Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lunaye. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lunaye. Pokaż wszystkie posty

8 maj 2018

Od Lunaye do Isaaca

Jak bardzo boli rozstanie? Wiele kobiet mówi, że to gorsze niż poród. Nie mogę przyznać im racji ani też zaprzeczyć, bo sama nigdy tego nie doświadczyłam. Mogę tylko przypuszczać jakie to okropne, skoro jest do tego przyrównywane. Zresztą to samo z rozstaniem. Bo jak można nazwać ból po czymś co nigdy związkiem nie było? Ja, jakby się nad tym zastanowić, powiedziałabym, że boli to podobnie do roztrzaskanej szklanki. Takiej, którą trzymało się w dłoni w momencie, w której pękła. To podobne do uczucia krwi spływającej po ręce, bólu od wbitego szkła i zaskoczenia, że udało się szklankę dosłownie zgnieść. Tylko, że te wszystkie odczucia były gdzieś tak w środku mnie, w okolicy serca, ale nie dosłownie. Bardziej wgryzały się w świadomość przez co ból był mniej znośny.
Chociaż muszę powiedzieć, że bardziej czułam żal do siebie aniżeli do osoby, której nie potrafiłam wyrzucić z myśli.W mojej głowie odbywało się nieskończone przedstawienie, ale zacięte na jednej scenie z mojego życia. Z jednej strony cudownej, a z drugiej strony cholernie bolesnej. Bo jak mogłam być taka łatwa? Jak mogłam do czegoś takiego dopuścić?
Nie umiałam sobie odpowiedzieć na to pytanie, moje łzy również. Albo to deszcz? Chociaż w sumie woda, w jakiejkolwiek postaci, raczej nie potrafi mówić. A już z pewnością nie zna się na takich sprawach. Westchnęłam głęboko i podniosłam głowę. Z nieba, które w trakcie mojego rozmyślania zdążyło zmienić barwę na ciemniejszą, a chmury zastąpić gwiazdami, leciały krople, które z każdą chwilą gęstniały i robiły się coraz cięższe. Ile czasu ja tak siedzę? Spojrzałam na motocykl na którym siedziałam. Przynajmniej nie będę musiała go myć. Westchnęłam ponownie. Z włosów krople zaczęły spływać mi na koszule. Przeszedł mnie dreszcz. Faktycznie, wybiegłam z kawiarni tak jak stałam. Pojechałam, dodając gazu stanowczo wbrew przepisom, w najdalsze miejsce jakie przyszło mi do głowy. I tak oto tkwiłam siedząc na dwukołowcu, w środku nocy, pod latarnią w parku, płacząc. Właśnie... sama się sobie dziwiłam, że mój organizm potrafił w sobie znaleźć taki zapas płynu by dalej go bezsensownie marnować. Lecz nie potrafiłam tego kontrolować, samo leciało wcale nie przynosząc upragnionej ulgi. Opuściłam głowę już po raz kolejny tego dnia. Jedyny dźwięk jaki był wokół mnie to krople deszczu opadające ciężko na zalany już chodnik i przejeżdżające co jakiś czas auta, chodź je akurat słyszałam w oddali. Były mi totalnie obojętne, jak wszystko w tamtym momencie. No może nie do końca. Bo nagle usłyszałam czyjeś kroki i to dość niedaleko. Wzdrygnęłam się i już miałam podnieść głowę ale...
- Jesteś śmieszna - uśmiechnęłam się szyderczo do samej siebie - Co w tym dziwnego, że ludzie chodzą po parku?
No właśnie, skarciłam się dodatkowo w myślach i odetchnęłam. Zrobiłam się zbytnio nerwowa. Pokręciłam głową upewniając się w swojej racji. Gdy nagle...
- Hej...? Wszystko okay? - nagle usłyszałam głos. Podniosłam się gwałtownie prawie wywracając się o własny motocykl, który zachwiał się gwałtownie. Złapałam go odruchowo i kucnęłam by upewnić się, że wszystko w porządku. Włosy przykleiły mi się do twarzy tak, że musiałam je odgarnąć by dostrzec do kogo należał głos.
- Ehkem... raczej... tak - wydukałam. Nieznajomy zaśmiał się i spojrzał na mnie litościwie.
- Nie wyglądasz - stwierdził mężczyzna i wyciągnął dłoń by pomóc mi wstać. Dopiero gdy stanęłam na równe nogi byłam w stanie mu się przyjrzeć. Pierwsze co spostrzegłam to cudownie niebieskie oczy. Hipnotyzowały swoją głębią, na dwie sekundy straciłam kontakt z rzeczywistością.
- Może faktycznie - otrząsnęłam się i spuściłam wzrok. Rzeczywiście w totalnie przemoczonej białej koszuli i czarnych brudnych spodniach mogłam nie prezentować się zachwycająco. A jeśli doliczyć do tego w stu procentach rozmyty makijaż i kosmyki włosów przylepione do policzków... można stwierdzić, że wyglądałam jak porażka życiowa. I w sumie dokładnie tak się czułam.
- Chodź, tu obok jest bar. Chociaż trochę wyschniesz zanim udasz się do domu. - powiedział.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Nie dzięki - zdałam sobie sprawę, że dalej trzymam go za rękę. Od razu ją zabrałam... niezręcznie. - Potrafię o siebie zadbać, ... em...?
- Isaac - dodał.
- Isaac. Tak, właśnie. Ja się będę zbierać... - obróciłam się w stronę maszyny by jak najszybciej się stąd oddalić.
- Na motocyklu? Kiepski pomysł jeśli jesteś cała mokra.
W sumie miał rację. Zatrzymałam się wpół kroku.
- W porządku, ale tylko posiedzę trochę. - oświadczyłam.
- Okay...
- Lunaye - przedstawiłam się krótko.
- Okay, Lunaye.

dwie godziny później...

Śmiałam się jak głupia. A to nie zdarzyło się od około tygodnia. Czułam się dobrze, choć może to brzmieć pretensjonalnie. Normalnie nawet nie weszłabym do miejsca takiego jak to, a już na pewno nie z przemoczoną koszulką do tego stopnia, że było mi widać biustonosz. A już na sto procent nie wzięłabym tu ani jednego łyka alkoholu. 
- Jeszcze jedną kolejkę poproszę - krzyknęłam chyba zbyt głośno, do barmana. 
Razem z Isaac'iem siedzieliśmy przy barze i rozmawialiśmy w najlepsze. Nie sądziłam, że taki dobry okażę się z niego kompan. A co jeszcze dziwniejsze, kiedy opowiedziałam mu o moim fatalnym przypadku pierwszego pocałunku i o tym jak fatalnie się czuje... od razu zrobiło mi się lżej na sercu.
- Naprawdę  masz spust - stwierdził mój niebieskooki towarzysz spoglądając z powątpiewaniem na stojący przede mną kolejny kieliszek.
- Normalnie tyle nie piję - odparłam z uśmiechem. Poprawka, ja w ogóle nie piję. A jeśli już to na pewno nie takie ilości. Mogę w myślach spokojnie odhaczyć, że oszalałam. Ale tak samo jak rozmowa z Isaac'iem pomagała, tak i kolejne mililitry alkoholu potęgowały to błogie uczucie jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyłam. Więc w tamtym momencie moje domniemane szaleństwo było mi szczególnie obojętne. 

Isaac?

7 sty 2018

Od Lunaye do Ezequiela ~*Pomyłkowa współpraca*~ [temat 2 cz.1]

Jak to jest jednocześnie rozczarować się na maksa, a mimo to cieszyć się jak idiotka? W sumie nie miałam pojęcia, że te dwa sprzeczne uczucia mogą współgrać. Tfu, współgrać? Bardziej pasuje tutaj stwierdzenie "istnieć". Tak, i właśnie te dwa odczucia istniały w mojej głowie kiedy jakieś piętnaście minut temu zobaczyłam stojącego kilka metrów ode mnie pana St. Claire- Varcas. Poza tym, że nie znałam kogoś, kogo pełne imię i nazwisko, jeśli wymawiało się razem, stanowiło istny łamaniec językowy, to właśnie Ezequiel znajdował się na miejscu zdarzenia, zbrodni, jak zwał tak zwał. Tyle że tą sprawę przypisano mnie. Właśnie, mnie, nie jemu. Zagotowało się we mnie momentalnie. Do samego bezgłowego jeźdźca nic nie miałam, ale do tego, że panoszy się tam gdzie nie trzeba, już tak. To miała być moja pierwsza indywidualna sprawa, bez patrzenia na rączki przez przełożonego, bez bzdetnych rad, bez pouczania i tak dalej. Poza tym naprawdę potrzebowałam czegoś by oderwać swoje myśli od Dimityra, bo dręczył mnie nieustannie gdy tylko zamykałam oczy. I gdy wreszcie nadarzyła się ku temu idealna okazja, oto co mnie spotyka, ugh.
Podeszłam wymijając ludzi pana detektywa.
- Chyba zaszła pewna pomyłka - powiedziałam bez ogródek wbijając wzrok w Ezequiel'a. - Nie wiem co tu robisz, ale radzą Ci byś zabrał swoich ludzi. Wiem, że zazwyczaj jesteś pierwszy jeśli się coś dzieje, ale to moja sprawa i moje pole działań.
Zmierzył mnie wzrokiem, po czym zakładając ręce na piersi przewrócił oczami.
- Tak się składa, że mnie tu wezwano i zlecono zbadanie poszlak więc panienko... - tutaj się zawiesił jakby próbował przypomnieć sobie moje imię. Naprawdę? - ... Moonware...? Proszę więc nie przeszkadza mi w pracy.
Dobre sobie.
Po czym odwrócił się i jakby nigdy nic ruszył w stronę porozwieszanych taśm policyjnych.
- Ezequiel! Nie skończyłam! - krzyknęłam za nim i szarpnęłam za rękaw, po który ledwo zdążyłam sięgnąć. Szybki jest cwaniak. Posłał mi lodowate spojrzenie.
- Nie pozwalaj sobie podlotku - syknął i wyrwał się z mojego uścisku.
- Nie wyjeżdżaj mi tutaj z "podlotkiem" - odwarknęłam - tak się składa, że jestem łowcą - wyciągnęłam odznakę zza koszulki i pokazałam mu ostentacyjnie. - Umiesz czytać? PEŁNOPRAWNYM. Lunaye Moonware. A ta sprawa jest podpisana moim nazwiskiem w centrali więc z łaski swojej...
- Nie, nie będę spieprzał - dokończył za mnie.
- Wcale nie to chciałam powiedzieć! - oburzyłam się. To robiło się coraz bardziej pretensjonalne.
- Słuchaj Lunaye, wezwano mnie tutaj, więc nie bez powodu, a u ciebie w centrali musieli sie pomylić, zresztą nie po raz pierwszy - stwierdził.
- Ugh, daruj sobie "uprzejmości" i z łaski swojej mnie przepuść bo chciałbym pracować. A to co uważasz akurat mało mnie obchodzi. Przejmuje dowodzenie.
Zaśmiał się na moje słowa, choć bardziej pasowało by tutaj pojęcie "prychnął niczym kot". Czy on na pewno nie miał pokrewieństwa z kotołakami?
- "Przejmuje dowodzenie", nie rozśmieszaj mnie. A jakie ty masz doświadczenie, co? Bo nigdy wcześniej nie widziałem cie w akcji. Odczep się więc i daj pracować tym co jakieś mają.
Stanęłam jak wryta. Kolejna osoba, która uważa, że nie nadaje się do pracy w terenie. Brak doświadczenia? A kiedy miałabym je pozyskać kiedy na mojej drodze stoi właśnie bezgłowy jeździec, co akurat by się zgadzało, bo jak i bezgłowy tak i bezmózgi.
- Słuchaj ważniaczku, zgłoszono tutaj napaś nadnaturalnego a tym zajmują się łowcy. Mam powtórzyć? Proszę bardzo, ŁOWCY. A tak się składa, że do nich należę więc to ty się odczep. Nie musisz się wszędzie wtykać. Nie wszędzie jesteś potrzebny.
- Dobra już, zamknij się bo mam dość twojego jazgotu młoda, dzwonię do przełożonych!
- Świetnie!
- Świetnie!
Wyciągnął zamaszystym ruchem telefon z kieszeni i wybrał numer. Odeszłam kawałek bo nie mogłam znieść już jego obecności. Co za buc! Kątem oka mogłam dostrzec, że zatacza niespokojnie kółka, wymachuje rękami i podnosi głos. Nie byłam wstanie jednak dokładnie zrozumieć co. Niezbyt zresztą skrycie liczyłam na to, że wygłasza swoje niezadowolenie, że musi się stąd wynosić, że zaszła pomyłka i, że nie jest tu potrzebny. Półuśmieszek satysfakcji już miał zabłysnąć na mojej twarzy gdy spostrzegłam, że idzie w moim kierunku chowając po drodze telefon. Nie był zbyt zadowolony, ha, dobrze mu tak!
- Mam dobrą i złą wiadomość, paniusiu - postanowiłam przemilczeć jak mnie nazwał i założyłam ręce na piersi. - Dobra, dla mnie, jest taka, że zostaje... Aczkolwiek zła taka, że zostajesz razem ze mną. Wezwano nas oboje i mamy współpracować. Więc jeśli spuścisz z tonu to może nie będę żałował tego czasu.
Westchnęłam zrezygnowana. Ja? Z nim? To nie może sie dobrze skończyć...
Wyciągnęłam z niechęcią rękę
- A jeśli ty nie będziesz się zachowywał jak mój dziadek kiedy ma niestrawność  - podniósł jedną brew - to zgoda.
Liczyłam, że jednak mimo wszystko się dogadamy, bo nie chciałabym by moja pierwsza sprawa skończyła się fiaskiem.

Ezequiel? To co uścisk dłoni?
Troszkę wyszłam z wprawy xd

1 sty 2018

Od Lunaye do Dimityra

Moje serce zatrzymało się na ułamek sekundy, a ciało przeszedł dreszcz. Poczułam spojrzenia na sobie, wyrwałam mu się. I uderzyłam. Coś we mnie pękło. Co on sobie myśli?!
- Nie dotykaj mnie! - mój głos wybrzmiał na całą kawiarnie, a jego ton był wyższy niżbym sobie tego życzyła. Westchnęłam z pogardą dla samej siebie, ale też dla niego. Zmierzyłam go wzrokiem. Stał przede mną jakby czekał na coś, co uważa, że mu się należy. Satysfakcja? O nie, nie dzisiaj, "mój drogi" - Myślisz, że co? Pójdziemy porozmawiać i powiesz coś w stylu - starając się go naśladować, kładąc nacisk na niektóre słowa wycedziłam- "Oh, księżniczko, nie przejmuj się, że cie pocałowałem. To tylko zabawa! Dla mnie to nic takiego, wiesz, norma. No nie mów, że ci się nie podobało...!"... I wszystko będzie tak jakby nic się nie stało? Otóż wyobraź sobie, że się stało, a ja nie jestem jakąś tanią dziwką, dla której takie rzeczy nic nie znaczą! Znaczą, więcej niż przypuszczasz. I może zmiękłam, może przez sekundę coś czułam i żałuje. Żałuje, że dałam się "rozbroić". Brawo, gratuluję! Możesz to sobie odhaczyć. A skoro osiągnąłeś cel, to czego ode mnie chcesz?
Ja naprawdę to powiedziałam? O boże...
Słowa polały się jak rzeka. Okropne uczucie, że z każdym słowem coś we mnie uświadamiało mi, że faktycznie, to co mówię ma sens i mogę mieć racje. Dla niego pogrywanie z dziewczynami to chleb powszedni. Dzisiaj ta, jutro inna. Tyle, że ja nie należałam do takich dziewczyn. Nie należałam do jego fanklubu, nie byłam jedną z tych kobiet, które były by zachwycone tym pocałunkiem. Znaczy... może na początku byłam. Nigdy nie czułam czegoś takiego, nigdy wcześniej się nie całowałam w zasadzie. A on skradł ten pierwszy, jedyny, który chciałam podarować komuś kogo kocham. Przywłaszczył go sobie, i nie żałowałam, bo tamta chwila była magiczna, sprawił, że poczułam się cudownie, a sam pocałunek był lepszy niż moje wyobrażenia o całowaniu. Ale... Właśnie, tutaj pojawia się owo "ale", które zniszczyło tamtą chwilę. Nie oczekiwałam po nim niczego więcej niż wytłumaczenia dlaczego to zrobił. Odpowiedź "nie wiem" byłaby by bardziej satysfakcjonująca niż jego. Rzucił tanim tekstem i wyszedł. Poczułam się dosłownie jak jakaś tania lalunia. Magia uleciała w jednej sekundzie, a kolejne dni były wręcz katorgą. Nie potrafiłam na niego spojrzeć, a może dokładniej nie potrafiłam, nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Starałam się unikać by, nie usłyszeć słów, które i tak padły. Słów, które otworzyły świeżo zagojoną ranę. "Znasz mnie, wiesz, że lubię czasem sobie poflirtować z kobietami"."...to, że cię pocałowałem nic nie oznaczało."  Właśnie, znam go. Zdążyłam zauważyć jaki jest, zdążyłam napatrzeć się na to jak rzuca swoje wręcz karykaturalnie słabe teksty na podryw, zdążyłam spostrzec, że to nic dla niego nie znaczy. A co najgorsze? Było w nim coś, co przyciągało mój wzrok, moją uwagę. Widziałam to wszystko i denerwowało mnie to, że taki jest. To, że nie traktuje nic poważnie. A dla mnie to co zrobił miało znaczenie, dla mnie takie coś było ważne. Dla mnie to nie był "tylko pocałunek". Nie jestem taka.Nie potrafiłam nie być zła słysząc, że to co robi też nie ma dla niego znaczenia większego niż ścierka którą teraz kurczowo ściskałam w dłoni. I tak właśnie znaleźliśmy się w centrum zainteresowania kawiarnianych gości. Było mi wstyd, policzka piekły mnie od kolejnego rumieńca. Byłam zła, byłam wręcz wściekła, że pozwoliłam mu się do mnie zbliżyć. Czując jak mnie zatrzymuje byłam pewna, że znowu chce mnie wciągnąć w swoją grę. Tyle, że tym razem sytuacja była inna. To już nie było zaplecze, już nie chciałam mu zaimponować, już nie chciałam by dostrzegł, że nie jestem inna niż wszystkie laski. Dla niego bez różnicy, dla niego każda dziewczyna jest taka sama.
Napięcie między nami można było kroić. Spojrzałam na niego. Nie umiałam go odczytać, nie wiedziałam co on teraz zrobi. Jego prawy policzek zaczął nabierać lekko bordowego koloru.
Skierowałam wzrok na jego oczy. Był poważny, po raz pierwszy widziałam by on był poważny. Czyżby uderzyły go moje słowa...? Już otwierał usta by coś powiedzieć, lecz przerwałam mu. Mimo wszystko to była sprawa między nami... Jak mogłam pozwolić sobie na taki brak profesjonalizmu. Dotknęłam kieszeni w spodniach. Poczułam kluczyki. Mój ruch.
- Przeproś gości za ta sytuację - rzuciłam wyjmując argument i machając mu nim na pożegnanie.
Kiedy tylko zrobiłam krok w stronę drzwi już żałowałam tej decyzji. Chciałam z tej sytuacji wybrnąć z godnością, ale znowu wyglądało to na ucieczkę. Część mnie chciała zostać i z nim porozmawiać, liczyła, że jednak naprawdę przeprosi, cząstka mnie tego pragnęła, albo chociaż powie coś... nie wiem. Co nie sprawi, że będę się czuła jak zabawka, jak rzecz, bez większej wartości. Wyszłam z lokalu i nie zatrzymując się, nie obracając, wsiadłam na motocykl, włożyłam klucz do stacyjki i sięgnęłam po kask. Trzymając go w rękach poczułam jak coś mokrego spływa mi po policzku. Czyżby padało, spojrzałam na niebo. Świeciło słońce. Super, czyżbym była aż taka miękka? Spuściłam głowę, pozwoliłam włosom luźno opaść na boki, a gorzki uśmiech wdarł mi się na usta. Wyłączyłam się. Nie obchodziło mnie czy ktoś patrzy, czy przechodnie zwracają na mnie uwagę. Dlaczego ta cała sytuacja wymknęła się spod kontroli. I dlaczego wciąż moje myśli dalej krążyły wokół tego idioty...? Jedynej osoby, którą chciałam mieć gdzieś, a nie potrafiłam. Mój ruch wcale nie przyniósł mi satysfakcji.

Dimityr? 
Ja też wypadłam z rytmu, ale dalej cieszy mnie, że możemy kontynuować. Waiting for next~

30 sie 2017

Od Lunaye do Dimityra

| podczas czytania polecam słuchać tego > ♫ |

Zamrugałam ze zdziwienie. Dimityr łowcą? Interesujące. Ale naprawdę w porządku. To wyjaśniało jego posturę i pewne siebie zachowanie.
- Bo widzisz... Ja też jestem łowczynią.  - wyznałam. Choć wątpiłam, że w to uwierzy, ponieważ moja postura co najwyżej pasowała do sekretarki w biurze komendanta. Jednak musiał mi uwierzyć, zależało mi na tym by mi uwierzył. Może choć raz spojrzałby na mnie inaczej niż na inne laski. Co? Chwila! Nie o to mi chodzi, chodziło mi o jego podziw i szacunek. Nic innego, naprawdę, nic innego!
- Ale taką co siedzi za biurkiem, tak? - zaśmiał się Dim z lekkim niedowierzaniem w spojrzeniu.
- Nie - powiedziałam od razu - Może nie jestem starym wyjadaczem, ale na pewno nie dałabym się posadzić za biurkiem - założyłam ręce na piersi. On zawsze musiał wpleść swoje pseudo żarciki, zawsze musiał sprawiać, że się tłumaczę. A to przecież on wniósł do mnie do kawiarni broń i to on powinien być przesłuchiwany. Czemu to on zadawał pytania? Heh, poza tym mógłby chociaż założyć koszulkę, serio. Aktualny stan rzeczy mimo wszystko utrudniał skupienie się na rozmowie.
- Taka laleczka z bronią w ręce? Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić - powiedział sięgając po torbę i obracając się do mnie tyłem. Prychnęłam. On się zaśmiał. Kolejna osoba lekceważąca mnie tylko po tym jak wyglądam.
- Uważasz, że się nie nadaję? - zapytałam, chociaż dokładnie znałam odpowiedź. W myślach już ją  słyszałam, jego powątpiewający ton i ten uśmieszek. Można by powiedzieć szyderczy, ale nie był aż tak intensywny, bardziej rozbawiony, może bardziej kpiący. Nie umiałam tego określić. Wiedziałam tyle, że mnie denerwował, choć nigdy nie byłam w stanie powiedzieć tego na głos. Może nie denerwował mnie aż tak bardzo.
- Tego nie powiedziałem - mruknął grzebiąc w szafce, zbił mnie z tropu. Zmierzyłam jego osobę wzrokiem. - Powiedziałem, że nie potrafię wyobrazić sobie królewny z bronią wymierzoną w czyjąś głowę - pokręcił głową. Prychnęłam ponownie. Nie wyobrażasz sobie? No zobaczymy, pomyślałam. 
- Mówisz? - oparłam się o szafkę obok jego. Spojrzałam mu przez ramię. Za to co miał w torbie mogłabym go posądzić o co najmniej próbę zamachu. Moje spojrzenie przyciągnęła mała bestyjka zwana P250, czarna owieczka wśród jego srebrnej artylerii. Uśmiechnęłam się zwycięsko. Z pełną premedytacją nadepnęłam mu piętą na prawą stopę. Zdezorientowany spojrzał na mnie i zrobił krok do tyłu, w tym samym momencie sięgnęłam do jego torby "pożyczając" sobie czarne cacko.
- Co ty odwalasz? - zapytał wbijając we mnie wzrok i przygryzając wargę. Kurde, spodobał mi się ten widok. 
- Dalej nie wyobrażasz sobie mojej osoby z bronią? - powiedziałam naśladując jego uśmieszek z serii "Jestem zajebisty". Podniosłam lufę na wysokość jego głowy. - I jak wyglądam? - uśmiechnęłam się. Wcale nie zamierzałam strzelać, po prostu chciałam zobaczyć jego reakcję. I wydaję mi się, że dobrze o tym wiedział, bo również się uśmiechnął tym swoim cudownym sposobem. Zrobiłam w końcu coś, czego by się po mnie nie spodziewał. Wątpię również by którakolwiek z panienek jakie znał postawiłaby go pod ścianą, bezbronnego bez koszulki. Okay, może niekoniecznie, bo przecież nic mu nie groziło, aczkolwiek widok był satysfakcjonujący. Mega satysfakcjonujący i lekko pociągający. Dimityr wcale się nie obawiał, stanął z opartymi o biodra rękami, jego mięśnie były naprężone, a spojrzenie zadziorne. O, kurde. Przygryzłam wargę.
- Wyglądasz seksownie - powiedział bez ogródek patrząc mi prosto w oczy. Że... co proszę? Zbił mnie z tropu, opuściłam broń o kilka centymetrów, czułam jak rumieniec wstępuje na moje policzki. - Ale wiesz, że broń to nie zabawka? - zaśmiał się i podszedł do mnie. Spojrzałam w jego oczy i chyba w tamtym momencie przepadłam. Były tak intensywnie niebieskie i głębokie, że nie umiałam się od nich oderwać. Jego wzrok był tak przeszywający, że czułam jak ciarki przechodzą mi po plecach. Położył rękę na moich i opuścił je całkowicie, broń upadła, poczułam jak mimo woli wysuwa mi się, usłyszałam jej brzęk na podłodze. Dimityr po raz kolejny przyparł mnie do szafek, wsunął rękę na moje plecy i przyciągnął do siebie. Nie protestowałam, nie odpychałam, choć ręce miałam na jego klatce piersiowej, pod palcami czułam jego ciepło i bicie serca. Czułam niemoc, nie umiałabym go odsunąć, ale nie byłam pewna czy w tamtym momencie tego właśnie chciałam. W sumie wręcz przeciwnie, jakaś niewidzialna siła przyciągała mnie do niego jeszcze bardziej, chciałam być bliżej, mimo, że dzieliło nas może kilka milimetrów. Patrzyliśmy sobie w oczy, czułam jego oddech na swojej twarzy. W około była totalna cisza, ale nie była niezręczna, w powietrzu było napięcie, którego chyba żadne z nas nie chciało zrywać. Nie wiedziałam nawet czy oddycham czy zamarłam bez dechu już chwilę temu.
- Rumienisz się - szepnął Dim owiewając ciepłem moje ucho, czułam, że znowu uśmiechnął się z satysfakcją, przygryzłam wargę.
- Idiota - po raz pierwszy mu to powiedziałam, nie w moim zwyczaju było obrażać ludzi. A jeśli już to wymyślałam o wiele bardziej kreatywne wyzwiska. Ugh. Przesunął twarz naprzeciwko mojej i zachichotał cicho jakby przyznawał mi rację. Stykaliśmy się nosami, a nasze wargi dzieliło kilka milimetrów. Poczułam jak znowu się uśmiecha, a potem mnie pocałował przyciągając mocniej do siebie. Nigdy wcześniej się nie całowałam, choć była pewna, że on robił to wiele razy. Choć to nie było takie ważne. Jego usta były gorące i czułe, całował mnie powoli, jakby chciał pozostać dokładny, a ja w tamtym momencie chciałam zapamiętać smak jego ust. Nie do końca wiedziałam  jak powinnam się zachowywać, ale nie myślałam o tym, dałam się ponieść. Czułam jak w serce wali mi jak opętane, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi, a w głowie miałam jeden mętlik, nigdy wcześniej się tak nie czułam. Kiedy oderwał usta od moich czułam niedosyt, policzki paliły mnie żywym ogniem, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Drżącą ręką dotknęłam swoich warg. Spojrzałam na niego rozmytym spojrzeniem. Co on ze mną zrobił? Czułam się jak jakaś miękka gąbka. Nie umiałam uspokoić oddechu. Właśnie skradł mój pierwszy pocałunek. Jego spojrzenie również było zamglone, a oczy dalej patrzyły prosto na mnie. Nie miałam mu tego za złe. 

Dim? Jak dalej potoczy się ta sytuacja? Hm hm hm? ❤
(ukradłam mamie laptopa! patrz jak się poświęcam dla tego cudownego wątku! <3 Teraz to ja czekam z niecierpliwością)

21 sie 2017

Od Lunaye do Dimityra

Kiedy nastała przerwa uznałam, że ponowna próba wypicia kawy może być dobrym pomysłem. Udałam się więc ponownie za ladę by przygotować napój bogów. Zatrzymałam się jednak w pół kroku gdy zauważyłam, iż przy celu mojej "podróży" stoi Dimityr. Swoją drogą ta lada musiała być istotnie zjawiskiem dość niezwykłym bo mężczyzna przyglądał się jej z takim zainteresowanie jakby to było co najmniej znalezisko równe skamielinom dinozaurów na pustyni. Nie by mnie takie rzeczy fascynowały, aczkolwiek w tamtym momencie nie miałam lepszego porównania. Poza tym to było dość nietypowe, ponieważ zazwyczaj podczas przerwy "pan przystojny" znikał z mojego pola widzenia, co było dość komfortowe. Nie czułam na sobie ukradkowych spojrzeń, ani ja nie musiałam się kryć z tym, że obserwuję jego. To nie tak, że mi się podobał, po prostu usiłowałam go rozgryźć. Co nie zmienia faktu, że aktualnie stał przy blacie, tym samym przy którym chciałabym stanąć i ja, jednak oznaczałoby to bezpośrednią konfrontację. A ostatnimi czasy reagowałam zbyt gwałtownie na jego obecność, a własny organizm jak na złość zachowywał się sprzecznie z moimi przemyśleniami. Wzięłam głęboki wdech, nie mogę go przecież unikać, w dodatku we własnym przybytku. Podeszłam więc.
 - Dimityr? Co ty robisz? - zapytałam od razu. Z bliska bowiem jego przyglądanie wydało mi się co najmniej niezrozumiałe.
- Muszę przyznać, że masz ciekawych gości w swojej kawiarni - odparł z szerokim uśmiechem, jakby zadziornym i wskazał palcem na rysy, które widniały na powierzchni lady. Przecież to nic nadzwyczajnego.
 - Och... To? Pojawiły się po tym włamaniu. - stwierdziłam, lekko zbywając temat.
- Mhm - mruknął i odwrócił wzrok. Postanowiłam jednak zagadać nieco, skoro podczas przerwy nawinął się w obrębie mojego wzroku.
 - W ogóle, Dimityr, co ty kombinujesz? - spytałam rozbawiona. Pan tajemniczy wypełzną ze swojej kryjówki.
- Nic, nic - odpowiedział szybko, zmierzył mnie jednak takim spojrzeniem jakby chciał przejrzeć mnie na wylot. Westchnęłam sięgając po kubek.
- Słuchaj, wiem, że to pazury jakiegoś wilkołaka - powiedziałam - ale takie rzeczy się zdarzają, prawda? Co z tego, że to nadnaturalni, normalni ludzie też dokonują wandalizmów. - byłam pewna tego co mówię, miałam wrażenie, że bruneta też to przekonało, przynajmniej na razie. Spojrzałam na niego. Jego oczy błyszczały odbijając wpadające do pomieszczenia promienie słońca a twarz zdobił uśmiech, można by go nawet nazwać jego firmowym.
- W porządku, ale naprawdę Ci to nie przeszkadza? - dopytał wyjmując mi z ręki naczynie, spojrzałam na niego zdziwiona. Ten jednak bez słowa napełnił mój kubek kawą, którą musiał zaparzyć chwilę wcześniej. Lekko zmieszana przyjęłam cudownie pachnący podarek, poczułam jak moje policzki robią się ciepłe od rumieńca. Szybko wzięłam łyk, by zwalić to na gorący napój. Oparzyłam się jednak w język i syknęłam zamiast uzyskać zamierzony efekt. Dimityr zaśmiał się perliście.
- Mówiłem to już dzisiaj, uważaj księżniczko - uśmiechnął się ponownie.
- Nie nazywaj mnie tak! - zawołałam oburzona. Policzki piekły mnie jeszcze bardziej, choć nie było ku temu powodów. Wcale nie pasowało mi jak na mnie mówił, a robił to nagminnie, bez względu na to ile razy prosiłam czy mówiłam by tego nie robił. Chciałam być stanowcza i wygarnąć mu ponownie, nie zdążyłam jednak bo w drzwiach kawiarni zadzwonił dzwoneczek i do pomieszczenia weszła klientka. Kelner jak na niego przystało od razu podszedł do niej i uśmiechnął się, tym uśmiechem, który należał tylko do niego. Zaraz, chwila, co ja wygaduję?

WIECZÓR


Słońca nie było już na nieboskłonie kiedy z kawiarni wyszedł ostatni klient. W zasadzie zostałam sama, bo reszta personelu wyszła do domu parę minut temu. Uśmiechnęłam się do siebie zadowolona z pracowitego popołudnia. Zebrałam filiżankę z ostatniego stolika i wytarłam go. W drodze do kuchni, by umyć naczynie, zauważyłam, że na barku leży bransoletka jednej z pracownic. Była dość charakterystyczna więc od razu wiedziałam do kogo należy. Postanowiłam więc odłożyć ją do szafki dziewczyny i powiedzieć jej rano, że zguba się znalazła. Tak też zrobiłam, zwinęłam błyskotkę w rękę i ruszyłam na zaplecze. Kiedy otworzyłam drzwi, dotarła jednak do mnie pewno jedna rzecz. Jak się okazało, nie byłam sama w kawiarni, ponieważ jeszcze nie wszyscy pracownicy opuścili lokal jak myślałam. Speszona odskoczyłam i cofnęłam się za ścianę. Zastałam tam Dimityra, mężczyzna stał przy swoich pułkach, najwyraźniej się przebierał. Wejrzałam do środka. Dim nie miał na sobie koszulki, stał tam obnażony do połowy. Może oszalałam, ale przyjrzałam mu się dość dobrze. Był  umięśniony, choć nie był typowym pakerem. Jego muskuły było widać  dopiero przy ruchu, sięgnął bowiem po coś na górną półkę naprężając się jak kot. Linia bicepsu odbiła światło lampy. Jego postawa naprawdę była niczego sobie, jego ciało robiło wrażenie, widać było, że dbał o siebie. Onieśmielał tym jak bardzo ta sylwetka przyciągała wzrok. Przełknęłam ślinę. Co ja robię? Powinnam się była wycofać, a nie patrzeć. Mogłam przecież zostawić bransoletkę przy ladzie, albo zabrać ją do domu by się nie zgubiła. Ugh, tak bardzo żałowałam, że wybrałam na jej odłożenie właśnie zaplecze.
- Wiem, że tam jesteś - usłyszałam nagle wyrwana z myślenia. Wciągnęłam powietrze. Postanowiłam zachować jednak zimną krew, przecież to nie tak, że przyszłam go tu podziwiać, znaczy podglądać, no. Przyszłam tu w pewnej sprawie. Tak, właśnie tak.
- Przyszłam odłożyć pewną rzecz, w końcu to mój lokal, chyba mogę się po nim swobodnie poruszać - wyłoniłam się zza rogu i podeszłam parę kroków. Otworzyłam szafkę kelnerki i odłożyłam zgubę.
- Nie no, oczywiście, że możesz. - Zamknęłam szafkę i chciałam odejść, ale drogę zagrodziła mi ręka Dimityra oparta o przed chwilą zamknięty mebel - chyba, że jednak przyszłaś mnie po podziwiać - uśmiechnął się zalotnie. Mogłam się domyślić, że będzie się droczył.
- Nie wiedziałam nawet, że tu jesteś - odparłam przechodząc pod linią jego ręki. On jednak nie dawał za wygraną, chwycił mnie za nadgarstek i dosłownie jednej chwili postawił pod ścianą, zagradzając mi drogę z obu stron. Staliśmy teraz na wprost siebie, a nasze twarze prawie się stykały. Byliśmy tak blisko, że mogłabym policzyć piegi na jego nosie, gdyby je oczywiście miał. Poczułam jak ponownie oblewa mnie rumieniec. Co jest? Czemu akurat teraz, przecież jestem twardą kobietą, nie powinno tak być.
- Jesteś pewna? - szepnął z przekornym uśmieszkiem. Przygryzłam wargę i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Owszem - powiedziałam po czym spuściłam wzrok szukając sprytnej drogi ucieczki. Przebywanie w jego obecności przyprawiało mnie o zawroty głowy. Wtedy dostrzegłam coś za jego paskiem. W sumie nie byle co, a nic innego jak czarny pistolet, którego błysk odbitego światła lampy zwrócił moją uwagę. Czemu on nosi ze sobą broń? Nigdy wcześniej u niego tego nie widziałam. Ponownie spojrzałam mu prosto w oczy.
- Czemu masz takie rzeczy za paskiem? - zapytałam z zadziornym uśmieszkiem. Cóż, miał mi coś do wyjaśnienia.


Dimityr? No tłumacz się xd

15 sie 2017

Od Lunaye do Dimityra

- Niech będzie - powiedziałam poprawiając niesforny kosmyk i odchrząknęłam. Naprawdę jego propozycja szczerze mnie rozśmieszyła. - Przyjmę cię na okres próbny - dodałam.
-Tylko okres próbny? - jęknął - Czyżbym nie robił tak dobrego wrażenia? - zrobił pozę a'la "Jestem najlepszy na całym świecie". Zaśmiałam się ponownie. Musze przyznać, że jego sposób bycia robił wrażenie, hm, dość pamiętliwe.
- Zapłacę ci normalnie, ale chce zobaczyć cię w akcji - odparłam.

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Moje życie biegnie dość spokojnym rytmem. Kawiarnia - Praca - Dom - Pies - Kawiarnia - Dom. I tak w kółko. Dość oklepanie? Możliwe. Ale ta rutyna naprawdę sprawia, że żyję. Paradoks. Dni przemijają powoli, ja ciesze się życiem, nie wyobrażam sobie by coś mogło to zaburzyć, zmienić tego tor czy kolejność.
Z pracy wróciłam swoim lśniącym motocyklem, moją maszyną zagłady, moim czarnym rumakiem. Tak, aż tak zachwycałam się kupą złomu. Od dawna uważałam, że takie wehikuły są lepsze od samochodów, zabierają mniej miejsca i mogą zabrać mniej ludzi, co skutkuje brakiem marudzenia przez inne osobniki tego samego gatunku. Zaparkowałam przed kawiarnią i założyłam blokadę, która w teorii miała chronić przed kradzieżą, ale w praktyce wiadomo jak jest. Jeśli ktoś byłby bardzo zdeterminowany, to dałby rade ukraść wszystko. Na przykład mój motocykl, łącznie z lampą uliczną do którego go przypięłam (tak na wszelki wypadek).
Zabrałam kask i plecak, weszłam do kawiarni. Gdy tylko otworzyłam drzwi powitał mnie dźwięk dzwoneczka na głową i charakterystyczny dla takich miejsc, lekki gwar ludzi siedzących przy kawie, ciasteczku i tak dalej. Bardzo to lubiłam, może większość ludzi takie coś by irytowało,a le ja lubiłam tego słuchać. Spojrzałam za barek, był poniedziałek więc powinny się tu kręcić cztery osoby. Były jednak trzy, o czym dobrze wiedziałam, bo jedna kelnerka się rozchorowała. Z racji tego to ja tego dnia miałam zająć jej miejsce. Prześlizgnęłam się przez salę witając niektórych gości i weszłam po schodach na górę by odłożyć rzeczy. W progu przywitał mnie Snow szczekając i merdając ogonem. Postanowiłam wypuścić go na ogródek z tyłu, chociaż na godzinkę by po przebywał trochę na dworze, bo ja mogłam go zabrać na spacer dopiero po zamknięciu lokalu.
Kiedy weszłam na salę było około szesnastej, więc ludzi było sporo. W końcu to pora na popołudniową herbatkę i ciastko. Zajęłam miejsce za ladą i sprawdziłam grafik, po przeczytaniu nazwisk dotarło do mnie, że dzisiaj powinien być tu Dimityr. Westchnęłam. Przez ostatni tydzień kiedy wypadało, że ja musiałam kogoś zastąpić była to też zmiana tego faceta. Nie mogłam w to uwierzyć, wpadaliśmy na siebie cały czas. Nawet jeśli byłam na mieście to spotykałam go w sklepie lub parku. Nawet tu, we własnej kawiarni, gdzie to ja ustalałam grafik, wpadałam na niego mimowolnie. Rozejrzałam się, by ustalić gdzie, nazwijmy to, obiekt moich irytacji , się znajdował.
Po chwili wypatrzyłam go na środku sali, między stolikami przy których siedziały same dziewczyny. Jak zawsze szarmancko uśmiechnięty i roześmiany zabawiał klientki. Przez czas jak u mnie pracował zdążyłam już zauważyć, że kobiety specjalnie zrzucały serwetki ze stołów by Dimityr im je podnosił. Dzięki niemu zauważyłam wzrost klienteli płci żeńskiej, i to dość znaczny, a nawet nie liczyłam, szacowałam jedynie na oko. Nie byłam pewna co on w sobie miał, że aż tak je przyciągał i zwracał ich uwagę. Dla mnie był przeciętnym mężczyzną, co trzeba mu przyznać przystojnym, ale zwykłym. Robiąc sobie kawę postanowiłam mu się przyjrzeć, naprawdę był dla mnie zagadką, a fakt, że stał się częścią mojego życia, w procencie znacznie większym niż tego chciałam czy oczekiwałam, sprawiał, że nie chciał przestać zaprzątać moich myśli. Często się zastanawiałam, co myśli gdy rozmawia z panią x, lub gdy zabawia rozmową panią y. Kiedy spoglądałam na niego zza lady, a słońce prześwitywało przez świeżo wymienione okna, nie mogłam w myślach nie przyznać, że faktycznie coś sprawia, że chce się na niego patrzeć. Skarciłam się w myślach i spuściłam wzrok. Dolałam do kawy mleka i zamieszałam. Upiłam łyk. Nie, wcale nie interesował mnie tak bardzo by mu się przyglądać, miałam inne rzeczy do roboty i...
- Cappuccino, zielona herbata z cytryną i dwa ciasta czekoladowe do dwójki - aż podskoczyłam wystraszona niespodziewanym zdaniem skierowanym w moją stronę. Wylałam przy tym swoją świeżo zaparzoną kawę prosto na ladę. Ugh. Złapałam filiżankę i spojrzałam na sprawcę mojego "wypadku". Dimityr. Stał, patrzył na mnie ze swoim zadziornym uśmieszkiem, byłam pewna, że jest o krok od roześmiania się.
- Ah, jasne. - speszona chwyciłam za ścierkę i szybko wytarłam moją pyszna kawę, z której nic już mi nie zostało. Jedynie plama na fartuszku. Schyliłam się by podać mu ciasto, dwa kawałki z zamówienia. - Proszę - wstałam i postawiłam mu na tacy dwa talerzyki ze słodkościami. Zaśmiał się.

Dimityr? 
Pod koniec tak się wciągnęłam, że ugh ♥ 


11 sie 2017

Od Lunaye do Dimityra

Mężczyzna zabrał się za ściąganie ostatniej zasłony, a ja odchrząknęłam dyskretnie. Co to był za ton głosu? To wydobyło się ze mnie? Jeju, to zabrzmiało jak pięciolatka, która dopiero co zjadła całe wiadro waty cukrowej przegryzając czekoladkami. Ogarnij się dziewczyno, skarciłam się w myślach, przecież ten podrywacz ci się nie podoba. Faktycznie, nie był moim ideałem mężczyzny, był stanowczo poza tego typu skalą. Spojrzałam na niego, nie miał problemu z sięganiem wysoko, robił to wręcz z łatwością. Był wysoki, umięśniony, przerastał mnie o głowę, w sumie nic dziwnego, nie należałam do najwyższych, miałam w końcu niecałe metr sześćdziesiąt. Ciekawa jednak byłam co on sobie o mnie pomyślał odnośnie moich centymetrów. Pewnie już zdążył mnie zakwalifikować do rubryki "Azja", a ja mimo, że miałam tego typu urodę, to stamtąd nie pochodziłam. Urodziłam się w San Lizele, moi rodzice też pochodzili z Anglii. Może miałam domieszkę tamtej krwi, ale musiałam się w dać w któreś z dziadków, nie znałam przecież rodziców ojca, bo reszta mojej rodziny wyglądała na rodowitych Londyńczyków. Nie znam się na genetyce, ale przecież wyglądem nie odstawałam aż tak bardzo.
- Gotowe, księżniczko - przerwał moje zamyślenie - czyżbym był aż tak boski, że nie umiesz oderwać ode mnie wzroku? - zapytał kładąc ostatnią zasłonę na kupkę, złożoną. Przeszło mi przez myśl, że jest perfekcyjną, bo kto normalny składa tak równo brudne i zniszczone szmaty. Postanowiłam jednak o to nie pytać.
- Jedyne co jest boskie to umiejętność tak równego składania zasłon - odparłam i podałam mu kawę. - Oto twoja nagroda, dziękuje za pomoc - dodałam i w duszy odetchnęłam z ulgą, że mój głos zabrzmiał tak jak powinien, czyli normalnie, a nie zaszybował w górę jak u jakiegoś pisklaka.
Usiedliśmy przy najbliższym stoliku, to znaczy on usiadł, a ja postanowiłam się bezczelnie dosiąść.
- Czemu tak bardzo chciałeś wypić tutaj kawę? - zapytałam.
- Bo to kawiarnia? - odparł z przekorem upijając łyk z uśmiechem.
- Ale przecież wywiesiłam na drzwiach kartkę z napisem "Zamknięte", nie widziałeś? - powiedziałam zakładając niesforny kosmyk włosów za ucho.
- Myślałem, że jest zamknięte dla zwykłych ludzi, a ja chyba nie jestem taki zwykły? Jak myślisz? - uśmiechnął się szarmancko, odstawił kawę i spojrzał mi prosto w oczy.
- Ekhem ... no nie wiem. jak dla mnie jesteś całkiem zwyczajny - przeniosłam wzrok na Snow'a, który leżał koło lady.
- Mimo wszystko ten zwyczajny ktoś ci pomógł - zaśmiał się - i ten ktoś chyba sprawił, że się rumienisz.
Spojrzałam na niego zdziwiona i speszona. Nie prawda. Wstałam gwałtownie. Jego wzrok wyrażał zdziwienie. Poczułam jak moje policzki pieką, ale to nie były te rumieńce o których mówił, teraz byłam lekko oburzona. Jak można być takim impertynenckim podrywaczem?
- Za pomoc dziękuje. Jeśli nie chcesz jeszcze kawy, nie jestem ci w stanie już nic zapro... - urwałam czując jak w tylnej kieszeni wibruje mi telefon. Sięgnęłam po niego i odebrałam nie przejmując się gościem.?
- Słucham? [...] O cześć, Leam.  [...]  Możesz powtórzyć? [...] Dostałeś lepszą posadę... Mogłeś powiedzieć, też mogłam ci zorganizować coś innego. [...]  U rodziny w innym mieście mówisz? W porządku. [...]  Nie przepraszaj, znajdę kogoś. [...]  Naprawdę, dzięki za szczerość [...]  Potrzebujesz pomocy w przeprowadzce? [...]  Okay, w takim razie dzięki za wszystko [...] Pa.
- Czyżby zwolnił się u ciebie wakat? - dobiegł mnie głos zza pleców. Kiedy on zdążył za mną stanąć?
- Podsłuchiwałeś? - zapytał posyłając mu zdziwione spojrzenie. Cóż za pewny siebie głupek.
- Nie wierzę, że nie jesteś zła na tego kogoś, że tak po prostu przez telefon się zwolnił. A papierek jakiś? - zignorował moje wcześniejsze pytanie.
- Może nie jestem taką straszną szefową jak ci się wydaję. Leam jest dobrą osobą, poza tym coś już mi wspominał. To moja kawiarnia, pracownicy są dla mnie ważni, ale nie zamierzam ich tu więzić. Poza tym nie płacę tyle, ile może dostać w jakiejś korporacji - odparłam.
- A nazwisko Monwarre nie jest przypadkiem warte tyle co całe nasze miasto? - zaśmiał się przekornie.
- Owszem jest, ale nie moje, mojego pseudo ojca - odparłam. Na samo wspomnienie o tym coś we mnie drgnęło. Szukanie powiązań moich z tą korpo-świnią jest poniżej pasa.
- Pseudo? - spojrzał na mnie zza kubka z kawą.
- Jedyne co mnie z nim łączy to krew, choć szczerze na tą myśl mam sobie ochotę podciąć żyły by się jej pozbyć. Obrzydza mnie ten człowiek - wzięłam głębszy wdech - nosze jego nazwisko bo moja mama była w nim szaleńczo zakochana i najwyraźniej ślepa, bo wyzbyła się swojego rodzinnego miana, na rzecz jego. Przez to i ja muszę je nosić. Widnieje ono również na jej nagrobku, którego ten gbur nie raczył odwiedzić choć raz. - nie wierzę, że wyrzuciłam z siebie to wszystko przed Dimityr'em. Był dla mnie niemal, że obcy. Nie wiedziałam o nim nic, poza tym skąd pochodzi i jak się nazywa. A ja praktycznie wykrzyczałam mu swoją skróconą historię. Opadłam z emocji na krzesło i westchnęłam. Co ja robię?
- Przepraszam, uniosłam się. - szepnęłam.


Dimityr? Co dalej wymyślisz? ^^
 Czekam z niecierpliwością xd

3 sie 2017

Od Lunaye do Dimi­tyra

Są takie dni kiedy wszystko układa się po naszej myśli. Wtedy zaczynasz się zastanawiać co może się spieprzyć i za ile. Świat bowiem nie jest perfekcyjny, a już na pewno nie jest instytucją do spełniania marzeń. Mój dzień był naprawdę cudowny, spokojny i jednostajny, wszystko było tak jak powinno. W zasadzie dobiegał końca, było niewiele przed północą, czekał mnie jeszcze tylko spacer z psem, a potem mogłam w spokoju oddać się w objęcia Morfeusza. Ostatnio naprawdę zaczęłam szanować sen, kiedy miałam na niego coraz mniej czasu, cieszyłam się, że tego dnia się wyśpię.Do czasu, a dokładniej do momentu gdy odebrałam telefon, który zerwał się do nagłego dzwonienia przerywając błogą ciszę w mieszkaniu. Zawsze chciałam by moja kawiarnia była małym odpowiednikiem domu. Całe wnętrze było z czerwonej kostki, która dawała poczucie solidności, wnętrze było bogato ozdobione kwiatami i wszelaką roślinnością. Beżowe nakrycia stołów i żaluzje, ciemno brązowe meble oraz okna, a pomieszczenie oświetlały staromodne lampy. Wszystko współgrało ze sobą, nad ladą i lodówką wisiał łapacz snów i delikatne lampki, ich światło było bardzo kojące, szczególnie wieczorem. To miejsce miało przywoływać ciepło w sercu i spokój ducha, wspomnienia zeszłych wakacji, pierwszych miłości, być azylem dla zmęczonych jak i dla tych, którzy byli pełni energii. Kawiarnia była moim dzieckiem, była moją dumą i wkładałam w nią każdą cząstkę siebie. Więc można sobie wyobrazić jak bardzo zabolały mnie słowa dobiegające z słuchawki.
- Panna Lunaye Monwarre? - w telefonie rozbrzmiał poważny głos, numer był mi znany, na wyświetlaczu widniał drukowanymi literami napis "ochrona Rammus - Kawiarnia"- Tu przedstawiciel ochrony Rammus. Do pani kawiarni było włamanie, wybito całą szybę z przodu. Mogłaby pani przyjechać? Chcielibyśmy się upewnić, czy nic nie zginęło zanim oddamy sprawę w ręce policji.
Westchnęłam, mój błogi dzień właśnie się zawalił. Jedno było pewne, nie zaznam snu tak szybko jakbym tego chciała.
- Oczywiście, będę za pięć minut. - przytaknęłam i rozłączając się wsunęłam telefon do kieszeni. Przy drzwiach szybko narzuciłam na siebie sweter i udałam się na dół by ocenić straty.

RANO

Tak, z pewnością moja noc nie zaliczała się do tych udanych. Moja kawiarnia była zdewastowana, wszędzie leżało rozbite szkło, kwiaty zastałam porozsypywane po całej podłodze, zasłony były podarte, a kasa fiskalna praktycznie nadawała się do wyrzucenia. Przypominała raczej kupę złomu, którą ktoś wyciągnął ze starego śmietnika, niż urządzenie którym jeszcze niedawno była. Ktoś ewidentnie szukał pieniędzy i nie bawił się z robotą, najwyraźniej wolał działać z rozmachem. Po ilości strat i ich wyglądzie byłam w stanie wywnioskować, że za napadem stoją nadnaturalni. Bo kto inny zostawiłby ślady pazurów na ladzie. No nic, w kasie nie było sporej sumy, w sumie jakieś drobne, pewnie "włamywacze" spodziewali się więcej. Jednakże bardziej od utraty części utargu martwił mnie aktualny stan lokalu. Trochę to potrwa zanim zdołam wszystko naprawić. Gdy tylko policja zebrała wszystkie potrzebne im dowody i odjechali, ja wykonałam telefon do firmy okienniczej, co by zamówić szybę o wymiarach, którymi nie poszczycił by się nie jeden duży sklep odzieżowy tudzież drogeria. Koszt nie grał roli, bardziej zależało mi na czasie, a zadeklarowali się, że zrealizują moją prośbę jeszcze w tym tygodniu. Chwilę później obdzwoniłam pracowników, w końcu nie mieli gdzie przychodzić, co najmniej przez kilka kolejnych dni. Bo oprócz uprzątnięcia bałaganu nie było co robić, bez kasy fiskalnej lokal nie mógł funkcjonować. Tą sprawę też trzeba było załatwić. Najpierw jednak postanowiłam zajrzeć do mieszkania, ponieważ Snow'owi należał się spacer. Zabrałam go dom pobliskiego parku a potem pozwoliłam zostać w kawiarni w końcu i tak musiałam tam posprzątać. Włączyłam radio i chwyciłam za szczotkę, zaczęłam zamiatać wnętrze z odłamków szkła i ziemi, przy okazji ustawiałam roślinność na swoje miejsce. Niektóre kwiaty były połamane, naprawdę było mi ich szkoda. Stanęłam z westchnięciem i oceniłam efekty mojej pracy. Przynajmniej podłoga wyglądała teraz porządnie. Spojrzałam na zewnątrz. Ludzie wyszli już na ulicę, słońce przebijało się przez chmury, a wiatr wpadał przez wybite okno prosto na moją twarz. Zamyśliłam się, lecz nie na długo. Z roztargnienia wyrwał mnie dźwięk dzwoneczka nad drzwiami. Snow od razu wygrzebał się spod stołu i zaczął szczekać. Rzuciłam się by powstrzymać go przez wskoczeniem na  nowo przybyłą osobę. Schyliłam się i złapałam go za obroże.
- Dziewczyno, czy to są kosmiczne spodnie? - dobiegł mnie głos zza placów - Bo twój tyłek jest z nie tego świata!
Co przepraszam? Obróciłam głowę, w drzwiach opierając się o framugę, stał wysoki brunet z zadziornym uśmieszkiem i wzorkiem bezsprzecznie skierowanym w moja stronę. Z postury i rysów twarzy przynosił na myśl gorącego latynosa z hiszpańskich teledysków. W dodatku podrywacz.
- Nie, to spodnie do bejsbolu - odparłam prostując się i posyłając mu zawadiackie spojrzenie. - A wiesz dlaczego? Bo są poza twoją ligą!
Mężczyzna zaśmiał się i zrobił kilka ku mnie pocierając kark i wbijając swoje oczy w moje.
- Czyżby było zamknięte? - zapytał z uśmiechem.
- Owszem - kiwnęłam głową.
- W takim razie szef kazał takiej laleczce pracować po godzinach? Nie ładnie z jego strony - stwierdził. Tym razem to ja się zaśmiałam.
- Tak się składa się, że tym szefem jestem ja. Nie zaganiam swoich pracowników do sprzątaniu po akcie wandalizmu jaki miał miejsce. W sumie ciężko nie zauważyć - skinęłam na wybitą szybę.
- Więc pewnie nie mam co liczyć na poranną kawę? - zapytał posyłając mi spojrzenie niczym kot ze Shreka lub co najmniej, mały szczeniaczek.
- Jeśli pomożesz mi pościągać zasłony, coś załatwię - odparłam. Skinął twierdząco głową więc puszczając psa udałam się za ladę. Ja i tak musiałabym użyć do tego stołka a on był wysoki, więc zadanie idealne dla niego. Kiedy tylko odeszłam Snow wskoczył na pana przystojniaka z jęzorem i machającym ogonem. Zaśmiałam się pod nosem.
- Latte czy cappuccino?  A może zwykła czarna?- zapytałam.

Dimi­tyr? Co dalej?

1 sie 2017

Od Lunaye do Daniela

Daniel Miller. Puki co jak dla mnie definicja gbura. Ale nie dziwię mu się. Mój „kochany tatuś” zdążył już narobić mi pleców. Podczas rozmowy z komendantem, kiedy to wręczał mi identyfikator, usłyszałam takie sformułowania jak „Możesz podziękować ojcu za hojność” i „Naprawdę podziwiam takich ludzi jak on”. Gówno prawda, tak naprawdę obchodzi go tylko to, że pieniądze wpłynęły na konto i zazdrości mu pierwszych stron gazet. Mogę dopisać kolejną osobę do listy lizusów tego gnoja. A jak już o nim mowa, mógłby sobie odpuścić kontrolowanie mojego życia, może nie miał na nie bezpośredniego wpływu, aczkolwiek wystarczy, że się pojawi a jestem z nim kojarzona. Jakby samo nazwisko nie wystarczało bym kuliła się nie raz ze wstydu. Znowu wyszłam na rozpieszczoną córeczkę tatusia, może on naprawdę chciał by mnie za taką uważano, w ten sposób nikt nie bierze mnie na poważnie. Super. Spojrzałam na mojego nowego przełożonego. Policyjna aura biła od niego na kilometr w cudownym akompaniamencie niechęci do mojej osoby. On też wiedział o ojcu, też był uprzedzony.
- W porządku – odparłam – nie mam nic przeciwko. On już nic nie powiedział. Cisza trwała przez resztę drogi, a była tak niezręczna, że powietrze w aucie gęstniało w oczach. Miałam ochotę opowiedzieć mu o relacji z ojcem, by zrozumiał, że nie jestem jakąś laleczką, która wystraszy się byle czego. Ale z drugiej strony zabrzmiałby to żałośnie i dziecinnie, wolałam więc znosić ciszę.
Mężczyzna zaparkował na o dziwo prawie pustym parkingu. Spodziewałam się zupełnej odwrotności. Kiedy zgasił silnik zdążyłam wysiąść z auta szybciej niż Daniel otworzyć usta by udzielić mi zapewne złotych pouczeń i podważyć moje preferencje do zostania łowcą, jakże uroczo. Trzasnęłam drzwiami jak przystało na panią z wyższych sfer, ups? Skoro pewnie i tak mnie za taką ma to cóż.
- Tatuś nie nauczył cie szacunku do czyjejś własności? - mruknął pod nosem.
- Nie miał mnie kiedy, bardziej obchodzi go hajs - odszczeknęłam się - pewnie i tak niedługo dostaniesz nowy wóz, komendant chyba lubi lśniące bryki - stwierdziłam poprawiając płaszcz.
- Chodź - stwierdził oschło i ruszył w stronę budynku nawet na mnie nie czekając. Pierwsze wrażenia po wejściu? Ponuro, ale czego ja oczekiwałam, na ścianach stara farba w odcieniu, którego nawet nie umiałam zidentyfikować, a na podłodze wytarte płytki. O dziwo, poczułam się jak u siebie. Większość strzelnic tak wyglądała. Nie liczyło się otoczenie, liczył się sprzęt i atmosfera, ten charakterystyczny zapach i dźwięk wystrzałów. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Hej Daniel - usłyszałam zachrypnięty głos, obróciłam się w jego kierunku. Za ladą biurka, które miało służyć za coś w stylu recepcji siedział policjant, zgadywałam po mundurze i posturze typowego pożeracza pączków przy każdej możliwej okazji.
- Witaj Johny - odparł brunet kładąc swój identyfikator na blacie.
- Chcesz zabłysnąć umiejętnościami? Nowa dziewczyna?- zapytał ze rechotem godnym żaby "pączuś" nim zdążyłam wyjąć swoją kartę. Posłałam mu oburzone spojrzenie zanim Daniel posłał mu swoje.
- Nie - oświadczyłam uderzając ręką o blat, jednocześnie kładąc mu przed nosem swoją fiszkę - wyobraź sobie, że zapewne błyszcze bardziej od niego.
- Nie musisz się tak rzucać, mała - bąknął Miller przewracając oczami. "Mała"? Aż tak zabolałoby go wypowiedzenie mojego imienia? Czy raczej brzydzi się nazwiska ojca?  - Sprawdź sobie karty, my idziemy - powiedział, zignorował moje oburzenie i wszedł dalej. Ja ruszyłam za nim. Strzelnica jak strzelnica, nic nadzwyczajnego. Stanowiska, karty i tarcze z wyznaczoną punktacją. Postanowiłam już milczeć i jedynie pokazać, że nie jestem tu jedynie za sprawą ojca. Miller zniknął na chwilę w magazynku by po chwili wrócić z bronią w ręce. Podał mi jeden z pistoletów i słuchawki. Najzwyklejszy, taki jakie widuje się na filmach akcji, odpowiednio ciężki, mały z magazynkiem na 12 nabojów.
- Jeśli jesteś dobra, broń nie ma znaczenia - uznał zajmując stanowisko obok. Ma rację, dla mnie nie liczyła się broń. No dobra, pałałam zamiłowaniem do snajperek, ale jednak zaczynając przygodę z bronią, strzelałam właśnie z takich maleństw. Mieliśmy ustawione tarcze na tej samej odległości. On strzelił pierwszy. Dziesiątka. Okay, teraz moja kolej. Spojrzałam oceniając odległość dokładniej, pociągnęłam za spust. Dziesiątka. Zaczęliśmy strzelać na zmianę.
Dziesięć - Dziewięć. Dziesięć - Dziesięć. Osiem - Osiem. Dziesięć - Dziewięć. Dziewięć - Dziesięć.
I tak do momentu aż nie skończyły nam się naboje. Spojrzałam na niego. On też to lubił, na twarzy jaśniał mu skrawek uśmiechu, pociągała go rywalizacja. Chyba na chwilę zapomniał, że jestem obok i, że chwilę temu pałał do mnie niechęcią. Moja obecność wydawała się nie liczyć. Przeładował i strzelił ponownie. Ja spojrzałam na niego jeszcze raz. Miał w sobie cień tajemniczości, coś co skrywało jego prawdziwe motywy. Nie był on bowiem zwykłym sobie gliną, musiało mu zależeć na misji przyświecającej Łowcom, skoro na mnie zareagował w taki sposób. Nie wiedział, że mnie też zależało, ale nie z ciekawości, nie dlatego, że wydawało mi się to fajne. Długo przyswajałam całą dostępną wiedzę o nadnaturalnych, wolne chwile spędzałam na strzelnicy, choć wiedziała, że jestem wyśmienita, dalej ćwiczyłam. Zależało mi, może w równej mierze co jemu. Uśmiechnęłam się. Może głupio się na początku zachowałam. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym jak dokładnie widzą mnie inni, na niechęć reagowałam niechęcią. Może to był błąd? Nie wiem, nie miałam zbyt dużej ilości znajomych by móc to sprawdzić.
- Strzelasz? Czy masz dość? - zapytał z przekorem. Czyżbym aż tak się zawiesiła? Pokiwałam głową.
- Skądże, chociaż może dałbyś mi coś większego? Fajne są takie zabaweczki, ale wątpię by serio działały na nadnaturalnych. Zbyt mały kaliber. Na wilkołaka na przykład? Troszkę słabo, ledwie by go drasnęło.

Daniel? 
Wybacz, że krócej niż ostatnio, ale muszę wstać wcześnie rano. Następnym Cię przebiję xd

28 lip 2017

Od Lunaye do Daniela

- Ale jak to się zwalniasz? - zapytałam ponownie zdziwiona ściskając mocniej telefon. - Przecież dopiero co zażądałeś podwyżki! - pokiwałam głową z niedowierzaniem. - Ej, halo! Halo? - dotarł do mnie dźwięk zakończenia połączenia - Hej! Halo! Marco ty debilu! - rzuciłam telefonem o łóżko i opadłam na krzesło przy oknie. Telefon upadł kilka centymetrów obok psa strasząc go przy okazji.
- Przeprasza Snow – szepnęłam do niego – po prostu już nie mam siły. Dlaczego tak ciężko mi było trafić na normalnego baristę, co piesku? - tak, właśnie rozmawiałam z psem. Chyba tylko ten facet mnie rozumiał, choć nie znał ludzkiej mowy, a jedynie szczekał i machał ogonem. Teraz jednak wbił we mnie spojrzenie mówiące coś w stylu „Hej! Nie jest tak źle” i kiwnął głową. Może i nie jest tak tragicznie, ale znowu muszę szukać nowego pracownika do kawiarni. I to na już! Agh! Już nie pierwszy raz mnie tak wystawił ten dupek, kolejnej szansy nie dostanie. Odchodził i wracał już 7 razy! Skończyło się, postanowiłam. Sięgnęłam po laptopa i szybko napisałam ogłoszenie o pracę, pt: Szukam odpowiedzialnej osoby, która robi dobrą kawę. Miałam nadzieję, że ktoś się zgłosi, inaczej to ja będę musiała stać za ladą cały czas. Nie bym tego nie lubiła, wręcz przeciwnie, ale co miałam zrobić w tym czasie z psem. Nie wezmę go przecież do kawiarni, bo wystraszy mi klientów wraz z personelem, no chyba, że ktoś uwielbia być obskakiwany przez puchatą bestie o wadze prawie 30 kilo. Spojrzałam na mojego towarzysza, który od dobrych dziesięciu minut kręcił się w kółko goniąc za swoim ogonem.
- Kocham cie wariacie, ale co ja mam z tobą zrobić co? - na dźwięk mojego głosu Snow od razu skończył zabawę i podbiegł do mnie merdając ogonem jak opętany. - No dobra, pora na spacer – stwierdziłam, pies zaszczekał. Zrzuciłam szybko plik z ogłoszeniem na pendrive i wstałam wkładając go do kieszeni. Husky już czekał pod drzwiami, założyłam więc buty i zapięłam mu smycz. Wychodząc z mieszkania dwa razy sprawdziłam czy zamknęłam drzwi, by mieć pewność i się nie wracać. Schodząc po schodach pozdrowiłam moją starszą sąsiadkę i sprawdziłam pocztę. Zero listów, nic dziwnego zresztą, nie mam przecież wielu znajomych, a rachunki zawsze opłacone. W drodze do drukarni nie spotkałam wielu przechodniów. W sumie nic dziwnego, było wcześnie rano, słońce jeszcze nie raczyło wyłonić się zza horyzontu. W obecnej sytuacji o tej porze ludzie bali się wychodzić z domu, prawdopodobnie słusznie.Sama pewnie bym miała obawy, gdyby wiedziała tyle samo co oni. Ja jednak wiedziałam o wiele więcej o nadnaturalnych niż można by się spodziewać, mogłabym uchodzić za chodzącą encyklopedie o nich, i wcale to nie są przechwałki. Dlatego też tak bardzo intrygowały mnie sprawy zaginięć i morderstw, przecież w naturze nadnaturalnych nie leżało aż tyle zła ile przypisuje im opinia publiczna. W większości były to zagubione dzieciaki, które nie wiedziały dlaczego są inne od reszty świata, istoty, których nie miał kto pokierować? Jak miały się dowiedzieć jak sobie radzić wśród nas skoro większość ludzi, którzy dowiedzieli się o ich zdolnościach osądzali ich jako tych innych, gorszych albo się od nich izolowali. Jak mieli się nie stoczyć? Skoro to społeczeństwo ich od siebie odepchnęło. Nie twierdzę, że wśród nich nie ma tych naprawdę złych, bo wśród ludzi można nie raz znaleźć gorsze potwory, ale chciałabym zrozumieć co się stało, że nagle ci wyjątkowi zapałali aż taką nienawiścią do zwykłych ludzi, coś musiało być tym impulsem. Bardzo chciałam im pomóc, a nie być kolejną osobą, która ich osądza. Westchnęłam. Mimo, że do nich nie należałam czułam jakąś więź. W głównej mierze dlatego, że ja też byłam osądzana ze względu na pochodzenie, tak samo jak oni. Ludzie patrzyli na mnie przez pryzmat ojca. Tej hieny w ludzkiej skórze. Naprawdę szczerze go nienawidziłam. Był nieczułym idiotą, który widział we wszystkim tylko zysk, a jeśli nie, to to coś było dla niego bezwartościowe. Tak samo traktował ludzi, nawet własną żonę. Może kiedyś był inny, mama często opowiadała mi jak jej było z nim dobrze, jaką byli szczęśliwą parą. Ja jednak miałam o nim inne zdanie, bo się zmienił. W pewnym momencie odwrócił się od nas, od własnej rodziny. A gdy mama zachorowała a potem zmarła, zniknął z mojego życia razem z nią, Jedyne co mnie z nim łączy to nazwisko i pieniądze. Tak, pieniądze. Przelewa mi na konto co miesiąc więcej niż byłabym wstanie wydać przez kolejne pół roku. Pieprzony milioner, czyżby sumienie go gryzło po śmierci anioła, który trwał przy nim i zawsze był w stanie go usprawiedliwić?A może ten anioł w swojej ostatniej woli przekazał mu parę słów, które go poruszyły? Tego nie wiem i nie chce się dowiedzieć. On nie jest w stanie czynić dobra, kariera tak zwana, po trupach. Wiec chociaż jego pieniądze mogę trochę tego dobra uczynić. Ostatni przelew poszedł na rodzinę, która straciła dom po napadzie nadnaturalnych.a kolejny mam zamiar przeznaczyć na schronisko. On chyba nie sprawdza tych przelewów, pewnie myśli, że wykupi moją wdzięczność więc się nie czepia. Mam to gdzieś, niech płaci. Ma kasy jak lodu, a z tego materiału ma właśnie serce. Kiedy umrze, będę płakać ostatnia, albo wcale. Dokładnie tak będzie. Stanęłam przed drukarnią, na szyldzie widniał napis „zamknięte”. Kurde, no tak. Przecież takie instytucje w niedziele mają wolne. Chyba za bardzo przestawiłam się na kawiarniany rozkład czasu, bo moja zawsze w niedziele miała pełną salę. Ugh. Zawróciłam więc. Napisze się ogłoszenie odręcznie, najwyżej powieszę je dzisiaj tylko na drzwiach. Musiałam szybko kogoś znaleźć jeszcze tego wieczoru mieli do mnie zadzwonić Łowcy z decyzją mojego przyjęcia.

| wieczór |

Pożegnałam pracowników i zamknęłam drzwi lokalu, przewracając szyld na drugą stronę z informacją "nieczynne". Przekręciłam klucz w zamku a drzwi skrzypnęły z charakterystycznie dla takiej czynności dźwiękiem. Większość rzeczy w kawiarni już była uprzątnięta, właściwie pozostało mi jedynie powycierać barek. Najpierw jednak poszłam wpuścić Snow'a. Na czas pracy zamknęłam go w ogródku z tyłu, nie lubiłam tego robić, jednak nie miałam innego wyboru. Na szczęście gdzieś około południa zgłosił się chętny na proponowaną posadę. Trochę go powypytywałam, trcohę pokręciłam nosem ale przyjęłam go praktycznie od razu, zacznie pracę od poniedziałku. Ulżyło mi z tego powodu.
Po otwarciu drzwi pies przywitał mnie wesołym szczeknięciem i skokiem prosto na mnie. Przewrócił mnie na podłogę i zaczął lizać. Wytarmosiłam go i wstałam. Kochany wariat. Od razu zaczął obwąchiwać lokal merdając przy tym ogonem. Zaśmiałam się i w tym samym momencie poczułam wibracje  w tylnej kieszeni spodni. Wyjęłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz. "Numer zastrzeżony". Odebrałam.
- Dobry wieczór, panno Monwarre - nie rozpoznałam głosu - dzwonię by panią poinformować, że została pani przyjęta w szeregi Łowców. Jutro z samego rana, to jest 6, proszę się stawić u nas w biurze. Zajmie się panią Daniel J. Miller, proszę traktować go jako swojego zwierzchnika.
Nie zdążyłam nawet nic odpowiedzieć, mężczyzna się rozłączył. Cieszyłam się jednak, że zgodzili się mnie przyjąć. Już postanowiłam, że rano pojadę tam motocyklem.

Daniel? Co dalej?

Wolę, żałować popełnionych czynów, niż żałować, że się na nie, nie odważyłam.

Kontakt: Tobka (howrse) | paniswoichmarzen@gmail.com
Nick na chacie: Lunaye

Lunaye Monwarre

20 lat | Kobieta | Łowca
Głos: Taeyeon 
Opis: Pierwsza rzecz jaka przychodzi na myśl widząc tą dziewczynę to „córeczka bogatego tatusia”. Zawsze ubrana z klasą, jednak rozlewająca na około aurę nonszalancji. Jak bardzo mylące bywają pozory? Nie raz krzywdząco. To dziewczyna o dobrym sercu, kochająca wszystkie żywe stworzenia. Te cechy jednak skrywa w głębi, na co dzień jest kobietą nie do zdarcia. Dopiero gdy jest pewna czyiś zamiarów odkrywa swoje karty. Ma bardzo mało znajomych, bo nienawidzi dwulicowości. Dobrze wychowana i szczera. Chociaż z drugiej strony szczera do bólu i nie raz złośliwa. Kobieta z pazurem, znająca swoją wartość. 
 Posiada ogromną wiedzę, którą potrafi wykorzystać i uargumentować w każdej sytuacji, nie pozwoli podważyć swojego autorytetu. Lunaye co prawda ma bardzo bogatego ojca, ale szczerze go nienawidzi. Mężczyzna prowadzi wręcz idealnie prosperującą firmę zajmującą się międzynarodową sprzedażą markowych samochodów i tylko ona się dla niego liczy. Kiedy Lu miała 15 lat jej matka zachorowała na raka, ojciec jednak odwiedził ją może dwa razy w szpitalu. Zawsze liczyła się tylko firma i zyski, koleś miał gdzieś rodzinę. Młodą córką nie zajmował się wcale, dawał jej jedynie pieniądze, z których ona chętnie korzystała. Ojciec założył jej własne konto i co miesiąc przesyłał wielkie sumy, tylko taka relacja zaczęła ich łączyć. Dziewczyna gdy dorosła za te pieniądze kupiła sobie małe mieszkanie w kamienicy i kawiarnie piętro niżej. Jej pasją stało się robienie kawy i pomaganie potrzebującym. Zawsze z chęcią dawała datki dla szpitali, schronisk, na różnych rodzajów zbiórek charytatywnych. Większość kasy jaką dostawała od ojca rozdawała na takie rzeczy.
Również jednak rozwijała swoje pasje takie jak akrobatyka, strzelnictwo, motocykle i książki, które nie raz miała problem pomieścić na pułkach. Kiedy usłyszała o ogromnej liczbie zabójstw za sprawą nadnaturalnych, była zdziwiona. Zawsze uważała te stworzenia za wyjątkowe, jednak nie sądziła, że mogą siać takich postrach. Dlatego też postanowiła dołączyć do Łowców, ale nie do końca dlatego by zwalczać to zło. Bardziej interesowały ją ich motywy, chciała ich zrozumieć i zapobiec rozlewowi krwi drogą negocjacji i ugód.
Pupil: Husky przygarnięty ze schroniska - Snow 
Stosunki: 
- Anthony Monwarre – ojciec, dziewczyna go nienawidzi. Bierze od niego tylko pieniądze.
- Valentina Monwarre – matka, zmarła na raka, była jej najlepszą przyjaciółką
Ciekawostki:
- uwielbia książki, kupuje je ciągle i o dziwo przeczytała wszystkie jakie ma na pułkach
- kocha zimę
- jej nietypowymi zainteresowaniami jak na dziewczynę są pistolety i motocykle
- interesuje się prawem, choć nigdy nie chciałaby być prawnikiem
- kocha kwiaty, ma ich mnóstwo w mieszkaniu, które mogłoby momentami uchodzić za kwiaciarnie
- kiedy jest w domu wychodzi z niej mała dziewczynka w za dużej koszuli i warkoczach