Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott. Pokaż wszystkie posty

2 maj 2018

Od Scotta i Holland - konkurs zimowy cz. 2

trochę spóźniony, ale chyba przejdzie XD


Scott
Nie miałem pojęcia, co się właśnie wydarzyło, byłem przerażony nagłą utratą moich mocy, czego... nie mogłam dać po sobie poznać. Muszę bronić swoje stado, co w tym przypadku jest o wiele trudniejsze, musimy stąd wyjść. Nie mogą się narażać tylko przez własną ciekawość, kto wie, co czeka na nas dalej.
Wziąłem kolejny głęboki oddech i spojrzałem na moich przyjaciół.
- J-ja... ja też nie mogę. - Rosalie wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w swoje dłonie, chcąc wysunąć swoje pazury, co tak samo jak w moim przypadku spełzło na niczym. Lydia nie odczuła wyraźnej zmiany, jednak najpewniej było te spowodowane jej odmiennymi umiejętnościami, Stiles za to od razu zaczął węszyć spisek i mogę się założyć, że znajdował się o krok od paniki, co nie zmienia faktu, że byłby ostatnią osobą, która zgodziłaby się teraz stąd wyjść.
- Nie zostaniemy tutaj, wychodzimy. - Podniosłem się i gdy tylko złapałem równowagę chciałem skierować się w stronę wyjścia.
- Może to wcale nic złego, zabierając moce mają większą pewność, że nikomu nic się nie stanie. - Tak jak sądziłem, Stiles nie odpuści.
- Być może, ale to tylko twoja teoria. Nie zostaniemy tu prawie całkowicie bezbronni.
- Scott, nie pękaj. Taki pałac zdarza się raz na.. nie mam pojęcia ile lat, może nawet pojawia się co roku, ale jeżeli teraz wyjdziemy, to na kolejną okazję..
- Stiles! - Krzyknąłem, co raczej rzadko mi się zdarza. - Nie będę ryzykował waszego życia ze zwykłej ciekawości! Wychodzimy.
Złapałem przyjaciela za rękę i dosłownie zaciągnąłem go do wyjścia. Cisza panująca w ogromnym pomieszczeniu przerywana była jedynie głośnymi tupnięciami i ciężkim oddechem Stilesa. Od kiedy w nim tyle odwagi? Od zawsze był tym bardziej strachliwym, jednak mimo to cholernie ciekawskim, co chyba w tym momencie niestety przezwyciężyło. Ledwo doszliśmy do drzwi, a mi znów zaczęło brakować oddechu. Wyjąłem pospiesznie inhalator z kieszeni, przypominając sobie czasy liceum, kiedy każdego dnia musiałem pamiętać, by mieć go przy sobie. Kilka razy wylądowałem w szpitalu, bo moje roztargnienie w pierwszej klasie osiągnęło swoje apogeum i zawsze zostawiałem go w domu. Jedyne o co modliłem się w drodze do lekarza to to, by nie trafić na zmianę mojej mamy, a... zawsze trafiałem.
Stiles niechętnie pchnął szklane drzwi, jednak te ani drgnęły. Pomyślałem, że udaje, ale mi również nie udało się niczego wskórać.
- Chyba jednak stąd nie wyjdziemy - westchnął "zmartwionym" głosem. Odwróciłem się w stronę dziewczyn, chcąc się upewnić, że wszystko z nimi w porządku.
- Nie zostanę tutaj bez swoich mocy - odezwała się Rose. Chociaż ona stanęła za mną, chociaż było to bardziej spowodowane jej wewnętrznym strachem, niż logicznym myśleniem. W pewnym momencie usłyszeliśmy głośne kroki w głębi korytarza, a zaraz potem ujawniła nam się wysoka i postawna postać mężczyzny.

Holland
Z jednej strony ucieszyłam się, że ktoś jeszcze tu jest, jednak z drugiej obawiałam się zamiarów tego... człowieka? Odruchowo cofnęłam się o dwa kroki, powoli zaczynając żałować decyzji o przyjściu tutaj. W tym momencie bardzo chciałam móc polegać na swojej intuicji, która po raz pierwszy postanowiła zostawić mnie całkowicie samą sobie. Chód mężczyzny przypominał lunatyka, bądź... zombie, jednak nie poruszał się jak ci typowi umarli z filmów. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości, jakby obawiając się naszej reakcji na jego przybycie.
- Witam Państwa w naszej skromnej posiadłości, nazywam się Esteban Julio Ricardo Montoya dela Rosa Ramirez, jestem synem Diega Julio Ricardo Montoya dela Rosa Ramirez i jego żony, Gladys. Zapraszam do środka. - Machnął ręką w stronę dalszej części korytarza i nie zwracając większej uwagi na to, czy za nim podążamy, ruszył przed siebie. To dziwne, że zastanowił mnie jedynie fakt, że facet ma całkiem pokaźną ilość imion. Pewnie miał problemy w szkole, gdy przez większość czasu zamiast rozwiązywać test, musiał wypisywać wszystkie swoje imiona. Wymieniliśmy między sobą spojrzenia, jednak żadne z nas nie było w stanie podjąć głośno decyzji. Poszliśmy. Co innego mogliśmy zrobić?
Esteban doprowadził nas do kolejnych, ogromnych szklanych drzwi, jednak te pokryte były warstwą szronu, co dodawało im naprawdę wiele uroku. Wbrew pozorom i mojemu nastawieniu w całym wnętrzu panowało przyjemne ciepło. Wolałam nie zastanawiać się nad tym, jakim cudem możliwa jest tak wysoka temperatura w pałacu wybudowanym w całości z lodu. Gdy tylko drzwi się uchyliły dobiegł do naszych uszu dźwięk muzyki i głośnych rozmów. Znaleźliśmy się w ogromnej sali wypełnionej ludźmi. W centrum znajdował się parkiet pełen tańczących par, po bokach stoły obficie zapełnione  smakowicie wyglądającymi potrawami, a na samym końcu scena z kilkoma muzykami. Zostaliśmy dosłownie wepchnięci pomiędzy bawiących się ludzi, a drzwi z głośnym trzaśnięcie mi zamknęły się za nami.
- Moje moce wróciły - odezwał się Scott, patrząc na nas "wilkołaczymi oczami".
- Moje też - odpowiedziała z ogromną ulgą w głosie Rosalie. Ona bardzo obawiała się utraty umiejętności, jako człowiek była delikatną i kruchą osobą, nadnaturalność nadała jej całkowicie inny charakter. Stała się odważna, silna, a myśl o utracie mocy powodowała powrót starej, bezbronnej Rose. 
- A ja zrobiłem się głodny. - Stiles stal ze skrzywioną miną i położył dłoń na brzuchu, chcąc dać nam wyraźnie do zrozumienia, że jego żołądek domaga się posiłku. - Przy wejściu widziałem grzańce, wy też na pewno je widzieliście. 
- Nie możesz się upić - zaprzeczyłam od razu. Co to, to nie. Nie będę po raz kolejny pilnować pijanego Stilesa, pod wpływem alkoholu jest nie do zniesienia. 
- Ja.. idę tylko na degustację. - Uniósł brwi i szybko zniknął gdzieś w tłumie. Rosalie zgodziła się go przypilnować, więc zostałam że Scottem sama, wśród obcych nam istot. Coś mi się tutaj nie podobało i na pewno nie chodziło o wystrój, bo on akurat był piękny i świetnie trafił w moje gusta. Intuicja powróciła, a ja miałam wrażenie, że dzieje się coś bardzo złego. Mój wzrok spoczął na kolejnych szklanych drzwiach, które wyróżniały się jedynie kolorową klamką.
- Poszukam toalety. - Rzuciłam w stronę Scotta i udałam się w stronę owych drzwi. Coś mnie tam ciągnęło, przeczucie, którego bardzo się obawiałam, jednak było ono o wiele silniejsze ode mnie. Nacisnęłam na klamkę, wchodząc do kolejnego, mniejszego pomieszczenia, z którego były jeszcze trzy przejścia, jednak nie one zwróciły moją uwagę, a kobieta siedząca w przeciwległym kącie. Słyszałam jedynie jej ciężki oddech, łkanie i pociągnięcia zakatarzonym nosem.
- Przepraszam - odezwałem się, zawracając przy tym jej uwagę. - Wszystko w porządku?
- Nie - odpowiedziała, kiwając głową na boki. Po jej policzkach spływały łzy, rozmazując przy tym starannie zrobiony makijaż. Kobieta uniosła dłoń, wycierając opuszkiem palca mokre powieki.
- Co się stało? - Miałam złe przeczucia, zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że były okropne. Przykucnęłam bliżej, chcąc w jakiś sposób dodać jej otuchy, sprawić, by nie czuła we mnie zagrożenia.
- Moi przyjaciele.. moja rodzina.. oni wszyscy..
- Co im się stało?
- Zostali zmienieni w figury lodowe. - Po tych słowach wybuchnęła ponownie płaczem. Figury lodowe? Może coś jej się przewidziało, albo majaczy. Nie potrafiłam jej w tym momencie uwierzyć, jednak zważywszy na fakt, że po świecie chodzą wilkołaki i inne dziwne stworzenia, o których większość świata nie ma pojęcia, wszystko było możliwe.
- Jak się nazywasz?
- Judith Arnolfini - odpowiedziała, pociągając nosem.
- Jestem Holland i chciałabym ci jakość pomóc, więc.. Judith, powiedz mi, co dokładnie się stało.
Kobieta wzięła głęboki wdech i opowiedziała mi dokładnie całą historię, która wydała mi się bardzo wiarygodna. Jej najbliżsi padli ofiarą jakiegoś nadnaturalnego, mającego zdolności zamieniania ludzi w lód po złapaniu kontaktu wzrokowego. Co prawda, wciąż obawiałam się w pełni jej zaufać, wolałam uzgodnić to ze Scottem.
- Porozmawiam z moim przyjacielem i znajdziemy rozwiązanie. Powiedz mi, czy wiesz, gdzie oni teraz są? - Spytałam, mając w sobie mieszane uczucia. Z jednej strony obawiałam się twierdzącej odpowiedzi, z drugiej miałabym pewność, że mówi prawdę i trzeba jej pomóc. Kobieta kiwnęła twierdząco głową, wskazując drżącą dłonią drzwi, znajdujące się obok nas. Nie chciałam wchodzić tam sama, bałam się. Poinformowałam Judith, że zaraz wrócę i wybiegłam z powrotem na salę balową, wyszukując wzrokiem Scotta. Znalazłam go przy stolikach z jedzeniem, gdzie razem z Rosalie stali obok siedzącego na jednym z krzeseł Stilesa. O nie, nie wierzę, że już zdążył się upić. 
- Czy on.. - zaczęłam, ale szybko mi przetrwali.
- Tak.
- Tak szybko?
- Był konkurs na to, kto pochłonie większą ilość grzańców na raz. Stiles zmógł aż dziesięć. - Scott zmarszczył brwi, przyglądając się rozanielonemu Stilinskiemu. Westchnęłam ciężko, bo wiedziałam, że utrudni on nam jakiekolwiek działanie. Pospiesznie opowiedziałam im całą sytuację jaka zaszła między mną, a Judith. Całe szczęście, że Rosalie zgodziła się zostać i pilnować Stilesa, który już wdał się w żywą rozmowę z resztą pijanych ludzi, a może raczej istot. 
- Myślisz, że mówi prawdę? - Scott zadał mi to pytanie, gdy tylko zatrzymaliśmy się przed drzwiami. 
- Nie wiem, może. Dlaczego miałaby kłamać? - Wiedziałam za to, że bez względu na wszystko, Scott będzie chciał jej pomóc, był taki od zawsze. Chłopak kiwnął głową i razem weszliśmy do środka, Judith siedziała w tym samym miejscu co wcześniej i pociągała nosem. - Judith - odezwałam się, zwracając jej uwagę. - To jest Scott, pomożemy ci. 
Kobieta kiwnęła głową zerkając ukradkiem na owe drzwi, o których wcześniej mi mówiła. 
- Wejdę tam z wami. - Oznajmiła, po czym ostrożnie podniosła się z miejsca, poprawiając zaraz swoje lekko roztrzepane włosy. Powolnym krokiem zbliżyła się, kładąc kościstą dłoń na klamkę. Przez krótką chwilę wahała się, jednak otworzyła drzwi, puszczając nas przodem. Z pomieszczenia 
uderzyło nas lodowate powietrze, w przeciwieństwie do całej reszty pałacu. Ciemność nie pozwalała na zobaczenie w środku czegokolwiek, jednak po chwili pokój rozjaśnił strumień światła padający z latarki.
Rząd postaci ustawiony był w centralnej części, nie wyglądali jak ludzie, choć pod grubą skorupą lodu, miałam nadzieję, że wciąż tam byli. Podeszłam do jednej z figur, ostrożnie dotykając jej twarzy opuszkami palców. Po całym moim ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz spowodowany zimnem i w ogromnej mierze przerażeniem. Posąg, jeżeli mogę tak to nazwać, nie dawał żadnych, chociażby najmniejszych oznak życia, bynajmniej ja ich nie zauważałam.
- Czy oni.. - zaczęłam, jednak załamanie jakie pojawiło się w moim głosie, nie pozwoliło mi skończyć.
- Żyją - odpowiedział mi Scott. - Ich serca biją bardzo słabo, słyszę.
Kiwnęłam głową i ponownie przyjrzałam się postaci. Sunęłam palcami po twarzy nieznajomej osoby, poszukując.. sama nie wiem czego. Wskazówki? Wizji? Cóż.. czasem widziałam dziwne rzeczy, często zdarzało się to podczas dotyku jakiejś osoby, a w tym przypadku byłoby to pewnie bardzo pomocne. Gdy przejechałam delikatnie po powiece zobaczyłam ciemność. Czułam się, jakby coś na chwilę odcięło moją świadomość. Dookoła nie było kompletnie nic, a głucha cisza powodowała nieprzyjemne uczucie głębokiego strachu. W pewnym momencie poczułam, że za mną ktoś jest, to był zwyczajny odruch, nie potrafiłam inaczej zaspokoić swojego strachu oraz przerażenia i z nadzieją, że to ktoś z moich przyjaciół.. odwróciłam się widząc go.
Ocknęłam się zaledwie po kilku sekundach, bynajmniej tak mi się wydawało.
- Widziałaś coś? - Spytał Scott, trzymając mnie za ramiona. głos chwilowo ugrzązł mi w gardle, przez co jedynie skinęłam głową.
- Widziałam go - szepnęłam. W mojej głowie odegrała się scena, w której mężczyzna stojący przede mną zamienia się w lodową figurę. Kim była tamta postać? Nie wiem, ale jej wzrok był morderczy.

Scott
Deaton jak zawsze okazał się bardzo pomocny. Gdy Holland przedstawiła mu to, co zobaczyła, był w stanie określić z kim mamy do czynienia. Anuk-Ite to starożytny zmiennokształtny, który w uśpieniu przeczekał wiele wieków, by wreszcie powrócić. Deaton słyszał już o nim w zeszłym roku, zwykle pojawiał się w dużych skupiskach nadnaturalnych i gdy tylko pokazywał im, jak jest potężny, zaczynał żywić się ich strachem. Potrafił zamieniać ludzi w figury lodowe samym spojrzeniem, dlatego tak trudno było go pokonać. Walka z wykluczeniem tak ważnego zmysłu jakim jest wzrok na pewno nie należała do najłatwiejszych.
- Co mamy zrobić? - Spytałem, mając nadzieję, że pomoże mi cokolwiek wymyślić, jednak obawiałem się, że nic z tego nie wyjdzie.
- Anuk-Ite nie skończy na pałacu. Szybko przeniesie się do miasta siejąc terror i zyskując jedynie na sile.
- Jak go pokonać?
- Jest śmiertelny, jednak.. Scott, nie będę cię oszukiwał. Nie możesz spojrzeć mu w oczy, nikt z was nie może spojrzeć mu w oczy.
- Pierwsza zasada, czekam na kolejne. - Chciałem jakoś go popędzić, w końcu nie wiadomo, ile mamy czasu. Anuk-Ite może w każdej chwili się tu pojawić, a my nie będziemy wiedzieli co robić.
- Górski popiół może go unieszkodliwić, ale najpierw trzeba go bardzo osłabić.
- Mam z nim walczyć?
- Tego nie powiedziałem. Musisz znaleźć sposób jak go osłabić, bez spojrzenia mu w oczy, Scott. Nie ryzykuj walką, znajdź sposób.
W tym momencie w słuchawce telefonu rozległ się szum, a gdy spróbowałem wznowić połączenie, zasięg całkowicie zanikł.
- Macie tutaj górski popiół? - Zwróciłem się z pytaniem do Judith, które jedynie pokręciła głową. - Poczekajcie tutaj.
Wybiegłem z pomieszczenia kierując się ponownie do sali balowej, gdzie szybko odnalazłem Rose i Stilesa, dając im krótki komunikat, że muszą jechać do kliniki weterynaryjnej i wziąć od Deatona górski popiół. Rosalie przyjęła "polecenie" i bez zbędnych pytań wytargała pijanego Stilesa na zewnątrz. Rozejrzałem się po sali, widząc tych wszystkich radujących się ludzi.. i nie tylko. Oni nie mogli zginąć, żadne z nich nie wie, jak wielkie zagrożenie tu czyha i niedługo pewnie się ujawni. Chciałem wrócić do pomieszczenia, w którym została Judith, jednak moją uwagę przyciągnął głośny krzyk... Holland. Większość gości odwróciła wzrok w stronę owych drzwi, zza których wydobył się głos mojej przyjaciółki, która po krótkiej chwili wybiegła stamtąd o mało nie taranując ludzi.
- On tam był... - Tylko tyle zdołałem usłyszeć przez tak dużą odległość, jaka nas dzieliła. Na sali wybuchła panika.

Holland
Widziałam go. Po raz kolejny dokładnie mu się przyjrzałam, jednak tym razem nie była to wizja... a rzeczywistość. Panika nie działała na naszą korzyść, a wszyscy zgromadzeni podzielili się na dwie duże grupy. Część z nich chciała uciec, chowali się próbując wymyślić jakieś racjonalne rozwiązanie, a reszta gotowa była walczyć. Problem leżał w tym, że byli zbyt pewni siebie, nie znali wroga, a mimo to pewność zwycięstwa odebrała im zdrowy rozsądek.
dwie godziny później
Pojawia się coraz częściej, zbierając coraz to większe plony. Bałam się. Najgorszy moment pojawił się wtedy, gdy Scott powiedział to, czego najbardziej się obawiałam. Kazał mi zaprowadzić ich w bezpieczne miejsce, a on.. poszedł go szukać... a wtedy.. znalazł Rose.. zamienioną w lodową figurę..


Scott
Dokładnie słyszałem jego powolne kroki i ciężki, jednak mimo wszystko spokojny oddech. Chęć otwarcia oczu była na tyle silna, że ledwo dawałem radę z powstrzymaniem się od tego niebezpiecznego z mojej strony kroku. Wiedziałem, że jeżeli to zrobię, nie będzie nikogo, kto mógłby ich uratować.
Silne uderzenie dobiegło z innego kierunku niż słyszane przed chwilą kroki. Przeciwnik poruszał się szybko, jednak wcale nie musiał. Pozbawienie mnie zmysłu wzroku wystarczająco przyćmiewało moją czujność. Moje powieki zadrżały, gdy dotknąłem bolącego miejsca na ramieniu i poczułem na nim ciepłą substancję. To był odruch, chciałem zobaczyć jak mocno oberwałem, ale nie mogłem. Nastała cisza. Spróbowałem skupić się jedynie na moim słuchu, co sprawiało mi niemałe trudności, a było jedyną szansą na przeżycie i ratunek przyjaciół.
- Otwórz oczy, Scott. - Głos, który dotarł do moich uszu ani trochę nie przypominał mi dźwięków wydawanych przez Anuk-Ite. Teraz mówił do mnie ktoś inny, nie mogłem nie rozpoznać głosu mojego przyjaciela. - Otwórz.
To nie mógł być Stiles, wiedziałem to, jednak czułem ogromną potrzebę by na niego spojrzeć, upewnić się. Ten potwór potrafi przybierać inne formy, najczęściej naszych najbliższych. Grał na emocjach.
Kolejny cios nadszedł z przeciwnej strony. Wziąłem zamach, ale nie udało mi się go trafić. Nie potrafiłem wykluczyć jednego zmysłu, skupić się na pozostałych, gdy z fizycznego punktu widzenia mogłem normalnie go użyć. Ciągła pamięć o zaciskaniu powiek rozpraszała mnie na tyle, że inne bodźce stawały się mniej odczuwalne.
- Nie uratujesz już nikogo, Scott. Poddaj się. Wystarczy, że otworzysz oczy. - Powtórzył głosem mojego najlepszego przyjaciela, a ja zrozumiałem, że jeżeli czegoś nie zrobię, już nigdy mogę go nie usłyszeć. Nigdy nie usłyszę mojego prawdziwego Stilesa. Wziąłem głęboki wdech, szukając w głowie szybkich rozwiązań, sposobów na... wyłączenie wzroku. To mogła być moja jedyna szansa, musiałem ryzykować. Uniosłem ręce na wysokość twarzy, czując jak trzęsą mi się dłonie. To, czego miałem zamiar dokonać mogło zaważyć na wszystkim, jednak teraz liczyło się stado, moja rodzina.
Przyłożyłem ostre pazury do powiek i biorąc ostatni tak głęboki oddech, wbiłem je w swoje oczy. Krzyczałem. Ból był niemiłosierny, czułem ciepłą krew spływającą po mojej twarzy i rękach. Nie przestawałem, musiałem mieć pewność, że całkowicie stracę wzrok i będę mógł z nim walczyć.
https://www.youtube.com/watch?v=xBvsOmz4NiU
Rozluźniłem roztrzęsione dłonie spuszczając je wzdłuż ciała. Bolało, ale moje inne zmysły znacznie się wyostrzyły. Słysząc jego kroki i oddech miałem w głowie dokładny obraz tego, gdzie się znajduje.
- Nie możesz mnie pokonać - warknąłem przez zaciśnięte zęby. W głębi mojego umysłu bezskutecznie próbowałem doszukać się jednego z brakujących zmysłów, co w tym momencie było całkowicie niemożliwe. Nie miałem czasu zastanawiać się nad tym, czy w ogóle odzyskam wzrok, liczył się tylko fakt, że mogłem uratować moich najbliższych i wszystkich gości zebranych w pałacu. Skupiłem się dokładnie na jego krokach i zebrałem na pierwszy cios. Trafny. Anuk-Ite zatoczył się do tyłu opierając o coś, chcąc przy tym szybko złapać równowagę. Każdy jego najmniejszy ruch był odbierany przeze mnie i dokładnie przetwarzany, mogłem odtworzyć idealny obraz, mimo że przede mną widziałem tylko ciemność. Posyłałem cios za ciosem, a jak się okazało jedyną z jego broni były oczy, które po chociażby krótkim kontakcie mogły zamienić kogoś w zimną lodową figurę.
Skrzypnięcie drzwi na chwilę mnie zdezorientowało, a znajomy zapach bardzo mnie zaniepokoił... Stiles. Woń mojego przyjaciela szybko zmieszała się z inną, którą rozpoznałem bez problemu - górski popiół.





pod presją czasu musiałam bardzo skrócić moje opowiadanie, jednak mam nadzieję, że nie wyszło najgorzej

27 lut 2018

Od Scotta i Holland - konkurs zimowy

Scott
Dzisiejszy ruch w klinice zwierząt po raz kolejny nie pozwolił mi na wolny weekend. Całą sobotę spędziłem z psami, które padły ofiarą trutki rozsypanej po parku, a w niedzielę... robiłem dokładnie to samo, jednak tym razem pojawiło się też kilka kotów. Wróciłem do swojego mieszkania równo o godzinie ósmej wieczorem i jedyne o czym myślałem, to położyć się w łóżku i mieć nadzieję, że będę mógł w nim zostać do rana. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz naprawdę się wyspałem, zwykle dostawałem pilne telefony od Deatona, albo... kłaniały mi się uroki bycia alfą. Stado traktuję jak rodzinę, muszę się nimi opiekować i pod żadnym pozorem nie dopuszczę do tego, by cokolwiek im się stało. Cieszę się, że chcą prowadzić taki "styl życia" jak mój, dużo czasu zajęło mi przekonanie ich wszystkich, że wcale nie są potworami i mogą używać swoich nadnaturalnych umiejętności do tego, by pomagać tym, którzy nie są w stanie sami się obronić. Doskonale rozumiałem, że na początku jest ciężko, sam przez to przechodziłem, ale już jestem pewny, że to wcale nie przekleństwo, a dar pod warunkiem, że potrafi się go wykorzystać.
Włożyłem buty do szafki, a kurtkę powiesiłem na wieszaku przy drzwiach. Wszedłem głębiej do mieszkania i... coś nie było tak, jak powinno. Czułem czyjś zapach, co prawda był już mało intensywny, więc jego właściciel już jakiś czas temu musiał opuścić mój dom. Najgorsze było to, że nie byłem w stanie rozpoznać, kim był mój gość, na pewno nikt z moich znajomych, raczej udałoby mi się go zidentyfikować. Podążając na zapachem, doszedłem do jadalni, gdzie dopiero teraz spostrzegłem kopertę leżącą na stole. Zapaliłem światło i podszedłem bliżej, chcąc lepiej przyjrzeć się nowemu obiektowi i mieć pewność, że nigdzie w okolicy nie czai się nic niebezpiecznego. Wziąłem do ręki kawałek papieru i w pierwszej kolejności go powąchałem. Tak, to mój "gość" musiał ją zostawić, pachniała identycznie. List zapieczętowany był lazurowym woskiem ze znakiem róży, co z początku nie skojarzyło mi się z niczym dobrym. Rozerwałem brzeg papieru, wyjmując ze środka złożoną, niebieską kartkę. Na pierwszej stronie widniał kolorowy napis ZAPROSZENIE, nie do końca wiedziałem o co chodzi, bo raczej nie spodziewałem się żadnej uroczystości, na którą mógłbym zostać zaproszony. Rozłożyłem zaproszenie, dokładnie wczytując się w jego treść.

Mamy zaszczyt zaprosić
Sz.P. Scotta McCalla
wraz z osobami towarzyszącymi
na Bal Zimowy, który odbędzie się 
w dniu 28.02.2018 r 
w Pałacu Z Lodu.
Rozpoczęcie balu planowane jest o godzinie
osiemnastej.
Szczegóły dotyczące dojazdu do miejsca 
zostaną przekazane w najbliższym czasie.

W tym wszystkim zdziwił mnie najbardziej fakt, że nie były podane żadne dane nadawcy. Może to tylko jakiś żart? Jeżeli tak, to niezbyt trafiony. Nie było mi dane zastanowić się dłużej nad zaproszeniem, bo przerwał mi to dzwonek do drzwi. Podszedłem do nich, zaglądając uprzednio przez wizjer.
- Holland? - Nie ukrywam, że odrobinę zdziwiła i jednocześnie zaniepokoiła mnie jej wizyta, zwłaszcza, że była już tak późna pora. Przekręciłem zamek i otworzyłem drzwi. - Coś się stało? - Holland nie odezwała się, a jedynie uniosła rękę, zauważając, że trzymam w dłoni moje zaproszenie.
- Ty też to dostałeś? - Pomachała mi przed twarzą identyczną kopertą z taką samą pieczątką. - Brett, Lori, Theo i Rosalie również je mają.
- Myślisz, że...
- Że to pułapka? 
- Bardziej traktowałem to jako żart, ale... twoja teoria też jest całkiem niezła. - Zmarszczyłem brwi, wpuszczając dziewczynę do środka. 
- Orientowałam się trochę - zaczęła, wykładając się wygodnie na kanapie w salonie - i nie trafiłam jeszcze ja żadnego człowieka, który by to dostał. 
- Sugerujesz, że to jakieś "party dla nadnaturalnych"? - Trochę niepokoił mnie fakt, że zaproszone mogły zostać tylko osoby z w pewnym sensie drugiego świata. Od dłuższego czasu w mieście panował spokój, nikt nam nie zagrażał. Teraz zaczyna mnie to bardziej zastanawiać, może to właśnie była cisza przed burzą? 
- Coś w tym stylu. - Kiwnęła głową. - Scott, ogromny pałac z lodu nie powstaje tak szybko, tu musiały zadziałać dodatkowe moce. Nie ma szans, że zrobili to ludzie w ciągu.. tygodnia? 
- Nie pójdziemy tam - odpowiedziałem twardo i podszedłem do blatu, chcąc nalać sobie szklankę wody. 
- Oczywiście, że nie pójdziemy... pojedziemy. 
- Holland...
- McCall! Wyluzuj trochę. Nie wróci wszystkim trzeba doszukiwać się drugiego dna, może to serio zwyczajny bal w nadnaturalnym pałacu z nadnaturalnymi gośćmi - odpowiedziała, ciskając we mnie poduszką. - Ostatnio zbyt często używam słowa "nadnaturalne", przerasta mnie to wszystko. 
- Pozwól, że najpierw przebadam trochę sprawę tajemniczego pałacu z lodu i wtedy nad tym pomyślimy, okej? - Wiedziałem, że szukać informacji oraz, że najlepszym źródłem wiedzy w tym przypadku będzie Deaton. 
- Okej, ale masz to zrobić jak najszybciej. - Pogroziła mi palcem i podniosła się z kanapy. Przez dłuższą chwilę wlepiała wzrok w podłogę, a gdy już podniosła głowę, wydawała się bardzo czymś zaniepokojona. - Mogę zostać na noc w gościnnym? 
- Jasne. - Uniosłem delikatnie kącik ust. Wiedziałem, że Holland jest bardzo ciężko pogodzić się ze swoją odmiennością. Na niekorzyść działał fakt, że do końca nie wiedzieliśmy kim, a może czym jest. Jakaś nadprzyrodzona siła przyciągała ją do śmierci jak magnes, nie potrafiłem tego wyjaśnić, jednak Deaton był w trakcie "badania" umiejętności Holland. Miał swoje podejrzenia, ale nie chciał mi nic zdradzić, dopóki nie będzie miał stuprocentowej pewności i większej wiedzy odnośnie tej rasy. - Coś się dzieje?
- Ciągle mam koszmary, przestaję już sobie z tym radzić - westchnęła, chowając twarz w dłoniach. - Budzę się z krzykiem i.. ostatnio nawet zbiłam wazon.
- Lunatykujesz?
- Nie, po prostu krzyknęłam na tyle głośno, że mój ukochany, szklany wazon od babci rozbił się na tysiące drobnych kawałków, nawet nie udałoby się go skleić. - Pokręciła głową na boki, jakby chciała wytłumaczyć sama sobie, że to wydarzyło się naprawdę.

Holland 
Byłam naprawdę wdzięczna Scottowi za wszystko, co dla mnie robił. Wprowadził mnie trochę w świat nadnaturalnych, chociaż wciąż nie wiemy czym jestem i co najważniejsze, przyjął mnie do swojego stada. Był naprawdę wspaniałą osobą, troszczył się o nas wszystkich, jak o najbliższą mu rodzinę. Czasem odrobinę przesadzał ze swoją opiekuńczością, ale robił to tylko i wyłącznie dla naszego dobra.
Poszłam do pokoju gościnnego, w którym spałam już nie raz, ze względu na mój ostatni stan psychiczny i czując napływające w przerażającym tempie zmęczenie, pościeliłam pospiesznie łóżko. Gdy tylko się przebrałam i ułożyłam wygodnie... zaczęłam rozmyślać nad tym zagadkowym balem, chociaż kompletnie nie wiedziałam, co na ten temat myśleć. Postanowiłam dać Scottowi czas, żeby dowiedział się o tym czegoś więcej, chociaż i tak nie zamierzałam łatwo odpuścić.
Zmęczenie jak szybko przyszło, tak też szybko odeszło, zasnęłam dopiero nad ranem, gdy do pomieszczenia zaczęły wpadać pierwsze promienie słońca, a potem... obudziłam się, gdy Scott wrócił z pracy.
- Wyspałaś się? - Spytał, gdy tylko weszłam do kuchni, owinięta szczelnie niebieskim kocykiem. Po moim zaspanym i nieobecnym spojrzeniu sam wywnioskował, że miałam dość ciężką noc i... w sumie ciężki dzień. Rozpakował pospiesznie zakupy i usiadł przy stole. - Dowiedziałem się trochę o tym balu.
- Doprawdy? - Uniosłam brwi, siadając zaintrygowana naprzeciw niego.
- Tak, Deaton opowiedział mi, że co roku odbywa się tak zwany Bal Zimowy, na który zapraszane są osoby takie jak my.
- Jakoś nigdy nie słyszałam o ogromnym pałacu z lodu na obrzeżach miasta. - Zmarszczyłam brwi, nie widząc logicznego wyjaśnienia tej sprawy.
- Co roku jest to inne miejsce i inna forma.. imprezy, jeżeli można to tak określić. Jest raczej bezpiecznie, jednak często występują tam różne zamieszki.
- Co nie zmienia faktu, że tam pójdziemy, prawda? - Uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że potwierdzi moje słowa. Scott westchnął ciężko, przez co od razu zaczęłam się obawiać jego odpowiedzi.
- Nikt ze stada się tam nie wybiera, ale...
- Ale?
- Ale jeżeli chcesz, możemy tam pójść - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie.
- Naprawdę? - Uniosłam brwi, chcąc mieć pewność, że mówi prawdę, na co jedynie pokiwał głową. - Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!
Dosłownie rzuciłam mu się w ramiona, na co odpowiedział mi jego śmiech. Dlaczego tak bardzo chciałam tam iść? Nie wiem. Miałam przeczucie, że mogę się tam dowiedzieć czegoś więcej o sobie, o tym kim jestem.
~~~~
Kolejną noc spędziłam w mieszkaniu Scotta, gdyż ciągle nawiedzały mnie przerażające wizje. Tym razem udało mi się zasnąć, jednak co kilkanaście minut budziłam się z przeraźliwym krzykiem, a... nawet nie pamiętałam, co mi się śniło. Miałam już zdecydowanie dość takiego funkcjonowania, dobrze wiedziałam, że to nie tylko sprawa moich dodatkowych umiejętności, ale też dochodziły do tego zwyczajne, ludzkie choroby. Zbyt duże zamartwianie się szybko doprowadziło mnie do częstych lęków, ataków paniki, czy chociażby zaczątków depresji. Chciałam już rozwiązać zagadkę o swojej odmienności, jednak obawiałam się, że nie będzie to takie proste.
- Przyszedł list. - Usłyszałam głos Scotta, wchodzącego do pokoju. - Brak nadawcy, ale domyślam się od kogo.
Wygrzebałam się spod kołdry i usiadłam na łóżku, również zaciekawiona zawartością koperty. O dziwo było to podziękowanie za przyjęcie zaproszenia i dokładne informacje jak dojechać na miejsce oraz co ze sobą zabrać.
- Skąd wiedzieli, że przyjęliśmy zaproszenie?
- Nie mam pojęcia - odpowiedział - nawet nie wiemy, kto to organizuje.
Fakt, było to odrobinę niepokojące, ale Deaton powiedział, że to normalne wydarzenie, powtarzające się co roku, więc chyba nie mogła to być pułapka. Prawda?

Scott
Większość dnia spędziliśmy na mieście, w poszukiwaniu odpowiedniego ubioru dla Holland. Nie mogła się zdecydować między sukienką, a kombinezonem, chociaż nie były to jej jedyne zmartwienia. Najgorzej było, gdy przeszliśmy na dział z butami, tam dopiero rozpętało się piekło. Kręciliśmy się po całym centrum handlowym i przeszliśmy chyba wszystkie sklepy odzieżowe, aż w końcu coś wpadło w oko Holland.
- Co sądzisz o tej? - Spytała, dosłownie wybiegając z przymierzalni. Okręciła się wokół własnej osi, poprawiając materiał złotej sukienki. - Rozumiem, że masz już dość chodzenia po sklepach, ale proszę o szczerą opinię.
- Najlepsza ze wszystkich, jakie dzisiaj widziałem. - Uśmiechnąłem się szeroko, na co odpowiedział mi cichy śmiech dziewczyny.
- W takim razie lecę się przebrać, kupuję i wychodzimy. - Wróciła do przebieralni, a ja wreszcie mogłem odetchnąć z ulgą. Bal miał odbyć się dziś wieczorem, a ja niezbyt przejmowałem się tym, co na siebie założę. Wolałem ubrać coś wygodnego, bo nigdy nie wiadomo, co może się tam wydarzyć, chociaż wolałem być dobrej myśli.
Gdy Holland zapłaciła już za sukienkę, poszliśmy zjeść obiad na mieście, bo zostało nam naprawdę niewiele czasu, żeby wyjechać. Z chwili na chwilę poziom mojego niepokoju gwałtownie wzrastał, jednak nie chciałem dać tego po sobie poznać. Dopiero, gdy byliśmy w drodze na miejsce, podzieliłem się swoimi obawami z Holland.
- Bądźmy dobrej myśli - powiedziała tak, jakby chciała przekonać samą siebie. - Rosalie i Stiles też będą, dzwonili do mnie około godzinę temu.
- Czemu mi o tym nie powiedziałaś?
- Nie pozwoliłbyś im jechać. - Wywróciła oczami.
- Pozwoliłbym, a jeżeli nie, to na pewno dla ich dobra - westchnąłem, wlepiajac wzrok w asfalt przed nami. - Prosto?
- W lewo - odpowiedziała zerkając na mapę. - Już blisko.
Pałac w rzeczywistości był o wiele większy, niż mogło nam się wydawać z daleka. W całości wykonany był z lodu, co trochę mnie zaniepokoiło, a jednocześnie zaciekawiło. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, jednak wiedziałem, że muszę być blisko Holland, by w  razie potrzeby ją obronić.
Wysiedliśmy z samochodu, kierując się w stronę wejścia, gdzie czekali na nas Stiles i Rosalie. Nie odezwali się słowem, tylko pchnęli ogromne drzwi wejściowe. 
Z wnętrza uderzył nas silny podmuch wiatru, który zaraz ustał, a jego miejsce zastąpiło rześkie powietrze. Spojrzeliśmy po sobie, robiąc kilka kroków na przód i dopiero teraz zauważyłem drobne płatki śniegu, spadające jakby z wysokiego sufitu pałacu. Drzwi trzasnęły, chociaż żadne z nas nawet nie próbowało ich zamknąć. Teraz nie ma już odwrotu. W jednej chwili złapały mnie ogromne duszności, a każda próba złapania wdechu kończyła się na niczym. Przypominało mi to... atak astmy. Padłem na lodowaty parkiet, usilnie próbując łapać powietrze, jednak udało mi się to dopiero wtedy, gdy Stiles przystawił mi do ust inhalator, który uratował mnie przed uduszeniem. 
Nie miałem pojęcia, co się stało. Chorowałem na astmę przed przemianą, jednak po ugryzieniu wszystko się zmieniło. Wilkołakom nie towarzyszą żadne ludzkie choroby, więc... dlaczego teraz?
- Ja... ja nie mogę się przemienić - wydukałem, łapczywie łapiąc oddech. 


niestety czas nie pozwolił mi na dokończenie tej historii :<

20 sty 2018

Od Scotta do Renee

Dzisiejszy trening lacrosse był okropny. Czasem zastanawiam się, czy którykolwiek z zawodników chociaż próbuje grać poprawnie. Dobra, przyznaję, że jest czworo graczy, którzy grają ponad przeciętnie, jednak reszta nawet nie wie, co robi na boisku. Czeka nas wiele pracy, jeżeli naprawdę chcą wiązać swoją przyszłość z tym sportem. Tego nie można się od tak nauczyć, potrzeba wiele chęci i zapału, czego im zdecydowanie brakuje.
Zrezygnowany usiadłem na ławce i obserwowałem ostatnie podania w tym meczu. Szczerze mówiąc i tak jest o wiele lepiej niż na naszych pierwszych treningach. Najgorsze jest to, że pomimo ciągłego wałkowania zasad, wciąż popełniają banalne błędy takie chociażby jak zbyt długie przetrzymywanie piłki. Nie wspomnę już o agresji jaka rodzi się w nich w trakcie gry. Lacrosse może i jest trochę brutalnym sportem, ale oni robią z tego coś o wiele gorszego. Najbardziej obawiam się Liama, to jedyny nadnaturalny w drużynie i na dodatek nie ma zbyt dużego “stażu” w swojej odmienności. Jako dzieciak miał problemy z agresją, a przemiana, dzięki której zyskał jeszcze większą siłę, spotęgowała w nim napady złości. Trochę ciężko było mi tłumaczyć się rodzicom jednego z zawodników, że noga ich syna została zmiażdżona przez uderzenie kijem. Cofnę się też do momentu, w którym Liam cisnął piłkę na tyle mocno, że bramkarz dosłownie wleciał w bramkę, rozrywając siatkę. Ciągle próbuję nad nim zapanować i myślę, że wychodzi mi to coraz lepiej. Chcę odnaleźć jego kotwicę, coś, co pozwoli mu zostać w swojej ludzkie postaci i na dodatek nie wyrządzić nikomu żadnej krzywdy.
Podniosłem gwizdek i przyłożyłem go do ust, kończąc dzisiejszy trening. Piłka ostatni raz poleciała w górę i została złapana przez jednego z graczy. Mam być z nimi szczery?
- Słuchajcie - odezwałem się, gdy wszyscy podeszli do trybun. - Jest źle, ale wierzę w to, że będzie lepiej. Musimy ostro trenować, żeby wziąć udział w zawodach, ale pamiętajcie, że…
- Nie liczy się wygrana - jękneli zgodnie.
- Dokładnie. - Uśmiechnąłem się. Jednak mnie słuchają. - Liczy się to, żebyście dali z siebie wszystko i mam nadzieję, że zrobicie to już na kolejnym treningu. Odłóżcie sprzęt na miejsce i widzimy się w poniedziałek o szóstej.
Wszyscy rozeszli się w swoje strony, a ja od razu udałem się do samochodu, zauważając, że jest już po pierwszej. Pracę w klinice zaczynam za jakieś pięć minut i nie ma takiej możliwości, żebym zdążył na czas. Wyjąłem z kieszeni komórkę i szybko wybrałem numer do Deatona, który odebrał od razu po pierwszym sygnale.
- Spóźnię się maksymalnie piętnaście minut. - Wytłumaczyłem się pospiesznie i wsiadłem do samochodu.
- W porządku i tak zostanę z tobą, mamy dzisiaj naprawdę dużo pacjentów.
- Coś się stało? - Zmarszczyłem brwi, poszukując kluczyków w moim plecaku.
- Ktoś rozrzucił trutki po parku i większość psów się zatruła. Są w stabilnym stanie, ale i tak potrzebują pomocy. Muszę kończyć, czekam na ciebie.
Westchnąłem ciężko, szykując się na późny powrót do domu. Czy mnie to zniechęcało? Ani trochę, uwielbiałem swoją pracę, była dla mnie bardziej jak coś w rodzaju hobby, a nie przykry obowiązek.
Mijałem różne uliczki, starając się ułożyć w głowie mapę i znaleźć jakiś skrót do kliniki, jednak moje starania spełzły na niczym. Dojechałem na miejsce spóźniony o jakieś dwadzieścia minut i oczywiście na dodatek nie miałem gdzie zaparkować. Cały nasz parking był zastawiony, zwykle nie mieliśmy aż tak dużego ruchu, żeby zarezerwować dwa miejsca dla mnie i Deatona. Zostawiłem samochód w miejscu.. gdzie raczej nie powinno go być, z nadzieją, że nikomu nie będzie on przeszkadzał, chociaż.. istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś będzie miał problem z wyjechaniem swoim autem. Wziąłem do ręki plecak i dosłownie wybiegłem z samochodu, kierując od razu do wejścia. Pchnąłem szklane drzwi, a do moich uszu od razu dotarło głośne szczekanie. Wśród wszystkich pacjentów znalazła się tylko jedna kotka, która była w centrum zainteresowania wszystkich psów.
- Dzień dobry - odezwałem się, próbując przecisnąć w stronę gabinetu. Po drodze przywitałem się jeszcze z Agnes - naszą recepcjonistką - i wszedłem do środka. Od razu zdezynfekowałem ręce i wytarłem w papierowe ręczniki.
- Nareszcie, Scott. Podaj mu zastrzyk. - Deaton dając mi strzykawkę z przeźroczystym płynem. - Pomoże na zatrucie.
Kiwnąłem głową i zrobiłem to, co mi zalecił. Obawiałem się, że może to nie wystarczyć i potrzebna będzie kolejna dawka, jednak po krótkiej chwili wyczułem jego zmianę nastroju.
- Albo to bardzo delikatna trutka, albo zjadł jej naprawdę mało. Nic mu nie będzie.
- Chodź maluchu, oddamy cię. - Uśmiechnąłem się, biorąc psiaka na ręce. W naszej klinice panował zwyczaj, że właściciele nie wchodzili razem ze swoimi pupilami, o wiele lepiej się pracuje, gdy ktoś nie patrzy ci na rękę i.. nie za każdym razem podajemy zwykłe leki przeciwbólowe. Często aby nie faszerować zwierzęcia dodatkową chemią sam odbieram ich ból, a raczej ciężko byłoby to wytłumaczyć.
Wyszedłem na korytarz, oddając pieska w ręce właściciela i poprosiłem kolejną osobę. Do gabinetu weszła kobieta, trzymająca zniecierpliwionego już kota.
- Dzień dobry - odezwała się, stawiając kota na blacie.
- Witam, co się dzieje? - Spytał Deaton, podchodząc do zwierzaka, gładząc go po głowie.
- Dziś rano głaskałam Jade i wyczułam na jej brzuchu małe zgrubienie. - Słychać było zatroskanie w jej głosie, zapewne nastawiła się już na najgorsze.
Deaton pokiwał głową i poprosił kobietę, by wyszła, jednak ona nie miała zamiaru tego robić. Kłótnie na nic by się tu nie zdały, więc po prostu jej na to pozwolił.
- Scott, koty to twoja działka - powiedział, ostatni raz drapiąc kotkę za uchem i odstąpił mi miejsca. Faktycznie, zwykle to ja je badałem, Deaton miał uraz po tym jak jeden z kotów dość mocno go podrapał, a ja.. cóż.. uwielbiałem je. Całe szczęście Jade - o ile dobrze usłyszałem jej imie - była bardzo spokojna i bez problemu mogłem określić, co jej dolega. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na niewielką przepuklinę, a po wykonaniu dokładniejszych badań, byłem już pewny.
- To przepuklina, nie miała jej wcześniej? - Spytałem, drapiąc kotkę za uchem, na co odpowiedziała mi cichym mruczeniem.
- Raczej nie, myślę, że bym zauważyła.
- W porządku. - Kiwnąłem głową, jeszcze jest naprawdę niewielka i niegroźna, pod warunkiem, że nie powiększy swoich rozmiarów.
- A jeżeli się powiększy?
- Wtedy będzie trzeba ją zoperować, w tym momencie nie ma takiej konieczności. Wystarczy obserwacja. - Uśmiechnąłem się.




Renee? 

19 sty 2018

Think of it like when Superman gets caught with his glasses off. You know, he doesn't give up. He puts them back on and says, "I'm still Clark Kent."

Kontakt: Wruk
Nick na czacie: wruk
 Scott McCall
24 lata | Mężczyzna |Wilkołak
Głos: Tyler Posey
Opis: 
Scott jest wilkołakiem i to nie byle jakim, to alfa - prawdziwy alfa. Jeżeli chodzi o jego wygląd, to mierzy on niewiele ponad 180 cm wzrostu, a jego budowę ciała można określić jako szczupłą, ale jednocześnie - z tego powodu, że jest sportowcem - wysportowaną i umięśnioną Jego oliwkowa cera idealne współgra z ciemnymi włosami i brązowymi oczami. Na jego lewym ramieniu widnieje tatuaż - dwa pasy. Jest to symbol jego stada, jednak mało kto o tym wie, bo przecież jego “wilkołatość” jest tajemnicą. Na prawym policzku ma niewielką bliznę, która jest pamiątką po zabawie piłką do lacrosse w domu razem z jego najlepszym przyjacielem.
Cofnijmy się może do czasów, gdy Scott nie miał jeszcze nadnaturalnych zdolności. 
Był astmatykiem, mało popularnym w szkole i zwykle grzał miejsce na ławce rezerwowych w drużynie lacrosse. Po lekcjach pracował w klinice zwierząt jako asystent Dr. Alana Deatona ( który jak się później okazało, nie był zwyczajnym człowiekiem, a druidem ). Scott pochodzi z rozbitej rodziny, po rozwodzie jego rodzice nie utrzymują kontaktów i mieszkał tylko z mamą. Pewnego dnia jego ojciec upił się na tyle, że wdał się z nią w poważną kłótnię, przeradzającą się w bójkę. Scott wyszedł z pokoju, nie wiedząc co się dzieje, a wtedy ojciec zrzucił go ze schodów. Nie zrobił tego specjalnie, był pod wpływem i nie pomyślał, że gdy go odepchnie, chłopak może spaść i zrobić sobie krzywdę. Scott był nieprzytomny przez około pół minuty, a dokładnie po tym zdarzeniu Melissa wyrzuciła męża z domu. Rafaelowi było tak wstyd, że postanowił całkowicie opuścić swoją rodzinę.
Scott został ugryziony podczas nocnego spaceru po lesie. Co tam robił? Razem z przyjacielem postanowili pobawić się w detektywów znaleźć zwłoki zaginionej dziewczyny. Poprzedniego dnia do mediów dotarła informacja, że znaleziono tylko połowę ciała, więc pomysł szukania drugiej części przypadł im ( a raczej jego przyjacielowi ) do gustu, a raczej ciekawość wzięła nad nimi górę. 
Dzięki przemianie zyskał wiele nowych umiejętności, takich jak nadludzka siła, szybkość, możliwość szybkiej regeneracji i uzdrawiania się, wyostrzone zmysły oraz zdolność do przekształcania się w pół człowieka pół wilkołaka. Nie zapominajmy też o tym, że jego choroba - astma - zaginęła bez śladu. Początku były dla niego bardzo ciężkie, musiał nauczyć się panować nad gniewem oraz swoimi przemianami. Silne emocje potrafiły wymusić na nim zmianę w wilkołaka, jednak silnie nad tym pracował i.. udało mu się. Warto też wspomnieć, że od czasu ugryzienia chłopak stał się jednym z najlepszych graczy w ich drużynie i nie musiał pilnować już jedynie ławki rezerwowych. 
Ugryzienie zadziałało bardzo na jego osobowość. Fakt, że stał się o wiele silniejszy,sprawiał, że nie musiał się bać, żaden człowiek nie miał tyle siły, co wilkołak. Zaczął pomagać ludziom, zwalczać przestępczość w mieście i istoty nadnaturalne, które działały na szkodę społeczeństwa i atakowały bezbronnych. Zawsze stawiał dobro najbliższych ( często też nieznajomych ) ponad swoim. 
“Scottowi nie zależy na mocy - Scottowi zależy na ludziach.”
Po ugryzieniu stał się bardziej współczujący, bezinteresowny i uprzejmy, za wszelką cenę chciał ratować ludzi. Często przez pryzmat ochrony najbliższych zdarza mu się podejmować nierozsądne decyzję, byle tylko jego rodzinie nic się nie stało. Ma wyjątkowo wysokie poczucie empatii wobec zwierząt, ludzi i istot nadprzyrodzonych. Często lekceważy własne objawy, własny ból i skupia się jedynie na innych. Potrafi interpretować cudze emocje, głównie dzięki wyostrzonym zmysłom. Kłamstwo wyczuwa bez problemu, dzięki słuchaniu tętna, które zawsze wtedy przyspiesza, a jedynie nieliczni są w stanie nad tym zapanować.  
Przez te cechy, ale także przez swoją siłę woli i możliwość utrzymania kontroli podczas przemiany, pozwoliło mu się stać Prawdziwą Alfą. Potrzebował wiele czasu, aby nauczyć się panować nad zmianą, zwłaszcza podczas pełni Księżyca, jednak w końcu odnalazł swoją “kotwicę” dzięki której mógł zachować ludzką postać. Nie czuje się dobrze używając swoich umiejętności nawet podczas obrony innych, wiele osób mówi mu, że jest zbyt dobry, jednak Kodeks moralny Scotta ewoluował do tego stopnia, że ​​nie chce nikogo zabijać, chyba że jest to absolutnie nieuniknione
“Dla Scotta najważniejsze jest ratowanie przyjaciół. Zrobi dla nich wszystko. Nawet kiedy nie ma szans i nadziei. Znajdzie sposób i nawet pobity powstanie. Chcesz się mu odkupić? Znajdź sposób, żeby stanąć do walki!”
Scott jest raczej skłonny do dawania drugiej szansy, wierzy że każdy może się zmienić i nie ma rzeczy niewykonalnych. Najwięcej problemów w jego życiu, przysparza mu jego ufność i wiara w ludzi. Zawsze stara się widzieć w nich to, co najlepsze nawet jeżeli nikt inny tego nie dostrzega. Ta umiejętność ma również dobre strony, pozwala to wydobyć to, co dobre z osób które go otaczają, a głównie tych, którzy dołączają do jego stada i stają się lepszymi ludźmi. 
“Scott jest Prawdziwym Alfą. To znaczy, że nie urodził się ze swoimi mocami, nie uzyskał ich podstępem, ani przez morderstwo. Zasłużył na nie.”
Gdy osiągnął tytuł prawdziwej alfy jego umiejętności znacznie wzrosły, jeżeli chodzi przykładowo o siłę.
Scott od wielu lat pracuje w klinice zwierząt. Zaczynał jako asystent, a teraz może pochwalić się tytułem doktora. Fakt, że pomagał już w szkole średniej sprawił, że bardzo dobrze poznał anatomię, fizjologię i choroby zwierząt, dzięki czemu zyskał plan na życie, oraz umiejętności przydatne później na uniwersytecie. Razem z doktorem Deatonem poznawał coraz bardziej nadnaturalne istoty, głównie dzięki badaniu bestiariusza. Opanował wiedzę odnośnie tych stworzeń, co było i jest mu bardzo przydatne w codziennym życiu. Lepiej wiedzieć z kim ma się do czynienia. 
Scott jak każdy ma swoje słabe punkty, niektóre są typowe dla wilkołaków np. wilcze ziele, jaskrota wilcza, czy chociażby elektryczność, ale część z nich wynika z samej osobowości McCalla. Pełnia Księżyca nie przysparza już mu kłopotów, odkąd udało mu się całkowicie zapanować nad przemianami i kontrolą własnych emocji zwłaszcza podczas tej fazy. Jest też podatny na wysokie dźwięki, z powodu wyostrzonych zmysłów, więc częstą bronią łowców są albo narzędzia rażące prądem, lub w tym przypadku nadajniki ultradźwiękowe. Wracając do słabości wynikających z jego osobowości. Często towarzyszy mu poczucie winy, jeżeli nie był w stanie komuś pomóc. To bardzo odbija się na jego zdrowiu, jednym efektów jest fakt, że nie może się regenerować. Rodzina i stado są dla niego najważniejsze i często są obiektem ataku, ze strony wroga. Scott ucierpi najbardziej nie wtedy, gdy ktoś zrani jego, lecz gdy ucierpią jego najbliżsi. 
Stosunki:
Melissa McCall - matka Scotta i najważniejsza osoba w jego życiu. Wychowywała go samotnie, bo ojciec Scotta odszedł od nich ( w rzeczywistości to ona wyrzuciła go z domu przez to, że nadużywał alkoholu ), gdy chłopak miał kilkanaście lat. Mellissa zawsze wspierała swojego syna i darzyła go ogromną miłością. Długo żyła w nieświadomości, że jej dziecko jest obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami. Scott dzięki swoim wilkołaczym mocą chroni swoją mamę przed każdym możliwym niebezpieczeństwem. Widząc, że kobieta ciężko pracuje ( jest pielęgniarką ) zawsze próbował pomóc jej finansowo i łapał się dodatkowych prac. Ostatecznie zatrudnił się w miejscowej klinice dla zwierząt, a pieniądze przeznaczał na czynsz za ich mieszkanie. Aktualnie Melissa dostała pracę w największym szpitalu w mieście i w związku z tym jej zarobki gwałtownie wzrosły. Uwielbia swój zawód i nie zamieniłaby go na żaden inny. 
Rafael McCall - ojciec Scotta, nadużywał alkoholu, przez co Mellissa wyrzuciła do z domu i przestała utrzymywać z nim jakikolwiek kontakt. Mężczyzna pracuje w FBI i odkąd pojawił się w tym samym mieście ( pomaga w rozwiązywaniu poważniejszych spraw policyjnych ), gdzie mieszka jego syn, próbował poprawić swoje relacje z synem i w pewien sposób oddać mu te wszystkie lata swojej nieobecności. Scott jest dość sceptycznie do niego nastawiony, zwykle traktuje go dość oschle, ale wierzy, że ludzie potrafią się zmieniać i… postanowił dać mu drugą szansę, jednak stara się nie dać tego po sobie poznać. Swoją decyzję zatrzymał bardziej dla siebie.
Holland Roden - Banshee, członek stada Scotta.
Stiles Stilinski - człowiek, najlepszy przyjaciel i członek Stada Scotta.
Brett Talbot - wilkołak, członek stada.
Lori Talbot - wilkołak, członek stada.
Theo Raeken - chimera ( wilkołak i kojotołak ), członek stada.
Rosalie Cullen - kojotołak, członek stada. 
Ciekawostki: 
-Scott pracuje w miejscowej klinice weterynaryjnej. Uwielbia zwierzęta i dlatego postanowił studiować na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis. W szkole średniej był przeciętnym uczniem, jednak tam, obudził się w nim geniusz. Nareszcie mógł uczyć się tego, co naprawdę go interesowało i właśnie to sprawiło, że osiągał tak wysokie wyniki. 
-Jest trenerem lacrosse, a kiedyś przez trzy lata z rzędu był kapitanem szkolnej drużyny. 
-Ludzie mają różne lęki i fobie, a Scott najbardziej boi się utraty przyjaciół i najbliższych. 
-Pierwszą ( i jedyną ) osobą jaką przemienił w wilkołaka był Liam Dunbar. Scott nie chciał tego robić, ale tylko w ten sposób mógł uratować jego życie. 
-Scott swoje stado traktuje jak rodzinę i będzie ją bronił za wszelką cenę. 
-Mieszka w średniej wielkości domku rodzinnym na obrzeżach miasta.
-Jego "wilkołacze" oczy są czerwone odkąd został alfą, wcześniej były żółte. 
-Jego stado jest dość.. nietypowe. Zwykle stada składają się z samych wilkołaków, jednak w tym przypadku można spotkać jeszcze kojotołaka, banshee, człowieka i chimery/hybrydy.