Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander. Pokaż wszystkie posty

22 kwi 2017

Od Aleca do Koyori

Kobieta zrezygnowana zeszła po schodach, podchodząc do innej nauczycielki i szepcząc coś do ucha. Staruszka położyła na ramieniu młodszej opiekunki dłoń z pocieszającym uśmiechem, choć na jej twarzy pojawił się również cień zmęczenia. Miała swoje lata. Zmarszczki na jej twarzy tworzyły pajęczą sieć, lecz dodawały jej tylko uroku i większej miłości w odczuciu innego dziecka. Było słychać kroki po schodach, a po chwili drzwi od małego pokoiku, w którym stało wiele łóżeczek otworzyły się z głośnym skrzypem. Kobieta najpierw wychyliła głowę, potem zrobiła krok i zamknęła za sobą drzwi, nie spuszczając oczu z czarnowłosego chłopca. Siedział na parapecie z podwiniętymi kolanami aż pod brodę i przyglądał się złocistemu krajobrazowi wokół budynku. Zaczynała się jesień, pora roku kiedy to minął rok odkąd musiał polegać wyłącznie na sobie. Coraz bardziej potrzebował psychologa, z którym nie chciał rozmawiać, zamykał się w sobie i był wiecznie przygnębiony.
Staruszka usiadła obok i spojrzała w tą samą stronę co jej jeden z podopiecznych. Siedzieli przez chwilę w ciszy.
-I co tam widzisz? - jej delikatny głos wydawał się być kojący. Jakby rozumiała obecny ból zżerający chłopca od środka.
Czarnowłosy wzruszył ramionami, rysując palcem po gładkim szkle ósemki, jednak po chwili odezwał się zachrypłym głosem.
-Drzewa, łąkę, drogę, las... pod nim pasące się sarny, ptaki latające nad jeziorem, chmury z których za chwile spadnie deszcz... przyjrzałem się temu wszystkiemu dokładnie... - wzruszył ramionami, opierając podbródek o lewe kolano.
-I co o tym sądzisz? - kontynuowała kobieta, spoglądając na chłopca.
-Nic. Sądzę, że chciałbym zobaczyć auto moich rodziców, wyłaniające się z lasu i płoszące się sarny warkotem silnika. Deszcz, który spływa po samochodzie, który jechałby dróżką aż w końcu zatrzymałby się przy bramie... - z jego oczu poleciała jedna, jedyna łza. Obiecali mu to. Obiecali, że przyjadą. Że porozmawiają. Tymczasem minął rok, a dzisiaj jest rocznica.
-Nic nie jest idealne - kobieta przyciągnęła chłopca do siebie i przytuliła do piersi - Ale nikt nie przeżyje życia za ciebie. A żeby żyć trzeba jeść, a ty tymczasem nie jadłeś nic od trzech dni - staruszka uśmiechnęła się, wyciągając dłoń.
-Czy jestem aż tak straszny, że nikt nie chce mnie przyjąć? - chłopiec chwycił dłoń i ruszył wraz z opiekunką na dół. Siwowłosa zaśmiała się.
-Jesteś najstraszniejszym dzieckiem jakie w życiu poznałam... i zarazem najcudowniejszym. Jestem pewna, że w przyszłości będziesz kimś kto pomaga ludziom...

- Alec! - zostałem brutalne oblany wodą z butelki, która stała tuż obok mojego łóżka. Zerwałem się do pionu, czując jak przez moje ciało przechodzi dreszcz. Moja siostra uśmiechnęła się rozbawiona - Jest godzina prawie dziesiąta.
- I to jest ten powód aby mnie wybudzać takim sposobem? - uniosłem oczy do góry, jednak ona zrobiła tylko niewinną minę.
- Jak się ogarniesz to zejdź na dół - poprosiła i wyszła z pokoju.
Przetarłem twarz, oglądając pościel, która była cała mokra. Cóż, Lauren będzie miała co suszyć, bo ja nie zamierzam pozostawać w domu jeszcze ani dnia dłużej. Nie potrafię usiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu nawet godziny, a z relacji, którą ostatnio dostałem od Rosemary, dużo się dzieje w Agencji. Wyciągnąłem rękę przed siebie, oglądając ją dokładnie. Pozostanie jedynie niewielkie wgłębienie po pazurze wendigo. Prawie niezauważalne.
Otworzyłem szafę z ubraniami. Wypadałoby iść trochę pobiegać puki siostra nie zmieniła zdania co do wypuszczania mnie na zewnątrz. Te trzy dni bez większych treningów mogły niezbyt pozytywnie wpłynąć. Udałem się do łazienki, wziąć poranny prysznic.
Wychodząc już gotowy, napotkałem na swojej drodze Lauren, która zmierzyła mnie spojrzeniem, wchodząc na górę. Słyszałem dzwonek do drzwi, czyli pewnie za chwilę usłyszę z jej strony abym się nimi zajął.
-Jazda na dół tylko się ubierz, bo w ręczniku nie wypada - oparła dłoń o poręcz schodów, mówiąc ściszonym głosem.
Przewróciłem oczami, nakładając na siebie bluzkę i resztę ubrań. Zszedłem po schodach o mało nie zabijając się o cieszącą Tinę. Usłyszałem głos Lauren przeprowadzającą rozmowę z drugą osobą, w której potem rozpoznałem Koyori. Trzymała w dłoni już gotową herbatę. Gdy usłyszała kroki, co było nietypowe, odwróciła głowę i spojrzała na mnie ciemnymi oczami, uśmiechając się delikatnie. Odwzajemniłem gest, mówiąc żeby nie wstawała i automatycznie przeniosłem spojrzenie na siedzącego obok chłopaka.
- To jest...
- Aoi - wtrącił chłopak.
- Mój brat - Koy posłała mu karcące spojrzenie, lecz jej brat widocznie niezbyt się tym przejął, mierząc mnie przenikliwym spojrzeniem. Lauren postawiła na stole kolejne kubki z herbatą. Odsunąłem krzesło i usiadłem naprzeciwko, odmawiając jedzenia. Oberwałem za to piorunującym spojrzeniem, jednak widocznie Lauren nie chciała wszczynać dyskusji przy gościach. Wiedziałem, że odpuści.
- Co ci się stało w rękę? - usłyszałem pytanie, które zadał Aoi. Uniosłem spojrzenie. Koyori cicho upomniała brata, ale doskonale wiedziałem, że ona sama oczekiwała wyjaśnień. Posłała mi przepraszające spojrzenie. Uśmiechnąłem się, czując na sobie uważne spojrzenie siostry.
- Byłem w lesie na treningu i zaatakował mnie wściekły pies - spojrzałem na rękę, a potem na zaciekawionego chłopca.

Koyori?
A to zapraszam xd

13 kwi 2017

Od Aleca do Koyori

Lauren nie będzie zadowolona. Będzie wściekła jak tylko wyczuje o co chodzi. Mało tego. Nie tylko ona się dowie, ale jestem pewien, że również i Rosemary.
Otworzyłem oczy, jednak obraz nadal był rozmazany. A nawet gorzej niż poprzednio. Dębowe drzwi przede mną zdawały się poruszać w każde strony, a otoczenie jak niestabilne piaski, zapadać. Nie zwróciłem nawet uwagi na podbiegającą siostrę, która widocznie pomogła Koyori w utrzymaniu mnie.
Poczułem za to niemałą ulgę gdy oparłem głowę i miękką poduszkę, leżącą na kanapie w przedpokoju. Światło idące ze strony okna niezwykle mocno zaczęło mnie razić w oczy, które zmrużyłem i odwróciłem głowę w przeciwną stronę. Uniosłem powieki na chwilę, patrząc teraz jedynie w stronę Koyori, która stanęła obok i przypatrywała mi się badawczo.
-Dziękuję ci bardzo - siostra podeszła do niej i pomimo, że jej kompletnie nie znała jej postawa biła ciepłem. Zawsze ją za to podziwiałem. W dłoni trzymała telefon. Nie słyszałem rozmowy, gdyż już z pełną obojętnością zamknąłem oczy, skupiając się jedynie na bólu, który przeżerał mój cały lewy bok niezwykłym gorącem. Było mi głupio, że Koy musiała to widzieć. Wydawało mi się, że coś usilnie ją dręczyło albo po prostu to tylko moja wyobraźnia. W tej sytuacji cały mój umysł szwankował. Nie trwało jednak to długo, gdyż po chwili, prawdopodobnie straciłem przytomność bądź moja świadomość ulotniła się gdzieś w głąb mózgu.

Otworzyłem oczy, widząc znajome umeblowanie, kolory ścian oraz inne przedmioty typowe dla mojego pokoju. Byłem w moim pokoju. Przekręciłem głowę w upewnieniu się czy to oby na pewno to samo pomieszczenie, w którym spędzałem noce. Jednak moje oczy zatrzymały się na postaci ubranej w zwykłe, codzienne ubrania. Granatowa bluzka i jasne jeansy nie dały mi żadnej podpowiedzi, jednak włosy upięte w niestaranny kok były dużą podpowiedzią. Rose...
Dziewczyna odwróciła się, gdy usłyszała jak podnoszę plecy z łóżka. Dziwne, ale nie czułem wcale żadnego bólu w miejscu, które poprzednio dawało się we znaki jak diabli. Podeszła bliżej, stukając obcasami po podłodze. Uwielbiała wysokie buty i zawsze się dziwiłem jak można z takimi zabijać nadnaturalnych.
- Śpiąca królewna w końcu postanowiła zbudzić się. Szkoda tylko, że nie ma przy niej księcia na białym koniu - obdarowała mnie złośliwym uśmiechem - Jak się czujesz? - po chwili jej ton głosu zmienił się w bardziej delikatny.
- Jakbym porządnie oberwał w głowę i leżał tak przez trzy dni... - mruknąłem, przecierając dłońmi twarz. Gdy Rose nic nie odpowiedziała, uniosłem spojrzenie w górę. Zacząłem powoli przyswajać wszystko co przychodziło mi do głowy- Czekaj, chwila... Który dzisiaj?
- Trzynasty kwietnia - odpowiedziała, a jej kąciki ust delikatnie uniosły się w górę.
- Jak wypełniłem raport był dziesiąty... O cholera - spojrzałem na telefon, leżący obok mnie. Piętnaście nieodebranych połączeń z Agencji, kilka wiadomości...
- Lauren nie chciała ingerować w nasze sprawy związane z Agencją, ale to nie zmienia faktu, że będziesz musiał się jej wytłumaczyć. I nie tylko jej. Ja również oczekuję cokolwiek od ciebie. To nie zmienia również faktu, że my to dopiero początek. Szanowna pani Melzer jak tylko będzie okazja weźmie cię na dywanik. Nawet ja nie jestem w stanie jej wyjaśniać co się stało. Ale póki co... Powiesz mi o co chodzi? - dziewczyna zaczęła kręcić się po pokoju, spokojnie gestykulując rękami. Podczas ostatniego zdania usiadła z powrotem na łóżko.
Obejrzałem starannie opatrzoną rękę. Ja też mam nieco pytań cisnących się na język.
-Nie wiem - wzruszyłem ramionami, jednak wnioskując ze spojrzenia Rose, niezbyt mi wierzyła. - Po prostu w pewnym momencie poczułem się jakbym znalazł się nie w tym świecie. Ręka zaczęła cholernie piec... - zmarszczyłem brwi. - I znalazłem się w domu - nie wspomniałem o Koyori, którą jako ostatnią pamiętam. - A co się działo dalej?
-Czemu nie powiedziałeś mi po akcji, że cię zraniła? Do cholery, czy ty nie wiesz, że ślina wendigo robi takie rzeczy? Jesteś łowcą - szepnęła, lecz była wkurzona.
-Nie ugryzła mnie - obroniłem się. - To było zwykłe draśnięcie pazurami - dziewczyna odsunęła się. Do pokoju weszła Lauren. Czyli kolejna osoba, której muszę się wytłumaczyć. Jednak nieco inaczej. Rose mogę powiedzieć, ale przecież nie będę martwić jeszcze bardziej siostry. No i pozostała mi jeszcze jedna osoba, której należą się jakieś tłumaczenia, spośród wielu innych, którzy oczekują na chociażby wzmiankę o tym co się stało. Muszę coś wymyślić zanim pójdę przeprosić Koyori. Należało jej się. O tym również wspomniała Lauren, która naciskała abym poszedł do tej dziewczyny i podziękował. Jak tylko będę mógł wyjść w ogóle z domu za pozwoleniem blondynki. Rosemary załatwiła mi kilka dni wolnego, na moje nieszczęście. Siedzenie w domu było jedną z ostatnich rzeczy, którą pragnąłem.

Koyori?

26 mar 2017

Od Aleca do Koyori

Wsłuchałem się w słowa Koyori o jej bracie. Jakbym widział Lauren. Też nigdy się mnie nie słucha, zawsze robi to co według niej samej jest słuszne, nawet gdy obiecuje, że tym razem postąpi zgodnie z moim zamysłem. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że to ona częściej prawi mi kazania niżeli ja, jako jej straszy brat. Widocznie taki charakter.
Spojrzałem na torbę dziewczyny, skąd wystawała maleńka głowa fretki, wpatrującej się we mnie swoimi czarnymi, lśniącymi oczkami. Uśmiechnąłem się, gdy dziewczyna popatrzyła w to samo miejsce.
-Ach. Całkowicie zapomniałam, że Kohi jest w torebce - dziewczyna pokręciła głową zaciskając w uśmiechu usta, głaszcząc zwierzątko po główce - To mój towarzysz na dobre i na złe, jeśli można ją tak nazwać. Coś w rodzaju dobermana, psa obronnego na każdego - wzruszyła ramionami.
Przetarłem czoło, na którym pojawiły się kropelki zimnego potu. Zamrugałem oczami, próbując wyostrzyć przez to obraz, który przed chwilą mi się rozmazał. Nie zauważyłem jak dziewczyna mruży oczy, wpatrując się we mnie badawczo. Wyszczerzyłem się szeroko, dając jej znak, że wszystko w porządku.
-Myślałem, że fretki są z natury przyjaźnie nastawione.
-Owszem. Kohi jest kochana, o ile nie zbliży się do niej żaden nieznajomy. Znam ją i wiem, że czasem lubi pozostawić pamiątkę po sobie na palcu drugiego człowieka - stworzenie wychyliło się bardziej z torby, wąchając nosem powietrze i wdychając zapewne zapach nieznanej jej osoby. Uniosłem ręce do góry w geście mówiącym, że nie zamierzam jej nic zrobić. Dziewczyna zachichotała cicho, przechodząc na miejsce stojącej przed nami staruszki. Widocznie nawet w małym miasteczku, do apteki chodzą tłumy jak w Londynie.

Koy zakupiła leki przeciwgorączkowe, opowiadając mi o wczorajszym wieczorze, napominając o chorym rodzeństwie. Kiwałem głową, odpowiadając na jej pytania oraz dodając kilka swoich przeżyć z wczoraj, gniewnej siostrze i nocy z filmem.
Dziewczyna odeszła od kasy, pakując zakupione leki do torby obok swojego pupila. Sam poprosiłem o coś przeciwbólowego, licząc na znajomość lekarstw aptekarki. Czułem coraz większy dyskomfort z powodu ręki, która zaczynała nieprzyjemnie piec. Odwróciłem się, podchodząc do dziewczyny, która niespodziewanie zadała mi pytanie, na które musiałem wymyślić odpowiednią odpowiedź. A raczej kłamstwo.
-A ty z jakiego powodu trafiłeś do apteki? - poprawiła torbę na ramieniu, spoglądając na moją twarz.
Uniosłem do góry oczy, patrząc na nią rozbieganym spojrzeniem.
-Siostra prosiła mnie abym zrobił zapas czegoś co byłoby w stanie zatrzymać migreny. Nieprzyjemne w tym wieku, w szczególności gdy ma się tyle nauki. A oprócz tego skończyły nam się bandaże, woda utleniona... mówię ci, nieprzygotowani do niczego - skłamałem, patrząc na białe opakowania i próbując w tym samym czasie odciągnąć od siebie nakładającą się myśl o ręce. Wyszliśmy z apteki, stając obok wejścia, z którego to wychodziła i wchodziło więcej ludzi.
-Daleko masz auto? - spytałem, gotując się na kolejne pożegnanie, nie chcąc jej zatrzymywać w związku z jej bratem.
-Nie aż tak daleko. Parę kroków, zresztą od zawsze lubiłam spacery, więc nie sprawia mi problemu to - pokręciła głową, dziękując mi.
Uniosłem kąciki ust w uśmiechu, który jednak po chwili szybko zniknął. Zakręciło mi się w głowie i to zmusiło mnie do podparcia się dłonią o ścianę budynku. Kilka kosmyków moich czarnych włosów opadło mi na twarz. Przełknąłem ślinę, próbując wziąć do płuc czyste powietrze, które jednak teraz wydawało mi się gorące i zatykające. Przeszedł mnie dreszcz, gdy zmarszczyłem czoło, opierając się tym razem całym barkiem o zimną powierzchnię.
-Wszystko w porządku? - niewyraźne słowa Koyori doszły do mnie jak zza ściany. Nie byłem w stanie podnieść wzroku. Jedyną rzeczą jaką pozwalało mi zrobić ciało to zamknięcie oczu jakby ta jedyna rzecz miała mi pomóc. Jednak to pytanie poszło w niepamięć.
-Chyba... - z trudem wydusiłem z siebie, czując jak moją rękę, od nadgarstka do klatki piersiowej przeszywa ból i cierpnięcie - Chyba nie...

Koyori?

23 mar 2017

Od Aleca do Koyori

Pożegnałem się z dziewczyną, dziękując za miły wypad i spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku domu. Oparłem dłoń o klamkę i najciszej jak tylko potrafiłem, otworzyłem drzwi by wejść do środka. Z góry dało się słyszeć muzykę dobywającą się z wieży Lauren, która zapewne zabrała się za wiosenne porządki. Na sam początek w swoim pokoju. Mogłem się założyć, że również dorwie mnie i zmusi do posprzątania swojego własnego gniazdka. I pomimo, że u mnie w pokoju panował zawsze absolutny porządek to siostra nie zrezygnowałaby z odwiedzenia go choć na ten jedyny dzień.
Wkradłem się do kuchni, kładąc torby na blat stołu i od razu zacząłem je rozpakowywać, słysząc jak dziewczyna głośno śpiewa Castle On the Hill, szarżując po całym pokoju. Uśmiechnąłem się pod nosem, otwierając lodówkę i wkładając tam zakupione produkty. Gdy drzwiczki urządzenia się zamknęły obok mnie stała już Lauren ze skrzyżowanymi rękoma na piersiach. Świdrowała mnie wzrokiem niczym oczekująca na wyjaśnienia matka, która stoi przy oknie od dwóch godzin i czeka na swojego syna. Wzruszyłem ramionami, robiąc zdziwioną minę.
- Dłużej się nie dało? - opuściła ramiona, podchodząc do torby z zakupami. Przewróciłem oczami, szykując się wewnętrznie na potok słów, którego o dziwo nie było. Zamiast tego na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.
- Przecież poinformowałem cię o mojej dłuższej nieobecności - oparłem się o szafkę, krzyżując nogi i otwierając wzięty przez siebie jogurt z lodówki.
- Za to sprzątasz po obiedzie - wskazała palcem na kran, gdzie leżało już kilka naczyń ze śniadania. Przewróciłem oczami, biorąc łyk jogurtu. Nie pozostało mi nic innego niż się zgodzić. Zresztą innego wyjścia nie miałem.
- Dobra, zrobię ci wspaniały obiad - wbiłem jej palce w bok. Skręciła się z uśmiechem, oddając mi w ramię z pięści. Łosoś ze szpinakiem powinien jej odpowiadać. A na podwieczorek pyszne gofry z owocami. Bez bitej śmietany, która mogłaby posłużyć jej jako broń na zemstę. Dziewczyna zadowolona wróciła na górę.

Obudził mnie dźwięk budzika, gotującego mi kolejną pobudkę. Nie było najlepszym pomysłem oglądanie z siostrą horrorów do trzeciej nad ranem. Jednak ta na upartego wymyśliła sobie zobaczenie najnowszej produkcji Toby`ego Evansa akurat dziś. Osobiście nie lubię horrorów gdzie wypicowany wilkołak poznaje zamkniętą w sobie księżniczkę, która samoistnie prosi się o śmierć, bo miłość to potęga i pragnienie bycia z drugą osobą nawet za cenę życia. Wyidealizowany świat, którym człowiek chciałby nazwać ten, na którym żyje. Tymczasem realnie patrząc, dziewczyna straciłaby życie już przy pierwszej pełni. Nie ważne jak mocno starałaby się pozostać w oczach chłopaka tą samą osobą, ciepłą i miłą, jaką ją pamięta. Ale o dyskusji nie było mowy, gdyż Lauren zawsze stawia na swoim, mówiąc że we mnie za grosz wyobraźni i jakichkolwiek uczuć względem miłości dwójki zakochanych w sobie osób. Cóż... ludzi tak, ale nie nadnaturalnego.
Wytarłem włosy w biały ręcznik, pilnie śledząc godzinę. O równo siódmej powinienem pojawić się w Agencji. Rose tym razem nie odpuści. Wypiłem na szybko kawę i zabrałem ze stołu kluczyki od motoru, przy okazji zostawiając karteczkę dla siostry, na której było wypisane:
Śniadanie czeka w lodówce. Powodzenia na uczelni, potworku. Alec.
Wyszedłem z domu do garażu i pojechałem do swojego ulubionego miejsca w całym życiu, jakim była Agencja.

~~~
Wszedłem do środka ogromnego budynku, mijając z obojętną miną zapracowanych lub "zapracowanych" ludzi. Wzrokiem dosięgłem sylwetkę Christiana, który stał akurat nad biurkiem zapełnionym papierami. Podszedł do niego, klepiąc go w ramię.
-Któż to postanowił się odezwać? - uśmiechnął się szeroko - Uważaj na Rose. Jest dzisiaj w paskudnym humorze. Dzisiaj w nocy miała interwencje na skraju miasta i chyba coś poszło nie tak... - jednak jego wypowiedź przerwało wejście Rosemary, kłócącej się z jakimś pracownikiem. Gdy nas ujrzała, bez żadnego zastanowienia podeszła bliżej z chłodną miną i twardą postawą.
-A ty posiadasz takie coś jak telefon, może?! - oparła dłonie na biodrach, patrząc mi prosto w oczy.
-Cześć, Rose - moje brwi opadły na dół i niepewnie podniosłem dłoń w celu przywitania się. Dziewczyna tylko przewróciła oczami i minęła mnie obojętnie, widocznie nie mając ochoty rozpoczynać kolejnej, zapewne bardzo ciekawej kłótni. Rzuciła tylko szybkie polecenie abym uszykował się na akcję w starym budynku, stojącym w lesie i zeszła do magazynu. Wymieniłem się z Christianem porozumiewawczym spojrzeniem i ruszyłem po broń.
~~~

Dom zdawał się być bardziej opuszczony niż na zdjęciu, które nam przestawiono. Wybite okna, stare dachówki i obdarte z tynku ściany, dodawały mu tylko tajemniczości i pewnego rodzaju uroku. Założyłem strzałę, słysząc jedynie ciche pomruki wiatru, obijającego się o stare ściany i rosnące dookoła drzewa. Rose ruchem dłoni wskazała tylne wyjście, do którego się udała. Wszedłem do środka, otwierając zwilgotniałe drzwi. Panowała cisza i spokój, która wzbudzała pewien niepokój i pewność, że dom w danej chwili nie stał samotnie. Słyszałem tylko ciche kroki Rosemary. Spojrzałem na schody, prowadzące do góry. Jedynie duch były w stanie wejść na górę bez ich ostrzegającego przed zapadnięciem w każdej chwili trzeszczenia. Dom posiadał bardzo dużo pokoi sypialnych. Był zbudowany w typowym, osiemnastowiecznym stylu. I jak widać po pozostawionych śmieciach oraz pustych butelkach po alkoholu, idealne miejsce balowania nieświadomych nastolatków.
Przejechałem dłonią po ścianie, na której były świeżo wyryte ślady pazurów. Założyłem łuk na ramię, chwytając drugą ręką za broń, znajdującą się tuż pod kurtką. Zarysowania skończyły się dokładnie na drewnianych, półprzymkniętych drzwiach. Pchnąłem je delikatnie, kwasząc minę na nieprzyjemny dźwięk ich piszczenia. Ostrożnie wszedłem do środka i stanąłem na środku pokoju, okalając spojrzeniem wszystko dookoła. Światło skutecznie zatrzymywały grube, podarte zasłony, dając wrażenie wieczora, choć godzina była dość wczesna. Z dołu usłyszałem kroki Rose, która zapewne przyglądała się każdemu pokojowi z osobna. Nim się odwróciłem, zostałem przygnieciony do ściany. Łuk spadł gdzieś w bok pokoju, a ból od uderzenia rozniósł się od barku do lewego biodra. Szybkim ruchem złapałem za broń, jednak lodowata dłoń chwyciła mnie za nadgarstek i wbiła swoje pazury głęboko w skórę. Drzwi zamknęły się z hukiem, aż dziw, że nie wypadły z zawiasów. Uniosłem spojrzenie na jarzące się oczy wendigo, wpatrujące się we mnie z pragnieniem i złością. Zimno ściany przedostało się przez kurtkę do skóry. Cholera była silna. Ścigaliśmy ją od półtora miesiąca za morderstwo rodziny i poszczególnych osób, szlajających się w nocy po miasteczku.
Jej druga dłoń spoczęła na mojej szyi, a jej palce zaciskały się coraz mocniej zabierając możliwości zaczerpnięcia powietrza do płuc. Z całych sił próbowałem oswobodzić dłoń z uścisku dziewczyny, która powoli ukazała swoje jakże prześliczne ząbki. Po jakimś czasie, gdy zabrakło mi tchu w płucach, sięgnąłem po broń i strzeliłem w brzuch. Strzał ten co prawda nijak zrobi cokolwiek wendigo, ale da mi możliwość oswobodzenia się z jej uścisku. Odsunęła się w kąt. Stanąłem prosto na nogach, łapczywie starając się wziąć powietrze do płuc. Tym razem upadłem na podłogę, czując na swoich plecach oddech wroga, gdy po okolicy rozległ się strzał, a dziewczyna upadła na ziemię tuż obok mnie, brudząc swoją krwią moją kurtkę. Usiadłem, patrząc w kierunku Rose, która z zadowoleniem mierzyła jeszcze przez chwilę w wendigo. Po chwili schowała pistolet i podeszła, wyciągając ku mnie dłoń.
- Byłby z ciebie całkiem przystojny, leżący trup - posłała mi złośliwy uśmiech, podając łuk.
-Mam zacząć dziękować? - uniosłem brwi do góry, patrząc na martwe brzydactwo z rozwalonym łbem.
- Nie musisz. Dopisuję sobie to do listy odwdzięczeń od ciebie - odwróciła się, wychodząc z pokoju.
Wyjąłem z kieszeni zapałki i rzuciłem jedną, podpaloną ku zasłonom, które momentalnie zajęły się ogniem. Wyszedłem za przyjaciółką z budynku i stanąłem obok niej.
- Dzisiaj twoja kolej dzwonienia do straży pożarnej.
- Niech będzie. A ty zdejmij tą kurtkę, bo jeszcze ktoś pomyśli, że jesteś seryjnym mordercą - zmierzyła mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na czerwonej plamie krwi. Pokiwałem głową, opierając się o ceglany murek i spojrzałem w dym dobywający się ze środka budynku. Niechcący zahaczyłem rękawem o ranę, ciągnącą się od początku nadgarstka do połowy kości łokciowej.
- Cholera - syknąłem pod nosem, czując delikatne szczypanie. Schowałem ją pod rękaw bluzki, gdy Rose się zbliżyła, przybierając swój naturalny wyraz twarzy.
- Będą za moment - schowała telefon do kieszeni, patrząc na mnie badawczo - Zbierajmy się. Nic tu po nas - wskazała ruchem głowy wyjście.
~~~

- Wyjdziesz w końcu z tych raportów czy mam cię siłą odciągnąć? - Rose usiadła na biurku, biorąc kilka zapisanych kartek.
- Głowa mnie boli. Nie dam rady więcej zrobić, a co dopiero dzisiaj to skończyć - ledwo uniosłem głowę do góry, czując jak zaczyna kręcić mi się w niej.
- Rzeczywiście słabo wyglądasz - odrzuciła papiery, przykładając mi dwa palce do czoła i zmarszczyła brwi. Odsunąłem się od niej, wiedząc o momentalnym rozpoczęciu nieprzyjemnego tematu. Wstałem z krzesła, podpierając się o blat biurka. Zostawiłem robotę. Nie dam rady zrobić niczego więcej.
- Wracaj do domu i weź coś - brunetka wstała i ruszyła razem ze mną do wyjścia z budynku.
Rozstaliśmy się na parkingu. Nie miałem ochoty na nic więcej tylko powrót do domu i oparcie głowy o poduszkę. Odpaliłem motor, po drodze wstępując do apteki. Zaczynało mi być coraz zimniej, a nie byłem pewny czy Lauren zakupiła tak jak ją o to prosiłem jakieś leki przeciwbólowe. W środku za to spotkałem Koyori.
- Zbieg okoliczności? - wymusiłem uśmiech, nachylając się nad uchem stojącej w kolejce do kasy dziewczyny. Odwróciła się lekko zaskoczona i uśmiechnęła.
- Alec... - zaczęła, odwracając się w moją stronę.

Koyori?

15 mar 2017

Od Aleca do Koyori

O co jej mogło chodzić? Nie jestem chyba przyzwyczajony, że jakakolwiek osoba śmieje się patrząc na mnie. Tak robiła tylko moja siostra, która specjalnie i złośliwie prowokowała mnie do poprawy sobie jak i mi humoru. Totalnie zbił mnie z tropu widok szeroko uśmiechniętej Koyori, która nie długo po tym wyjaśniła całą sprawę. Moje brwi opadły, a wzrok powędrował w stronę leżącego obok telefonu. Chwyciłem go w dłoń i nadal z zdezorientowaną miną, spojrzałem na czarny, odbijający ekran. No tak... dowód, że jednak nie potrafię jeść wydaje się dość niepodważalny. Odłożyłem telefon, przenosząc spojrzenie na dziewczynę, która z uśmiechem dopijała swoją kawę.
- Bardzo śmieszne. Komu przesłałaś to zdjęcie? - oparłem się o krzesło, odstawiając kubek swojego beżowego napoju na bok.
Japonka zrobiła zdziwioną minę, delikatnie spinając ramiona w geście niewinności, kręcąc przy tym delikatnie głową.
- Ja? Skądże... Przecież nie mogłabym komukolwiek wysłać takiego zdjęcia - przewróciła oczami.
- Kłamczucha - na mojej twarzy zagościł uśmiech. Wytarłem leżącą obok chusteczką od drożdżówki usta, sprawdzając na wypadek jeszcze raz siebie w odbiciu ekranu telefonu. - Jak na spowiedzi. Kto doznał zaszczytu zobaczyć moje cudowne zdjęcie? - pochyliłem się w jej kierunku, splatając palce i kładąc dłonie przed siebie.
Pokręciła głową, zaciskając usta chyba aby powstrzymać szeroki uśmiech, który powoli pojawiał się na jej twarzy. Wziąłem głęboki wdech, potwierdzając upór dziewczyny charakterystycznym skinieniem i mimiką.
- Nie? W takim razie konfiskuję telefon do czasu wyjaśnienia sprawy - chwyciłem urządzenie, przyciągając do siebie z złośliwym, mimowolnym uśmiechem.
Koyori otworzyła usta chcąc coś wydusić, ale uniosłem oczy, wpatrując się prosto w nią i oczekując zaprzeczenia z jej strony. Jak to było w naturalnym odruchu każdego człowieka.
- Panie policjancie, nie dostanie się pan bez hasła - przybrała triumfalną postawę, przechylając głowę na bok.
Uniosłem brwi w celu zapytania czy jest tego na pewno pewna. Jej głowa delikatnie się poruszyła, a między nami zapadła chwilowa cisza, z którą dziewczyna traciła coraz bardziej pewność siebie. Po chwili zmrużyła oczy, próbując wyczytać ze mnie moje myśli czy intencje. Jej wzrok biegał to po mojej twarzy to po telefonie, które trzymałem w swojej ręce.
- Nie znasz moich zdolności - wzruszyłem ramionami. - Spokojnie mógłbym zostać hakerem - zdanie to wypowiedziałem nieco ciszej, aby zbudować chwilę napięcia.
- Nie zrobisz tego... - podkreśliła mocno słowa, na które odpowiedziałem tylko wzruszeniem ramion. Spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie. Dochodziło południe, a to znaczy, że zasiedziałem się całe pół godziny. Dla mnie to nie do dopuszczenia. Wypuściłem głośno powietrze z płuc, chwytając torby, w których znajdywały się zakupy - Niestety muszę zbierać. Władza totalitarna w domu to okropność - dopiłem na szybko kawę, wykładając z portfela pieniądze i wstałem z krzesła, kierując się od razu ku wyjściu.
- Czekaj! - dziewczyna w pośpiechu złapała swoją torebkę i potrzebne rzeczy, wybiegając za mną.
Odwróciłem się na szybko, ukrywając uśmiech.
- Spieszę się, wybacz - rzuciłem szybko.
- A telefon? - podbiegła, pociągając delikatnie za moją skórzaną kurtkę.
-Telefon? Jaki telefon? - pokręciłem głową z teatralnym zdziwieniem - Mówiłem, że go dokładnie przejrzę. To dowód na twoją winę.
Koyori spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek z coraz bardziej rozszerzającym się uśmiechem. Po chwili powagi, zrobiłem zrezygnowaną minę, wyjmując jej telefon z kieszeni kurtki.
- Dobrze. Udam, że tym razem nic nie widziałem. Ale w zamian pomogę ci nieść te torby, bo patrząc na to z daleka można by pomyśleć, że zarwiesz się pod ich ciężarem - wystawiłem rękę, tym samym udzielając dziewczynie pomocy.
- Nie jestem taka słaba - pokręciła głową, oddając mi jedną z białych reklamówek.
Idąc już wolnym krokiem po chodniku, wzruszyłem ramionami w odpowiedzi, śledząc wzrokiem stojące nieopodal pojazdy. Ruch o tej porze dnia wzmógł się. Ludzie pewnie szukali jakiejś spokojnej ostoi na powolnie mijającą niedzielę, czyli ostatnie chwile relaksu przed przychodzącym tygodniem pracy. Właśnie, praca... Raport, pismo, zaległe rachunki i sprawa, która nie dawno wpłynęła na konto Agencji. Boże daj jak najszybciej kolejny weekend.
- Nie twierdzę, że nie dałabyś sobie rady. Nie wyglądasz na taką co by sobie nie poradziła. Po prostu jestem z gatunku dżentelmenów, a skoro nawet kobieta za mną biegła to wypada jej pomóc - dodałem uszczypliwie.
Poczułem jak wzrok Koyori powoli przenosi się na mnie. Moja twarz delikatnie drgnęła, lecz nie odwróciłem głowy w jej stronę, czekając raczej na reakcje ze strony dziewczyny.
- To gdzie moje zdjęcie wylądowało? - powróciłem do tematu.
- "Święty Mikołaj w nowej wersji" wysłane do Aoi`ego, mojego młodszego brata. Nie odpuszczasz? - zablokowała z powrotem telefon, tym razem wrzucając go do torebki.
- Pozdrowienia. Nigdy, a przynajmniej staram się - posłałem dziewczynie ukradkowe, szybkie spojrzenie.

Koyori?

11 mar 2017

Od Aleca cd. Koyori

Nie byłem przyzwyczajony do zaprosin od kogokolwiek. Być może przez wzgląd na moje brak zaufania, ale dziewczyna posiadała w sobie coś co powodowało, że to zwykłe pytanie o wspólne napicie się kawy nie zabrzmiało ani odrobinę podejrzliwie. Bo niby dlaczego miało? Nie mniejsza, delikatnie zbiło mnie z tropu, powodując uniesienie się delikatnie kącików ust. Może tym razem nie zachowam się jak gbur - mówiąc językiem Rose. Być może rzeczywiście powinienem choć w chwilach wolnego zapomnieć o swoich powołaniach pracy.
Przechyliłem głowę w geście "czemu by nie?" i delikatnie pokiwałem głową unosząc spojrzenie na dziewczynę.
- Myślę, że mógłbym wstąpić na kawę - odparłem - Gdzieś nie daleko była kawiarnia z tego co pamiętam - wskazałem ruchem głowę na główną uliczkę, gdzie zawsze kręciło się dużo turystów jak na tak małe miasteczko. To właśnie był jeden z powodów mojej przeprowadzki wraz z Lauren tutaj.
- Rzeczywiście, podają tam wyśmienite drożdżówki i lody - dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, odwracając w stronę wskazywanego kierunku.
Kawiarenka nie znajdowała się daleko i szczerze powiedziawszy była chyba jedynym znanym mi miejsce spotkań ludzi w miasteczku. Nie często chodziłem na wszelkie zgromadzenia, najczęściej zgadzając się na propozycję od innych ludzi. Jedynym powodem wyciągającym mnie z domu i pracy była znajomość upartości przyjaciół. Zresztą być może to mi wychodziło na dobre. Nie uważałem siebie za sympatycznego człowieka, choć mogłoby się wydawać, że reszta zapewne tak sądzi i być może tak właśnie jest.
Stanęliśmy przed przejściem dla pieszych, mając przed sobą dosyć stary budynek, w którym znajdowała się kawiarnia i tuż obok cukiernia. Otworzyłem drzwi, wpuszczając Koyori do środka i ruszając tym samym tropem za nią. Mały stoliczek stał w rogu pomieszczenia, przygotowany na kolejnych gości. Zapach świeżej kawy można było wyczuć już przed wejściem. Odłożyłem zakupy na bok, dopiero teraz uświadamiając sobie, że Lauren będzie zła za moje spóźnienie. Jakoś jej to zrekompensuję. W jednej chwili młoda blondynka podeszła do nas z notatnikiem i sympatycznym uśmiechem, oczekując na zamówienie. Przeleciała szybko wzrokiem po naszych twarzach w swojej rutynowej postawie.

- Nawet nie myślałem, że jeszcze pamiętam dokładnie położenie tej kawiarni - położyłem złączone dłonie na blat stolika.
- Jesteś tu nowy? - dziewczyna odwiesiła torebkę na krzesło i w wyprostowanej sylwetce, spojrzała na moją twarz.
- Może nie nowy, ale powiedzmy, że asymiluję się z tym miejscem - poruszyłem głową w geście zastanowienia.
Dziewczyna usiadła wygodnie na krześle, widocznie oczekując kontynuacji wypowiedzi.
- Dotychczas mieszkałem w Londynie. Przyzwyczajenie do dużego miasta było widoczne z każdym dniem, ale teraz sądzę, że mniejsze miasteczka mają w sobie coś co przyciąga. Są oczywiście plusy i minusy. Czasem brakuje mi hałasu ulic Londynu, ale teraz nie wróciłbym do niego - pokręciłem głową, kierując spojrzenie na stawianą przez blondynkę kawę na stole. Podziękowałem, patrząc usatysfakcjonowany na beżowe kolory istnego napoju bogów. Mam wrażenie, że ostatnio za dużo jej piję. Tak dalej i trafię na odwyk u Rose.
-Dlaczego przeprowadziłeś się do San Lizele? - dziewczyna wsparła się o łokieć, mieszając łyżeczką w filiżance.
- Ze względu na ciotkę. A przynajmniej moja siostra bardzo chciała przy niej być. Staruszka była już schorowana, sama nie dawała rady zajmować się domem i kotami... Była typową, starą panną, kociarą, a one wręcz lgnęły do niej. Do dziś pamiętam obleganą kanapę przez sześć zielonookich - uśmiechnąłem się na wspomnienie o łapaniu tych diabłów po śmierci staruszki. Choć główny powód mojego przybycia nie był nikomu znany prócz przyjaciół to przecież nie powiem obcej osobie, że praca wymogła na mnie przeprowadzkę. Kłamanie czym się zajmuje było moim tematem tabu dla nieznajomych, a od jakiegoś czasu miałem dość wykręcania się.
- Nadal się nią zajmujecie?
- Nie. Zmarła miesiąc temu, a Lauren, odziedziczyła jej domek. Nie jest za wielki, ale w stanie pomieścić dwie osoby. Stwierdziliśmy, że zamieszkamy razem, sypialnie są, więc niczego tam nie brakuje. No... być może jedynie dokończenia remontu, ale jakoś trudno mi się za to zabrać. Jeszcze kilka kartonów stoi pod ścianą w pokoju, oczekując na rozpakowanie - zmarszczyłem brwi, usilnie starając się przypomnieć co w nich było.
- Lauren to twoja...?
- Młodsza siostra. Studiuje medycynę. Uczelnia jest niedaleko, dlatego pewnie zdecydowała się na pozostanie tutaj. Zresztą doskonale ją rozumiem. Domek jest niezwykle sympatyczny - wziąłem łyk kawy, bawiąc się malutką łyżeczką.
- Chyba trochę wyszłam na nachalną - Koyori uśmiechnęła się szeroko, poprawiając opadający kosmyk włosów.
Odwzajemniłem uśmiech, prostując się na krześle i w odpowiedzi kręcąc głową w zaprzeczeniu.
- Nie, zazwyczaj ludzie muszą wyciągać coś ode mnie. Ciekawość to nie jest zła cecha, tak uważam... - zdanie przerwał mi dzwonek. Sięgnąłem do kieszeni po telefon, patrząc na wyświetlacz - Wybacz - zwróciłem się do japonki i wstałem, wychodząc na zewnątrz. Odebrałem połączenie od siostry.
L: Zapomniałeś, gdzie jest dom czy zgubiłeś się na prostej z workiem pełnym zakupów?
A: Jestem w kawiarni.
L: Ekspres mamy w domu, a lodówka świeci pustkami. Zresztą... od kiedy to chodzisz do kawiarni, co?
A: Lauren, spotkałem kogoś komu pomogłem i poszedłem z nią na kawę. To chyba normalne. I odpowiadam na twoje przypuszczenia. Nie, nie wróciłem do pracy, póki co Agencja się nie odzywa.
L: I dobrze. A wracając... ~  jej głos wydał się teraz zadowolony i żądający zapoznania się z sytuacją. Jak tylko wrócę do domu czeka mnie porządne przesłuchanie. Westchnąłem głośno, lecz to nie powstrzymało Lauren od natarczywego dla niej pytania - Mówisz, że z nią? Nie wierzę, że jesteś w stanie z kimkolwiek pójść...
A: Chyba coś mi przerywa i niewyraźnie cię słyszę! Co? Co mówisz? Halo? - z złośliwym uśmiechem odsunąłem od ucha telefon, słysząc jak wkurzona dziewczyna jeszcze coś mówi do słuchawki. Rozłączyłem się, pisząc na szybko sms z treścią "Kocham, nie dzwoń, porozmawiamy w domu". Po chwili otrzymałem odpowiedź, "Nienawidzę cię, cholero. Nie przeszkadzam, buziaki" . Schowałem telefon z powrotem do kieszeni i wróciłem do Koyori, siadając na miejsce. Uniosła głowę.
-Przepraszam jeszcze raz. Zapomniałem poinformować siostrę o tym, że może mnie nie być trochę dłużej niż ustalaliśmy - spojrzałem na towarzyszkę.
-Jeśli musisz już wracać, to nie ma problemu - zaznaczyła dziewczyna.
-Jest dorosła, nie muszę jej pilnować. Zresztą nie dopiłem jeszcze kawy - delikatnie uniosłem kąciki ust do góry - Może masz ochotę coś przegryźć? Szczerze mówiąc to zapachy na prawdę kuszą. Słyszałem od kogoś, że mają tu dobre drożdżówki i lody - oparłem się o blat stołu.

Koyori?
Postawię ci drożdżówkę xd

25 lut 2017

Od Aleca do Koyori

Kobieta minęła mnie jakby w pośpiechu. Nie uszło to mojej uwadze. Opuszczona głowa w dół albo oznaczała lekkie zdezorientowanie albo... Alec, daj spokój. Zaczynasz podejrzewać zwykłych ludzi o rzeczy, które ci powinny być bardzo znane. Lauren powtarzała to na okrągło. Do znudzenia jej słowa - to chyba twój największy problem - krążyły mi w głowie.
Odwróciłem głowę, próbując wyszukać w świetle latarni odchodzącej sylwetki dziewczyny, choć tak na prawdę bardziej interesowała mnie tajemnicza, ciemna postać, budząca uczucie niepewności i ciekawość. Telefon, który zabrzęczał w kieszeni kurtki zmusił mnie od oderwania się od własnych myśli. Spojrzałem na ekran, na jasną wręcz bladą twarz uśmiechniętej, czarnowłosej dziewczyny i jej roziskrzonych oczu. Czasem żałuję, że mam jej numer. Rosemary potrafiła dzwonić kilka razy za dnia o ile mnie nie widziała. Dobra z niej przyjaciółka, bo swoją upartością w działaniach potrafiła to przelać na motywację drugiej osoby. Jeśli dobrze ją znam to siedzi teraz w papierach i się nudzi.
Odebrałem, przykładając do ucha telefon z uśmiechem.
R: Halo? - jej zazwyczaj melodyjny głos, wydawał się teraz martwy.
A: Pomyliły ci się dni tygodnia? - uniosłem brwi do góry, widząc w dali światła miasteczka.
R: Uratuj mnie, bo inaczej strzelę sobie w głowę albo uduszę toną raportów, którymi zalała mnie Savara.
A: Dzisiaj dzień wolny, skarbie - odetchnąłem uszczęśliwiony, tym samym dogryzając jej tym argumentem, który miał spowodować odchylenie tematu pracy. Rosemary przez chwilę się nie odzywała, pewnie podnosząc swoją dumę na miejsce. Nie znosiła gdy odzywałem się ignoranckim tonem wobec niej i skutecznie to zwalczała. Czasem wydaje mi się, że za długo, za dobrze mnie zna, choć każde z nas wiedziało o poszczególnych tajemnicach, które skrywaliśmy. Było ich mało, o ile dałoby się nazwać dwie, małą ilością sekretów między sobą.
R: Nie igraj ze mną, bo nie wiesz kiedy się pojawię. A zmieniając temat, bo widać że za grosz z tobą teraz o papierkowej robocie... to dowiedziałam się czegoś fajnego z rozmowy Maxa i Darwina.
Pozwoliłem jej kontynuować, wychodząc na oświetloną uliczkę San Lizele.

15 lut 2017

Od Aleca

Podniosłem głowę do góry, badając spojrzeniem starą, idylliczną budowlę, zbudowaną w typowo angielskim stylu. To co wyrastało z ziemi zapewne kiedyś było pięknym ogrodem z tysiącami kolorowych kwiatów. O tej porze roku jedyne co żyło to uschnięte krzaki oraz obumarły bluszcz, obrastający przednią ścianę domu, a jednak nadal dodający jej uroku. Zafascynowany patrzyłem na każdy szczegół, zatrzymując się na kamiennej tabliczce wiszącej nad drzwiami z wyrytymi cyframi daty postawienia budynku. Dziwne było, że jeszcze ta stara, schorowana kobieta daje radę opiekować się tak dużym domem bez pomocy rodziny.
-Mam nadzieję, że jeszcze pamięta o naszym spotkaniu - Lauren wepchnęła mi w dłonie małe pudełko, owinięte zielonym papierem - Ostatnio jak ją widziałam wyglądała bardzo dobrze. Szkoda mi tej kobiety - dziewczyna zapukała w drzwi, gestem wskazując mi żebym podszedł bliżej.
-Dziękuję, że się zgodziłeś ze mną przyjść. Nawet nie wiesz jak ją tym ucieszysz - jej głos przycichł w oczekiwaniu na jakikolwiek odzew starszej kobiety.
-Zmusiłaś mnie, nie miałbym wyjścia - stanąłem przy niej gdy drzwi otworzyły się, a w nich pojawiła się na oko osiemdziesięcioro paro letnia kobieta.
Lauren uśmiechnęła się promiennie.
-Dzień dobry, pani Norris - uścisnęła staruszkę, odbierając ode mnie prezent i wręczając jej zielone pudełko.
-Och, witaj kochanie - siwowłosa ucałowała ją w policzek, przenosząc na mnie swoje zmęczone spojrzenie.
Ukłoniłem lekko głowę z dyskretnym uśmiechem, spoglądając na siostrę.
-To mój brat, Alec. Razem przyszliśmy panią odwiedzić. Podobno obchodzi pani osiemdziesiąte szóste urodziny.
Kobieta momentalnie odżyła jakby przybycie dwójki niespokrewnionych z nią osób było wydarzeniem co najmniej światowym. Jej dwoje niebieskich oczu zaświeciły, a palce mocno zacisnęły się na pudełeczku. Cieszyła się. Nie dziwne. Nie wiem jak można spędzić samotnie tyle czasu w jednym, ogromnym domu, kiedy wystarczyłyby spokojnie dwa pokoje, łazienka i kuchnia z małą spiżarnią. Tym czasem ona posiada trzy takie małe domki w jednym.
Dłonią wskazała salon, gdzie na stoliczku stała już cukierniczka i talerz z ciastami. Nic wielkiego, a jednak fakt iż mogła nas czymkolwiek ugościć wzbudzał  w jej sercu nieoczekiwane szczęście. Po drodze zdążyłem dowiedzieć się co nieco o jej zagmatwanej przeszłości. Urodziła się w bogatej rodzinie, gdzie ojciec był wysoko postawionym wojskowym, a matka pracowała jako zwyczajna sprzedawczyni w sklepie swojego wuja. Jednak musiała uciekać z ogarniętej przez wojnę Francji i osiedliła się wraz z dziećmi w Anglii. Męża już nigdy nie spotkała, tym samym pani Norris została pozbawiona ojca. Po wojnie została w domu swojej matki w małym miasteczku, gdy jej pozostałe rodzeństwo porozjeżdżało się po całym świecie. Poznała swojego pierwszego męża, z którym ma dwójkę dzieci, lecz ten pił, więc odeszła od niego. Miała przy tym nieprzyjemną sprawę w sądzie, którą wygrała i otrzymała ten oto dom. Dwie córki odwróciły się od niej, straciła z nimi kontakt. Potem poznała swojego drugiego męża, z którym posiadała trójkę dzieci. Synka i kolejne dwie córki. Jednak w wieku czterdziestu siedmiu lat, zmarł na raka, pozostawiając żonę z całym dobytkiem, który potem pooddawała dorosłym już dzieciom. One wyjechały, prawdopodobnie zapominając o schorowanej matce, której pozostał tylko ten dom i zmęczone życiem ciało.
Usiadłem na fotelu, spoglądając na Lauren, która wgłębiła się w rozmowę z panią Norris. Starałem się słuchać jej słów poświęcając całą swoją uwagę, lecz nieprzespane noce, które były powodem mojego przemęczenia nie pozwalały mi na utrzymanie pełnej świadomości. Oczywiście nie uszło to uwadze siostry, która od paru dni powtarzała o tym, że noce są od spania, a nie pracowania.
Jutro mam lżejszy dzień, wrócę wcześniej to się prześpię. Powtarzałem, lecz im bardziej utwierdzałem się w tym przekonaniu tym więcej miałem spraw na głowie. W pewnym momencie pewnie przekroczę granicę i ona przejmie pałeczkę.
-Nie mogę wam dużo zaoferować, ale herbatę chyba ze mną wypijecie - staruszka usiadła, kładąc na stolik filiżanki.
-Mamy cały dzień, a urodziny są raz w roku - Lauren spojrzała na mnie, posyłając mi spojrzenie, mówiące jakiej odpowiedzi oczekuje.
-Oczywiście - uśmiechnąłem się, obrywając butem w kostkę. Lauren siedziała uśmiechnięta i niewzruszona, choć doskonale wiedziałem o tym, że cała sprawa nie przeminie z wiatrem.
-Ostatnio dużo ludzi mnie odwiedza- ku naszemu zdziwieniu - Nawet przedwczoraj wpadła jakaś kobieta, pytając o chwilowe schronienie. Wyglądała na strudzoną, czemu miałabym jej zabronić przespać się na jedną noc... - ta jedna wypowiedź przyciągnęła moją uwagę bardziej niż pytanie o to jak się utrzymujemy z pensji mechanika.
-Tak po prostu pani ją wpuściła? - oparłem się łokciami o kolana z wielkim zainteresowaniem w oczach.
-Nie wybaczyłabym sobie gdybym jej nie pomogła. Była całkiem młoda, a co mi szkodziło - staruszka zaśmiała się pod nosem, a jej twarz jakby przez te parę chwil straciła na wieku zmarszczek.
-Mniej więcej o której godzinie...
-Pyszna szarlotka - wtrąciła się Lauren donośnym głosem, przyciągając tym samym uwagę kobiety, która zaczęła opowiadać jakie dokładnie składniki włożyła do ciasta.
Westchnąłem, odwracając spojrzenie od wymownych oczu siostry, wracając do dotychczasowego zajęcia jakim jest nieustanne myślenie. Dwa dni temu, brązowowłosa kobieta, która została zauważona na miejscu morderstwa była ścigana przez Rosemary, która wkurzona wróciła do biura i o mało nie rozwaliła całej gablotki z dowodami. Nie mogła znieść, że jakaś nadnaturalna jej uciekła i ślad po niej zaginął.
-Możemy chociaż przez weekend nie rozmawiać o pracy? - przede mną jakby znikąd pojawiła się twarz Lauren.
Wzruszyłem ramionami, nie rozumiejąc czemu czepia się o coś co należy do moich zadań oraz w części minimalnej do moich prywatnych obowiązków.
-Myślałem, że mamy już ustalone? - ściszyłem ton głosu, kątem oka obserwując siwowłosą kobietę.
-Niedokończone, Alec. Nie wiem... - jej ręce nerwowo uniosły się do góry - Może powinnam umówić cię z psychologiem. To się nazywa pracoholizm - stuknęła palcem o moją klatkę piersiową, napotykając moje rozbawione spojrzenie, które przyczyniło się do jeszcze większego rozdrażnienia z jej strony- Nie denerwuj mnie, bo ci się oberwie jak już wyjdziemy - przez jej twarz przebiegł cień uśmiechu - I wara mi wspomnieć cokolwiek o tej kobiecie, pracy... o czymkolwiek nie związanym z miłymi słowami, herbatą i spotkaniem - wróciła na miejsce, przybierając z powrotem serdeczną formę.
-Muszę się dowiedzieć - odparłem głośniej, patrząc na siadającą naprzeciwko dziewczyny staruszkę.
Brunetka nawet na mnie nie spojrzała, ignorując. Przewróciłem oczami, siadając obok i zagłębiają się w swoje myśli.

Po jakichś dwóch godzinach zmarnowanego czasu, wyszliśmy przed dom, żegnając się z poczciwą kobietą, obiecując że jeszcze wpadniemy. O ile nie zapomni. Z rękoma w kieszeni podszedłem do auta, patrząc na siostrę, która usilnie wpatrywała się w telefon.
-Może to nie mi przydałby się odwyk - moje kąciki ust delikatnie się podniosły w złośliwym uśmiechu.
-Cholera, musiałabym jechać do Agnes - dziewczyna nie zwróciła na mnie uwagi.
-Teraz? - uniosłem brwi, wiedząc że bez sprzeciwu oddam jej kluczyki od nowego Audi RS7, a sam ruszę ku przygodzie wzdłuż szarych uliczek aż do miasta, pewnie tak samo smętnego jak tutejsze rosnące drzewa.
Przygryzła wargę, kiwając głową z przeproszeniem w oczach. Plusem, że będę miał chwile spokoju.
-I tak miałem wybrać się na godzinkę biegania - westchnąłem, kładąc na dłoni Lauren kluczyki.
-Może na urodziny sprezentujesz mi jakieś małe autko - uderzyła mnie dłonią w ramię.
Posłałem jej wrogie spojrzenie, po chwili śmiejąc się pod nosem.
-Ty lepiej uważaj żeby cię policja nie zgarnęła - zapiąłem kurtkę, odprowadzając wzrokiem odjeżdżające auto, które już po chwili zniknęło mi z oczu.
Przez ten czas jaki spędziliśmy u pani Norris, na zewnątrz zrobiło się jeszcze zimniej niż dotychczas. Choć ta zima w Anglii nie była od samego początku obiecująca. Śnieg popadał w małym stopniu, a jak już zapowiadało się na prawdę biało to topniał, prowadząc do istnej masakry na leśnych ścieżkach. Buty wyglądały zawsze tak samo. Brudne i obłocone zalegały już od jakichś trzech dni w kącie przedpokoju. Lauren urwie mi za nie głowę.
Delikatny acz chłodny powiew wiatru musnął moją twarz, przyprawiając moją skórę o uświadomienie mi, że nie zmieniłem nawyku i nadal nosze ubrania, które nie są przystosowane do tej pory roku. Cóż, jest już połowa lutego, więc chyba byłoby bezsensowne wyciągać grubszą kurtkę, która od przeprowadzki wisi nieruszona na wieszaku w ogromnej szafie. Przez te parę miesięcy odkąd znaleźliśmy ten mały domek na skraju miasteczka, który samym sobą mnie zauroczył, zdążył już nabrać barw, o które tak się ubiegał. Z przykrością patrzyło się na ten zarośnięty ogród, który doznał miłości od Lauren już w zimie. Chociaż na piętrze, prócz naszych pokoi i łazienki nadal zalegało kilka kartonów to można powiedzieć, że zadomowienie się zostało ukończone. Zrobić tylko mały remont, o który tak bardzo ubiega się siostra i ...
Moje oczy podniosły się ku delikatnemu zarysowi sylwetki człowieka. Próbowałem wybadać w którą stronę idzie. Zbliżała się. Odruchowo cofnąłem dłoń, którą miałem w kieszeni kurtki, tak jakby wszelkie ruchy z pracy miałem przekładać na prywatność. Dziwne uczucie. A jeszcze dziwniejsze wydał mi się fakt, że ktoś tu chodzi. Ktoś normalny oczywiście. Mimo wczesnej pory, ponieważ słońce jeszcze było na niebie, co prawda jego słabe promienie ostatecznie dotykały ciemnej kory drzew. Jakiś dźwięk sprawił, że się odwróciłem do tyłu, szybko omotując spojrzeniem ścieżkę. Gdy wróciłem spojrzeniem przed siebie, nikogo tam nie było. Zmarszczyłem brwi, skręcając w stronę miasteczka. Pech czy nie pech, uderzyłem w kogoś, delikatnie się wzdrygając. Czyżbym nie słyszał kroków z tego wszystkiego?
-Wybacz - odruchowo rzuciłem w stronę nieznanego mi człowieka, przez chwilę zapominając o szarej dróżce i zamazanej sylwetki postaci.

Zapraszam do odpisu c;

Words burn so burns words. No one about the content ashes asks.

KONTAKT: izabelamoczado@gmail.com, Howrse: izusia321

Alexander "Alec" Matthew Harrington

25 lat | Mężczyzna | Łowca
Głos: Red
Opis: Alexander mógłby wydawać się zadowolonym z życia i roztargnionym chłopakiem z uśmiechem kroczącym przed siebie. Ma przyjaciół, których nie może zabraknąć na jego drodze oraz cele. Pomimo wszystkich niesamowitych rzeczy, jednak czegoś brakuje w tej cudownej osobowości.
Ten piwnooki mężczyzna to całkiem udany osobnik. Podobno im człowiek starszy tym bardziej zmienia się jego charakter oraz poglądy na świat. Staje się odpowiedzialny, wybiera tylko odpowiednie drogi dla siebie samego. Jednym słowem staje się poszarzałym egoistą. Co jeśli już jest się takim? Co jeśli zapomniało się całe swoje dzieciństwo, obudziło w nowym świecie, w którym jakby wstąpiła w twoje ciało nowa dusza z całkiem nowym charakterem, wymieniając zalety na wady i odwrotnie? Alec właśnie stwarza pozory egoisty, który otacza się szerokim murem nie do sforsowania. A jednak w tej twarzyczce niedostępności widać iskrę, która rozbudza w drugim człowieku nadzieję i zmusza go do przejęcia pałeczki. Chłopak nigdy nie należał do zmiennych charakterów, stara się być stały w uczuciach, wręcz ich nie okazywać. Budował na tej podstawie dotychczasowe życie i nie zamierza go psuć dla emocjonalnych rozgrywek losu. Dodatkowo jest to wymagane w jego zawodzie. Nie pozwala sobie na popełnianie błędów, jest perfekcjonistą i niezwykle cierpi gdy coś idzie nie po jego myśli lub przeciwko założeniom planu działania. Stanowczy i opanowany, doprowadza czyny do końca, wyszukując optymalnie najlepszą drogę. Jego ambicja nie raz przekraczała możliwości. Często stawiał sobie poprzeczkę zbyt wysoko, ale nawet łamiąc ją, nie stawał w miejscu i rezygnował. Nigdy nie rezygnuje. A gdyby musiał to ze względu na czyjeś dobro. Bo pomimo jego opryskliwości i wycofania to zależy mu na innych. Delikatna ironia losu. Często osoby z jego otoczenia zadają sobie pytanie czy w za tą czarną koszulką kryje się wrażliwa osoba, reanimująca skamieniałe serce chłopca z lat dzieciństwa. 
Szanuje zasady, których kurczowo się trzyma, lecz potrafi je naginać. Jest inteligentny i nie zawaha się przed zrobieniem, według innych głupstwa. Nie często się podporządkuje jeśli oczywiście takie słowo jak uległość znajduje się w jego słowniku. Mimo to jest dumny i arogancki, przyjmuje porażki statycznie, ale kto lubi uczucie upadania? Ciężko mu jest się przyznać do błędów, a na pewno wobec drugiej osoby. Będzie uparcie stawiał na swoją rację, a trudno przekonać go do zmiany decyzji. Jest to w pewien sposób irytujące, tak samo jak chłopak potrafi być uparty i denerwujący. Z natury bywa złośliwy, ale nie chce tym skrzywdzić żadnej osoby.
Odczuwa pewnego rodzaju żal do nadnaturalnych, ale nie potrafi określić dlaczego. Być może to przez utratę co prawda przybranych rodziców, ale jedynych ludzi, którzy choć na chwile dali mu poczucie bezpieczeństwa i miłości, której tak skrycie, ale usilnie szuka. Nie raz został zraniony fizycznie przez stworzenia silniejsze od ludzi. Uważa, że niektórzy nie zasługują na śmierć, a giną z rąk demonów. Widzi w ich zabijaniu jakiś cel, a jednak z drugiej strony odczuwa ucisk na sumieniu. Nie jest do końca przekonany o słuszności pozbywania się nadnaturalnych co poważnie może mu zaszkodzić jako znakomitemu łowcy. Choć jego przyjaciółka jest święcie przekonana, że robi dobrze to on sam nie raz zastanawiał się nad tą rzeczą.
Chodzi swoimi ścieżkami, bo to chłopak niezależny i buntowniczy. Można się z nim dogadać o ile potrafisz z nim rozmawiać. Jest szczery i krytycznie nastawiony do kłamców, dlatego wychodzi z założenia, że wolałby dowiedzieć się najgorszej prawdy niż żyć w kłamstwie. Co tyczy się również osób otaczających jego samego. Jest godny zaufania, tego nie można mu zarzucić, choć on sam nie posiada go za dużo w stosunku do reszty tego społeczeństwa. Raczej przebywa w gronie znajomych, których zna i przy których się otwiera. Z egocentrycznego dupka staje się przyjacielem, który powie ci prawdę i wesprze w ciężkich chwilach. Gdy upadniesz będzie się śmiał, lecz zaraz potem podbiegnie i ci pomoże jak tylko potrafi. Nie jest złym człowiekiem tylko musi odnaleźć w sobie część duszy, która pozwoliłaby mu uwierzyć w jego umiejętności porozumiewania się z ludźmi.
Alexander to dobry strateg, nic nie robi pochopnie, dlatego też uważany jest za przykład łowcy. Opiera się na pracy zespołowej, ale działać sam także potrafi. Szanowany wśród innych, łatwo zdobywa zaufanie ofiary, precyzyjnie potem ją uśmierca. Przywykł do ciężkich warunkach, także nic nie jest w stanie go zatrzymać. Najczęściej używa swojego łuku oraz strzał, których groty różnią się. Każda jest dla innego nadnaturalnego. 
Posługuje się równie sprawnie białą bronią. Palnej używa rzadko i tylko w ostateczności, ale nie zmienia to faktu, że ma ją cały czas przy sobie. Jest podstępny i używa swojego sprytu oraz przebiegłości. Ceni sobie przyjaźń, wierny swoim ideałom.
A jednak posiada tą wrażliwość. Ma niezwykły talent do zdjęć, w które wkłada całego siebie. Zauważa najmniejsze szczegóły, które mają wpływ na estetykę. Tak samo jak w życiu. Wtedy można zauważyć delikatny uśmiech na jego twarzy i rozweselone oczy, choć nie tylko w takich momentach. Alec jest kreatywny, choć romantyczności posiada w sobie tyle co nic. Nie dziwne skoro nie lubi, gdy ktoś przewierca go na wylot. Sam przyznaje się do tego, że nie lubi wszelkich restauracji i tłumów. Stara się nie wyróżniać z tłumu. Zachowuje dyskrecję, którą od tak dawna szlifuje. Jednak cechy łowcy w nim dominują.
Jego kształtnej buźce największego uroku dodają duże, piwne oczy, które odzwierciedlają delikatnie jego część duszy i osobowości. Tak przejmujące i tajemnicze spojrzenie posiada mało kto, a chłopak potrafi na prawdę patrzeć na druga osobę wyjątkowo. Choć większość odbiera to jako pogardliwe i rozżalone. W jego źrenicach można utonąć. Ogromne i kruczoczarne kółka, otoczone zielonymi obwódkami tak głęboko patrzące komuś w oczy.
Włosy to największa tragedia życia, jak sam Alec je nazywa. Z wszelkiego układania zrezygnował, najczęściej szybko je przeczesze ręką, bo tych diabłów nie da rady uspokoić. Syzyfowe prace. Zawsze kilka kosmyków opada mu na czoło, lecz to chyba dodaje mu tylko uroku. Czarne jak noc idealnie komponują się z ubiorem chłopaka, który raczej również stawia na stonowane kolory.
Jego ładnie zarysowane ciało pokrywają tatuaże w kształcie run. Z zamiłowania zdecydował się na takie nie inne. Swój pierwszy w życiu tatuaż zrobił w wieku siedemnastu lat. Matka dostała zawału jak go zobaczyła. Wkrótce zaczęło ich przybywać.
Jest umięśniony, w końcu musi spełniać jakieś wymagania w zakresie swojego nietypowego zawodu. Posiada 195 centymetrów wzrostu, a jak na chłopaka po dwudziestce w tych czasach to chyba normalne. Jeśli nie bywa na codziennych treningach to znaczy, że dzieje się coś niedobrego. Albo po prostu przesiaduje w otoczeniu przyjaciół lub przy alkoholu, którego nie odmawia. Jak każdy mężczyzna ma słabość do kobiet, lecz nie jest przewidywalny, więc wie, że te potrafią pokazać swoje prawdziwe oblicza. 
Szarmancki i z całą pewnością obchodzi się co do nich z należytym szacunkiem, ale i ostrożnie. Nigdy nie wiadomo gdzie schowany jest nóż.
Jako przedstawiciel perfekcyjności, zawsze czysty i ogolony. Nie wyjdzie ci z łazienki póki nie odbędzie codziennego rytuału, a potrafi tam siedzieć dosłownie godzinę o ile mu się nie spieszy. Zarost zupełnie do niego nie pasuje, choć i tak można go spotkać na mieście. Nie wygląda na swój wiek, nikt nie dał by mu dwadzieścia pięć latek, a chłopak wydawałby się nie starzeć wcale i nie tracić wspaniałej formy. To kolejny plus. 

Pupil: Tina

Stosunki: 

  • Samantha Eliza Harrington - czterdziestosiedmioletnia kobieta o pięknych niebieskich oczach i blond włosach. Potrafiła kochać wszystko i wszystkich, a nawet adoptowanego, jedynego syna. Pracowała jako projektantka mody, później rezygnując z posady zaczęła zajmować się fotografią, tym samym zamiłowaniem zarażając Aleca. Oficjalnie zginęła w wypadku samochodowym, jednak w aktach łowców wyraźnie zaznaczone jest, że ofiara miała rozszarpane gardło i podrapane całe ciało.
  • Samuel Harrington - dwa lata starszy partner Samanthy, szanowany przedsiębiorca oraz polityk. Stanowczy i rygorystyczny, do wszystkiego podchodził sceptycznie, nawet do swojego adoptowanego syna, którego kochał. Załamał się niestety po śmierci żony, wkrótce również został zamordowany w pubie za rogiem.
  • Lauren Harrington - młodsza siostra Aleca, mieszkająca wraz z bratem i studiująca medycynę. Utrzymują bardzo dobre kontakty, choć nieraz narzeka na nadopiekuńczość brata. Jest rodzoną córką Harringtonów.
  • Rosemary Jennings - rok młodsza przyjaciółka Alexandra, również należąca do łowców. Jest nieobliczalna i wybuchowa co sprawia, że para idealnie się dopełnia. Wraz z Alecem znają się od dziecka, razem dorastali w przytułku i razem też szkolą się w dziedzinie łowcy.
Ciekawostki:

  • Broni palnej używa rzadko, zazwyczaj trzyma ją w pogotowiu przy plecach, za kurtką. Sądzi, że o wiele łatwiej używa się białej broni oraz łuku. Są bardziej perfekcyjne, a w dodatku trzeba się namęczyć żeby stworzyć takie cudo.
  • Interesuje się motoryzacją, dlatego nie dziwny jest fakt iż chłopak posiada motor.
  • Uwielbia marcepan i kawę.
  • Jest adoptowany, swoich prawdziwych rodziców bardzo dobrze pamięta pomimo, że wiedział ich ostatni raz w wieku siedmiu lat, gdy oddawali go do domu dziecka. Nie wie co się z nimi dzieje i raczej nie zamierza wgłębiać się  w te sprawy.
  • Grywa na wielu instrumentach, ma zdolności manualne, a najbardziej zafascynowany jest fotografią.
  • Ateista od szesnastego roku życia.
  • Potrafi rozmawiać w wielu językach, najlepiej czuje się w hiszpańskim, którego akcent czuć w niemal każdym wyrazie ze względu na swoje korzenie. Opanował nawet rosyjski i polski, choć twierdzi, że to istne połamanie języka.
  • Tańczy. Dokładnie to taniec klasyczny. Żaden nowoczesny, bo uważa, że partnerkę najlepiej mieć przy sobie, nie dalej.

[Buźki użyczył Matthew Daddario. Postać oparta na pomyśle twórcy, nie tworzona na podstawie roli granej przez aktora]