Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event. Pokaż wszystkie posty

28 lip 2018

Od Aurayi - event, części trzecia, grupa pierwsza


               Nie jestem do końca pewna, jak się tu znalazłam. W jednej chwili biegłam ulicami San Lizele, uciekając przed wszystkim i wszystkimi, a w szczególności przed moim nadopiekuńczym bratem, który akurat tego dnia postanowił mi utrudnić życie, a w następnej kłóciłam się z Aniołem i Łowcą gdzieś w starożytności. To przekraczało wszelkie granice normalności. Nawet jak dla mnie.
- Jeżeli chcesz biegać tutaj zupełnie nagi, proszę cię bardzo. Ja nie mam zamiaru robić z siebie widowiska. – odparowałam.
- Już je robisz, pokazując swoje skrzydła – skwitował Łowca.
- Masz coś do moich skrzydeł?
- Musimy zachować spokój – przerwał nam niepewnie Anioł – Mamy uratować świat, pamiętacie?
Razem z Łowcą popatrzyliśmy się na niego. Choć nie chcieliśmy tego przyznawać, to oboje zgadzaliśmy się z chłopakiem. Musieliśmy zawrzeć rozejm. Przynajmniej na czas misji. Nie podobało mi się to. Bardzo nie podobało. Nienawidziłam Łowców, zapewne jak każdy nadnaturalny. A do tego wolałam pracować sama. Nie przywykłam do zaufania wobec zupełnie obcych osób.
- Więc musimy coś wymyślić. – powiedziałam z lekkim trudem – Co nie obejmuje kradzieży i biegania po okolicy nago.
- W takim razie kończą nam się opcje.
- Może znajdziemy coś na obrzeżach miasta? Ludzie pozbywają się starych rzeczy, prawda?
- Chcesz, abyśmy grzebali w śmieciach?
- Panience znowu się coś nie podoba?
Już otworzyłam usta, aby odpowiedzieć, jednak przerwało mi nagłe zamieszanie niedaleko nas. Wiwatujący tłum ludzi szedł w naszym kierunku.
- Chyba musimy stąd iść – powiedział Cigno.
Razem z Eligiuszem kiwnęliśmy głową na zgodę i pobiegliśmy w najbliższą uliczkę.
               W drodze na obrzeża miasta przyglądałam się wszystkiemu z lekkim zainteresowaniem. Budowle zbudowane niechlujnie z gliny i słomy, które nie mogły zapewniać odpowiedniego schronienia. Wszystko tutaj wyglądało tak krucho i niepewnie. Byłam pod wrażeniem tego, jaki stanowi to kontrast do tego, co znam z naszych czasów.
- Wiecie cokolwiek na temat tego całego Aleksandra Wielkiego? – spytałam jakby od niechcenia. Z racji mojej przeszłości, nie chodziłam do szkoły. Nie wiem, co to znaczy mieć lekcje, prace domowe, uwagi i kary. Nie wiem, co to przyjaciele. Jednak oni nie musieli o tym wiedzieć.
- Był, znaczy, jest królem Macedonii. Znany jest ze swoich podbojów. Walczył w Gracji, Azji Mniejszej, pokonał Imperium Perskie i ruszył na Indie. Zbudował potężne państwo. – powiedział Anioł.
- No dobrze. Pytanie w takim razie, czy mamy uratować go przed śmiercią, czy do niej doprowadzić?
- Aleksander zmarł w wieku trzydziestu dwóch lat. Jedni twierdzą, że zmarł z powodu choroby. Inni, że został otruty.
- A więc może chodzi o jego podboje? Wiecie, gdyby nie on, to państwo nie byłoby takie potężne. – stwierdził Łowca.
- Czyli sądzisz, że chcą go zabić przed jego właściwą śmiercią? – spytałam.
- A masz jakieś inne pomysły?
Nie odpowiedziałam. Dalszą drogę w poszukiwaniu jakiegoś odzienia odbyliśmy w milczeniu.
               Nie spodziewałam się, że widok na obrzeżach miasta może być tak różny od tego, co widzieliśmy w centrum miasta. Tutaj domki ledwo stały. Stare, podniszczone, w większości nienadające się do zamieszkania budynki robiły za ostatnią szansę schronienia dla ludzi ubogich lub kalekich, wykluczonych ze społeczeństwa. W jakimś niewielkim stopniu rozumiałam ich i utożsamiałam się z nimi. Zapomnieni przez świat i ludzi, zdani sami na siebie, aby walczyć na tym okrutnym świecie.
- Myślicie, że uda nam się tutaj coś znaleźć? Ci ludzie wyglądają, jakby sami brali wszystko, co może pomóc im przetrwać. – powiedziałam, patrząc z politowaniem na otaczających nas ludzi.
- Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. Poczekajmy do wieczora. Pod osłoną nocy łatwiej będzie nam się nie rzucać w oczy. – powiedział Łowca i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź zagłębił się między kręte uliczki w poszukiwaniu schronienia do czasu zachodu słońca.
               Trwanie w bezczynności to chyba najgorsze, co może się zdarzyć na misji. Nie możesz nic zrobić, musisz cierpliwie czekać w jednym miejscu i starać się siedzieć cicho. A jeżeli to trwa kilka godzin idzie zwariować. Dlatego, kiedy tylko słońce schowało się za horyzont, a na uliczkach miasta nikogo już nie widzieliśmy, wyszłam jako pierwsza ze starej lepianki, w której się ukryliśmy.
- Będzie nam łatwiej szukać, jeżeli się rozdzielimy. – powiedziałam – Nie mamy zbyt wiele czasu, a szukanie ubrań nie może zajmować nam większej uwagi. Ludzie Jakmutambyło mogli już zacząć działać.
Wiedziałam, że Eligiuszem mógł być chętny do skomentowania tego, dlatego bez większej uwagi na to odwróciłam się i udałam w nieznane licząc, że może tam uda mi się coś znaleźć.
- Za godzinę w tym samym miejscu. – powiedziałam na odchodnym.
               Nie mogłam uwierzyć, że marnuję czas na szukanie ubrań, ponieważ kradzież nie podobała się jakiemuś Aniołkowi. Wiem, że to było złe i wiem, że nie powinno się tak robić. Ale jeżeli mam wybierać między kradzieżą a uratowaniem całego świata, to wolę wybrać tą drugą opcję. Dlatego postanowiłam znaleźć pierwszą lepszą rzecz, wrócić na miejsce zbiórki i zacząć naprawdę działać.
Zagłębiłam się w zaśmiecone i śmierdzące uliczki licząc na to, że znajdę tutaj cokolwiek. Udało mi się to dopiero po dłuższej chwili. Długa biała, podziurawiona szmata, wyglądająca jak niedopasowany obrus, to jedyne, co udało mi się znaleźć. No nic, wygląd to akurat najmniejsza rzecz, którą muszę się martwić. Narzuciwszy ją na siebie byle jak i schowawszy własne ubrania do torby wróciłam na miejsce spotkania, gdzie obydwaj mężczyźni już na mnie czekali.
- Dłużej ubierać się nie dało?
- Wybacz, nie umiałam się zdecydować na kolor szmatki. – odparowałam. – Dobra. Sprawę ubrań mamy załatwioną. Wreszcie. Co dalej?
- Chyba dobrym pomysłem było by jakimś cudem dostać się w pobliże otoczenia Aleksandra Wielkiego. – powiedział nieśmiało Cigno.
- Jakieś pomysły, jak mamy to zrobić?
- Może udajmy się do pałacu i z nim porozmawiamy?
- Jasne i co wtedy zrobimy? Powiemy mu, że przybywamy z przyszłości, aby go uratować przed ludźmi człowieka, który chce zdobyć władzę, a przy tym zniszczyć świat?
- Może nie będziemy musieli z nim rozmawiać, aby się do niego zbliżyć?
- Co masz na myśli? – spytałam zaintrygowana.
- Słuchajcie. On jest królem. Mieszka w pałacu. Wyrusza na liczne wojny i ucztuje zwycięstwa. Na pewno potrzebuje jakiejś służby i wojowników. A gdybyśmy po prostu zaciągnęli na służbę u niego?
- Mamy walczyć w jego boku, aby go chronić? Zabijać ludzi, aby zwiększyć jego Imperium? Świetny pomysł, ale my razem z Cigno nie możemy zabijać, tak w ramach przypomnienia.
- Ty i tak nie walczyłabyś.
- A to niby dlaczego? Uważasz, że nie potrafię walczyć?
- Nie. Uważam, że jesteśmy w starożytności, a tutaj kobiet-wojowniczek nie było. Tutaj kobieta miała inną rolę.
- Chyba wolę nie pytać jaką. W takim razie jakim cudem ja mam się dostać do pałacu?
- Jako służąca.
- Mam robić wszystko, na co wy będziecie mieć ochotę? Bez żadnego prawa głosu? Chyba sobie żartujesz.
- A widzisz jakieś inne wyjście?
Nic nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że miał rację. A jednak perspektywa usługiwania i spełniania każdego życzenia wszystkich nie była zbyt zachęcająca.
- No dobrze. A jak go przekonamy, aby nas przyjął?
- Tym będziemy się martwić już w pałacu. Chodźmy.

<Cigno, Eligiusz?>

25 lip 2018

Event - Od Cigno/Umilty - Event, część 2, grupa pierwsza

Spojrzałem na osoby, które znalazły się w tym samym miejscu, co ja. Kojarzyłem tylko niewielką część z nich. Po aurach zebranych rozpoznałem wśród nich demona, anielicę i Łowcę. Co do rasy drugiego chłopaka oraz mówczyni nie miałem pewności. Ta zmierzyła wzrokiem naszą piątkę, jakby podobnie jak ja chciała wiedzieć z kim ma do czynienia. Pewnie tak też było.
- Nawet nie wiecie, jak wdzięczna jestem wam za to, że się pojawiliście. Naprawdę. Szczerze mówiąc bałam się, że będę musiała robić to wszystko sama. Byłoby to trudne, ale dałabym radę. Tak myślę. - po tych słowach nastąpiła chwila przerwy. Dziewczyna wzięła głęboki oddech i kontynuowała.
- Sprawa ma się tak, pewien angielski książę Logan Caroll na podstawie jakichś super skomplikowanych działań obliczył, że jeśli w pewnych ważnych momentach historycznych wprowadzi daną zmianę, teraz byłby władcą chyba z połowy świata. Może i tak, ale działanie to utworzyłoby ogromną dziurę w czasoprzestrzeni, która z czasem, według moich przewidywań w ciągu trzech miesięcy, wessałaby do środka Ziemię. Jednym słowem, apokalipsa. Dlatego też zebrałam was tutaj, żebyśmy spróbowali coś z tym zrobić. - mówczyni spróbowała chyba się uśmiechnąć, co nie wyszło jej najlepiej, ale w końcu liczą się chęci.
- Każde z grup dostanie po cztery kule, otwierające przejścia do następnego czasu. Jedyne co musicie z nią zrobić, to rzucić na ziemię. Są już zaprogramowane tak, żeby zaprowadzić was do odpowiedniej chwili w historii. Ale pierwszą rzeczą, jaką musimy zrobić po znalezieniu się w przeszłości, jest znalezienie odpowiedniego stroju. Jeśli będziemy odstawać od innych albo oskarżą nas o konszachty z czarną magią, albo wystraszymy szpiegów Carolla. - dziewczyna zamilkła i spojrzała na nas, jakby chciała przypomnieć sobie coś ważnego.
- Będziemy podzieleni na dwie grupy trzyosobowe. Każda z grup dostanie sześć postaci historycznych, których historii musimy przypilnować. Wysłannicy Carolla niekoniecznie muszą je zaatakować, ale na pewno były one przez nich sprawdzane. - po tych słowach jedna z toreb została przekazana anielicy, a druga - demonowi. Przez chwilę zawiesiłem na nim wzrok. Czy na pewno jest tutaj po to, żeby nam pomóc? Demony zazwyczaj jeśli udzielają się w podobnych do tej sprawach, to tylko dlatego, żeby przerwać nudne oraz monotoniczne życie i móc się zabawić cudzym kosztem. Nie twierdzę jednak, że nie mogę być w błędzie. Przyjrzałem się bardziej jego twarzy, rozpoznając znanego mi detektywa. Wciąż pamiętając nasze pierwsze spotkanie, uznałem, że lepiej dam sobie spokój z tym swoim wewnętrznym monologiem, przez którego długo miałem ochotę spalić się ze wstydu lub zapaść pod ziemię. Spuściłem wzrok czerwony jak burak.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos znalezionej przez nas dziewczyny. Skupiłem więc na niej swoją uwagę.
- W środku znajdują się kule, trochę pieniędzy i kartki z informacjami odnośnie postaci. W pierwszej grupie jest Auraya, Cigno i Eligiusz. Macie Aleksandra Wielkiego, Lutra, Napoleona, Da Vinci, Waszyngtona i Kopernika. Nie bójcie się o języki, o ile nie zgubicie torby powinna działać trochę jak tłumacz. W drugiej jestem ja, Ruvik i James. My z kolei zajmiemy się Cezarem, Wiktorią Hanowerską, Kolumbem, Einsteinem, Ludwikiem XIV i Hitlerem.
- Hitlerem? Tym Hitlerem? - odezwał się ktoś z tyłu. Mnie bardziej jednak ciekawiło, skąd ta osoba zna nasze imiona.
- Tsa. Był dosyć ważny, co nie? Czy nam się to podoba, czy nie, musimy uratować mu to niemieckie dupsko. - odpowiedziała niejaka Harriet. Dziewczyna wyciągnęła przed siebie rękę i wyraźnie się skupiła. Jej dłoń po chwili otoczyła fioletowo-niebieska mgiełka, która wystrzeliła do przodu i utworzyła portal. Przypominał on niewielkie jeziorko, unoszące się pionowo w powietrzu. Kałużę, w której można było dostrzec rozmyte budowle, charakterystyczne dla czasów antycznych. Obok został utworzony przez Harriet drugi portal o podobnym obrazie w swoim wnętrzu.
- To co? Ahoj, przygodo! - zawołała dziewczyna i wskoczyła do pierwszego portalu. Jej dwuosobowa grupa ruszyła za nią. Odprowadziłem demona smutnym, a jednocześnie wystraszonym wzrokiem. Nie byłem pewny, czy dam sobie radę. A on był jedyną osobą, którą znałem. Nasze spojrzenia się spotkały. Detektyw zatrzymał się przed portalem. Niepewnie postawiłem pierwsze kroki w jego kierunku, by następnie przyspieszyć. Uczepiłem się jego ramienia.
- Dasz sobie radę. - mruknął młodzieniec. Przytuliłem się do demona, ryzykując, że albo mnie znienawidzi, albo zabije. Ruvik poczochrał moje włosy. Uniosłem na niego wzrok, gdy skończył.
- Uważaj na siebie. - wymamrotałem, po czym wsunąłem dłoń pod swoją koszulę i wyrwałem jedno ze swoich piór. Wsunąłem je do ręki detektywa.
Odprowadziłem demona wzrokiem. Nawet, gdy zniknął w wnętrzu portalu, wciąż wpatrywałem się w kolorową tarczę.
- Skończyłeś już, Romeo? - zapytała zniecierpliwiona Auraya.
- Przepraszam. - odparłem, wracając do swojej grupy. Razem przeszliśmy przez przeznaczony dla nas portal.
***
Zapewne każdy z nas poczuł gorąco, spowodowane promieniami słońca. Rozejrzeliśmy się po dookoła, by co nieco dowiedzieć się o naszym położeniu. W odległości kilkudziesięciu metrów udało nam się dostrzec skromną budowlę, obok której suszyło się pranie.
- Musimy zdobyć te ubrania. - zadecydował Łowca.
- Ale kradzież jest zła... - zacząłem nerwowo miętosić koniec swojej koszuli.
- Musimy je mieć.
- Nie będę okradał, tym bardziej ubogich!
- Halo, mamy mamonę. - mruknęła dziewczyna.
- A widzisz tu sklep? I jak mamy je kupić niezauważeni? Te ciuchy wzbudzą podejrzenia.
-... To na golasa? - szepnąłem niepewnie.


< Auraya? Eligiusz?>

21 lip 2018

Od Harriet - event, część 1.

Nigdy nie byłam dobra w kontaktach międzyludzkich, ale według Richarda, zawsze lliczy się dobre pierwsze wrażenie. Tym razem postanowiłam skorzystać z jego rady i przy rekrutacji ochotników do misji, spróbowałam posłużyć się właśnie tym środkiem, żeby zaskarbić sobie szacunek tych ludzi. Chociaż nie, szacunek to zbyt dużo powiedziane. Potrzebowałam wywołać u nich takie uczucie, by chociaż wysłuchali co mam do powiedzenia, a później podporządkowali się moim poleceniom. Było to o tyle prostsze, że osoby, które wyraziły chęć pomocy, nie były ode mnie dużo strasze. Moja początkowa obawa o tym, że będę odstawać od ochotników jako najmłodsza, szybko rozproszyła się bez śladu.
Przejechałam spojrzeniem po stojących przede mną osobach, starając się wyczytać z ich postaci jak najwięcej informacji. Nigdy nie uważałam się za Sherlocka Holmesa, ale czasami udawało mi się zdobyć kilka przydatnych wniosków po chwilii obserwacji. Poza tym, byłam dosyć zawiedziona, że nasza grupa liczy zaledwie sześć osób, jednak, jak zwykł mawiać Richard, zawsze powinno się szukać dobrych stron. Więc na razie jedyną dobrą rzeczą, jaką widziałam w naszej małej liczebności było to, że przynajmniej będziemy mniej widoczni. Duże skupowiska zwykle ściągają spojrzenia, im mniej, tym lepiej.
Wszyscy, z wyjątkiem jednej osoby, należeli do grupy nadnaturalnych. Chyba większość łowców uznała, że ratowanie świata ratowaniem świata, ale ze swoimi naturalnymi wrogami nie będą się bratać. Cóż, a szkoda, bo ich pomoc mogłaby być naprawdę przydatna. Oprócz mnie wśród ochotników znajdowała się zaledwie jedna przedstawicielka płci żeńskiej, pozostała czwórka, co logiczne, była facetami. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Poprawiłam rękawy swojej starej kurtki myśliwskiej, ścierając z jednego niewielką ilość keczupu, będacego pozostałością po moim obiedzie. Palce wytarłam w dżinsowy materiał spodni - i tak będziemy potrzebowali przebrania, gdy znajdziemy się w innym czasie.
- Nawet nie wiecie, jak wdzięczna jestem wam za to, że się pojawiliście. Naprawdę. Szczerze mówiąc bałam się, że będę musiała robić to wszystko sama. Byłoby to trudne, ale dałabym radę. Tak myślę - kiedy zdałam sobie sprawę, że a) zaczynam paplać i b) moje słowa mogły być niezbyt… poprawne, wzięłam głęboki oddech i spróbowałam zacząć od początku. - Sprawa ma się tak, pewien angielski książę Logan Caroll na podstawie jakichś super skomplikowanych działań obliczył, że jeśli w pewnych ważnych momentach historycznych wprowadzi daną zmianę, teraz byłby władcą chyba z połowy świata. Może i tak, ale działanie to utworzyłoby ogromną dziurę w czasoprzestrzeni, która z czasem, według moich przewidywań w ciągu trzech miesięcy, wessałaby do środka Ziemię. Jednym słowem, apokalipsa. Dlatego też zebrałam was tutaj, żebyśmy spróbowali coś z tym zrobić.
Spróbowałam uśmiechnąć się nieznacznie, jednak jestem pewna, że wyszło mi to bardziej jak grymas, aniżeli coś pocieszającego.
- Każde z grup dostanie po cztery kule, otwierające przejścia do następnego czasu. Jedyne co musicie z nią zrobić, to rzucić na ziemię. Są już zaprogramowane tak, żeby zaprowadzić was do odpowiedniej chwili w historii. Ale pierwszą rzeczą, jaką musimy zrobić po znalezieniu się w przeszłości, jest znalezienie odpowiedniego stroju. Jeśli będziemy odstawać od innych albo oskarżą nas o konszachty z czarną magią, albo wystraszymy szpiegów Carolla - zatrzymałam się na chwilę, zastanawiając się przez moment nad kolejnym krokiem. Ach, no tak. Grupy. - Będziemy podzieleni na dwie grupy trzyosobowe. Każda z grup dostanie sześć postaci historycznych, których historii musimy przypilnować. Wysłannicy Carolla niekoniecznie muszą je zaatakować, ale na pewno były one przez nich sprawdzane.
Podałam jedną torbę blondynce, drugą chudzielcowi-demonowi.
- W środku znajdują się kule, trochę pieniędzy i kartki z informacjami odnośnie postaci. W pierwszej grupie jest Auraya, Cigno i Eligiusz. Macie Aleksandra Wielkiego, Lutra, Napoleona, Da Vinci, Waszyngtona i Kopernika. Nie bójcie się o języki, o ile nie zgubicie torby powinna działać trochę jak tłumacz. W drugiej jestem ja, Ruvik i James. My z kolei zajmiemy się Cezarem, Wiktorią Hanowerską, Kolumbem, Einsteinem, Ludwikiem XIV i Hitlerem.
- Hitlerem? Tym Hitlerem? - odezwał się ktoś.
- Tsa. Był dosyć ważny, co nie? Czy nam się to podoba, czy nie, musimy uratować mu to niemieckie dupsko.
Wyciągnęłam rękę przed siebie, skupiając wszystkie swoje myśli na swoim wyobrażeniu Starożytnego Rzymu. Po chwili wokół mojej dłoni pojawiła się fioletowo-niebieska, przywodząca na myśl dym albo piętrzącą się energię otoczka, która, gdy wystrzeliła do przodu, utworzyła portal. Powtórzyłam ten proces ze swoim wyobrażeniem Macedonii  i jego władcy.
- To co? Ahoj, przygodo! - i jako pierwsza wskoczyłam do przejścia.
Powinnam była spodziewać się upału. W końcu Rzym znajduje się we Włoszech. Ale nie, wolałam wcisnąć się w ciepłe, dostosowane do angielskiej pogody ubrania. Toteż nic dziwnego, że tuż po tym, jak znaleźliśmy się po drugiej stronie, poczułam się jak w piekarniku.
- Powinniśmy jak najszybciej znaleźć te długie obrusy, żeby się nimi zakryć. No wiecie, te które nosili w tych czasach - parsknęłam do towarzyszącej mi dwójki. - Wystarczy, że kupimy najtańsze, jakie znajdziemy. Byleby nie było tak cholernie gorąco.

Ruvik? James?
druga grupo, wy piszecie między sobą C: Kolejność dowolna.

16 lip 2018

Let's mess with the timeline - czyli event wakacyjny!

Czarna toń nieba naznaczona milionami niewielkich, świetlistych punkcików otaczającymi będący w pełni księżyc. 
Mimo późnej pory ulice San Lizele toną w srebrzystej poświacie naturalnego satelity Ziemi. Po wyjściu z domu można natknąć się na całkiem pokaźną grupę ludzi, którzy nic nie robią sobie z faktu, że jest już grubo po północy. 
W pewnej chwili do twoich uszu dociera głośny wybuch. Kiedy rozglądasz się dookoła, twoje spojrzenie nie napotyka niczego niepokojącego. Ludzie poruszają się i rozmawiają, jakby nic się nie stało. 
Po dłuższej obserwacji dostrzegasz, że jednak nie wszyscy. Ktoś rozgląda się w widocznym strachu dookoła, inna osoba sięga do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Jednak w promieniu stu metrów jedynie kilka postaci zaczęło zachowywać się dziwnie.
Nagle osoby te zrywają się do biegu, uciekając w kierunku przeciwnym do centrum. Zza ich postaci udaje ci się zobaczyć zmierzającą w twoją stronę dziwnie przezroczystą ścianę o błękitnawym kolorze. Jej struktura przywodzi na myśl barwione szkło, ale kiedy przez ciebie przenika, domyślasz się, że była to fala energii spowodowana wcześniejszym wybuchem.
Wtedy też zaczynasz czuć dziwną potrzebę znalezienia się w jednej ze starych fabryk znajdującej się nieopodal środkowej części miasta.
‘Niedługo mają ją burzyć’, przypominasz sobie i mimo prób stawiania oporu osobliwej chęci, twoje nogi jakby samodzielnie zaczynają poruszać się, kierując cię w stronę wcześniej wspomnianego miejsca. Ukradkiem przemykasz do środka starego budynku i tuż po tym stajesz jak wryty/a, kiedy zamiast pustego pomieszczenia dostrzegasz leżącą na betownowej podłodze drobną posta otoczoną identyczną barierą, z jaką wcześniej się zderzyłeś/aś. Tuż za nią znajduje się dziwna wyrwa, przypominająca swoim wyglądem przedstawiane w filmach science-fiction portale. Kiedy robisz krok w jego kierunku, znika z cichym pluskiem. Wtedy też, dotychczas nieprzytomna dziewczyna, podnosi się z podłogi i wstawszy z wyraźną trudnością, zbliża się do osoby, która właśnie wychyliła się zza jednej z kolumn.
Chyba potrzebuję waszej pomocy - wydobywa się spomiędzy jej spierzchniętych, sinych ust. Po zrobieniu jeszcze jednego posunięcia, potyka się i wpada ponownie nieprzytomna w jej ramiona.
Po chwili w fabryce pojawiają się kolejne postacie, jednak ich reakcja na siebie nawzajem upewnia cię w przekonaniu, że oni również doświadczyli osobliwego spotkania z falą i ich też przywiodła tu dziwna potrzeba. Wspólnie decydujecie się zaczekać aż dziewczyna ponownie się obudzi, a kiedy w końcu to zrobi, macie zamiar szczegółowo przepytać ją o jej zamiary.
Mija kilka godzin, zaczyna już świtać. Przez pokryte grubą warstwą kurzu okna do wnętrza fabryki zaczyna sączyć się pierwsze światło. Twoja uwaga jest skupiona na leżącej dziewczynie, która, po wydaniu pełnego niezadowolenia pomruku, otwiera oczy i na widok siedzących dookoła niej ludzi, pospiesznie się podnosi. Jest wystraszona, jakby nie do końca zdawała sobie sprawę, co się dzieje. Musi minąć chwila, żeby klepnęła się w czoło i z głośnym ‘No jasne, Harriet!’, bierze się pod boki. 
Wybaczcie mi brak wstępu, nie miałam czasu, żeby go przygotować. Mamy świat do uratowania - ktoś w tłumie parska, ale dziewczyna kontynuuje niewzruszona. - Potrzebuję ochotników, którzy mają na tyle odwagi, żeby wejść w to w ciemno. Oni dowiedzą się więcej.
~~*~~
OPIS:
Kochani! Tak prezentuje się wstęp do naszej wakacyjnej zabawy!
Ale jaka jest w tym wasza rola? Ano taka, że zgłaszacie chęć uczestnictwa na dole, a dokładniej imiona waszych postaci, którymi chcecie wziąć udział, w komentarzach i czekacie na odpowiedź ode mnie - Louise, pseudonim bloggerowy - Impulse. To tylko tak na potwierdzenie, że widziałam zgłoszenie. 
Macie na to czas do 16.07 - następny poniedziałek. Wtedy też pojawi się pełnoprawne wstępne opowiadanie do eventu.
Ale o co chodzi? Cóż, jeden z najbogatszych ludzi w Anglii, spokrewniony z rodziną królewską na podstawie długich badań wyliczył, że jeśli w kluczowych momentach historii pozbędzie się lub uratuje życie jakiejś ważnej postaci, to jego rodzina będzie zasiadała na tronie nie tylko Wielkiej Brytanii, ale także Ameryki - cóż, żegnaj republiko, witaj monarchio - Rosji, Hiszpanii, Francji, Włoch i Skandynawii - która w efekcie będzie jednym, ogromnym państwem. Zmiany te spowodowałyby nie tylko ogromne różnice, ale także wyrwałoby ogromną wyrwę w czasoprzestrzeni, która z czasem powiększyłaby się na tyle, że wessałaby do swojego wnętrza całą Ziemię, momentalnie niszcząc rasę ludzką. Naszym zadaniem jest powstrzymanie go przed doprowadzeniem do końca świata.
Każda z grup otrzyma swój przydział postaci, o których życie lub śmierć musi zadbać. Tak, grup. Event ten jest zabawą grupową, co znaczy, że musicie nie tylko poznać postacie historyczne, ale i waszych towarzyszy, których poznacie po losowaniu, które odbędzie się w następny poniedziałek.
ZABIERZCIE ZE SOBĄ DUŻO WENY I CHĘCI DO PISANIA!

POSTACIE HISTORYCZNE:
Juliusz Cezar, 
Aleksander Wielki, 
Wiktoria Hanowerska, 
Marcin Luter, 
Napoleon Bonaparte, 
Adolf Hitler, 
Krzysztof Kolumb, 
Leonardo da Vinci, 
George Waszyngton, 
Albert Einstein, 
Ludwik XIV 
Mikołaj Kopernik

Buziaki,
Administracja

4 maj 2018

Od Ezequiela do Coleen - [Zimowy Event cz. 2]

   Szczerze rozbawiony do granic możliwości przyglądałem się jej narastającemu gniewowi, aczkolwiek w końcu spoważniałem na wspomnienie tak jakby nietaktownego żartu. Z szastania pieniędzmi wyrosłem już dawno temu, a fakt, że pozwoliłem sobie zobaczyć stojącą przede mną kobietę w kreacji rodem z wybiegu nie wydawał mi się do takiego stopnia szalony… Po tym wszystkim na co wydałem kiedykolwiek w młodości pieniądze, ale tego może lepiej by było już nie wspominać… 
- Z reguły wolę ukrywać swoje dziedzictwo finansowe i przeszłość, w jakiej dodatkowo je pomnożyłem i nadal pomnażam, ale uważam, iż skoro stać mężczyznę na to, by dawać ukochanej to, co najlepsze… To powinien to robić.
- Nie czuję się w tym dobrze. Po prostu. – próbowała oponować, widząc, iż w końcu spoważniałem. – Kiedy widziałam tyle…
- Coleen. – złapałem jej twarz w dłonie, spoglądając głęboko w oczy. Wzięła ostrożnie głębszy oddech.  – Proszę cię tylko o ten jeden bal w takiej sukni. Wyglądasz w niej tak nieziemsko pięknie, że nie jestem w stanie przestać na ciebie patrzeć i podziwiać. Jeżeli nigdy więcej nie będziesz chciała, bym kupował ci takie rzeczy, to tego nie zrobię.
   Powiedziałem to z wielkim bólem serca, ale moim głównym celem było uszczęśliwianie jej. Wiedziałem, jak bardzo nieswojo musiała się czuć w całym tym magicznym świecie, który mnie otaczał. Zwłaszcza, że tak naprawdę nie znała jeszcze całkowitej prawdy o mojej osobie. Jakaś część mnie nadal chciała to ukrywać, pozwolić jej widzieć tylko tyle, ile widziała teraz. Czy tak nie byłoby nam wszystkim łatwiej?
- Masz nadzieję na to, że się zgodzę ci stroić, prawda? 
   Westchnąłem, bawiąc się jej puklem włosów. Chciałem móc dobierać jej najdroższe suknie na praktycznie wszystkie uroczystości i eksponować jej urodę na czerwonym dywanie po wyjściu z limuzyny. Nie miała nawet pojęcia jak wiele go w sobie oraz na zewnątrz siebie, miała.
- Aż tak to widać?
- Tak. – uśmiechnęła się łobuzersko.
   Złapałem w ramach zemsty Coleen przy wcięciu w talii, po czym wykonałem tylko kilka kroków walca. Obróciłem zszokowaną pannę Caillte wokół jej własnej osi, a tiul trochę rozszerzający się na dole, zawirował, unosząc się nieco w powietrzu. Kryształki w każdym miejscu na sukni zalśniły niczym sople lodu. Jej włosy niesfornie znalazły się na jej twarzy, więc musiała potrząsnąć głową, aby odzyskać widoczność. Moje serce zabiło trzy razy szybciej na ten widok.
- Jesteś niemożliwy, przecież wiesz, że słabo umiem tańczyć! – sapnęła podirytowana, ale widziałem w jej oczach również radość.
– Myślę, że...
   Zamarłem w bezruchu.
- …ten jeden raz nie wyrządzi nikomu szkody. Pewnie i tak już nie można jej zwrócić, czyż nie?
- Zgadza się. – potwierdziłem, a ona pokręciła głową z dezaprobatą.
- Mogę przekazać dotacje w tej samej wysokości, co wyniesie koszt całokształtu, sierocińcowi w San Lizele. Mogę zrobić licytację swoich dzieł i kolejne pieniądze przeznaczyć na szpitale, które wskażesz. 
- Swoich dzieł? Czego o tobie jeszcze nie wiem? – zapytała, a ja posłałem jej zagadkowe spojrzenie.
  „Och, moja droga, tego jest zbyt wiele.”

***

   Zgodziła się nawet jakimś cudem na fryzjera oraz makijażystkę. Nie miałem pojęcia, co ją podkusiło do tego, by dobrowolnie oddać się w ręce wyznaczonych przeze mnie profesjonalistów. W końcu postanowiłem ją o to zapytać, a ona odrzekła dumnym głosem, wpatrując się w przestrzeń za szybą mojego chevroleta:
- Mówiłeś, że istnieje możliwość spotkania kogoś znajomego na tym balu.
- Tak, podejrzewam, iż może być ich nawet całkiem sporo… O kogoś konkretnie ci chodzi, prawda?
- Kim jest „Myr”? – tym razem to ja pokręciłem głową z dezaprobatą, widząc, iż musiała przynajmniej raz spojrzeć na ekran mojego telefonu.
- Myrtice to dawna… - odchrząknąłem. - …teraz tylko się przyjaźnimy. Chyba nie jesteś szczególnie zła na to, że nadal utrzymuje z nią kontakt ani nie podejrzewasz mnie o nic?
   Wzruszyła jedynie ramionami, więc resztę drogi do lodowego pałacu przemilczeliśmy.

***

   Zaparkowałem kawałek od głównego wejścia wielkiej fortyfikacji, w zasadzie nieco zastawiając bramę z lodu na wielki dziedziniec reprezentacyjny. Dorożka obok mojej zaśnieżonej Charlotte by nie przejechała, raczej pojedynczy jeźdźcy na koniach. Uśmiechnąłem się do Coleen, po czym wyjąłem kluczyki ze stacyjki i wyszedłem na zewnątrz, aby otworzyć jej drzwi. Ciemnowłosa piękność wyszła z wnętrza czarnego samochodu z gracją równą właścicielce tego przybytku przed nami, chociaż musiałem ją złapać pod koniec, bo się poślizgnęła na szpilkach.
- To był jednak głupi pomysł, aby całkowicie pozostawić ci możliwość wyboru ubioru…
- Ależ skąd! – wziąłem ją na ręce, przez co prawie straciła obuwie równie kosztowne, co jej suknia.
   Zarumieniona do granic możliwości Coleen spojrzała na mnie nienawistnie:
- Chyba nie zamierzasz mnie tam wnosić niczym pannę młodą.
- Nie powstrzymasz mnie przed tym. – odparłem jej, a ona przewróciła oczami.
   Naprawdę ją tak wniosłem do wnętrza pałacu, którego podboje otworzyły się na pozór automatycznie, choć instynktownie dopatrywałem się w tym magii. Wielkie, dwuskrzydłowe wrota rozwarły się, ukazując nam wnętrze składające się z klatki schodowej i podwójnie rozchodzących się w różne strony schodów na wyższe piętra. Natychmiast otoczyło nas ciepło, którego nie spodziewałem się we wnętrzu literalnie z lodu. Postawiłem Coleen na śnieżnobiałym dywanie, który stłumił dźwięk zetknięcia jej kryształowych obcasów z niemal szklaną posadzką. W tym samym momencie wrota za nami zamknęły się, a ja poczułem dziwne osłabienie. Raczej brak wewnętrznego, uspokajającego mnie ognia jeźdźca bez głowy. Nieco zaszumiało mi w głowie. Zaniepokojona tym widokiem panna Caillte złapała mnie za ramię, sprawdzając opiekuńczo, czy nie mam gorączki. 
- Co ci się stało? – w jej głosie zabrzmiał prawdziwy niepokój.
- Nie wiem. – trochę mi zajęło, zanim rozpoznałem na wrotach wykute w lodzie, splątane runy osłabiające rezerwy i zamazujące aury. 
   Zupełnie tak, jakby ktoś, kto je rzeźbił, za wszelką cenę chciał uchronić przed czymś mieszkańców i biesiadników. Zmrużyłem oczy, oglądając się na nie i przesunąłem dłonią wzdłuż nich, czując, jak niewidzialne iskry zaklęcia w zetknięciu z moją skórą stają się coraz bardziej uciążliwe. Można było to porównać do uderzenia ze sobą jednocześnie dwóch metalowych ostrzy…
- Widzę, że pan zna się na pradawnej sztuce. – zagrzmiał głos za mną. Coleen od razu przysunęła się bliżej mnie, a ja przysłoniłem ją sobą, oglądając się z powrotem na to, co działo się przy schodach.
   Wysoki jegomość w szykowanym garniturze i tak dobrze dopasowanych spodniach, musiał być lokajem. Przypominał ze znudzonego wyrazu twarzy zombie, aczkolwiek widziałem w sposobie, w jaki się poruszał, iż nadal był na tyle żywotny, by dokonywać więcej, niż głównie zrzędzenia na pogodę przy herbatce. W jego wyniosłym unoszeniu podbródka czaiła się dostojność samego hrabi. 
- Zgadza się. Można mnie określić wręcz miłośnikiem każdego jej rodzaju. – odpowiedziałem pewnie, chowając skromność gdzieś za siebie. W zasadzie nigdy się nią nie afiszowałem, co Coleen ponownie skwitowała przewróceniem oczu. – Z kim mamy przyjemność?
- Nazywam się Esteban Julio Ricardo Montoya dela Rosa Ramirez i jestem tutaj głównym lokajem zajmującym się posiadłością. Ze względu na brak umiejętności witania przez mojego klucznika, muszę osobiście prowadzić gości takich jak wy na salę balową. Zatem pozwólcie… - i ruszył ku schodom, nie czekając, ani nie wyjaśniając nic więcej.
   Złapałem Coleen pod ramię, prowadząc ją w głąb wielkiej posiadłości, pozwalając sobie oraz jej oglądać bezmiar dekoracji balowych, a także majestat i precyzję, z jaką zbudowano na pozór zwykły zamek pośrodku lasu. Każdy obraz malowany techniką olejną na płótnie, zawieszony w holu, posiadał inaczej zdobione obramowanie, a co za tym idzie – tematykę od mitologicznych przedstawień poprzez świeckie, pełne sielanki pejzaże. Meble wydawały się wprost być dopasowane do miejsc, w jakich stały i dekorowane na modę rokoka. Niektóre z nich wręcz uginały się od masy perłowej, perfekcyjnie oszlifowanych brylantów, a także wszechobecnych, intensywnie pachnących goździków wystawionych na srebrnych misach. U sufitu były zawieszone girlandy z białych lilii, zaczepione o srebrne kandelabry, które rzucały ciepły blask na wszystko i wszystkich w swoim zasięgu. Zdecydowanie kunszt przekraczał moje wyobrażenie tego, co tutaj zastaniemy tym bardziej, iż spodziewałem się czegoś znacznie skromniejszego, niż to. Sądziłem, iż będzie to raczej typowa zagrywka burmistrza, podczas gdy bal okazał się królewskim przedsięwzięciem na miarę arystokracji sprzed setek lat. Z każdym kolejnym krokiem czułem się coraz pewniej, przebywając z dala od oszałamiających run na wrotach pałacu. Mój ogień wrócił w całej swojej pełni dopiero pod drzwiami od komnaty balowej na najwyższym piętrze pałacu. Tutaj oddaliśmy Estebanowi nasze zaproszenia, a on schował je do kieszeni swojego garnituru, życząc nam szczerze miłej zabawy. Weszliśmy zatem do wnętrza równie potężnego, co klatka schodowa, lecz tym razem wypełnionego tańczącymi parami, orkiestrą, a także stołem uginającym się od różnego rodzaju potraw: od dań głównych, przez desery i nie zapominając rzecz jasna o różnorakich rodzajach alkoholi. Pojedynczy mężczyźni we frakach częstowali pysznościami nadziewanymi na patyku, inni nosili na srebrnych tacach kieliszki. Powolna muzyka zachęcała do tańca towarzyskiego przy akompaniamencie skrzypiec, wiolonczeli, fortepianu, fletów poprzecznych, harfy, a także pojedynczych taktów altówek. Coleen jednak z premedytacją zignorowała parkiet, dając mi jasno do zrozumienia, iż nie ma najmniejszego zamiaru dać się ciągnąć w różnych kierunkach, tylko od razu poprowadziła mnie w stronę stołu… Przez co potrąciłem łokciem pewną czarnowłosą wiedźmę przechodzącą akurat obok.
- Najmocniej przepraszam…
- Och, Ezzie, to ty. Nie poznałam cię w tym fraku. – Myrtice uśmiechnęła się do mnie głupkowato.
- To smoking.
- Frak. Kim jest twoja śliczna księżna?
- Nazywam się Coleen Caillte. – odpowiedziała dość zdystansowanym tonem, lustrując czarownicę od stóp do głów. Zwłaszcza jej pokaźny dekolt w srebrnej sukni i nietaktowne wcięcie na nogę aż do biodra.
- Myrtice Terranova. Cała przyjemność po mojej stronie.
   Wątpiłem w to.

***

- Ile wypiłeś?
- Dziesięć. Ale byłem drugi, jakiś dzieciak mnie wyprzedził…! – zaśmiałem się, czując w żyłach rozlewające się ciepło grzańców.
   Żeby nie było, walczyłem dzielnie i wcale się nie zestarzałem! Tamten typ po prostu miał jakimś cudem szersze gardło jako jakiś wilkołak czy coś innego, przestałem rozróżniać po trzecim kuflu, kto jest jakiej rasy i koloru aury, zatoczyłem się z tym kuflem, ale piłem dalej! Nie wiem, co do nich dosypali, ale brało cholernie szybko i o ile tamten już lekko odpadał od karuzeli, to ja się świetnie bawiłem i dopiero rozkręcałem…!
- Zostawiłam cię na mniej niż kwadrans, bo musiałam iść do łazienki, a ty już zdążyłeś prawie wygrać konkurs dla pijaków imprezowych… - złapała się za głowę, szukając jakiejś podpowiedzi zza okien wielkich niczym wrota pałacu. 
- Coś jeszcze?
- Śpiewaliśmy razem na stole Marsyliankę. Coleen, błagam, zatańcz ze mną. 
   Tak, całkowicie pijany, porwałem ją do tańca, który dość słabo go przypominał, za to dostarczył nam obojgu odpowiednio dużej dawki śmiechu i łez od niego. Muzyka zaczęła przyspieszać do coraz skoczniejszych rodzajów, tym razem nawet grupowych. Pary zaczęły tworzyć dach ze swoich rąk do przebiegnięcia pod nimi dla innych, wiele kobiet miało na głowach wianki z brokatowych lilii. Gwar stawał się coraz głośniejszy do tego stopnia, iż większość zebranych nie zdołała usłyszeć krzyku pewnej kobiety za jednymi z wieloma drzwi. Posadzka zadrżała. Momentalnie przypomniały mi się runy na wrotach, które nie zostały tam wykute bez powodu… Problem polegał na tym, że nie zdołały powstrzymać tego czegoś, co tu wtargnęło, a ja pozwoliłem sobie na to, żeby całkowicie zapomnieć się przy zabawie. Zakląłem w duszy, pozwalając wewnętrznemu ogniu spalić alkohol w mojej krwi. Spojrzałem trzeźwymi oczyma na przerażony tłum, który uspokoiłem specjalnymi poleceniami, przejmując od razu dowodzenie nad całą sytuacją. Muzyka gwałtownie ucichła, pozwalając mojemu głosowi odbijać się echem od ścian. Ujrzałem przez moment w oczach Coleen błysk podziwu nad moją umiejętnością panowania nad tłumem. Od razu w pobliżu mnie pojawiła się Myrtice i o dziwo, Blair Tacher, mój dobry, znajomy komendant policji w San Lizele.
- Przypilnuj Coleen, a ja i Myrtice się tym zajmiemy.
- Nie ma sprawy. – odparł mi przyjaciel, witając się już z kobietą po mojej prawej.
- Zaraz, jak to ty i Myrtice? – nagle oprzytomniała, kiedy nie wymieniłem jej imienia.
- Moja droga, tutaj w grę wchodzić mogą seryjni mordercy, a Myrtice znam nie tylko dzięki temu, że jest w połowie Irlandką. Pracuje jako asystentka Blaira i do tego jest o wiele bardziej obeznana w dzisiejszej technologii, niż ja.
- Jeżeli podłożyli bombę, będę w stanie ją ogarnąć szybciej, niż twój chłopak by zdążył pomyśleć o tym, czym tak naprawdę jest. – zapewniła śmiertelnie poważnym głosem, jednocześnie mi ubliżając.
   Oboje wiedzieliśmy, że kompletnie nie o to chodziło, ale musieliśmy grać. W tej komnacie wszyscy aktualnie nas słuchali, a duża liczba z obecnych nie była wiedzącymi o sprawach nadnaturalnych. Szybko razem z czarownicą wyszliśmy, zamykając wrota od komnaty balowej i ruszyliśmy w stronę, z której według czarownicy dobiegało drżenie.
- Przemień się, Ed. Mam spore wątpliwości co do tego, czy dasz radę w tej wersji temu czemuś, co jest na dole i szampańsko bawi się czyimś życiem. – mruknęła w moją stronę, a wokół jej dłoni zaczęła prześlizgiwać się złocisto purpurowa mgła. Idealnie te kolory aury oddawały razem to, kim była i co potrafiła.
- Ile jest tam ofiar? – moje ciało pokryły żywe płomienie, zmieniając strój na wiktoriański. Przy pasie pojawiła się szabla ze oznakowaniem. Odczułem znajome pieczenie na szyi. Zdjąłem kaptur dodatkowej peleryny, czując, iż było mi już zbyt ciepło.



- Dziewięć żywych posągów z lodu.
- Bazyliszek, ale w innej, zabawniejszej wersji?
- Tak jakby, chociaż to skromne określenie na te istoty. To teraz już glahiemy. Zmieniają się w żywe istoty zimy przez to, że ktoś ich zamordował i porzucił w śniegu. Dokładnie pod tym pałacem. Chcą się bronić przed tym, co tu grasuje niespętane żadnymi łańcuchami…
- Wendigo?
   W tym samym momencie spadł na nas przedstawiciel powyższej rasy z impetem z kandelabra, którą wymieniłem. Myrtice zrzuciła go ze mnie celnym pulsarem, a ja dokończyłem dzieła posyłając w jego stronę strumień płomieni.
- Imponujące. Niczym feniks. – skwitowała to nawet zadowolonym pół uśmiechem. – Ale z glahiemami będzie gorzej. Będziemy musieli zejść do piwnicy, a w międzyczasie będą miały nas jak na patelni. Nie da się ich zniszczyć w tej postaci, będziemy mogli się jedynie bronić.
- To jaki jest ich słaby punkt?
- Ich ciała pod posadzką. Będziesz musiał ją stopić, a potem dotrzeć do nich.
   Przygryzłem wargę. To zużyje mnóstwo moich rezerw tak, jak Myrtice, żeby mnie i siebie przed nimi chronić. W pewnym sensie była to wręcz misja samobójcza. Mogliśmy się dosłownie wypalić raptem w połowie roboty, tym bardziej, że ani ja ani ona nie wiedzieliśmy, jak głęboko spoczywały ciała. To mogły być metry…
- Poprzysiągłem chronić miejsce, do którego zacznę należeć jako ten, kim jestem. To mój obowiązek, ale ty możesz się ratować i przeprowadzić ewakuacje…
- Przestań pieprzyć, tylko zacznij schodzić po schodach. 

***

   Byli tam wszyscy. Cała rodzina właścicieli pałacu i kilku obcych, którzy próbowali się przede mną i Myrtice chronić. Spaliłem ich doszczętnie, a potem usiadłem na schodku z wycieńczenia. Nie przygotowałem się na takie obsunięcie rezerw uprzednimi eliksirami wzmacniającymi od przyjaciółki, z resztą ona też ledwo łapała oddech. Zsunęła się plecami po ścianie, patrząc na mnie na w pół przytomnie i łapiąc za żebra po lewej stronie.
- Mocno uwiera cię kryształ?
- Nie bardziej, niż ciebie nacięcie na szyi, jak się zmieniasz. 
   Uśmiechnąłem się do niej krzywo, a ona odpowiedziała mi tym samym.
- Myślisz, że wybudowali go po to, aby można było ich znaleźć i uwolnić od tego jarzma?
- Raczej nie oni go wybudowali… Tylko lokaj i jego pomocnicy. I ten dziwny facet w masce. Dziwnie mokra ta ściana, swoją drogą.
   Na nos spadła mi kropla wody.
- Ten pałac się topi, Myrtice. 
   To były ostatnie słowa, jakie zapamiętałem po tym, jak zapadłem się w ciemność.


KONIEC


2 maj 2018

Od Scotta i Holland - konkurs zimowy cz. 2

trochę spóźniony, ale chyba przejdzie XD


Scott
Nie miałem pojęcia, co się właśnie wydarzyło, byłem przerażony nagłą utratą moich mocy, czego... nie mogłam dać po sobie poznać. Muszę bronić swoje stado, co w tym przypadku jest o wiele trudniejsze, musimy stąd wyjść. Nie mogą się narażać tylko przez własną ciekawość, kto wie, co czeka na nas dalej.
Wziąłem kolejny głęboki oddech i spojrzałem na moich przyjaciół.
- J-ja... ja też nie mogę. - Rosalie wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w swoje dłonie, chcąc wysunąć swoje pazury, co tak samo jak w moim przypadku spełzło na niczym. Lydia nie odczuła wyraźnej zmiany, jednak najpewniej było te spowodowane jej odmiennymi umiejętnościami, Stiles za to od razu zaczął węszyć spisek i mogę się założyć, że znajdował się o krok od paniki, co nie zmienia faktu, że byłby ostatnią osobą, która zgodziłaby się teraz stąd wyjść.
- Nie zostaniemy tutaj, wychodzimy. - Podniosłem się i gdy tylko złapałem równowagę chciałem skierować się w stronę wyjścia.
- Może to wcale nic złego, zabierając moce mają większą pewność, że nikomu nic się nie stanie. - Tak jak sądziłem, Stiles nie odpuści.
- Być może, ale to tylko twoja teoria. Nie zostaniemy tu prawie całkowicie bezbronni.
- Scott, nie pękaj. Taki pałac zdarza się raz na.. nie mam pojęcia ile lat, może nawet pojawia się co roku, ale jeżeli teraz wyjdziemy, to na kolejną okazję..
- Stiles! - Krzyknąłem, co raczej rzadko mi się zdarza. - Nie będę ryzykował waszego życia ze zwykłej ciekawości! Wychodzimy.
Złapałem przyjaciela za rękę i dosłownie zaciągnąłem go do wyjścia. Cisza panująca w ogromnym pomieszczeniu przerywana była jedynie głośnymi tupnięciami i ciężkim oddechem Stilesa. Od kiedy w nim tyle odwagi? Od zawsze był tym bardziej strachliwym, jednak mimo to cholernie ciekawskim, co chyba w tym momencie niestety przezwyciężyło. Ledwo doszliśmy do drzwi, a mi znów zaczęło brakować oddechu. Wyjąłem pospiesznie inhalator z kieszeni, przypominając sobie czasy liceum, kiedy każdego dnia musiałem pamiętać, by mieć go przy sobie. Kilka razy wylądowałem w szpitalu, bo moje roztargnienie w pierwszej klasie osiągnęło swoje apogeum i zawsze zostawiałem go w domu. Jedyne o co modliłem się w drodze do lekarza to to, by nie trafić na zmianę mojej mamy, a... zawsze trafiałem.
Stiles niechętnie pchnął szklane drzwi, jednak te ani drgnęły. Pomyślałem, że udaje, ale mi również nie udało się niczego wskórać.
- Chyba jednak stąd nie wyjdziemy - westchnął "zmartwionym" głosem. Odwróciłem się w stronę dziewczyn, chcąc się upewnić, że wszystko z nimi w porządku.
- Nie zostanę tutaj bez swoich mocy - odezwała się Rose. Chociaż ona stanęła za mną, chociaż było to bardziej spowodowane jej wewnętrznym strachem, niż logicznym myśleniem. W pewnym momencie usłyszeliśmy głośne kroki w głębi korytarza, a zaraz potem ujawniła nam się wysoka i postawna postać mężczyzny.

Holland
Z jednej strony ucieszyłam się, że ktoś jeszcze tu jest, jednak z drugiej obawiałam się zamiarów tego... człowieka? Odruchowo cofnęłam się o dwa kroki, powoli zaczynając żałować decyzji o przyjściu tutaj. W tym momencie bardzo chciałam móc polegać na swojej intuicji, która po raz pierwszy postanowiła zostawić mnie całkowicie samą sobie. Chód mężczyzny przypominał lunatyka, bądź... zombie, jednak nie poruszał się jak ci typowi umarli z filmów. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości, jakby obawiając się naszej reakcji na jego przybycie.
- Witam Państwa w naszej skromnej posiadłości, nazywam się Esteban Julio Ricardo Montoya dela Rosa Ramirez, jestem synem Diega Julio Ricardo Montoya dela Rosa Ramirez i jego żony, Gladys. Zapraszam do środka. - Machnął ręką w stronę dalszej części korytarza i nie zwracając większej uwagi na to, czy za nim podążamy, ruszył przed siebie. To dziwne, że zastanowił mnie jedynie fakt, że facet ma całkiem pokaźną ilość imion. Pewnie miał problemy w szkole, gdy przez większość czasu zamiast rozwiązywać test, musiał wypisywać wszystkie swoje imiona. Wymieniliśmy między sobą spojrzenia, jednak żadne z nas nie było w stanie podjąć głośno decyzji. Poszliśmy. Co innego mogliśmy zrobić?
Esteban doprowadził nas do kolejnych, ogromnych szklanych drzwi, jednak te pokryte były warstwą szronu, co dodawało im naprawdę wiele uroku. Wbrew pozorom i mojemu nastawieniu w całym wnętrzu panowało przyjemne ciepło. Wolałam nie zastanawiać się nad tym, jakim cudem możliwa jest tak wysoka temperatura w pałacu wybudowanym w całości z lodu. Gdy tylko drzwi się uchyliły dobiegł do naszych uszu dźwięk muzyki i głośnych rozmów. Znaleźliśmy się w ogromnej sali wypełnionej ludźmi. W centrum znajdował się parkiet pełen tańczących par, po bokach stoły obficie zapełnione  smakowicie wyglądającymi potrawami, a na samym końcu scena z kilkoma muzykami. Zostaliśmy dosłownie wepchnięci pomiędzy bawiących się ludzi, a drzwi z głośnym trzaśnięcie mi zamknęły się za nami.
- Moje moce wróciły - odezwał się Scott, patrząc na nas "wilkołaczymi oczami".
- Moje też - odpowiedziała z ogromną ulgą w głosie Rosalie. Ona bardzo obawiała się utraty umiejętności, jako człowiek była delikatną i kruchą osobą, nadnaturalność nadała jej całkowicie inny charakter. Stała się odważna, silna, a myśl o utracie mocy powodowała powrót starej, bezbronnej Rose. 
- A ja zrobiłem się głodny. - Stiles stal ze skrzywioną miną i położył dłoń na brzuchu, chcąc dać nam wyraźnie do zrozumienia, że jego żołądek domaga się posiłku. - Przy wejściu widziałem grzańce, wy też na pewno je widzieliście. 
- Nie możesz się upić - zaprzeczyłam od razu. Co to, to nie. Nie będę po raz kolejny pilnować pijanego Stilesa, pod wpływem alkoholu jest nie do zniesienia. 
- Ja.. idę tylko na degustację. - Uniósł brwi i szybko zniknął gdzieś w tłumie. Rosalie zgodziła się go przypilnować, więc zostałam że Scottem sama, wśród obcych nam istot. Coś mi się tutaj nie podobało i na pewno nie chodziło o wystrój, bo on akurat był piękny i świetnie trafił w moje gusta. Intuicja powróciła, a ja miałam wrażenie, że dzieje się coś bardzo złego. Mój wzrok spoczął na kolejnych szklanych drzwiach, które wyróżniały się jedynie kolorową klamką.
- Poszukam toalety. - Rzuciłam w stronę Scotta i udałam się w stronę owych drzwi. Coś mnie tam ciągnęło, przeczucie, którego bardzo się obawiałam, jednak było ono o wiele silniejsze ode mnie. Nacisnęłam na klamkę, wchodząc do kolejnego, mniejszego pomieszczenia, z którego były jeszcze trzy przejścia, jednak nie one zwróciły moją uwagę, a kobieta siedząca w przeciwległym kącie. Słyszałam jedynie jej ciężki oddech, łkanie i pociągnięcia zakatarzonym nosem.
- Przepraszam - odezwałem się, zawracając przy tym jej uwagę. - Wszystko w porządku?
- Nie - odpowiedziała, kiwając głową na boki. Po jej policzkach spływały łzy, rozmazując przy tym starannie zrobiony makijaż. Kobieta uniosła dłoń, wycierając opuszkiem palca mokre powieki.
- Co się stało? - Miałam złe przeczucia, zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że były okropne. Przykucnęłam bliżej, chcąc w jakiś sposób dodać jej otuchy, sprawić, by nie czuła we mnie zagrożenia.
- Moi przyjaciele.. moja rodzina.. oni wszyscy..
- Co im się stało?
- Zostali zmienieni w figury lodowe. - Po tych słowach wybuchnęła ponownie płaczem. Figury lodowe? Może coś jej się przewidziało, albo majaczy. Nie potrafiłam jej w tym momencie uwierzyć, jednak zważywszy na fakt, że po świecie chodzą wilkołaki i inne dziwne stworzenia, o których większość świata nie ma pojęcia, wszystko było możliwe.
- Jak się nazywasz?
- Judith Arnolfini - odpowiedziała, pociągając nosem.
- Jestem Holland i chciałabym ci jakość pomóc, więc.. Judith, powiedz mi, co dokładnie się stało.
Kobieta wzięła głęboki wdech i opowiedziała mi dokładnie całą historię, która wydała mi się bardzo wiarygodna. Jej najbliżsi padli ofiarą jakiegoś nadnaturalnego, mającego zdolności zamieniania ludzi w lód po złapaniu kontaktu wzrokowego. Co prawda, wciąż obawiałam się w pełni jej zaufać, wolałam uzgodnić to ze Scottem.
- Porozmawiam z moim przyjacielem i znajdziemy rozwiązanie. Powiedz mi, czy wiesz, gdzie oni teraz są? - Spytałam, mając w sobie mieszane uczucia. Z jednej strony obawiałam się twierdzącej odpowiedzi, z drugiej miałabym pewność, że mówi prawdę i trzeba jej pomóc. Kobieta kiwnęła twierdząco głową, wskazując drżącą dłonią drzwi, znajdujące się obok nas. Nie chciałam wchodzić tam sama, bałam się. Poinformowałam Judith, że zaraz wrócę i wybiegłam z powrotem na salę balową, wyszukując wzrokiem Scotta. Znalazłam go przy stolikach z jedzeniem, gdzie razem z Rosalie stali obok siedzącego na jednym z krzeseł Stilesa. O nie, nie wierzę, że już zdążył się upić. 
- Czy on.. - zaczęłam, ale szybko mi przetrwali.
- Tak.
- Tak szybko?
- Był konkurs na to, kto pochłonie większą ilość grzańców na raz. Stiles zmógł aż dziesięć. - Scott zmarszczył brwi, przyglądając się rozanielonemu Stilinskiemu. Westchnęłam ciężko, bo wiedziałam, że utrudni on nam jakiekolwiek działanie. Pospiesznie opowiedziałam im całą sytuację jaka zaszła między mną, a Judith. Całe szczęście, że Rosalie zgodziła się zostać i pilnować Stilesa, który już wdał się w żywą rozmowę z resztą pijanych ludzi, a może raczej istot. 
- Myślisz, że mówi prawdę? - Scott zadał mi to pytanie, gdy tylko zatrzymaliśmy się przed drzwiami. 
- Nie wiem, może. Dlaczego miałaby kłamać? - Wiedziałam za to, że bez względu na wszystko, Scott będzie chciał jej pomóc, był taki od zawsze. Chłopak kiwnął głową i razem weszliśmy do środka, Judith siedziała w tym samym miejscu co wcześniej i pociągała nosem. - Judith - odezwałam się, zwracając jej uwagę. - To jest Scott, pomożemy ci. 
Kobieta kiwnęła głową zerkając ukradkiem na owe drzwi, o których wcześniej mi mówiła. 
- Wejdę tam z wami. - Oznajmiła, po czym ostrożnie podniosła się z miejsca, poprawiając zaraz swoje lekko roztrzepane włosy. Powolnym krokiem zbliżyła się, kładąc kościstą dłoń na klamkę. Przez krótką chwilę wahała się, jednak otworzyła drzwi, puszczając nas przodem. Z pomieszczenia 
uderzyło nas lodowate powietrze, w przeciwieństwie do całej reszty pałacu. Ciemność nie pozwalała na zobaczenie w środku czegokolwiek, jednak po chwili pokój rozjaśnił strumień światła padający z latarki.
Rząd postaci ustawiony był w centralnej części, nie wyglądali jak ludzie, choć pod grubą skorupą lodu, miałam nadzieję, że wciąż tam byli. Podeszłam do jednej z figur, ostrożnie dotykając jej twarzy opuszkami palców. Po całym moim ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz spowodowany zimnem i w ogromnej mierze przerażeniem. Posąg, jeżeli mogę tak to nazwać, nie dawał żadnych, chociażby najmniejszych oznak życia, bynajmniej ja ich nie zauważałam.
- Czy oni.. - zaczęłam, jednak załamanie jakie pojawiło się w moim głosie, nie pozwoliło mi skończyć.
- Żyją - odpowiedział mi Scott. - Ich serca biją bardzo słabo, słyszę.
Kiwnęłam głową i ponownie przyjrzałam się postaci. Sunęłam palcami po twarzy nieznajomej osoby, poszukując.. sama nie wiem czego. Wskazówki? Wizji? Cóż.. czasem widziałam dziwne rzeczy, często zdarzało się to podczas dotyku jakiejś osoby, a w tym przypadku byłoby to pewnie bardzo pomocne. Gdy przejechałam delikatnie po powiece zobaczyłam ciemność. Czułam się, jakby coś na chwilę odcięło moją świadomość. Dookoła nie było kompletnie nic, a głucha cisza powodowała nieprzyjemne uczucie głębokiego strachu. W pewnym momencie poczułam, że za mną ktoś jest, to był zwyczajny odruch, nie potrafiłam inaczej zaspokoić swojego strachu oraz przerażenia i z nadzieją, że to ktoś z moich przyjaciół.. odwróciłam się widząc go.
Ocknęłam się zaledwie po kilku sekundach, bynajmniej tak mi się wydawało.
- Widziałaś coś? - Spytał Scott, trzymając mnie za ramiona. głos chwilowo ugrzązł mi w gardle, przez co jedynie skinęłam głową.
- Widziałam go - szepnęłam. W mojej głowie odegrała się scena, w której mężczyzna stojący przede mną zamienia się w lodową figurę. Kim była tamta postać? Nie wiem, ale jej wzrok był morderczy.

Scott
Deaton jak zawsze okazał się bardzo pomocny. Gdy Holland przedstawiła mu to, co zobaczyła, był w stanie określić z kim mamy do czynienia. Anuk-Ite to starożytny zmiennokształtny, który w uśpieniu przeczekał wiele wieków, by wreszcie powrócić. Deaton słyszał już o nim w zeszłym roku, zwykle pojawiał się w dużych skupiskach nadnaturalnych i gdy tylko pokazywał im, jak jest potężny, zaczynał żywić się ich strachem. Potrafił zamieniać ludzi w figury lodowe samym spojrzeniem, dlatego tak trudno było go pokonać. Walka z wykluczeniem tak ważnego zmysłu jakim jest wzrok na pewno nie należała do najłatwiejszych.
- Co mamy zrobić? - Spytałem, mając nadzieję, że pomoże mi cokolwiek wymyślić, jednak obawiałem się, że nic z tego nie wyjdzie.
- Anuk-Ite nie skończy na pałacu. Szybko przeniesie się do miasta siejąc terror i zyskując jedynie na sile.
- Jak go pokonać?
- Jest śmiertelny, jednak.. Scott, nie będę cię oszukiwał. Nie możesz spojrzeć mu w oczy, nikt z was nie może spojrzeć mu w oczy.
- Pierwsza zasada, czekam na kolejne. - Chciałem jakoś go popędzić, w końcu nie wiadomo, ile mamy czasu. Anuk-Ite może w każdej chwili się tu pojawić, a my nie będziemy wiedzieli co robić.
- Górski popiół może go unieszkodliwić, ale najpierw trzeba go bardzo osłabić.
- Mam z nim walczyć?
- Tego nie powiedziałem. Musisz znaleźć sposób jak go osłabić, bez spojrzenia mu w oczy, Scott. Nie ryzykuj walką, znajdź sposób.
W tym momencie w słuchawce telefonu rozległ się szum, a gdy spróbowałem wznowić połączenie, zasięg całkowicie zanikł.
- Macie tutaj górski popiół? - Zwróciłem się z pytaniem do Judith, które jedynie pokręciła głową. - Poczekajcie tutaj.
Wybiegłem z pomieszczenia kierując się ponownie do sali balowej, gdzie szybko odnalazłem Rose i Stilesa, dając im krótki komunikat, że muszą jechać do kliniki weterynaryjnej i wziąć od Deatona górski popiół. Rosalie przyjęła "polecenie" i bez zbędnych pytań wytargała pijanego Stilesa na zewnątrz. Rozejrzałem się po sali, widząc tych wszystkich radujących się ludzi.. i nie tylko. Oni nie mogli zginąć, żadne z nich nie wie, jak wielkie zagrożenie tu czyha i niedługo pewnie się ujawni. Chciałem wrócić do pomieszczenia, w którym została Judith, jednak moją uwagę przyciągnął głośny krzyk... Holland. Większość gości odwróciła wzrok w stronę owych drzwi, zza których wydobył się głos mojej przyjaciółki, która po krótkiej chwili wybiegła stamtąd o mało nie taranując ludzi.
- On tam był... - Tylko tyle zdołałem usłyszeć przez tak dużą odległość, jaka nas dzieliła. Na sali wybuchła panika.

Holland
Widziałam go. Po raz kolejny dokładnie mu się przyjrzałam, jednak tym razem nie była to wizja... a rzeczywistość. Panika nie działała na naszą korzyść, a wszyscy zgromadzeni podzielili się na dwie duże grupy. Część z nich chciała uciec, chowali się próbując wymyślić jakieś racjonalne rozwiązanie, a reszta gotowa była walczyć. Problem leżał w tym, że byli zbyt pewni siebie, nie znali wroga, a mimo to pewność zwycięstwa odebrała im zdrowy rozsądek.
dwie godziny później
Pojawia się coraz częściej, zbierając coraz to większe plony. Bałam się. Najgorszy moment pojawił się wtedy, gdy Scott powiedział to, czego najbardziej się obawiałam. Kazał mi zaprowadzić ich w bezpieczne miejsce, a on.. poszedł go szukać... a wtedy.. znalazł Rose.. zamienioną w lodową figurę..


Scott
Dokładnie słyszałem jego powolne kroki i ciężki, jednak mimo wszystko spokojny oddech. Chęć otwarcia oczu była na tyle silna, że ledwo dawałem radę z powstrzymaniem się od tego niebezpiecznego z mojej strony kroku. Wiedziałem, że jeżeli to zrobię, nie będzie nikogo, kto mógłby ich uratować.
Silne uderzenie dobiegło z innego kierunku niż słyszane przed chwilą kroki. Przeciwnik poruszał się szybko, jednak wcale nie musiał. Pozbawienie mnie zmysłu wzroku wystarczająco przyćmiewało moją czujność. Moje powieki zadrżały, gdy dotknąłem bolącego miejsca na ramieniu i poczułem na nim ciepłą substancję. To był odruch, chciałem zobaczyć jak mocno oberwałem, ale nie mogłem. Nastała cisza. Spróbowałem skupić się jedynie na moim słuchu, co sprawiało mi niemałe trudności, a było jedyną szansą na przeżycie i ratunek przyjaciół.
- Otwórz oczy, Scott. - Głos, który dotarł do moich uszu ani trochę nie przypominał mi dźwięków wydawanych przez Anuk-Ite. Teraz mówił do mnie ktoś inny, nie mogłem nie rozpoznać głosu mojego przyjaciela. - Otwórz.
To nie mógł być Stiles, wiedziałem to, jednak czułem ogromną potrzebę by na niego spojrzeć, upewnić się. Ten potwór potrafi przybierać inne formy, najczęściej naszych najbliższych. Grał na emocjach.
Kolejny cios nadszedł z przeciwnej strony. Wziąłem zamach, ale nie udało mi się go trafić. Nie potrafiłem wykluczyć jednego zmysłu, skupić się na pozostałych, gdy z fizycznego punktu widzenia mogłem normalnie go użyć. Ciągła pamięć o zaciskaniu powiek rozpraszała mnie na tyle, że inne bodźce stawały się mniej odczuwalne.
- Nie uratujesz już nikogo, Scott. Poddaj się. Wystarczy, że otworzysz oczy. - Powtórzył głosem mojego najlepszego przyjaciela, a ja zrozumiałem, że jeżeli czegoś nie zrobię, już nigdy mogę go nie usłyszeć. Nigdy nie usłyszę mojego prawdziwego Stilesa. Wziąłem głęboki wdech, szukając w głowie szybkich rozwiązań, sposobów na... wyłączenie wzroku. To mogła być moja jedyna szansa, musiałem ryzykować. Uniosłem ręce na wysokość twarzy, czując jak trzęsą mi się dłonie. To, czego miałem zamiar dokonać mogło zaważyć na wszystkim, jednak teraz liczyło się stado, moja rodzina.
Przyłożyłem ostre pazury do powiek i biorąc ostatni tak głęboki oddech, wbiłem je w swoje oczy. Krzyczałem. Ból był niemiłosierny, czułem ciepłą krew spływającą po mojej twarzy i rękach. Nie przestawałem, musiałem mieć pewność, że całkowicie stracę wzrok i będę mógł z nim walczyć.
https://www.youtube.com/watch?v=xBvsOmz4NiU
Rozluźniłem roztrzęsione dłonie spuszczając je wzdłuż ciała. Bolało, ale moje inne zmysły znacznie się wyostrzyły. Słysząc jego kroki i oddech miałem w głowie dokładny obraz tego, gdzie się znajduje.
- Nie możesz mnie pokonać - warknąłem przez zaciśnięte zęby. W głębi mojego umysłu bezskutecznie próbowałem doszukać się jednego z brakujących zmysłów, co w tym momencie było całkowicie niemożliwe. Nie miałem czasu zastanawiać się nad tym, czy w ogóle odzyskam wzrok, liczył się tylko fakt, że mogłem uratować moich najbliższych i wszystkich gości zebranych w pałacu. Skupiłem się dokładnie na jego krokach i zebrałem na pierwszy cios. Trafny. Anuk-Ite zatoczył się do tyłu opierając o coś, chcąc przy tym szybko złapać równowagę. Każdy jego najmniejszy ruch był odbierany przeze mnie i dokładnie przetwarzany, mogłem odtworzyć idealny obraz, mimo że przede mną widziałem tylko ciemność. Posyłałem cios za ciosem, a jak się okazało jedyną z jego broni były oczy, które po chociażby krótkim kontakcie mogły zamienić kogoś w zimną lodową figurę.
Skrzypnięcie drzwi na chwilę mnie zdezorientowało, a znajomy zapach bardzo mnie zaniepokoił... Stiles. Woń mojego przyjaciela szybko zmieszała się z inną, którą rozpoznałem bez problemu - górski popiół.





pod presją czasu musiałam bardzo skrócić moje opowiadanie, jednak mam nadzieję, że nie wyszło najgorzej

27 lut 2018

Od Scotta i Holland - konkurs zimowy

Scott
Dzisiejszy ruch w klinice zwierząt po raz kolejny nie pozwolił mi na wolny weekend. Całą sobotę spędziłem z psami, które padły ofiarą trutki rozsypanej po parku, a w niedzielę... robiłem dokładnie to samo, jednak tym razem pojawiło się też kilka kotów. Wróciłem do swojego mieszkania równo o godzinie ósmej wieczorem i jedyne o czym myślałem, to położyć się w łóżku i mieć nadzieję, że będę mógł w nim zostać do rana. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz naprawdę się wyspałem, zwykle dostawałem pilne telefony od Deatona, albo... kłaniały mi się uroki bycia alfą. Stado traktuję jak rodzinę, muszę się nimi opiekować i pod żadnym pozorem nie dopuszczę do tego, by cokolwiek im się stało. Cieszę się, że chcą prowadzić taki "styl życia" jak mój, dużo czasu zajęło mi przekonanie ich wszystkich, że wcale nie są potworami i mogą używać swoich nadnaturalnych umiejętności do tego, by pomagać tym, którzy nie są w stanie sami się obronić. Doskonale rozumiałem, że na początku jest ciężko, sam przez to przechodziłem, ale już jestem pewny, że to wcale nie przekleństwo, a dar pod warunkiem, że potrafi się go wykorzystać.
Włożyłem buty do szafki, a kurtkę powiesiłem na wieszaku przy drzwiach. Wszedłem głębiej do mieszkania i... coś nie było tak, jak powinno. Czułem czyjś zapach, co prawda był już mało intensywny, więc jego właściciel już jakiś czas temu musiał opuścić mój dom. Najgorsze było to, że nie byłem w stanie rozpoznać, kim był mój gość, na pewno nikt z moich znajomych, raczej udałoby mi się go zidentyfikować. Podążając na zapachem, doszedłem do jadalni, gdzie dopiero teraz spostrzegłem kopertę leżącą na stole. Zapaliłem światło i podszedłem bliżej, chcąc lepiej przyjrzeć się nowemu obiektowi i mieć pewność, że nigdzie w okolicy nie czai się nic niebezpiecznego. Wziąłem do ręki kawałek papieru i w pierwszej kolejności go powąchałem. Tak, to mój "gość" musiał ją zostawić, pachniała identycznie. List zapieczętowany był lazurowym woskiem ze znakiem róży, co z początku nie skojarzyło mi się z niczym dobrym. Rozerwałem brzeg papieru, wyjmując ze środka złożoną, niebieską kartkę. Na pierwszej stronie widniał kolorowy napis ZAPROSZENIE, nie do końca wiedziałem o co chodzi, bo raczej nie spodziewałem się żadnej uroczystości, na którą mógłbym zostać zaproszony. Rozłożyłem zaproszenie, dokładnie wczytując się w jego treść.

Mamy zaszczyt zaprosić
Sz.P. Scotta McCalla
wraz z osobami towarzyszącymi
na Bal Zimowy, który odbędzie się 
w dniu 28.02.2018 r 
w Pałacu Z Lodu.
Rozpoczęcie balu planowane jest o godzinie
osiemnastej.
Szczegóły dotyczące dojazdu do miejsca 
zostaną przekazane w najbliższym czasie.

W tym wszystkim zdziwił mnie najbardziej fakt, że nie były podane żadne dane nadawcy. Może to tylko jakiś żart? Jeżeli tak, to niezbyt trafiony. Nie było mi dane zastanowić się dłużej nad zaproszeniem, bo przerwał mi to dzwonek do drzwi. Podszedłem do nich, zaglądając uprzednio przez wizjer.
- Holland? - Nie ukrywam, że odrobinę zdziwiła i jednocześnie zaniepokoiła mnie jej wizyta, zwłaszcza, że była już tak późna pora. Przekręciłem zamek i otworzyłem drzwi. - Coś się stało? - Holland nie odezwała się, a jedynie uniosła rękę, zauważając, że trzymam w dłoni moje zaproszenie.
- Ty też to dostałeś? - Pomachała mi przed twarzą identyczną kopertą z taką samą pieczątką. - Brett, Lori, Theo i Rosalie również je mają.
- Myślisz, że...
- Że to pułapka? 
- Bardziej traktowałem to jako żart, ale... twoja teoria też jest całkiem niezła. - Zmarszczyłem brwi, wpuszczając dziewczynę do środka. 
- Orientowałam się trochę - zaczęła, wykładając się wygodnie na kanapie w salonie - i nie trafiłam jeszcze ja żadnego człowieka, który by to dostał. 
- Sugerujesz, że to jakieś "party dla nadnaturalnych"? - Trochę niepokoił mnie fakt, że zaproszone mogły zostać tylko osoby z w pewnym sensie drugiego świata. Od dłuższego czasu w mieście panował spokój, nikt nam nie zagrażał. Teraz zaczyna mnie to bardziej zastanawiać, może to właśnie była cisza przed burzą? 
- Coś w tym stylu. - Kiwnęła głową. - Scott, ogromny pałac z lodu nie powstaje tak szybko, tu musiały zadziałać dodatkowe moce. Nie ma szans, że zrobili to ludzie w ciągu.. tygodnia? 
- Nie pójdziemy tam - odpowiedziałem twardo i podszedłem do blatu, chcąc nalać sobie szklankę wody. 
- Oczywiście, że nie pójdziemy... pojedziemy. 
- Holland...
- McCall! Wyluzuj trochę. Nie wróci wszystkim trzeba doszukiwać się drugiego dna, może to serio zwyczajny bal w nadnaturalnym pałacu z nadnaturalnymi gośćmi - odpowiedziała, ciskając we mnie poduszką. - Ostatnio zbyt często używam słowa "nadnaturalne", przerasta mnie to wszystko. 
- Pozwól, że najpierw przebadam trochę sprawę tajemniczego pałacu z lodu i wtedy nad tym pomyślimy, okej? - Wiedziałem, że szukać informacji oraz, że najlepszym źródłem wiedzy w tym przypadku będzie Deaton. 
- Okej, ale masz to zrobić jak najszybciej. - Pogroziła mi palcem i podniosła się z kanapy. Przez dłuższą chwilę wlepiała wzrok w podłogę, a gdy już podniosła głowę, wydawała się bardzo czymś zaniepokojona. - Mogę zostać na noc w gościnnym? 
- Jasne. - Uniosłem delikatnie kącik ust. Wiedziałem, że Holland jest bardzo ciężko pogodzić się ze swoją odmiennością. Na niekorzyść działał fakt, że do końca nie wiedzieliśmy kim, a może czym jest. Jakaś nadprzyrodzona siła przyciągała ją do śmierci jak magnes, nie potrafiłem tego wyjaśnić, jednak Deaton był w trakcie "badania" umiejętności Holland. Miał swoje podejrzenia, ale nie chciał mi nic zdradzić, dopóki nie będzie miał stuprocentowej pewności i większej wiedzy odnośnie tej rasy. - Coś się dzieje?
- Ciągle mam koszmary, przestaję już sobie z tym radzić - westchnęła, chowając twarz w dłoniach. - Budzę się z krzykiem i.. ostatnio nawet zbiłam wazon.
- Lunatykujesz?
- Nie, po prostu krzyknęłam na tyle głośno, że mój ukochany, szklany wazon od babci rozbił się na tysiące drobnych kawałków, nawet nie udałoby się go skleić. - Pokręciła głową na boki, jakby chciała wytłumaczyć sama sobie, że to wydarzyło się naprawdę.

Holland 
Byłam naprawdę wdzięczna Scottowi za wszystko, co dla mnie robił. Wprowadził mnie trochę w świat nadnaturalnych, chociaż wciąż nie wiemy czym jestem i co najważniejsze, przyjął mnie do swojego stada. Był naprawdę wspaniałą osobą, troszczył się o nas wszystkich, jak o najbliższą mu rodzinę. Czasem odrobinę przesadzał ze swoją opiekuńczością, ale robił to tylko i wyłącznie dla naszego dobra.
Poszłam do pokoju gościnnego, w którym spałam już nie raz, ze względu na mój ostatni stan psychiczny i czując napływające w przerażającym tempie zmęczenie, pościeliłam pospiesznie łóżko. Gdy tylko się przebrałam i ułożyłam wygodnie... zaczęłam rozmyślać nad tym zagadkowym balem, chociaż kompletnie nie wiedziałam, co na ten temat myśleć. Postanowiłam dać Scottowi czas, żeby dowiedział się o tym czegoś więcej, chociaż i tak nie zamierzałam łatwo odpuścić.
Zmęczenie jak szybko przyszło, tak też szybko odeszło, zasnęłam dopiero nad ranem, gdy do pomieszczenia zaczęły wpadać pierwsze promienie słońca, a potem... obudziłam się, gdy Scott wrócił z pracy.
- Wyspałaś się? - Spytał, gdy tylko weszłam do kuchni, owinięta szczelnie niebieskim kocykiem. Po moim zaspanym i nieobecnym spojrzeniu sam wywnioskował, że miałam dość ciężką noc i... w sumie ciężki dzień. Rozpakował pospiesznie zakupy i usiadł przy stole. - Dowiedziałem się trochę o tym balu.
- Doprawdy? - Uniosłam brwi, siadając zaintrygowana naprzeciw niego.
- Tak, Deaton opowiedział mi, że co roku odbywa się tak zwany Bal Zimowy, na który zapraszane są osoby takie jak my.
- Jakoś nigdy nie słyszałam o ogromnym pałacu z lodu na obrzeżach miasta. - Zmarszczyłam brwi, nie widząc logicznego wyjaśnienia tej sprawy.
- Co roku jest to inne miejsce i inna forma.. imprezy, jeżeli można to tak określić. Jest raczej bezpiecznie, jednak często występują tam różne zamieszki.
- Co nie zmienia faktu, że tam pójdziemy, prawda? - Uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że potwierdzi moje słowa. Scott westchnął ciężko, przez co od razu zaczęłam się obawiać jego odpowiedzi.
- Nikt ze stada się tam nie wybiera, ale...
- Ale?
- Ale jeżeli chcesz, możemy tam pójść - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie.
- Naprawdę? - Uniosłam brwi, chcąc mieć pewność, że mówi prawdę, na co jedynie pokiwał głową. - Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!
Dosłownie rzuciłam mu się w ramiona, na co odpowiedział mi jego śmiech. Dlaczego tak bardzo chciałam tam iść? Nie wiem. Miałam przeczucie, że mogę się tam dowiedzieć czegoś więcej o sobie, o tym kim jestem.
~~~~
Kolejną noc spędziłam w mieszkaniu Scotta, gdyż ciągle nawiedzały mnie przerażające wizje. Tym razem udało mi się zasnąć, jednak co kilkanaście minut budziłam się z przeraźliwym krzykiem, a... nawet nie pamiętałam, co mi się śniło. Miałam już zdecydowanie dość takiego funkcjonowania, dobrze wiedziałam, że to nie tylko sprawa moich dodatkowych umiejętności, ale też dochodziły do tego zwyczajne, ludzkie choroby. Zbyt duże zamartwianie się szybko doprowadziło mnie do częstych lęków, ataków paniki, czy chociażby zaczątków depresji. Chciałam już rozwiązać zagadkę o swojej odmienności, jednak obawiałam się, że nie będzie to takie proste.
- Przyszedł list. - Usłyszałam głos Scotta, wchodzącego do pokoju. - Brak nadawcy, ale domyślam się od kogo.
Wygrzebałam się spod kołdry i usiadłam na łóżku, również zaciekawiona zawartością koperty. O dziwo było to podziękowanie za przyjęcie zaproszenia i dokładne informacje jak dojechać na miejsce oraz co ze sobą zabrać.
- Skąd wiedzieli, że przyjęliśmy zaproszenie?
- Nie mam pojęcia - odpowiedział - nawet nie wiemy, kto to organizuje.
Fakt, było to odrobinę niepokojące, ale Deaton powiedział, że to normalne wydarzenie, powtarzające się co roku, więc chyba nie mogła to być pułapka. Prawda?

Scott
Większość dnia spędziliśmy na mieście, w poszukiwaniu odpowiedniego ubioru dla Holland. Nie mogła się zdecydować między sukienką, a kombinezonem, chociaż nie były to jej jedyne zmartwienia. Najgorzej było, gdy przeszliśmy na dział z butami, tam dopiero rozpętało się piekło. Kręciliśmy się po całym centrum handlowym i przeszliśmy chyba wszystkie sklepy odzieżowe, aż w końcu coś wpadło w oko Holland.
- Co sądzisz o tej? - Spytała, dosłownie wybiegając z przymierzalni. Okręciła się wokół własnej osi, poprawiając materiał złotej sukienki. - Rozumiem, że masz już dość chodzenia po sklepach, ale proszę o szczerą opinię.
- Najlepsza ze wszystkich, jakie dzisiaj widziałem. - Uśmiechnąłem się szeroko, na co odpowiedział mi cichy śmiech dziewczyny.
- W takim razie lecę się przebrać, kupuję i wychodzimy. - Wróciła do przebieralni, a ja wreszcie mogłem odetchnąć z ulgą. Bal miał odbyć się dziś wieczorem, a ja niezbyt przejmowałem się tym, co na siebie założę. Wolałem ubrać coś wygodnego, bo nigdy nie wiadomo, co może się tam wydarzyć, chociaż wolałem być dobrej myśli.
Gdy Holland zapłaciła już za sukienkę, poszliśmy zjeść obiad na mieście, bo zostało nam naprawdę niewiele czasu, żeby wyjechać. Z chwili na chwilę poziom mojego niepokoju gwałtownie wzrastał, jednak nie chciałem dać tego po sobie poznać. Dopiero, gdy byliśmy w drodze na miejsce, podzieliłem się swoimi obawami z Holland.
- Bądźmy dobrej myśli - powiedziała tak, jakby chciała przekonać samą siebie. - Rosalie i Stiles też będą, dzwonili do mnie około godzinę temu.
- Czemu mi o tym nie powiedziałaś?
- Nie pozwoliłbyś im jechać. - Wywróciła oczami.
- Pozwoliłbym, a jeżeli nie, to na pewno dla ich dobra - westchnąłem, wlepiajac wzrok w asfalt przed nami. - Prosto?
- W lewo - odpowiedziała zerkając na mapę. - Już blisko.
Pałac w rzeczywistości był o wiele większy, niż mogło nam się wydawać z daleka. W całości wykonany był z lodu, co trochę mnie zaniepokoiło, a jednocześnie zaciekawiło. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, jednak wiedziałem, że muszę być blisko Holland, by w  razie potrzeby ją obronić.
Wysiedliśmy z samochodu, kierując się w stronę wejścia, gdzie czekali na nas Stiles i Rosalie. Nie odezwali się słowem, tylko pchnęli ogromne drzwi wejściowe. 
Z wnętrza uderzył nas silny podmuch wiatru, który zaraz ustał, a jego miejsce zastąpiło rześkie powietrze. Spojrzeliśmy po sobie, robiąc kilka kroków na przód i dopiero teraz zauważyłem drobne płatki śniegu, spadające jakby z wysokiego sufitu pałacu. Drzwi trzasnęły, chociaż żadne z nas nawet nie próbowało ich zamknąć. Teraz nie ma już odwrotu. W jednej chwili złapały mnie ogromne duszności, a każda próba złapania wdechu kończyła się na niczym. Przypominało mi to... atak astmy. Padłem na lodowaty parkiet, usilnie próbując łapać powietrze, jednak udało mi się to dopiero wtedy, gdy Stiles przystawił mi do ust inhalator, który uratował mnie przed uduszeniem. 
Nie miałem pojęcia, co się stało. Chorowałem na astmę przed przemianą, jednak po ugryzieniu wszystko się zmieniło. Wilkołakom nie towarzyszą żadne ludzkie choroby, więc... dlaczego teraz?
- Ja... ja nie mogę się przemienić - wydukałem, łapczywie łapiąc oddech. 


niestety czas nie pozwolił mi na dokończenie tej historii :<

21 lut 2018

Od Coleen do Ezequiela - Zimowy Event

Jęknęłam w wyrazie rosnącego niezadowolenia, poprawiając po raz tysięczny czarną spódnicę, która wciąż podjeżdżała mi do góry. Kiedy po włożeniu jej nad ranem przejrzałam się w lustrze, nie wydawała mi się ona przykrótka. Kończyła się w połowie ud, zakrywając wszystko co powinna i nigdy bym nie pomyślała, że będzie przyczyną mojego zakłopotania podczas pracy, kiedy to musiałam siadać w taki sposób, abym nie pokazywała niczego nieodpowiedniego. Dlatego też całe osiem godzin spędziłam z dziwnie skrzyżowanymi nogami, zerkając nerwowo co chwilę, by sprawdzić, czy jej dolna część się nie podwinęła.
- Treena? - zwróciłam się do pochylonej nad stosem kartek przyjaciółki, której twarz rozświetlał pełen rozbawienia uśmiech za każdym razem, kiedy dawałam upust swojemu rozdrażnieniu. - Nie masz przypadkiem jakichś spodni na zmianę? Chyba nie dam rady wytrzymać do szesnastej - spojrzałam na nią błagalnie tuż po tym, jak sprawdziłam, że zegar ścienny zaraz będzie pokazywał drugą po południu.
- Nie idę dzisiaj na siłownię, więc niestety nie - przegryzła wargę, lustrując mnie wzrokiem. Przejechała nim, zaczynając od mojej czupryny, przez czarny sweter ze wzorem w cienkie białe pasy i kończąc na skrzyżowanych pod biurkiem nogach. - Ale, mówię ci to z zazdrością, wyglądasz świetnie. Powinnaś częściej odsłaniać nogi, a nie chować je w spodniach - przewróciłam oczami, chociaż jej komentarz mile połechtał moje ego. - Mogę się założyć, że twój znajomy powiedziałby to samo.
- Kathrine! - syknęłam na nią z naganą, na co ona wydęła wargi, z wyraźnym zadowoleniem obserwując pojawiające się w mgnieniu oka na moich policzkach ciemnoczerwone rumieńce.
- Tymi krwistymi plackami udowadniasz, że mam cholerną rację, Caillte - wskazała na moją twarz, uśmiechając się szeroko.
- Zamiast rozmawiać o rzeczach nieistotnych powinnyśmy wziąć się do pracy - spróbowałam uciąć temat, jednak ciekawska i uparta natura kobiety znowu zaczynała brać nade mną górę.
- Nie wykorzystałyśmy swojej przerwy na lunch, a terminy nas nie gonią, więc nie mam nic przeciwko pogawędkom - puściła mi oczko, po czym wysunęła się do przodu, opierając podbródek na lewej ręce. - Więc może zaczniemy od pierwszego pytania, jakie zawsze się zadaje, jaki on jest?
- Myślałam, że jesteś bardziej kreatywna - mruknęłam, ale zaraz wróciłam myślami do jej słów. Przegryzłam wargę. - Jak pole minowe.
Kathrine parsknęła nagle śmiechem. Trwało to dłuższą chwilę, a kiedy udało jej się uspokoić, skinęła głową bym kontynuowała.
- Kiedy wchodzisz na pole minowe i nie zobaczysz żadnego znaku ostrzegawczego, czujesz się całkowicie wyluzowana i traktujesz je jak zwykły kawałek ziemi, po którym możesz bezpiecznie chodzić. I taki nastrój nie opuszcza cię do momentu, kiedy pierwsza z ukrytych bomb wybuchnie. Wtedy też dopada cię strach, ponieważ nie masz zielonego pojęcia, gdzie są pozostałe miny i boisz się zrobić choćby krok, by nie zostać wystrzelonym w powietrze.
- Czyli sugerujesz, że Ezequiel może w każdej chwili zrobić kaboom?
Pokręciłam szybko głową.
- On nie jest miną, tylko polem - poprawiłam ją. -  Okej, inaczej. Rozmawianie z nim to spacer po zaminowanej ziemi, a miny to chwile, kiedy spina się, gdy zadaję jakieś niewygodne dla niego pytanie. Później jest tylko gorzej, bo zaczynam przypominać tego wystraszonego spacerowicza. Boję się, że znowu uderzę w niewłaściwą strunę i doprowadzę do jakiejś niemiłej sprzeczki.
- Kłóciliście się już? - zmarszczyła czoło.
- Co? Oczywiście, że nie.
- Więc na tę chwilę nie zaprzątaj sobie tym głowy - machnęła niedbale dłonią, nie przestając jednak marszczyć czoła w wyrazie zamyślenia. - Ale możesz spróbować porozmawiać z nim na temat tego, jak się czujesz.
- Nie ma mowy, nie chcę go w żaden sposób urazić - uniosłam dłonie w podobny sposób, jak gangster poddaje się gliniarzowi.
Kathrine przewróciła oczami z wyraźnym zniecierpliwieniem i zirytowaniem, którego nigdy bym się po niej nie spodziewała i które pojawiło się na jej twarzy w ułamku sekundy.
- Więc wolisz niczego konkretnego o nim nie wiedzieć i żyć tylko z kilkoma powierzchownymi informacjami? No cóż, powodzenia - ostatnie zdanie było parsknięciem, które szybko i skutecznie zakończyło naszą konwersację.
Westchnęłam z rezygnacją, wracając tym samym do kończenia projektu wstępnego nowej okładki do książki zleceniodawcy. Już od dawna nie dostałam tak konkretnych wytycznych co do tworzonej grafiki na oprawie i chociaż zawsze narzekałam na ogólnikowe i pozbawione jakichkolwiek dokładnych danych zamówienia, obecnie klęłam w myślach na autora, którego wymagania, choć szczegółowo opisane, były nie do zrobienia. Stop, cofnij. Były do wykonania, ale z zewnątrz książka wyglądałaby tandetnie i niewiele osób by po nią sięgnęło. Mężczyzna dopiero zaczynał swoją karierę pisarską, dlatego pierwsze wrażenie jest jest tak ważne, by osiągnął sukces, bo, nie oszukujmy się, ludzie należą do wzrokowców i zwracają uwagę na rzeczy przyjemne dla oka. A jeśli spodoba im się okładka, zaczną czytać tekst, co z kolei sprawi, że zainteresują się powieścią Patricka Darlowa - która, nawiasem mówiąc, była całkiem przyjemną lekturą z nutką kryminału.
Od pracy oderwał mnie telefon na którego ekranie chwilę przed szesnastą pojawiła się krótka wiadomość.
What can I say? I am a genius C;

Kiedy tylko dłuższa ze wskazówek zegara zatrzymała się na dwunastce, zamknęłam laptopa i zaczęłam pakować swoje rzeczy do torby. Miałam zamiar skończyć okładkę po balu, w czasie weekendu, dlatego też komputer był mi potrzebny w domu.
Wsunęłam ręce w rękawy swojego beżowego płaszcza i zmieniłam obowiązkowe w wydawnictwie eleganckie buty na wygodne białe adidasy, bo mimo że nie dodawały mi kobiecości, były znacznie wygodniejsze od czarnych obcasów. Przerzuciłam sobie pasek torby przez ramię i skinąwszy na pożegnanie Treenie, a później Winnowi wyszłam z budynku @DayDream. Uśmiechnęłam się lekko, czując rześkie późnozimowe powietrze, którego chłód lekko szczypał skórę policzkach. Jednak to z lekka nieprzyjemne uczucie niwelował fakt, że w końcu zza chmur wyszło słońce, a jego ciepłe złociste promienie przywracały mieszkańcom San Lizele dawne kolory i radość życia.
- Hej - wspięłam się na palce, by cmoknąć stojącego przy samochodzie Ezequiela w policzek. Mimo że starałam się jak mogłam, by dosięgnąć bez jego pomocy, mężczyzna musiał lekko pochylić głowę, bym dosięgła ustami do boku jego twarzy.
- Woda dla pięknej pani - z tymi słowami podał mi niewielką butelkę, którą z wdzięcznością od niego przyjęłam. Jednocześnie nie potrafiłam powstrzymać się przed uniesieniem brwi w wyrazie 'proszę-nie-kpij-sobie-dziś-ze-mnie'.
- Masz wszystko ze sobą? - spytałam, gdy wsiedliśmy do auta mężczyzny. Zanim jednak zdążył mi odpowiedzieć, obróciłam się pospiesznie, by zerknąć na tylne siedzenie, którego lewą część zajmowały trzy pudełka. Wróciłam spojrzeniem do towarzysza.
- Jestem stuprocentowo pewny, że tak - drgnęłam, gdy Ezequiel odpalił samochód, zaskoczona nagłą pobudką maszyny.

- Nie ma mowy, żebym włożyła tę cholerną suknię - mruknęłam do siebie ze złością, spoglądając po raz kolejny na pudełko, w której się znajdowała. Już sam fakt, że mężczyzna kupił mi sukienkę był lekką przesadą, ale kiedy z ciekawości znalazłam w internecie projektanta - tak projektanta, nie sklep - u którego Ezequiel ją zamówił, miała ochotę wyjść z sypialni i na niego nawrzeszczeć. Wydawanie tylu pieniędzy na jednorazową kreację było głupotą i nieśmiesznym żartem. Za tyle pieniędzy można by nakarmić mnóstwo głodnych ludzi albo kupić sporo zabawek wszystkim dzieciom z naszego miejskiego domu dziecka. Kupowanie tak drogich rzeczy było czystym marnotrawstwem.
Zdając sobie doskonale sprawę, że nie potrafiłabym wyjść i zacząć krzyczeć na St.Claire'a, klęłam na niego w myślach podczas przeglądania się w lustrze.
Jednak kreacja sama w sobie była przepiękna. Jedwabna halka była biała i jej górna część stanowiła jednocześnie górę samej kreacji, na którą nałożono cienką warstwę innego, leciutkiego materiału na którym opierały się bladoniebieskie kryształki, przypominające zamarznięty na szybie lód. Sam dekolt był niewielki, a dzięki zastosowaniu kształtu serca z przezroczystą górą, czułam się mniej obnażona niż byłabym, gdyby tego cienkiego materiału nie było. W pasie kreacja została przewiązana błękitną tasiemką, która podkreślała ładnie moje wcięcie w tali. Jej długi dół został uszyty z miękkiej, przyjemnej w dotyku i delikatnej odmiany chłodnego w odcieniu białego tiulu. Spódnica rozszerzała się nieznacznie ku dołowi, jednakże była aż tak szeroka, by przypominała klasyczne, baśniowe suknie balowe. Te same kryształki, co przy dekolcie, ozdabiały górę 'spódnicy' i stanowiły gruby, nieregularny pas przy jej końcu. Chociaż z początku wydawało mi się, że będzie ciężka, po włożeniu jej zachwycałam się jej lekkością.
Zagarnęłam niesforny kosmyk włosów za lewe ucho, zapominając, że zaraz wysunie się on zza niego i wróci na swoje miejsce. Odkąd ścięłam swoje włosy na długość połowy szyi, nieustannie zmagałam się z przeszkadzającymi mi co jakiś czas puklami. Jednakże ta krótsza fryzura sprawiała, że wyglądałam na dojrzalszą, co dodawało mi jednocześnie pewności siebie.
Słysząc ciche skrzypienie drzwi, spojrzałam przestraszona w ich kierunku. Przez chwilę stałam tylko zawstydzona, czekając na reakcję Ezequiela i jego opinię na temat mojego wyglądu, ale zaraz udało mi się przełamać milczenie ze swojej strony.
- Nawet nie myśl, że włożę tę piekielną suknię na bal - zastrzegłam, gdy zaczął mierzyć mnie pełnym zadowolenia wzrokiem. - Kosztowała pewnie więcej niż moje mieszkanie.
Zamiast starać się mnie namówić jak zrobiłby każdy inny, St.Claire podszedł do mnie powoli, z delikatnym uśmiechem na ustach stając tuż za moimi plecami.
- Kosztowała tylko jedną wazę z moich posiadłości sprzed okresu hellenistycznego - poprawił mnie powoli, jak gdyby pieprzona waza sprzed pieprzonego okresu hellenistycznego była czymś, co każdy ma w wielkich ilościach w swoim domu. Zamarłam robiąc wielkie oczy i spoglądając to na niego, to na swoją suknię z absolutnym przerażeniem. - I to nawet nie połowę.
- Czyś ty kompletnie oszalał? - bez podnoszenia głosu obróciłam się w jego stronę. Ezequiel przyglądał mi się z czystym, milczącym rozbawieniem. - To nie jest ani trochę zabawne.

Ezzie?

10 lis 2017

Temat 1. Eventu Halloweenowego, część 1 ~Od Ezequiela


Rankiem trzydziestego pierwszego października miałem wykupiony bilet na samolot do Los Angeles z przesiadką w Hong Kongu. Chciałem kupić taki z linii Nowo Zelandzkiej, lecz gdy usłyszała to tylko Myrtice, jak rozmawiałem telefonicznie z przedstawicielem obsługi Heathrow, natychmiast za sprawą zaklęcia mnie rozłączyła…
- Czy ciebie już doszczętnie pogięło? – warknęła w moją stronę kobieta o bladym odcieniu skóry, a także czarnych włosach z białymi pasemkami, mieniącymi się w bladym świetle z żyrandola w salonie mojej kamienicy. Jej oczy zalśniły; widziałem, jak zbierała kłębiącą się w sobie moc i ledwo powstrzymywała się od tego, by jej na mnie nie użyć. Potężna czarownica. Zbyt potężna. – Nie będziesz lecieć pół świata jedną maszyną non stop przez jedenaście godzin.
   Pomimo swojej nadnaturalności oraz daru magicznego, nie była skłonna zaufać dzisiejszej technologii w żadnym możliwym stopniu, nawet jakby rzuciła urok na pomyślną drogę, to i tak nie wiele by zmieniło. Westchnąłem ciężko, oklapując na brązową kanapę.
- To w takim razie co proponujesz? – mruknąłem z irytacją, rozumiejąc jej troskę, co nie oznaczało jednak, że szczególnie przypadła mi do gustu.
   Rudy, zazwyczaj pochłonięty przez naukę, jaką mu zarzucałem, teraz zaczął szczególnie skupiać się na obserwowaniu przez okno nadchodzącego zmierzchu. O tej porze roku nadchodził on szczególnie szybko, jakby istoty mroku nie miały już cierpliwości, więc przywoływały ją bezmyślnie, by móc ingerować w świat z cienia. Wiedziałem, iż podsłuchiwał, starając się zrozumieć coś z paplaniny czarownicy o niefortunnych zbiegach okoliczności podczas jednego lotu:
- … albo wyobraź sobie, że akurat tym samym będzie lecieć jakiś postrzelony demon, który będzie chciał sprawdzić, czy cierpliwość elektrycznych będzie w stanie znieść jakieś turbulencje, jak będziesz mieć przesiadkę, to przynajmniej wtedy będziesz mógł ich przetrzepać na stałym lądzie, o, jest jeszcze możliwość…
   Klikała, przewijała strony z najtańszych biletów do tych coraz droższych… Gdy suma przekroczyła ponad dwa tysiące funtów, zaczynałem cicho warczeć, cały wściekły… Aż nie dotarła do samego końca.
- CZYŚ TY OSZALAŁA?! – spojrzałem najpierw na ekran, a potem na nią, nie dowierzając, że mogła wpaść na tak głupi pomysł.
- W Hong Kongu będzie najbezpieczniej. – zaprzeczyła ze śmiertelną powagą. – To miejsce, gdzie Zachód spotyka się ze Wschodem. Święty, magiczny środek, którego za cholerę nie można atakować, ani na nim walczyć. Ziemia neutralna.
   W zasadzie nigdy o czymś takim nie wiedziałem. Myślałem, że to właściwie dla nas wszystkich bez znaczenia, gdzie będziemy robić bitwy, czy wojny nadnaturalne. Napadając na tych, co zasługują na śmierć za grzechy, nie sądziłem, iż będzie istnieć teoretycznie miejsce ewentualnego „zbawienia”. Tam, gdzie nic nie jest w stanie cię dosięgnąć przez prastarą magię obietnicy, jakiegoś traktatu, którego konsekwencje mogą odbić się na każdej ze stron. Myrtice skinęła głową na moje nieme pytanie; tak, da mi jakąś czarodziejską lekturę na drogę, która objaśni mi zasady funkcjonowania nadnaturalnego Hong Kongu. Od tamtego momentu byłem ciut bardziej zafascynowany Azją, którą przez większość życia w znikomym stopniu zwiedziłem, właściwie w ogóle się nią słabo interesowałem. Być może był to jeden z poważniejszych błędów, moja własna ignorancja. To ja powinienem wiedzieć o tym, a nie Myrtice, która dostała niedawno dostęp do archiwów San Lizele. To oznaczało, iż byli tutaj tacy, którzy tu nabroili i szukali schronienia przed druzgocącą klęską… Przed sądem, aniołami, jednym z niewielu jeźdźców bez głowy, który miał czelność pojawić się na tych ziemiach. Moja rozwijająca się magia być może wypłoszyła tych, co mieli już możliwość spotkać się z moimi pobratymcami albo samymi łowcami, których też tu przybywa. Przymknąłem oczy, odetchnąłem głęboko, a potem z powrotem je otworzyłem. Cokolwiek Myrtice wywróżyła z tarota, musi się stać w najbliższym czasie, a ja tam byłem aktualnie… Potrzebny?
   Pierwsza zasada Terenu Niczyjego: nie myśl, że cokolwiek znajdującego się tam faktycznie kiedykolwiek będzie należało do ciebie, tak samo, jak ty, kiedy już tam zamieszkasz. Wywożenie stamtąd jakichkolwiek przedmiotów zostawia za sobą mistyczny, niewidzialny ślad wykrywalny tylko i wyłącznie przy połączeniu prastarych zaklęć oraz odpowiedniego zestawu przedmiotów. Dodatkowo prawowici mieszkańcy zostają pokryci srebrzystą mgiełką na aurach, co ich "przywiązuje" do tych ziem... Może raczej z nimi identyfikuje. Po tym łatwo rozpoznać każdego, kto uciekł się do tej alternatywy.
   Siedziałem spokojnie w samolocie po tym, jak w końcu oderwaliśmy się od gruntu. Nie miałem zmiany ciśnienia w uszach, dlatego zniosłem to w o wiele bardziej komfortowych warunkach, niż reszta śmiertelników w tym środku transportu. Podniosłem wzrok znad zwojów na półkoliste, podłużne pomieszczenie pełne kremowych foteli, ułożonych w odpowiednio oznaczonych rzędach. Rozległ się kolejny komunikat o tym, że równaliśmy lot i że przerwa będzie za mniej więcej połowę całkowitego czasu podróży, po czym ponownie wszystko ucichło. Stadko stewardess z wysoko upiętymi włosami i w granatowych kombinezonach zaczęło ze sztucznymi uśmiechami próbować sprzedać jakiekolwiek produkty niższej klasie, nam podawano je od razu do ręki. Były w piorunująco wielkiej cenie, za którą nie wielu z nas już zapłaciło. Ze mną w pierwszej klasie leciało jeszcze kilku amerykańskich biznesmenów, jakaś mniejszej rangi modelka z arystokratycznym sposobem chwytania kieliszków oraz jej agentka tuż po jej prawicy. Większość przyglądała mi się z zaciekawieniem, nie mogąc przypisać do którejkolwiek z powyższych kategorii; ich umysły były albo zbyt zajęte pracą po godzinach, albo zbyt puste z braku wyczucia stylu czy wiedzy na temat dedukcji. W dzisiejszych czasach uchodziła ona za ósmy cud świata...
   Zapowiadało się mimo wszystko na długi, wyczerpujący lot, a ja nie miałem do kogo się odezwać.
   Lądowanie w Hong Kongu przespałem i obudziły mnie dopiero kolejne komunikaty. Potarłem zaspaną twarz, wstając z fotela w mało cudowny sposób. Czułem już pierwszą niedogodność; zesztywniałe mięśnie oraz ból w okolicy karku od zaśnięcia, opierając się o ścianę. Wszystko we mnie wołało o ruch w jakikolwiek sposób pomimo bycia sennym. Ziewnąłem z małą dawką gracji, a potem wywlokłem po mostku z maszyny, a kiedy stanąłem na trwałym gruncie, pierwszą rzeczą, jaka we mnie uderzyła, to był zapach wszechogarniającej wody. Przemieściłem się do budynku lotniska, nie rejestrując tego, czy szedłem na piechotę, czy autobusik dla pasażerów tej linii mnie podwiózł. Po prostu sceneria zmieniła się z zewnątrz na wewnątrz, teraz sunąłem pomiędzy na wpółżywymi sklepami. Neony całkowicie mnie rozpraszały, nie potrafiłem się na niczym kompletnie skupić zupełnie tak, jakby wszystko się na mnie rzucało, a do tego nie chciało być czytelne przez te chore znaczki...
- Zagubiony? - zapytała mrukliwie z mandaryńskim akcentem czarnowłosa kobieta, czytająca naprzeciw mnie gazetę.
   Przemyślałem, to, co chciałem powiedzieć i zmrużyłem oczy w skupieniu.
- Tak. - naprawdę tylko na tyle było mnie stać o trzeciej nad ranem?
- Siądź sobie. - wskazała niedbale na plastikowe krzesło po drugiej stronie jej stolika. - Podobno to pomaga... Podobnym tobie.
   Bezmyślnie wykonałem to, co powiedziała, właściwie padając bezładnie na siedzisko, a potem głową niemal uderzając o blat stołu, kiedy podpierałem się dłonią o podbródek. Teraz z kolei uderzyła mnie słodka woń jej perfum, kojarząca się z lawendą. Kiedy w końcu położyła przed sobą gazetę, ujrzałem jej miękkie rysy, krótko ścięte włosy, a do tego maleńkość. Była bardzo drobną kobietą, jednak kiedy się uśmiechnęła, coś w jej mrocznych, ciemnych oczach błysnęło czystym srebrem. Zadrżałem, natychmiast się prostując i napinając wszystkie mięśnie. Adrenalina sprawiła, że gwałtownie przestałem odczuwać potrzebę snu.
- Zabawne, że tak reagujecie nawet na własnych Posłanników. - zaśmiała się krótko i dystyngowanie, a ja usłyszałem w tym tony lekkie niczym u dzwonków kościelnych.
- Jak masz na imię? - zapytałem chłodno, a przede wszystkim bezpośrednio.
- Powinieneś je pamiętać sprzed lat z twojego snu... - przewróciła oczami, najwyraźniej sprowadzając jeszcze niżej gatunek śmiertelników, niż dotychczas w jej intelektualnym rankingu. One wszystkie takie były. Wyniosłe. Prychnęliśmy na siebie jednocześnie. -...Amrena.
- Chyba nie muszę ci się przedstawiać.
- Nie, nie musisz Ezequielu. - kolejny, władczy uśmieszek.
   Przypominała nie wielką kobrę królewską na wielkiej, puchowej poduszce, która umiała być bardziej jadowita i niebezpieczna, niż cokolwiek innego, z czym dotychczas przyszło mi się kiedykolwiek zmierzyć.
- Czego ode mnie chcesz na Terenach Niczyich? - z nimi nie należało się cackać.
   Potrafili być gorsi od bożków, zwłaszcza, kiedy uznawali za stosowne pojawić się przed tobą osobiście, niż wysłać trona.
   Zacmokała z niezadowoleniem.
- Pobrałeś tak obfite wykształcenie, że twojej śmiertelnej matce zabrakło na lekcje dobrego wychowania?
   Zacisnąłem zęby, powstrzymując się ledwo od jakiejkolwiek ciętej riposty, posłałem jej jedynie moje śmiercionośne spojrzenie, w którym wszyscy moi przeciwnicy widzieli płomienie trawiące ich duszę. Tym razem to jej odebrało mowę na te kilka triumfalnych sekund, by to tym razem na mojej twarzy wykwitł odpowiedni uśmiech.
- Potrafię być znacznie lepszym dżentelmenem niż cały twój gatunek razem wzięty, wasza anielska mość.
   Zachichotała. Była tym typem serafina, który lubił się droczyć ze swoimi ofiarami. Oto jedno z najjaśniejszych blasków Niebios; Księżna I Chóru.
 - Widzę, że mamy ze sobą więcej wspólnego, niż kiedykolwiek mi się wydawało.