chrupiące, ale nie twarde. Byłam pełna podziwu dla umiejętności kulinarnych Luciela.
- Głównie w teatrze - on również zdecydował się zjeść własne wyroby. - A ty?
Przewróciłam oczami.
- Pracuję w firmie zajmującej się odszukiwaniem zagubionych podczas wojny obrazów - wytłumaczyłam, nie zagłębiając się w szczegóły. - Jestem skazana na nudą pracę w korporacji. Hobbistycznie maluję, ale moim pracom daleko do obiektów zainteresowania APiR.

Luciel?

10 lut 2017

Od Louise do Alexa

Od zawsze byłam okropnym zmarzluchem. Podczas, gdy moi rówieśnicy biegali w cienkich płaszczykach, ja ubierałam ciepłą kurtkę i czapkę, by jak najlepiej uchronić się przed chłodem. A gdy spadł śnieg, zamiast brać udział w walce na śnieżki, trzymałam się jak najdalej od pola bitwy, byleby uchronić się przed pociskiem. Wzdrygnęłam się na samo wspomnienie zimna rozchodzącego się po karku.
- Marzniesz? - podniosłam wzrok na Alexa, trzymającego moją dłoń.
- Nie, wszystko w porządku - uśmiechnęłam się, podążając wzrokiem za Sueno. Brązowy kundelek biegał po parku, radośnie ganiając za wiewiórką. Ta, najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że nie najmłodszy już pies ma trudność z dogonieniem jej, toteż co jakiś czas zwalniała, jakby szydząc z niego.
- Mam wrażenie, że nie jesteś zadowolona z zaproszenia na obiad.
To skutecznie odwróciło moją uwagę od pupila. Spojrzałam na Alexa, a w jego ciemnych oczach błyszczała troska.
- Musisz przestać czytać mi w myślach - przewróciłam oczami, a szatyn uśmiechnął się lekko. - Wiesz, jacy są moi rodzice. A Elizabeth, ona nie przepuści okazji, żeby czegoś nie palnąć. Jej mąż nie jest lepszy.
Wtedy Fosher zatrzymał się, mnie również zmuszając do postoju. Przez chwilę tylko mi się przyglądał, a po chwili pocałował mnie delikatnie.
- Poradzimy sobie, nie takie rzeczy się robiło - każdy mógłby uznać to za zwyczajne zdanie, a ja od razu wychwyciłam w nim podtekst o naszej nadnaturalności. Jeszcze kilka sekund wpatrywał się w moją twarz, jakby szukając jeszcze jakiejś niepewności, a gdy się odsunął, na jego twarz ponownie wrócił uśmiech. - Masz może ochotę na herbatę? Niedaleko stąd jest kawiarnia, a Sueno poczeka na nas przed lokalem.
- Z tobą? Zawsze.

Aleksiej?
Wybacz, że tak krótko.

Od Louise do Luciela

Po spędzeniu kilku godzin na sali sądowej miałam zdecydowanie dosyć swojej pracy. Gdy dwójka naszych klientów zaczęła szukać obrazu autorstwa swojego wuja, wiadomym było, że są bardzo zdeterminowani by go odnaleźć. Ostatnio nazwisko ich krewnego stało się niezwykle popularne, szczególnie w kręgach rosyjskich fanatyków sztuki, a jego ostatnie dzieło zostało sprzedane za niecałe trzy miliony. Nic dziwnego, że braciom Crossieux zaczęło jeszcze bardziej zależeć na odzyskaniu malowidła. Problemem stanowiła jedynie obecna właścicielka portretu żony Jérôme'a, która za nic w świecie nie chciała go oddać. Utrzymywała, że kupiła go uczciwie, nieopodal bramy Brandenburskiej, jednak brak jakiegokolwiek potwierdzenia zakupu skutecznie pozbawił ją szans na zatrzymanie dzieła i w ten sposób po raz kolejny nasza firma wygrała sprawę. Było to jakąś rekompensatą po całym tym młynie, który mieliśmy przed rozprawą.
- Lou, idziesz z nami na piwo? - Clarisse zagadnęła mnie, kiedy wychodziłyśmy razem z sądu. La Rue była jedną z niewielu osób w APiR, które miały choć trochę przyzwoitości, by nie rzucać się każdemu do gardła.
Stanęłam na moment, spoglądając na nią.
- Naprawdę dziękuję za zaproszenie, ale... - brunetka przewróciła oczami, gdy tylko zaczęłam mówić i tak jak się spodziewałam, postanowiła mi przerwać.
- ...Ale nie masz ochoty włóczyć się z nami po klubach.
Prawie parsknęłam śmiechem.
- Dokładnie. Przykro mi, ale taka już jestem - wzruszyłam ramionami, a z mojej twarzy nie schodził uśmiech. Clarisse westchnęła, jakby moja odmowa naprawdę ją zraniła, ale po chwili wyrzuciła ręce w górę, zaśmiewając się radośnie.
- Nara sztywniaro, ja mam zamiar dziś zaszaleć!
Nigdy nie mogłam pojąć, skąd się bierze w niej tyle energii. W firmie była spokojną, przykładną pracownicą, a po godzinach zachowywała się jak jakiś szatan. Pomachałam jej na pożegnanie i skierowałam się ku przystankowi autobusowemu. Samochód przyjechał po kilkunastu minutach, a ja z ulgą klapnęłam na siedzenie. Na zewnątrz zaczęło padać, a ja założywszy słuchawki zaczęłam słuchać muzyki. Najchętniej zakopałabym się w pościeli i przespała cały wieczór i noc, nie myśląc już ani razu o rozprawie. Jednak, gdy tylko przymknęłam powieki, przed oczami widziałam zapłakaną twarz właścicielki obrazu. Jej pełne wściekłości spojrzenie, które wbijała we mnie, gdy sędzia wygłaszał wyrok. Wzdrygnęłam się mimowolnie.
W mieszkaniu byłam już dwadzieścia minut później i gdy tylko przekroczyłam próg, ruszyłam do łazienki. Potrzebowałam zmyć z siebie cały dzisiejszy stres. Przebrana w ciemne dresy i jasną, wręcz białą bluzkę wyciągnęłam z komody płótna i farby, a następnie z lekkim znudzeniem zaczęłam jeździć pędzlem po czystej powierzchni.
Pracę przerwało mi pukanie do drzwi. Zmarszczyłam brwi zaskoczona, bo odwiedziny w tego typu apartamentowcach nie było czymś pospolitym. Ludzie woleli spędzać czas w swoich mieszkaniach, nie marnując czasu na zacieśnianie sąsiedzkich więzi. Moje zdziwienie zwiększyło się w chwili, gdy okazało się, że "gościem" jest wysoki brunet, najzwyczajniej w świecie nie pasujący do obrazu mieszkańca takiego miejsca. Oparłam się o futrynę, krzyżując ręce na piersi. Istniał cień szansy, że mężczyzna jest łowcą, a ja nie miałam ochoty ułatwiać mu wejścia do środka i prostego zabicia mojej osoby.

Luciel?

8 lut 2017

Od Louise do Alexa

Dokładnie tak jak w każdy dzień obudziło mnie słońce. Smugi światła wpadały do sypialni przez ogromne okna, a powstrzymać ich nie zdołały nawet zasłony. Wielokrotnie przystawiałam się do wymiany zielonych, dość starych już firan, na jakieś bardziej pasujące do nowoczesnego wnętrza, ale za każdym razem coś mnie powstrzymywało. Czułam sentyment do wyblakłego materiału. Za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, przypominałam sobie pierwsze urządzanie tego mieszkania. Zasłony były jedną z pierwszych rzeczy, które kupiłam za własne pieniądze. Z ociąganiem podniosłam się do pozycji siedzącej, odruchowo przygładzając włosy, zapewne zmierzwione podczas snu. Moje spojrzenie spoczęło na zegarku cyfrowym, wskazującym w tamtej chwili godzinę szóstą trzydzieści. Westchnęłam i zwlokłam się z łóżka, a perspektywa pójścia do pracy, nie wydała mi się w tej chwili zbyt kolorowa. Nie miałam jednak wyboru. Zajmowanie stanowiska w sporej firmie to nie przelewki. Od razu skierowałam swoje kroki ku łazience, skąd wyszłam dopiero pięć minut przed siódmą. Sueno nadal spał, dlatego zdecydowałam się go nie budzić, licząc, że Alex wyprowadzi go, gdy wróci. Dzięki temu zyskałam kilka minut na zjedzenie śniadania. Usiadłszy w kuchni, sięgnęłam po przygotowane przez szatyna tosty i czytając gazetę, pochłonęłam kanapki.
Wiele razy słyszałam gratulacje z powodu faktu, że pracuję w miejscu mocno związanym z tym, co lubię. To miało jednak nie tylko dobre strony. Jeśli trafiliśmy na jakiś gorszy moment, działalność APiR bardziej obrzydzała mi pasję, niż przybliżała mnie do malarstwa. Dziś trafiła mi się nowa klientka, Olivia Simmons prezentowała sobą wzór posągowej urody. Piękna, nieskazitelna twarz i jasne, prawie białe oczy wpatrywały się we mnie z wyższością i zniecierpliwieniem.
- Czyli kiedy zaginął pani obraz? - zapytałam uprzejmie, sięgając po przyniesioną przez blondynkę teczkę.
- W 1940, może 1941 roku. Trudno stwierdzić, wszyscy zainteresowani już nie żyją - uśmiechnęła się bez śladu wesołości.
- Rozumiem. Poza tymi notatkami przesłanymi mi w grudniu nie ma pani niczego więcej? - informacji było bardzo niewiele. Opis obrazu i kilka faktów. Kobieta pokręciła głową. - Próbowała pani może poszukać jeszcze czegoś? Google, książki?
- Nie. Sądziłam, że jeśli wam zapłacę, wy się tym zajmiecie. Ile czasu trwają takie rzeczy?
- Ciągną się nawet latami, ale duża część spraw trwa kilka miesięcy - oparłam się o tył fotelu.
Miałam już dość rozmowy z klientką. Przez kolejne dwie godziny Simmons dręczyła mnie swoimi pytaniami, a kiedy usłyszała jaką prowizję pobieramy od każdego dzieła, prawie zrobiła mi awanturę.
- Biorąc pod uwagę, że rok temu nawet nie wiedziała pani o tym obrazie, zapewniam panią, że jeśli uda nam się go odzyskać, będzie miała pani powody do zadowolenia.
- Czyli nie rozważy pani bardziej... przychylnej ceny?
Westchnęłam cicho, a moja uprzejmość wyparowała.
- Miło było mi panią poznać, pani Simmons, ale obawiam się, że rozmowa dobiegła końca. Nie sądzę, żebyśmy mieli sobie cokolwiek do powiedzenia.
Blondynka podniosła się gwałtownie z krzesła i prawie wybiegła z mojego biura. Widocznie nie była przyzwyczajona do odmowy. Od tamtego spotkania z utęsknieniem wyczekiwałam końca pracy.
Kiedy tylko minęła siedemnasta, chwyciwszy torbę, wyszłam z firmy. Ściana chłodu uderzyła mnie, gdy tylko przeszłam przez szklane drzwi. Na zewnątrz były jedynie trzy stopnie ciepła. Zimne powietrze szczypało mnie w policzki, dlatego poprawiłam sobie szalik, zakrywając sobie część twarzy. Od rana prószył śnieg, a chodnik pokrywała cienka warstwa lodu. Dlatego właśnie z ulgą powitałam widok drzwi do naszego mieszkania. Jedyne czego chciałam to położyć się spać i nigdy nie wstać z łóżka. Weszłam do środka, a po odwieszeniu płaszcza na wieszak, spojrzałam na siedzącego Alexa. Szatyn przyglądał mi się z uśmiechem, a kiedy podeszłam do niego, cmoknął mnie w policzek.
- Jak było w pracy? - spytał, gdy byłam już w kuchni, przygotowując sobie coś szybkiego do jedzenia.
- Znowu pojawił się klient, myślący, że znajdzie swój obraz, zarobi dwa miliony, a my popracujemy za grosze - przewróciłam oczami na wspomnienie Olivii Simmons. - No cóż, mówi się trudno. A ty? Jak tobie minął dzień? - usiadłam na kanapie, zajadając się resztkami spaghetti z wczoraj.

Aleksiej? ^^

6 lut 2017

Per aspera ad astra

KONTAKT: Howrse: Aleksa2003 || Gmail: lexie.black01@gmail.com || Email: lubieseszele@wp.pl

Louise Halston

25 lat | Kobieta | Kitsune
Opis: Największą rolę w kształtowaniu charakteru Lou odegrała przede wszystkim jej sytuacja rodzinna i majątkowa. Wychowana w dostatku, nigdy nie poznała, jak to jest zapracować na swoje życie. Wszystko dostawała na tacy, bez wyjątku czy była to błaha rzecz, czy raczej coś bardziej kosztownego. Od samego początku ojciec uczył ją i jej siostrę - Elizabeth - zachowania wśród innych przedstawicieli ludzi z wyższych sfer i jak skutecznie rozpoznawać osoby nienależące do tego grona. Już w dzieciństwie, spędzając czas w parku, potrafiła ocenić czy rodzice bawiącego się nieopodal niej dziecka są zamożni, czy wręcz przeciwnie. Robiła i nadal robi to bezwiednie, a przyłapawszy się na tym, jest zaskoczona płytkością swojego zachowania. Już w najmłodszych latach znała na pamięć zasady konwenansu towarzyskiego, zawsze wie, jak powinna się zachować, ale jej uprzejmość można zakwalifikować bardziej jako chłodną i wymuszoną, aniżeli naturalną. Savoir-vivre był jednym z regulaminów, któremu była bezwzględnie posłuszna, ale teraz Louise pozwala sobie na nutkę złośliwości i ironii. Lubi od czasu do czasu wywołać oburzenie u matki lub ojca, nie wspominając już o Elizabeth, którą denerwuje z czystą satysfakcją.
Kiedy skończyła dwadzieścia lat, kobieta zdała sobie sprawę ze swojego egoistycznego spojrzenia na świat i nowobogackiego stylu życia rodziców, zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby znaleźć sobie mieszkanie i odciąć się od swojej familii. Dopiero wtedy poznała, czym jest praca i ile kosztuje samodzielne życie, a od załamania uratowała ją wtedy stara przyjaciółka, wspierająca ją w trudniejszych chwilach. Mimo że Lou wielokrotnie chciała wrócić do wygodnego życia, Mo robiła wszystko, żeby odwieść ją od tego pomysłu, za co teraz młoda Halston jest jej wdzięczna.

W przeciwieństwie do reszty rodziny zawsze potrafiła wyciągnąć pomocną dłoń ku osobie potrzebującej wsparcia, była i wciąż jest pełna ciepła. Nie ignoruje ludzi, którzy nie zarabiają miesięcznie pięciocyfrowej sumki, a na zakupach nie wydają połowy wynagrodzenia. Z natury bardzo radosna i uprzejma, jednak tę pierwszą cechę dość trudno u niej dostrzec. Zazwyczaj ukryta jest przed obcymi pod przykrywką obojętności i wyrazem typowego zmęczenia życiem.


Rodzice Louise zawsze kładli nacisk na jej wykształcenie i wręcz zmuszali ją do poszerzania zainteresowań. Szczerze pokochała dopiero sztukę, której świat pokazała jej babcia. Pierwszą miłością Lou okazał się fortepian, na którym gra do dziś, a także śpiew. W młodości grała w teatrze, a staruszka szczerze ją popierała w rozwijaniu tej pasji. Jakiś czas później poznała świat obrazów, malarstwo wciągnęło ją tak bardzo, że dziś pracuje w APiR, firmie zajmującej się ocalaniem i szukaniem dzieł, zaginionych w czasie wojny. W wolnych chwilach Lou sama tworzy obrazy, ale jest to bardziej hobby, niż pomysł na faktyczny zarobek. Kiedy dowiedziała się o swojej wyjątkowości, dołożyła wszelkich starań, żeby nauczyć się bronić przed łowcami, o których wielokrotnie słyszała od Phoebe. Małej Halston udało się namówić rodziców na zapisanie jej na zajęcia sportowe, by mogła się szkolić i trenować kondycję. Jednak używać umiejętności kitsune nauczyła się stosunkowo późno, przez długi czas nie wiedziała o ich istnieniu. Miała z tym trochę trudności bowiem moce rosną wraz z wiekiem, a nieprzyzwyczajona do ich posiadania, kilkakrotnie popsuła coś w mieszkaniu. Szybka i zwinna, o dobrym refleksie, a wszytko to dzięki nadnaturalnemu genowi. Od broni białej woli palną, a jedynym wyjątkiem jest łuk, który Lou dosłownie ubóstwia. Zazwyczaj jednak ogranicza się do niewielkiego pistoletu, żeby oręż nie rzucał się w oczy.
Louise to kobieta nie wyróżniająca się z tłumu wzrostem, nie jest ani wysoka, ani niska. Przy 170 cm wysokości, waży około 60 kg. Jej ciało jest szczupłe, atletycznie zbudowane, Halston nie musiała nigdy zastanawiać się nad tym co je. W przeciwieństwie do rówieśniczek nie miała obsesji na punkcie diety i zdrowego żywienia. Jej niezbyt gęste, blond włosy sięgają ramion, a kobieta uparcie pilnuje, żeby nie były dłuższe. Zazwyczaj tylko je czesze, rzadko kiedy związuje lub układa w jakąkolwiek fryzurę. Oczy Lou są koloru rozpuszczonej czekolady, według Madison nadają one jasnowłosej uroku szczenięcia. Zazwyczaj podkreśla je tylko tuszem do rzęs, a swoje półpełne, naturalnie różowe usta, cienką warstwą szminki. Ubiera się zależnie od humoru, raz wybierze jeansy i koszulę, a innym razem luźną kwiatową suknię.
Pupil: Sueno
Stosunki:
  • Thomas Halston - ojciec, biznesman, jako dziecko Louise uważała go za wzór, z czasem jednak zdała sobie sprawę, jakim człowiekiem jest Thomas
  • Meredith Halston - matka, całkowicie zdominowana przez męża i jego zasady,
  • Alex Fosher - partner życiowy, jedna z niewielu osób, które Louise darzy szczerym uczuciem,
  • Madison "Mo" Bennet - przyjaciółka z dzieciństwa, utrzymują dobry kontakt,
  • Elizabeth Moore - starsza siostra, matka dwójki dzieci, tak jak ojciec jest materialistką, nigdy nie miały dobrego kontaktu, jednak po ślubie z Matthew jeszcze bardziej się on pogorszył
  • Matthew Moore - szwagier, osoba patrząca na innych przez pryzmat majętności, pasuje więc do rodziny Halston idealnie
  • Ashley i Zack Moore - siostrzenica i siostrzeniec, Lou dokłada wszelkich starań, żeby dzieci nie upodobniły się do swoich rodziców, uwielbia tę dwójkę
  • Fineas Halston - starszy brat, kiedy tylko nadarzyła się okazja uciekł z domu, ale mimo to utrzymywał kontakt z siostrami
  • Phoebe Carter - babcia, matka Meredith, kiedy dowiedziała się za kogo wychodzi jej córka, zerwała z nią kontakt, jednak nie wyrzekła się wnucząt, które co jakiś czas odwiedzała.
Ciekawostki:
  •  Nadnaturalny gen odziedziczyła najprawdopodobniej po babci,
  •  Ma nietolerancję laktozy, słabą ale jednak,
  •  Uwielbia lody, co przy jej "chorobie", jest dość nietypowe,
  •  Ma słabość do herbaty, kawy napije się jedynie w ostateczności,
  •  Uwielbia film "Mamma Mia", kiedy tylko usłyszy to słowo, mogłaby gadać o musicalu godzinami,
  •  Niektórzy twierdzą, że nie ma gustu muzycznego, jednak Louise się z tym nie zgadza,
  •  Biegle posługuje się hiszpańskim i rosyjskim, a także potrafi dogadać się po francusku.