Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koyori. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koyori. Pokaż wszystkie posty

3 lis 2017

Para Stichów z fretko-nietoperzem? Ból brzucha? Rodzeństwo Tara również świętuje Halloween! Event Halloweenowy - Temat 2.

- Aoi… Czy to jest naprawdę konieczne…? - spytałam swojego brata, siedząc na krześle przy ciemnym stoliku dla sześciu osób, gdy ten dzierżąc w dłoni jeden z moich zapachowych błyszczyków, chciał pomalować moje usta. A to nie wszystko, gdyż jeszcze obok leżały inne moje kosmetyki. On chciał całą mnie umalować. Szczerze? Bałam się... Młody nade mną stał w kigurumi Sticha, który razem z jego różowym odpowiednikiem zamówiliśmy dobry miesiąc temu. A co to było kigurumi? Duża, ciepła i jednoczęściowa piżama… którą miałam jako dziecko jeszcze przed narodzinami czarnowłosego. Tylko tamta była bardziej dalmatyńczykiem z czerwoną obróżką, a nie potworkiem z pewnej bajki. Przymknęłam oczy, gdy błyszczyk już znajdował się na moich wargach, a chłopak sięgnął właśnie po mój najmniej ulubiony puder. Szybko go użył, bardziej prósząc go na całej mojej twarzy, niż na policzkach. Dalej się bałam. No bo… Aoi ma dopiero dwanaście lat! I nie jest do tego dziewczyną, tylko chłopakiem! Która starsza siostra, czy nawet matka by się nie bała… Spojrzałam w pewnym momencie na ladę naprzeciwko mnie, która stała w kuchni. Wdrapała się na nią Kohi, dla której niebieskooki również miał przebranie. Nie wiem, jak i nie wiem, kiedy je zamówił, ale powiedział, że coś ma. Tylko nie wiedziałam, czy da radę ją w to ubrać…
- Skończyłem! - zawołał szczęśliwy chłopak, oddalając się ode mnie na jeden krok, by sięgnąć po małe lusterko na obracającym się stojaczku. Podał mi je, a ja już żałowałam, że pozwoliłam mu siebie malować. Zamknęłam oczy ze strachu, bojąc się otworzyć choć jedno z nich. Jednak w końcu to zrobiłam, gdy czarnowłosy smutno westchnął. Spojrzałam na swoje odbicie i… zamarłam, kompletnie. Czułam, jakby świat się pode mną rozwalił, wchłaniając moje bezduszne ciało w głąb siebie. No tego to się nie spodziewałam!
- Nie jest tak źle – odpowiedziałam, zgarniając dwa kosmyki moich włosów do przodu. Chyba będzie trzeba niedługo pójść do fryzjera na odnowienie koloru… A wracając do mojej twarzy… Błyszczyk trzymał się na granicach moich ust, choć można się nawet pokusić o to, że nałożył go idealnie. Wciągnęłam powietrze przez nos. Truskawki… Do tego ten puder, który rozsypany na całej mojej twarzy fajnie sprawiał, jakby moja skóra miała taki ładny lekko różowy odcień. Kurcze, podoba mi się to. Może mój brat ma jakiś ukryty talent do malowania?
- A teraz pora na przebranie Kohi… - usłyszałam przed sobą jego głos. Gdy na niego spojrzałam, to próbował złapać fretkę, trzymając w dłoniach jakieś czarne skrzydełka. Nietoperze? Jakie słodkie! Po jakichś pięciu minutach udało mu się je założyć futrzakowi, jednak sama samiczka… latała w kółko jak opętana, co jakiś czas skacząc. Gdy wylądowała w końcu na moich kolanach, to wzięłam ją w powietrze, trzymając dłonie pod jej łapkami. Wyglądała przeuroczo. Umieściłam ją sobie na ramieniu, a sama wstałam z krzesła, kierując się do połączonej kuchni. Otóż stały w niej nasze torebki na cukierki, jedna pomarańczowa, taka dynia i druga czarna zrobiona na kota. Je też zamówiliśmy przez internet… Choć przyszły o wiele później od naszych kigurumi.
- Gotowa? - spytał niebieskooki, biorąc obie w swoje dłonie i podając mi kota. Zgarnęłam go od niego i pokiwałam twierdząco głową, a już po kilku minutach oboje znajdowaliśmy się na dworze. Szłam wzdłuż ścieżki, by wyjść za ogrodzenie naszego domu. Spojrzałam na nasz dom. Nie był jakoś wyjątkowo ozdobiony… Po prostu kupiłam kilka takich lampionów w kształcie dyń i ustawiłam je przed wejściem i na trawie. Mogłam jednak trochę bardziej się postarać.
- Koko! Kaptur! - usłyszałam krzyk Aoi’ego przed sobą. Faktycznie, nie mam jeszcze założonego kaptura. Od razu to zrobiłam, uważając przy okazji na fretkę, która postanowiła skryć się nie tylko na mojej szyi, ale też i we włosach. Powoli podchodziliśmy do pierwszego domu w okolicy… który był oddalony o dobre dwieście pięćdziesiąt metrów od naszego. Widziałam, jak jakieś inne dzieciaki właśnie od niego się oddalają, robiąc nam miejsce. To trochę dziwne, że ktoś jeszcze tu przyszedł. Jeśli dobrze pamiętałam, to w naszej okolicy nie mieszkało zbyt wiele dzieci, oprócz mojego brata oczywiście… Chyba że przyszły one z drugiej ulicy przez mostek… To mogłoby wiele wyjaśniać.
- Koko, chodź szybciej! - brunet ponownie zawołał w moją stronę, już znajdując się blisko drzwi tego domu. Podbiegłam ostatnie kilka kroków, a on zadzwonił dzwonkiem.
- Cukierek albo psikus – powiedziałam równocześnie z bratem, gdy z budynku wyszedł pewien mężczyzna ze… śrubą w głowie. Popatrzył najpierw na chłopaka, a potem wzrok zwrócił na mnie.
- Ty też się przebrałaś, Koyori? - zaśmiał się, biorąc z przedpokoju u siebie miskę ze słodyczami. Odwzajemniłam jego uśmiech, drapiąc się w głowę.
- Jakoś tak wyszło… W końcu nie wypuściłabym brata samego o tej porze – odpowiedziałam, patrząc kątem oka na niebieskookiego obok mnie.
- I nie mogła się oprzeć mojemu darowi przekonywania – dodał od siebie, wystawiając swoją dyńkę na słodycze. Ze śmiechem odeszliśmy od domu pana zombie, kierując się do pięciu kolejnych wzdłuż żwirowej drogi.
***
- Brzuch mnie boli… - jęknął Aoi, zjeżdżając trochę z czerwonego skórzanego narożnika. Ze stuknięciem odłożyłam talerz na suszarce, wzdychając.
- Przecież nikt ci nie kazał zjadać od razu wszystkich cukierków! - krzyknęłam na niego, odwracając się w stronę kanapy. Usłyszałam, jak prycha pod nosem na moje słowa. Gdy pół godziny temu wróciliśmy do domu, obie nasze torby były wypełnione po brzegi. Sąsiedzi w tym roku nie żałowali tych słodyczy, oj nie… A brunet od razu stwierdził, że zje wszystko dzisiaj. Ja oczywiście jako dobra siostra radziłam mu odmówić, ale… miał mnie gdzieś. I na czym się to zakończyło? Brzuch go boli! Dodatkowo Kohi postanowiła zrobić sobie z moich ramion nowe łóżeczko, gdyż od dobrych piętnastu minutach na nich spała. Słyszałam jej miarowy oddech, a nawet czułam, jak jej brzuszek podnosi się i opada. Gdy zdjęłam jej nietoperze skrzydła w domu, to od razu złapała materiał ząbkami, ciągnąc go w swoją stronę. Nie wierzę, że aż tak jej się to spodobało… Oczywiście, by puściła, to musiałam przekupić ją Łatkiem, co się udało jak najbardziej. Aż sama z siebie dumna byłam. A czy podobało mi się chodzenie z bratem po domach? Jeszcze jak. Szczerze, to nawet nie mogę się doczekać przyszłego roku. Obiecałam sobie nawet, że to ja zrobię jakieś czekoladki oraz kupię lepsze ozdoby… Spojrzałam przelotnie na swój aparat, który leżał na stole. Oczywiście nie byłabym też sobą, gdybym po powrocie nie chciała zrobić zdjęcia… Będę musiała tylko jeszcze je wywołać, ale to się jeszcze zrobi. Gorzej będzie ze znalezieniem kolejnej ramki oraz miejsca na nią…

The End
A miałam tego nie pisać...

1 lis 2017

Od Koyori do Jamesa

- Jeszcze tylko książką... - rzekłam, wkładając do swojej torebki przedmiot w twardej okładce wraz z zakładką. Pomyślałam, że może James będzie chciał coś poczytać, choć tak naprawdę nie wiedziałam nawet, czy to lubi. Oby tak... Westchnęłam, po raz kolejny, odpychając głowę Kohi od siebie. Serio, ona chyba za bardzo polubiła moją torbę. Nawet pachnie już fretką... Będę musiała chyba kupić nową... tak na zapas.
- Koko? - usłyszałam głos brata za sobą. Odwróciłam się, widząc go z kompletnie rozwaloną fryzurą, na dodatek w piżamie. Zaśmiałam się cicho na jego widok. Rzadko pokazywał się komukolwiek w takim wydaniu, więc... nie mogłam się powstrzymać. - Wychodzisz gdzieś? - spytał, schodząc po schodach i po drodze jeszcze ziewając. Wzięłam w końcu Kohi na ręce, odwracając się, przechodząc przez cały korytarz do mojej sypialni, wrzucając ją do niej i zamykając ją tam. To powinno ją zatrzymać przez... jakąś godzinę. Ewentualnie pół. Powróciłam do przedpokoju połączonego z salonem, kuchnią i mini jadalnią, przyglądając się bratu, który raczej nie nalewał sobie wody do szklanki.
- Aoi, to jest olej - zwróciłam mu uwagę, gdy już brał naczynie w górę. Zamrugał nieprzytomnie, patrząc najpierw na mnie, potem na plastikową butelkę obok siebie. Usłyszałam, jak szepcze do siebie: „Faktycznie”, po czym wstawia swój „napój” do zlewu. Pokręciłam przecząco głową na jego nieprzytomne zachowanie.
- Tak się dzieje, gdy grasz do trzeciej lub czwartej w nocy na komputerze, potem czytasz jeszcze coś przez godzinę, a następnie kładziesz się spać na brudnych ciuchach - zwróciłam mu uwagę. Znowu rzucił na mnie szybkie spojrzenie, w końcu schylając się i w ten sposób uderzając głową o marmurowy blat. - I tak, wychodzę. Kolega trafił do szpitala i obiecałam mu, że go dzisiaj odwiedzę - dodałam na szybko. Odwracając się od brata i otwierając drzwi od pokoju, gdzie oprócz tych od garażu były jeszcze te na dwór oraz szafki na buty z wieszakami na kurtki. Szybko wsunęłam swoje sportowe trampki, narzucając na siebie na tylko kurtkę.
- Koko! Gdzie są moje skarpetki w kosmitów?! - Aoi jednak postanowił mi jeszcze poprzeszkadzać. Westchnęłam, zerkając na jego sylwetkę. Nie pamiętam, bym je wrzucała do prania, więc... Spojrzałam na jego stopy.
- Aoi, masz je na nogach - powiedziałam, narzucając swoją torebkę na ramię i kierując się w stronę drzwi.
- Koyori, nie idź dzisiaj nigdzie... - jego głos najwidoczniej wyrażał niechęć. Westchnąłem, jeszcze raz się do niego odwracając. Zrobił krok w moją stronę, a ja wyciągnęłam rękę w górę, przykładając do jego czoła.
- Nie masz temperatury, nie przesadzaj - odpowiedziałam.
- Ale dzisiaj jest pełnia... - znowu zaczął ziewać. Zamrugałam kilka razy oczami ze zdziwienia. Pełnia? Szybko wyciągnęłam swój telefon z torby i weszłam w kalendarz. Faktycznie...
- Tylko nie pełnia... - rzuciłam, wzdychając. Czemu akurat dzisiaj... Przeniosłam wzrok na młodego chłopaka. - Wrócę jeszcze przed zachodem słońca - powiedziałam, głaszcząc brata po głowie. Niezbyt chętnie się zgodził. Cmoknęłam jeszcze go w czoło, gdy się pochylił, po czym wyszłam z domu do samochodu. Obym dała radę wrócić tak szybko. Biorąc pod uwagę, która teraz jest godziny, to może nie być aż tak łatwo... A Aoi nadal nie jest aż tak bardzo przyzwyczajony do przemian podczas pełni. Dodatkowo jeszcze nie do końca nad sobą panuje, więc to ja jestem zajęta pilnowaniem go. Odpaliłam moje auto, wciskając odpowiedni przycisk na autopilocie, który w nim trzymałam, by brama się otworzyła. Pora odwiedzić Jamesa w szpitalu...

James?

22 wrz 2017

Od Koyori do Jamesa

Uśmiechnęłam się do mężczyzny, zdejmując z ramienia torebkę i kładąc ją obok krzesła, na którym siedziałam. Czułam, że jeszcze tutaj wrócę.
- Nie ma sprawy – odpowiedziałam, wstając z mojego miejsca i przechodząc obok szpitalnego łóżka. Znajdując się poza jego salą, od razu zauważyłam lekarza rozmawiającego z jedną z pielęgniarek. Podeszłam do nich od tyłu, delikatnie się uśmiechając.
- Przepraszam… - zaczęłam, jednak facet gestem dłoni mi przerwał. Dobra, nic się nie stało. Splotłam swoje palce przed sobą, cierpliwie czekając, aż ich gadanina dobiegnie końca. W międzyczasie przypatrzyłam się korytarzowi. Puste, białe ściany z drewnem pośrodku i krzesłami pod. Jakaś taka dziwna podłoga, drzwi wokół… Oraz szyba? Lekko zaskoczona spojrzałam na Jamesa za nią, który leżał sobie spokojnie, choć pewnie był zmęczony, można było to ujrzeć z jego twarzy. W jakiś sposób mu współczułam… Nie tylko przez fakt, że walczył z jedną z łowców i został dosyć mocno zraniony, ale też przez rozmowę jego i jego siostry. Wiem, że nie powinnam była podsłuchiwać, jednak… Jej odpowiedź nie wskazywała na to, by była jakkolwiek otwarta na jakieś znajomości, oraz by szanowała swojego brata… A może tylko mi się tak wydaje? W końcu, gdy Aoi jest z kolegami i ja do niego dzwonię, to też potrafi niegrzecznie mi odpowiedzieć. W końcu jest nastolatkiem, niedługo będzie przechodzić okres buntu… Ciężki okres, oj bardzo, i to dla każdego.
- O co chodzi? - nagle usłyszałam po swojej lewej stronie. No tak, doktor. Odwróciłam się do mężczyzny, który w dłoni trzymał beżową teczką.
- Czy mogłabym się dowiedzieć, kiedy zamierza pan wypuścić Jamesa? - spytałam od razu. Facet westchnął, przenosząc swój wzrok na chłopaka za szkłem.
- Kim pani dla niego jest? - zapytał, zmywając moje pytanie na drugie miejsce. Zmrużyłam brwi, nie do końca wiedząc, o co mu chodzi. Chyba to wyłapał, gdyż zaraz podrapał się po karku.
- Jest pani jego siostrą, może kuzynką? Choć to bym wykluczył, biorąc pod uwagę rysy waszych twarzy. No to dziewczyną lub narzeczoną? Jest też w odpowiednim wieku, by mieć żonę… Więc jak? - zaczął, na końcu wpatrując się w moją twarz. A ja? Byłam lekko zdziwiona czymś takim. Choć… I co miało oznaczać słowa, że "w dobrym wieku, by mieć żonę"?? Znowu lekko się uśmiechnęłam.
- A może mi pan odpowiedzieć bez tej informacji…? -
- Właśnie nie mogę, gdyż teraz już mogę łamać regulamin szpitala – od razu odpowiedział. Świetnie… Czyli odpowiedź, że dopiero dzisiaj się poznaliśmy, nie wchodzi w grę, prawda? Zaczęłam skubać swoją wargę, wpatrując się w czarnowłosego przed sobą. Bardzo byłby zły, jakbym skłamała? Chociaż to on prosił mnie, bym spytała, więc… Jednak równie dobrze mógłby spytać doktora później… No ale… Ugh, nienawidzę mieć dylematów w głowie. Później może mi za to podziękuje. Ogólnie powinien mi podziękować. W końcu, gdyby nie ja, to pewnie on byłby martwy, a nie tamta łowczyni. Odwróciłam się do starszego mężczyzny z pewnym uśmiechem na twarzy.
- Jestem jego dziewczyną – powiedziałam, nawet bez jednego zająknięcia. Facet spojrzał na mnie spode łba.
- To czemu pani zwlekała z odpowiedzią? - spytał. Cwaniaczek…
- No wie pan… Ostatnio zerwaliśmy, jednak dzisiaj wróciliśmy do siebie – odpowiedziałam. Jeśli się nabierze, to śmiało można mnie nazywać królową kłamstwa. Jednak doktor chyba mi uwierzył, gdyż się uśmiechnął, oraz dodał coś w stylu: „Trzeba było tak od razu!”, ale dowiedziałam się tego, czego chciałam. Podziękowałam ze śmiechem w głosie, po czym wróciłam do sali, w której leżał ranny James.
- I jak? - na starcie zapytał. Usiadłam na swoim krzesełku, odgarniając swoje włosy do tyłu i spoglądając na niego.
- Mówił, że jeśli ci się nie pogorszy, to pojutrze zostaniesz wypisany – wystawiłam w jego stronę otwartą dłoń na znak, by przybił mi piątkę. Zrobił to z lekkim uśmiechem na ustach. A teraz pora mu powiedzieć o tym, co zrobiłam.
- Tylko ten… Od teraz jesteśmy tak jakby parą – wyznałam mu, na końcu nerwowo się śmiejąc. Oby dobrze to przyjął…

James?

17 sie 2017

Od Koyori do Jamesa

Siedziałam na plastikowym krzesełku w szpitalu, nerwowo ruszając stopą, którą założyłam na kolanie i martwo wpatrywałam się w każdego człowieka przebywającego w tym samym miejscu, co ja. W mojej głowie aż kręciło się od tych wszystkich zapachów, mieszanek tego. Czułam zarówno ludzi, jak i nadnaturalnych, jednak nikogo z zapasem srebra w zanadrzu. Nadal nie wiem, czy to do końca dobrze. A moją głowę nie zaprzątała myśl o Jamesie. Kiedy przywiozłam go tu moim samochodem i wyjaśniłam, co mu jest jednej z pielęgniarek, ta zabrała go. Gdzie, to nie mam zielonego pojęcia. Ostatni raz byłam tu, gdy mama rodziła. A przynajmniej nic innego nie przychodzi mi do głowy. Myślałam nad tamtą kobietą, na której zacisnęłam swoje szczęki, tym samym ją zabijając. Momentami czułam smak jej krwi w buzi. Jak wrócę, to będę musiała umyć zęby. Porządnie. Jednak w moim umyśle pojawiła się pewna myśl. A raczej pytanie. Co ja zrobiłam? Ja ją zabiłam! Nawet nic z jej ciałem nie zrobiłam. Nie zadzwoniłam po żadną karetkę czy policję, po prostu tam ją zostawiłam, wykrwawiającą się na trawie. I to nie był jakiś zając, szarak czy sarenka. To był człowiek. Mogła mieć rodziców, rodzeństwo. Męża, chłopaka, narzeczonego, a nawet dzieci. Równie dobrze mogła być lesbijką, singielką, a nawet rozwódką czy wdową. Choć na to ostatnie mogła być cud za młoda. Jednak w tym mieście wszystko jest możliwe. W jakiś sposób brakowało mi obecności Kohi, jednak nie mogłam jej ze sobą wziąć. Tylko by psociła i pewnie sprawiłaby mi kłopoty.
- Panna Koyori? - nagle usłyszałam nad sobą niski, męski głos. Natychmiastowo podniosłam głowę w górę, widząc przed sobą starszego mężczyznę pewnie po sześćdziesiątce.
- Tak? - spytałam. Nie byłam do końca przekonana, co ode mnie chciał, jednak nie widziałam go, gdy zabierali Jamesa.
- James wyraził chęć zobaczenia się z panią – odpowiedział. A jednak. Wstałam z krzesełka i ruszyłam za lekarzem o imieniu Sebastian, jak podpatrzyłam z jego plakietki. Już po chwili wyszliśmy z poczekalni, poprowadził mnie po korytarzach, kilka razy skręcił, aż w końcu otworzył drzwi do jakiejś sali, gdzie na łóżku leżał czarnowłosy. Spod białej kołdry wystawały tylko jego ręce, jak i głowa, choć połowa jego nagiego torsu również była odkryta. Z całej swojej woli starałam się tam nie patrzeć. Doktor gestem wskazał mi krzesełku przy ścianie naprzeciwko i tam ruszyłam. Przesunęłam je do łóżka i usiadłam. Potem nikogo tam nie było, oprócz naszej dwójki. Spojrzałam na jego ramię, świeżo zabandażowane. Obok za to dostrzegłam stoliczek na kółkach ze środkami dezynfekującymi takie rany, plastrami, szczypcami i bandażami. Waciki, które również tam były, z całą pewnością nie nabrały czerwonej barwy od farby. Nawet jak oddychałam przez nos, to zdecydowanie większość była od krwi mężczyzny. Wyprostowałam się i z lekkim uśmiechem spojrzałam na mojego znajomego.
- To… Jak cię czujesz? - spytałam. Standardowe pytanie, które łatwo może kogoś zdenerwować. W mojej głowie nic innego nie było. Błękitnooki westchnął, odchylając głowę do tyłu.
- Jakoś żyję… Powiedzieli, że z ramieniem w sumie nie jest aż tak poważnie, jednak i tak będę musiał tu zostać. Chcą mnie poobserwować – odpowiedział. Skinęłam powoli głową, na znak, że rozumiem. No tak, mogłam się tego spodziewać.
- A zadzwoniłeś do swojej siostry? - znowu zapytałam. Tyle się o nią martwił, że w tej chwili do był kluczowy temat.

James?

20 lip 2017

Od Koyori do Jamesa

Cały czas miałam wyrzuty sumienia. Czemu ja to zrobiłam? Czemu go wypuściłam? Przecież równie dobrze mógł mieć złamaną tę rękę. Trzeba było wsadzić go do samochodu i pojechać do szpitala. No ale… martwił się o swoją młodszą siostrę. Gdybym była na jego miejscu, pewnie zrobiłabym to samo. Jednak u mnie ta kość zrosłaby się szybciej tak, jak u większości wilkołaków, a on to… feniks. Leżałam właśnie na narożniku w salonie z ręką praktycznie na oczach. Czułam, jak Kohi spokojnie sobie śpi na moich wyprostowanych nogach. Zapewniał mnie, że nic mu się nie stanie. To dlaczego mam takie złe przeczucia? Nie mogę się przez nie uspokoić, choć powinnam. Minęła już ponad godzina. Gdy wcześniej poszłam do góry do pokoju brata, pokazał mi zdjęcie białego owczarka szwajcarskiego. Powiedział, że chciałby takiego. Zaśmiałam się. Nie, że nie byłoby nas stać oraz że by się nie nadawał. Mamy dużo miejsca nie tylko w domu, ale i na zewnątrz. Zawsze można postawić budę czy coś… A Aoi miałby towarzysza do swoich „psich” zabaw. Może coś wymyślę w związku z tym psem. Już za bardzo mnie nim męczy. Nie no, mam dosyć tego leżenia. Wstałam z czerwonego narożnika, niestety zrzucając przy tym moją fretkę. Cicho pisnęła, po czym ze złością w oczach na mnie popatrzyła.
- Wybacz – powiedziałam. Skupiłam się w sobie, by usłyszeć to, co chłopcy na górze robią. Uśmiechnęłam się, gdy w moich uszach zabrzmiały ich śmiechy. Nie usłyszą, jak będę wychodzić. Zrzuciłam z siebie koszulę w kratę, zostając w samych spodenkach i podkoszulku. Skierowałam się w stronę wyjścia na taras. Poczekałam jeszcze, aż moja fretka wyjdzie przez wybite okno w piwnicy. Ktoś musiał zamknąć te drzwi, gdyż klamkę miały tylko od wewnątrz. A bieda, jak ktoś nieproszony chciałby wejść do środka. Aoi też nie może się niczego domyślić. Gdy moja towarzyszka już ułożyła się na moich ramionach, skierowałam się w stronę pola ze zbyt wysoką trawą. Przeszłam przez żwirową drogę i weszłam do lasu. Kilkanaście kroków dalej, gdy stwierdziłam, że nikt nie powinien mnie wypatrzeć z okolicy mojego domu, zmieniłam się. Otrząsnęłam swoją sierść z kurzu, poczekałam, aż Kohi na mnie wejdzie, po czym ruszyłam lekkim truchtem. Węszyłam w powietrzu, wyraźnie czując zapach mój, jak i Jamesa. Dobrze, że jeszcze coś z tego jest. Szłam jego tropem. Muszę wiedzieć, czy nic poważniejszego mu się nie stało. Że bezpiecznie dotarł do domu. Cokolwiek! Znowu wzięłam głęboki wdech w nozdrza, gdy oprócz czarnowłosego, wyczułam kogoś jeszcze. Nie… Zwróciłam głowę w lewo, nastawiając uszy. Wyciszyłam się tak bardzo, jak tylko umiałam. Nie ułatwiało mi tego stukanie dzięcioła o pień jednego z pobliskich drzew. Znowu zaczęłam wąchać. Wyczułam zapach dymu. Nagle ruszyłam między drzewa, kierując się tym niezbyt miłym zapachem. Dym nie wróżył nic dobrego. Tak samo zapach kobiety ze stalą i srebrem w zanadrzu. Przeskoczyłam nad jednym ze zwalonych pni starego drzewa. Przyspieszyłam. Jestem już blisko. A jednak mimo wszystko to było całkiem daleko. Poza moim bezpiecznym terenem. Już chciałam zwalniać, gdy w mojej głowie pojawił się obraz martwego mężczyzny. Znowu przyspieszyłam, cudem omijając dziurę, w którą omal nie wpadłam. Wypadłam na jakiejś niezbyt dużej polanie, jednak nie zwolniłam. Biegłam wprost na lekko pochyloną do przodu kobietę. James stał odrobinkę dalej od niej, jednak trzymał się jedną ręką za to zranione ramię. Warknęłam, odsłaniając kły, po czym skoczyłam na brązowowłosą młodą kobietę, tym samym przyszpilając ją do ziemi. Z tego, co zauważyłam, miecz, który trzymała w dłoni, upadł gdzieś na trawę, jednak mnie to nie interesowało. Zatopiłam szczęki w jej szyi.

James?

30 cze 2017

Od Koyori do Jamesa

Podniosłam się z pozycji leżącej na siedzącą. Nie byłam przyjaźnie nastawiona do jego pomysłu… Martwię się o jego rękę. Nie jest wilkołakiem, nie regeneruje się szybciej, tak jak my i nawet nie wiem, za ile ta ręka będzie u niego na tyle sprawna, by ją używać. Ach, anatomia człowieka jest tak bardzo dla mnie niezrozumiała… Mogłam bardziej uważać na lekcjach biologii… Spojrzałam w jasne oczy mężczyzny mimo tego, że w moich nadal świeciły łzy.
- A jak łowczyni dopadnie ciebie, za nim ostrzeżesz swoją siostrę? - zapytałam z poważnym wyrazem twarzy. Nie wiem, czemu zależało mi na jego bezpieczeństwie. Po prostu tak jakoś… Czarnowłosy odwrócił głowę w stronę ściany po jego prawej stronie.
- Wiesz… Siostra jest ważniejsza – odpowiedział, kątem oka na mnie spoglądając. Spuściłam głowę w dół, czując, jak coś pcha mi się na nogi. Kohi ewidentnie chciała mnie pocieszyć, choć chyba sama niezbyt wiedziała, jak się do tego zabrać. Musnęłam palcami jej głowę, a ona przymknęła oczka. Głęboko westchnęłam, podnosząc się z łóżka. Gdy stanęłam na swoje nogi, poczułam, jak fretka wskakuje mi na ramiona, zatapiając pyszczek w moich włosach.
- No skoro tak… - szepnęłam, idąc w stronę drzwi od sypialni. Spojrzałam za siebie, gdzie niebieskooki już wstawał z materaca. Otworzyłam pokój, wychodząc z niego i jeszcze wycierając łzy z oczu. Pewnie Aoi i tak mnie słyszał zza ściany, jednak… wolałabym stwarzać pozory, że nic mi się nie stało. Na szczęście chłopcy siedzieli u brata na górze, a nie na dole, co ułatwiało mi… chyba teraz wszystko.
- Na pewno dobrze się czujesz? Bo jak nie to… - znowu zaczęłam mówić w stronę Jamesa. Ten tylko spokojnie ruszył aktualnie swoją drugą ręką.
- Dam radę. W końcu to rękę mam unieruchomioną, a nie nogę – powiedział, delikatnie się uśmiechając. Skinęłam głową, zostawiając ją w dole i przeszłam w prawo do kuchni, która jednocześnie była połączona z jadalnią i salonem. Przeszłam między narożnikiem a wiszącym telewizorem i podeszłam do drzwi tarasowych. Otworzyłam je, robiąc miejsce, by czarnowłosy mógł przez nie wyjść.
- Z tyłu jest niezagrodzona część z polem. Uważaj, bo mogą w niej być niebezpieczne stworzenia, choć na ogół jest tu bezpiecznie. Zaraz obok jest droga żwirowa, możesz iść wzdłuż niej i dojdziesz do miasta, obojętnie którą stroną – wyjaśniłam mu pokrótce, wychodząc za nim na szary bruk. Skinął głową, odwracając się w moją stronę.
- Dzięki – powiedział, po czym odszedł w swoją stronę. Wymusiłam całą swoją wolę, by zaraz nie pobiec za nim. Przymknęłam oczy, wracając do domu, zamykając drzwi i kierując się w stronę krętych schodów, na których szczycie jest duży pokój czarnowłosego dwunastolatka.

James?

19 cze 2017

Od Koyori do Jamesa

- Skończyłam – wyznałam, chowając resztki niewykorzystanego materiału do poręcznej apteczki.
- Widzę, że masz wprawę w tego typu rzeczach… - usłyszałam głos chłopaka, gdy dokładnie przyglądał się swojej ręce. Wzruszyłam tylko ramionami.
- Tata w przeszłości miał tendencję do łamania sobie kości podczas pierwszych przemian. Ja to odziedziczyłam, przez co mama mnie opatrywała, a gdy urodził się Aoi, również to miał i sama się przyglądałam, jak to robić. Musiałam być użyteczna dla brata, gdy rodzice zmarli… - zaczęłam opowiadać, podsuwając się w tył i ściągając buty, by na końcu usiąść po turecku na łóżku rodziców. Pogładziłam lekko brudną pościel, przypominając sobie czasy, gdy razem z trochę większym czarnowłosym się tutaj zakradaliśmy, by obudzić rodziców. Nawet nie poczułam, jak po moim policzku poleciała łza. Gdy tylko spadła na moją dłoń, od razu się ogarnęłam, wycierając w tej chwili lekko mokre oczy.
- Wybacz, mimo tego, że nie powinnam już płakać, czasem mi się zdarza. Te wspomnienia i w ogóle… Jeszcze to wydarzenie z dzisiaj – zaczęłam się tłumaczyć, śmiejąc się przez łzy. Jednak po chwili nie mogłam ich powstrzymać i rozbeczałam się jak małe dziecko.
- T-ta-tak b-ba-bardzo koch-koch-kocham braata – wyznałam z przerwami na szlochanie. Padłam na łóżko, twarzą w poduszkę, dusząc w niej swój płacz. Nie chciałam, by chłopcy mnie usłyszeli. Nie wypada tak dorosłej osobie, ale jednak… Tak się bałam! Mimo wszystko tak się martwiłam, że ona zaraz rzuci czymś w Aoi’ego i go zabije. Oprócz niego nie mam nikogo. No niby jest Kohi, ale… Ona nie jest moim bratem… A ja chcę widzieć, jak dorasta. Jak ma z czymś problem, jak pierwszy raz się zakochuje, jak zastanawia się nad tym, by wyznać komuś miłość… Chcę widzieć wszystko… Być przy nim na dobre i na złe. Tak bardzo chce mieć psa, więc go zaadoptujemy. Kiedyś, ale to zrobimy. Nagle przypomniałam sobie o obecności Jamesa przy mnie. Obróciłam głowę w stronę ściany, powstrzymując się od dalszego wylewu łez. Taki wstyd… Taki wstyd tak płakać przy prawie nieznajomym mężczyźnie, który prawdopodobnie uratował życie mojego brata i jego przyjaciela. Mam tylko nadzieję, że nie będzie się ze mnie śmiać…

James? Wybacz T-T

15 cze 2017

Od Koyori do Jamesa

Pokręciłam przecząco głową. Powstrzymałam Jamesa przed kolejnym krokiem, skupiając jego wzrok na sobie.
- Nie dasz rady. Zmienię się w wilka, usiądziesz na mnie i tak cię przeniosę. Może wtedy jestem i mniej bezpieczna, jednak mam bardziej wyostrzone zmysły – powiedziałam do niego. Spojrzał w moje oczy, widziałam w nich zdeterminowanie i lekkie zdenerwowanie. Wiedziałam… Jest zły, że wróciłam. Jednak ja… nie mogłam go tak zostawić. - Proszę – szepnęłam, mając nadzieję, że jednak da sobie spokój. Nawet gdyby się nie zgodził, ja bym ciągle nalegała. W końcu stanął, wzdychając. Potraktowałam to jako zgodę. Natychmiastowo przemieniłam się w brązowego wilka, stając przed nim bokiem. Nastawiłam uszy na baczność. Muszę być przygotowana do ucieczki w każdej chwili. Zwłaszcza że będąc tak, jestem bardziej podatna na śmierć… Nie wiem, czy to dobrze, że rodzice opowiadali mi o tych możliwościach śmierci wilkołaków. Poczułam, jak James na mnie powoli siadał. Był ciężki, nie powiem, że nie. Powoli ruszyłam do przodu, uważnie się rozglądając. Nie mogę niczego przegapić. Po jakiejś minucie zobaczyłam, jak w moją stronę biegła Kohi. Uradowałam się na jej widok, oj tak. W tym lesie, oprócz ludzi w formie wilka, żyją też normalne, choć tak naprawdę mało osób o nich wie, z wiadomych przyczyn, przynajmniej dla mnie. A moją fretkę zawsze mogło coś zaatakować, jak właśnie taki zwierz, lis czy sowa. Gdy moja towarzyszka była odpowiednio blisko, skoczyła, odbijając się od mojego pyska i lądując na głowie. Czułam, jak wygodnie się na nim ułożyła, zwijając w kłębuszek. Moja mała słodka… Po kilku minutach stałam już na skraju lasu, wpatrując się w mój dom. Biały piętrowy dom z garażem, ciemniejszym dachem, metalowym ogrodzeniem i podwórkiem nie wyglądał podejrzanie. Jednak oprócz drzwi głównych prowadziły do niego wejścia przez garaż, taras oraz piwnicę, gdzie to ostatnie zwykle było zamknięte, jednak… Dosyć chuda osoba zawsze mogła wejść przez okno bez szyby. Kiedyś wybił ją Aoi, rzucając piłką i od tamtego czasu ponownie się tam nie pojawiła. Widziałam, jak czarnowłosy od czasu do czasu ostrożnie zerkał przez okno. Dodatkowo ogrodzenie nie obejmowało całego domu. Z tyłu po lewej stronie było miejsce nie ogrodzone, przez które można było wejść, przedzierając się przez wysoką trawę, w której kryły się różne stworzenia. Jednak wolałabym nie ryzykować, idąc na około. Dlatego wcześniej poprosiłam brata, by automatycznym pilotem otwierał i zamykał wszystkie zamki. Posłuchał, gdyż zaraz boczna furtka się otworzyła. Natychmiastowo wyszłam z lasu, dosyć szybkim krokiem idąc w jej stronę. Będąc już na posesji, przeszłam jeszcze przez główne drzwi, tym sposobem wchodząc do przedpokoju, z którego prowadziła droga do garażu i wiecznie zimnej piwnicy. Gdy Glen otworzył mi drzwi na wprost, znowu przez nie przeszłam, kierując się w prawą stronę, jednak zaraz skręcając w lewo i znowu w lewo. Trzeba będzie skorzystać z pokoju rodziców… Lekko ślizgałam się po podłodze, jednak nie dawałam tego po sobie poznać. Najpierw ważniejsze było zdrowie Jamesa. Stanęłam bokiem do dwuosobowego łóżka, które jak zwykle było świeżo pościelone. Na ścianach rządził biały kolor, jak w większości domu, a podłogę pokrywały ciemne drewniane panele. W pokoju, oprócz miejsca do spania, znajdywała się szafa wstawiona w ścianę oraz komoda obok niej, na której ustawione były fotografie, głównie przedstawiające mnie, brata i rodziców. Gdybym była wyższa, to mogłabym nawet dostrzec na tym warstwę kurzu. Jakoś nie lubiłam odwiedzać tego pokoju… Za dużo wspomnień.

James?

12 cze 2017

Od Koyori do Jamesa

Zaśmiałam się z jego wypowiedzi.
- Taak? A nie wyglądasz – powiedziałam, na końcu znowu szeroko się uśmiechając. Dostrzegłam, jak James przewraca oczami. Lekko posmutniałam, przybierając poważny wyraz twarzy.
- Oczywiście, że słyszałam o tym morderstwie. I wiesz, co ci jeszcze powiem? Ta dziewczyna chodziła do szkoły z moim bratem. Była najlepszą uczennicą w jego klasie. Do tego jej rodzice dobrze ukrywali swoją nadnaturalność, a ona sama w ogóle tego nie wykazywała – opowiedziałam mu. A mój Aoi nawet nie zachowuje nawet pozorów ostrożnego. Jestem pewna, że teraz pływa w postaci wilka. Pokręciłam przecząco głową. Powinnam do nich wrócić i ich pilnować. Nagle o coś się potknęłam, upadając na ziemię. Siedziałam na tyłku z opartymi z tyłu rękami, a nogi miałam wyprostowane. Świetnie, brawo ja. Gdy po moim westchnięciu spojrzałam w bok, momentalnie zbladłam. Ślad buta. Zbliżyłam się do niego, przejeżdżając po nim palcami. Dosyć świeży… i to nie jest ślad mój, czy czarnowłosego. Moja stopa była mniejsza, a jak spojrzałam na niego, to wyglądała na większą. Obstawiałabym wysoką kobietę lub niskiego mężczyznę. Tylko zaraz… Czemu go nie wyczułam? Ja rozumiem, że oddychałam w większości ustami, ale nosem również co jakiś czas i powinnam… Dobra, tym razem już czuję. Wzięłam głęboki wdech. To był na pewno człowiek, tylko czemu miał przy sobie tyle różnych broni…? Natychmiastowo podniosłam się z ziemi, otrzepując się z brudnej ziemi.
- Wracamy – powiedziałam poważnym głosem i od razu zawróciłam, idąc w stronę jeziora dosyć szybkim krokiem.
- My? A ja, do czego ci jestem potrzebny? - usłyszałam za sobą głos chłopaka. Zaśmiałam się na jego słowa, kątem oka na niego spoglądając.
- W zasadzie to nie wiem. To tak z przyzwyczajenia – powiedziałam, delikatnie się uśmiechając. - Kohi, idź przodem – szepnęłam do fretki. Ta, jakby mnie zrozumiała, zasalutowała mi, po czym zeskoczyła i pognała szybciej ode mnie w ludzkiej formie do przodu. Teraz moje myśli krążyły tylko w kierunku mojego brata. A co, jeśli to łowca? Aoi uwielbia się kąpać, będąc wilkiem i nie potrafi się jeszcze przemieniać tak, by ubranie na nim zostawało. Mam nadzieję, że jednak nic mu nie jest. Chociaż skoro jest obok niego Glen, to będzie aż tak źle? Jego przyjaciel z reguły jest od niego mądrzejszy i to nie tylko pod względem szkolnym. Ugh, włącza mi się tryb matki.

James?

10 cze 2017

Od Koyori do Jamesa

Przyłożyłam dłoń do czoła, kręcąc głową na boki. Ten to palnął… Westchnęłam, prostując się i przymykając oczy.
- Aoi, idźcie się posmarować i w coś zagrać. To będzie pogawędka dorosłych – powiedziałam. Gdy znowu je otworzyłam, chłopców już nie było. Pogładziłam futro Kohi, znowu węsząc w powietrzu, ciągle czując ten ogień, dym, popiół czy co to tam jest. Popatrzyłam uważnie na Jamesa, co jakiś czas spoglądając również na sztylet w jego dłoni. Nie powiem, trochę przerażało mnie to, jednak wolałabym raczej się nie wypowiadać na ten temat.
- Jesteś nadnaturalnym? - spytałam, ruszając powoli do przodu, mijając mężczyznę i odwracając się w jego stronę. Wyraźnie niechętnie za mnie ruszył, nic nie mówiąc. Zaśmiałam się na jego nieufność. - Jak nie chcesz, to nie odpowiadaj. Wiedz tylko jedno – wyznałam, pokazując palcem na mój nos. - Wilkołaki mają bardzo dobry węch – szepnęłam, jednak na tyle głośno, by mnie usłyszał. Jakoś nie martwiłam się tym, że mnie zaatakuje. Jasne, zawsze mogło być jakieś zagrożenie, że jednak nim nie jest i to zwykły człowiek, łowca lub antynadnaturalny. Właśnie sobie przypomniałam, że taki zapach miały tylko feniksy, ci co rządzą ogniem. Znowu ruszyłam naprzód, trzymając dłonie w tylnych kieszeniach spodenek i się uśmiechnęłam.
- A i wybacz, że tak na ciebie naskoczyłam – nagle zatrzymałam się, zwracając się twarzą do czarnowłosego. Delikatnie się skrzywiłam, spoglądając gdzieś na bok. - Mam niezbyt miłe wspomnienie, jeśli chodzi o łowców, gdyż… zabili moich rodziców. To na mnie spadła odpowiedzialność opieki nad bratem, który jest dosyć młody i czasem nie zdaje sobie sprawy z danej sytuacji – wyjaśniłam, na koniec dosyć śmiele się uśmiechając.
- Czyli nie tylko ja martwię się o własne rodzeństwo… - powiedział, zrównując ze mną krok. Obróciłam się, idąc znowu przodem.
- Masz brata? - spytałam. Usłyszałam, jak Kohi znowu syczy. Spojrzałam na nią, zabierając w końcu z mojego ramienia. Położyłam ją na mojej klatce piersiowej, czule głaszcząc po futerku. Starałam się oddychać ustami, gdyż przez nos poczułabym jej odór. Ta powoli się uspokajała, jednak dalej wystawiała swoje małe kiełki.
- Siostrę – odpowiedział, wskazując na moją fretkę palcem. - Ten szczur mnie ewidentnie nie lubi – powiedział. Natychmiastowo zasłoniłam zwierzaczkowi uszka, mając nadzieję, że jednak się nie obrazi.
- To nie szczur! - zawołałam. - Kohi jest fretką domową – powiedziałam. Jak można pomylić fretkę ze szczurem? To jest niemożliwe! Fretki są o wiele słodsze. James tylko lekceważąco machnął dłonią.
- Jak szczur wygląda, więc szczurem jest – rzekł, przyspieszając i mnie wymijając. Zaśmiałam się z tej wypowiedzi, zabierając w końcu dłoń z główki samiczki.

James?

4 cze 2017

Od Koyori do Jamesa

- Aoi! Schodzisz na dół czy nie?! A może ci pomóc?! - zawołałam w stronę schodów.
- W zakładaniu kąpielówek?! Chyba podziękuje! - od razu się oburzył. Zaśmiałam się cicho, kręcąc głową, po czym zeszłam z jednego schodka, kierując się na wprost. Sprawdzę, czy mamy wszystko. Ze względu na to, że dzisiaj było tak gorąco, a ja z bratem się nudziliśmy… Postanowiliśmy wybrać się nad jezioro niedaleko domu, które kiedyś znalazł Aoi podczas swoich wilczych wędrówek. Powinnam mu to ograniczyć. Nie chcę, by coś mu się stało, jak tej dziewczynce z wiadomości. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić życia bez mojego braciszka. Gdy stwierdziłam, że wszystko mamy bardzo ładnie spakowane, usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Wejdź Glen! - zawołałam w stronę holu. Wiedziałam, że to on, i tak miał przyjść i pójść z nami. Kątem oka zobaczyłam, jak Kohi przemyka z czerwonego narożnika przez korytarz do drzwi, przez które wchodzi się do przedpokoju, by pójść do garażu, piwnicy lub ogólnie wyjść z domu. Stała na dwóch tylnych łapkach, ruszając główką, by tylko rzucić się na chłopca, gdy ten wejdzie. Tak jak podejrzewam, gdy ten otworzył drzwi, fretka od razu na niego skoczyła, jednak miękko wylądowała w jego ramionach. Znowu się zaśmiałam, kręcąc głową na boki. Chyba za często go widziała. Niedługo stwierdzi, że ja i Aoi jej nie wystarczamy i będzie ciągle podążać za Glenem.
- Dzień dobry, Koyori – przywitał się, wchodząc już z moją towarzyszką. Odpowiedziałam mu kiwnięciem głowy. - Jeszcze nie gotowi? - spytał. Westchnęłam, zakładając ręce na boki.
- Aoi ma problem z nałożeniem kąpielówek, ale nie chce się do tego przyznać. Weź idź i mu pomóż może, bo mnie od razu wygania – powiedziałam. Chłopiec pokiwał głową, lecz gdy się odwrócił, to za nim stał już mój brat.
- Problem, tak? Przepraszam bardzo, ale z której strony? - od razu zapytał, przybijając żółwika ze swoim przyjacielem. Znowu się zaśmiałam. Niemożliwy jest. Wzięłam swoją torebkę na ramie oraz jedną z większych siatek, która była zapakowana po brzegi. Mimo tego, że to jezioro nie jest zbyt daleko, to wolałabym co chwilę się nie wracać do domu po jakieś rzeczy. Podałam czarnowłosemu drugą siatkę, jednak o wiele lżejszą od swojej. Po jakiś pięciu minutach już znajdowaliśmy się na dworze, powoli idąc w stronę lasu.
- Koko, nie jest ci za gorąco? - spytał Aoi, mówiąc to podejrzliwym głosem. Spojrzałam w dół na to, jak jestem ubrana. Miałam na sobie czarne trampki na rzepy, białe stopki, czarne dżinsowe szorty, koszulę na krótki rękaw w czerwono-czarną kratkę, a pod tym czarny podkoszulek z dekoltem. Pewnie chodziło mu o to ostatnie. Rzadko się zdarza, bym chodziła tak ubrana. Chociaż może mieć też na myśli to, że mam na sobie dosyć dużo czarnego. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Dziękuje, braciszku, że się tak o mnie martwisz. Jest mi idealnie ciepło, nie musisz się martwić – odpowiedziałam mu, na końcu przymykając oczy. Jednym uchem usłyszałam cichy śmiech Glena. Zignorowałam to, jednak sama też się zaśmiałam. Po jakichś dziesięciu minutach wędrówki i słuchania rozmów chłopców na temat szkoły, w końcu dotarliśmy nad jeziorko. Promienie słońca odbijały się w tafli wody, przez co całe aż błyszczało. Niedaleko znajdował się jeszcze pomost.
- Kto ostatni ten zgniłe jajo! - krzyknął Aoi, szybko zdejmując z siebie buty i bluzkę, po czym zaczął biec w stronę wody. Glen pognał natychmiast za nim. Pokręciłam głową, schylając się do torby i wyciągając z niej kocyk, który zaraz rozłożyłam. Położyłam na nim swoją torbę.
- Jak wyjdziecie, to posmarujcie się kremem! - zawołałam do chłopców, którzy już zaczynali siebie podtapiać. Nie jestem pewna, czy mnie usłyszeli, ale niech będzie… Rozprostowałam się, wyciągając ręce w górę. Jeszcze się schyliłam po fretkę, po czym ruszyłam wokół jeziora. Lepiej spojrzeć, czy nie ma w pobliżu jakiegoś nieproszonego gościa. Aoi lubi czasem sobie pływać w formie wilka.
- Kohi, wypatruj wszystko, co podejrzane – powiedziałam do mojej towarzyszki, która znalazła sobie miejsce na moich ramionach. Co jakiś czas patrzyłam tam, gdzie się rozłożyliśmy. Jak nic sobie nie zrobią, to będzie cud. Zaczęłam węszyć w powietrzu. Sam wzrok i słuch nie zawsze wystarcza. Gdy przechodziłam między drzewami zupełnie po drugiej stronie zbiornika wody, coś wyczułam. Taka…spalenizna, ogień. Gdzieś niedaleko.
- Jest tu ktoś? - spytałam. Maksymalnie się wyciszyłam i skupiłam, nie mogę się tak łatwo teraz rozproszyć. Po jakimś czasie nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, oprócz czyjegoś mruknięcia. Czyli jednak.
- Halo?! Kto tu jest?! - podniosłam głos. Lepiej, by ona szybciej mi odpowiedziała. Wolałabym uniknąć zmiany w wilka, by ją pogonić czy przestraszyć. Gdy już znowu miałam coś powiedzieć, z między drzew ktoś wyszedł.
- W czym mogę pomóc? - usłyszałam męski głos. Przede mną stał dosyć wysoki facet z kruczoczarnymi włosami i błękitnymi oczami. Wzięłam wdech przez nos. To od niego tak śmierdziało spalenizną… Przyjrzałam się jego sylwetce. Stał prosto, zwrócony był w moją stronę, jednak jego ręce znajdowały się z tyłu. Zmrużyłam oczy, podejrzanie to wygląda… Równocześnie usłyszałam, jak Kohi cicho warczy. Spojrzałam na nią kątem oka. Nastroszyła swoją sierść, ukazując swoje ząbki. Uspokoiłam ją ruchem dłoni. Wpatrzyłam się w nieznajomego czarnowłosego.
- Kim ty jesteś? - spytałam, opierając dłoń na biodrze i przenosząc ciężar ciała na jedną nogę.

James?

28 kwi 2017

Od Koyori do Aleca

Ojej, musiało boleć. Ale teraz już wszystko w porządku? - kontynuował Aoi. Jak wrócimy do domu, to chyba pogadam z nim na temat wścibstwa... Jedna mimo wszystko, nie podoba mi się to kłamstwo. Nawet Aoi musiał wyczuć, że to nie od psa. Od dziecka miał lepszy węch od mojego. Prawdopodobnie odziedziczył to po ojcu, bo też miał wrażliwy nos. Alec potwierdzająco skinął głową, podchodząc w naszą stronę i siadając obok mnie.
- Braciszku, chcesz może jabłecznik, który Koyori przyniosła? - usłyszałam głos Lauren. Przybliżyłam do swoich ust kubek z herbatą, upijając pierwszy łyk, ponieważ wcześniej była za gorąca. Gdy odstawiłam kubek na stolik obok, poczułam lekkie drapanie w gardle, które na początku zignorowałam.
- Koko, kupimy psa? - spytał dwunastolatek, siedzący po mojej lewicy. Szybko przeniosłam na niego wzrok, widząc go razem z jakimś pieskiem na kolanach. Kiedy to..?
- Widzę, że Tina już znalazła nowego towarzysza - stwierdziła siostra Aleca, siadając na krześle. A więc to ich szczeniak? Całkiem słodka... Przybliżyłam się do brata, zbliżając dłoń do pyszczka suni, którą natychmiast zaczęła lizać. Zaśmiałam się, czując jej lekko szorstki język. W sumie to nie miałabym nic przeciwko psu w domu. Lubię je, nawet bardziej od fretek. Chociaż ze względu, że wilki są spokrewnione z psami, czasem występują komplikacje między tymi stworzeniami, a nawet wilkołakami. Jak na przykład to, że mniejsze słuchają się tych większych, by nie mieć z nimi do czynienia.
- Pomyślimy nad tym. Aktualnie posiadamy fretkę, którą tylko ja się zajmuję - powiedziałam, zabierając rękę od Tiny i kierując ją w stronę torby obok. Kohi jak na zawołanie wynurzyła się z niej, intensywnie węsząc w powietrzu. Następnie wyskoczyła z torby, wchodząc na moje kolana i zwijając się na nich w kłębek. Uśmiechnęłam się, zaczynając gładzić jej futerko.
- Tina, już dosyć. Aoi już ma dosyć twojego lizania. No chodź - zaczęła mówić Lauren. Spojrzałam w lewo. Rzeczywiście, szczenię przyczepiło się do chłopaka, nie chcąc od niego odejść. Dwunastolatek zmrużył oczy, robiąc poważny wyraz twarzy.
- Tina, siad - powiedział stanowczo. Sunia natychmiast przestała go lizać, cicho piszcząc, po czym zeszła z niego, grzecznie siadając obok. Spojrzałam na zdziwionych tą sytuacją blondynkę oraz, o dziwo, Aleca. O nie...
- Ona nigdy tak się posłuchała, póki nie dostałaby za to smakołyk. To aż dziwne - powiedział Alec, opierając brodę na dłoniach.
- On zawsze miał rękę do czworonogów - powiedziałam uspokajająco, przymykając oczy. Spojrzałam zestresowana na Kohi, która chyba to wyczuła, bo przewróciła się na grzbiet, ukazując swój biały brzuch z łapkami i pazurkami. Co więcej, na jej ciele leżał pluszak, którego niedawno jej kupiłam. Wciągnęłam powietrze nosem pierwszy raz, odkąd tu jesteśmy. Oprócz naturalnego smrodu fretki poczułam coś jeszcze. To nie był przyjemny zapach, jednak podejrzany na pewno. Coś jak...krew zmieszana z wonią broni, dymu i innych nadnaturalnych. To samo czułam wtedy, gdy oglądałam razem z bratem ciała rodziców po ich śmierci. Niby nie powinien tego robić, bo był za młody, jednak...uparł się na dobre, że chce ich zobaczyć ten ostatni raz.
- Aoi, coś się stało? - znowu odezwała się Lauren. Spojrzałam w jego stronę, który nerwowo wodził wzrokiem od jednej ściany w pokoju, do drugiej. Na słowa kobiety znieruchomiał, patrząc zapewne w jej oczy.
- Nie, nic... - szepnął, odwracając wzrok w moją stronę. Też to poczuł..?
- Właśnie - nagle blondynka klasnęła w dłonie, przez co się przestraszyłam i lekko podskoczyłam. - Aoi, w której jesteś klasie? - zapytała, przyjacielsko się do niego uśmiechając. Dwunastolatek spojrzał na nią, również się uśmiechając.
- W szóstej klasie podstawówki - odpowiedział, znowu biorąc Tinę na kolana i zaczynając pieścić ją za uchem. Wtedy drapania w gardle sie nasiliło, a mi oddychanie zaczęło sprawiać lekkie trudności.
- Lauren, czy ta herbata była może z imbirem? - spytałam dziewczynę, łapiąc dłonią za gardło. Nie zdziwiłabym się, jeśli tak...

 <Alec?>

18 kwi 2017

Od Koyori do Aleca

Las rozciągał się wokół mnie, gdy biegłam w postaci wilka. Pojedyncze cienkie gałązki łamały się pod ciężarem moich umięśnionych łap. Podążałam na przód, nie wiedząc w sumie po co. Po prostu biegłam, jakby moje życie od tego zależało. Gdy chciałam obrócić się do tyłu, widziałam za sobą tylko przerażającą czerń. Nie wiem w sumie, ile tak pędziłam, gdy nagle wpadłam na polanę. Sekundę? Minutę? Godzinę? Zatrzymałam się, ciężką dysząc. Przede mną stała jakaś postać, jednak była ona odwrócona do mnie tyłem. Nie widziałam jej twarzy, dostrzec mogłam tylko to, że miała dosyć krótkie, jak i czarne włosy. Przekrzywiłam głowę zaintrygowana, powoli podchodząc do postaci. Powąchałam powietrze wokół mnie, jednak dalej nie mogłam określić, kto przede mną stoi. Nagle nieznajomy zaczął się do mnie powoli odwracać, przez co stanęłam w miejscu. Uparcie patrzyłam na jego posturę, by w końcu się dowiedzieć, kim był. Jeszcze zanim całkowicie się obrócił, mogłam stwierdzić, że to dorosły mężczyzna.
- Alec... - szepnęłam, widząc jego twarz. To na sto procent był on. Czarne rozczochrane włosy, ciemne oczy, jak i zarys tatuażu na szyi. Stał naprzeciwko mnie, miał frustrację wymalowaną na twarzy. Dodatkowo w dłoniach trzymał łuk ze strzałą. Gdy zrobiłam jeszcze jeden krok w jego stronę, natychmiastowo napiął strzałę na cięciwę, celując we mnie. Otworzyłam szerzej źrenice, przygotowując się do ucieczki. Zaraz, dlaczego ja chcę uciekać..? Przecież on nie chcę mnie zabić...prawda?
- Giń - usłyszałam z jego stronę, po czym wypuścił strzałę w moją stronę.
Gwałtownie podniosłam się do pionu, odrzucając z siebie koc na bok. Szybko oddychałam, oczami przeskakując z jednego kąta pokoju na drugi. Białe ściany, kominek, zasuwane drzwi na taras, czerwony narożnik, na którym siedziałam oraz szklany stolik obok. Jestem w domu..? Zaczęłam macać swoje dłonie, nogi, brzuch oraz twarz, w poszukiwaniu jakiejś oznaki, że to jednak nie był sen. Odetchnęłam z ulgą, garbiąc się, gdy nic takiego nie poczułam. Czyli naprawdę to był sen... Wtedy usłyszałam, jak telefon na stoliku wibruje. Spojrzałam w jego kierunku, chwytając i przybliżając do siebie. Dostałam wiadomość... Odblokowałam urządzenie, wchodząc w konwersację z siostrą Aleca, z którą wymieniłam się numerami. Miała do mnie napisać, jak tylko wstanie oraz poczuje się choć trochę lepiej. Uśmiechnęłam się, gdy wiadomość właśnie dotyczyła tego, że w końcu otworzył oczy. Odrzuciłam koc całkowicie ze swojego ciała, wstając z narożnika, zakładając kapcie w kształcie głowy słoni, po czym zaczęłam kierować się w stronę przedpokoju.
- Aoi! Wychodzę! - krzyknęłam jeszcze w stronę schodów, gdzie od razu usłyszałam głośne tupanie stopami.
- Co? Dokąd? Idę z tobą! - zaczął marudzić, wdrapując się na barierkę i z niej skacząc, by szybciej znaleźć się na ziemi.
- Mówiłam ci, byś nie wyskakiwał ze schodów. Od tego je masz, by po nich schodzić. A zresztą, nie zabiorę cię. Alec się obudził, a Lauren napisała, że mogłabym przyjechać. Nic o tobie nie wspomniała - mówiłam, zakładając powoli jedną z cieńszych kurtek oraz swoje czarne trampki.
- Koko, no proszę. Chciałbym w końcu go poznać! Nie będę broił - namawiał mnie, również zaczynając się ubierać. Z westchnięciem patrzyłam, jak zasuwa swoją bluzę oraz to, jak ubiera swoje adidasy. Przyłożyłam dłoń do swojego czoła, zastanawiając się nad tym, czy to aby na pewno dobry pomysł.
- Alec może jeszcze źle się czuć... No nie jestem pewna... - zaczęłam, spoglądając na niego. Ten tylko złapał mój wzrok, wpatrując się we mnie swoimi czarnymi oczami, po czym zrobił minę zbitego szczeniaczka. - O nie... Nie, nie, nie, nie, nie! Nie tym razem! - negatywnie na to reagowałam. Tym razem one na mnie nie podziałają. Nie ma nawet takiej opcji. Zasłoniłam dłonią oczy, by się nie wpatrywać w brata. Mimowolnie rozsunęłam jeden palec. Jego twarz znajdowała się zaraz obok mojej. Westchnęłam, w końcu się poddając. - Nie powinieneś mieć tego metra sześćdziesięciu pięciu, dodaje ci to tylko uroku, moim zdaniem - wyznałam, uśmiechając się w stronę brata. Ten również się uśmiechnął, tylko szerzej, po czym objął mnie z ogromną siłą.
- Kocham cię, Koko - powiedział, miażdżąc mi powoli płuca.
- Ja ciebie też, Aoi... A teraz mnie puść, bo nic ze mnie nie zostanie - wyszeptałam, ledwo biorąc wdech. Dwunastolatek mnie puścił, nerwowo się śmiejąc.
- To tu? - spytał Aoi, wysiadając z samochodu.
- Ej! Nie wysiadaj z pojazdu, póki go nie wyłączę! - skarciłam go, dopiero wtedy wyjmując kluczyki ze stacyjki. - Weź ciasto przynajmniej - poleciłam mu, otwierając drzwi. Zaraz już staliśmy pod drzwiami wejściowymi do domku, do którego również zadzwoniłam dzwonkiem. Trzymałam za jedną rękę swoją torbę, do której znowu wtargnęła Kohi, a ja mój brat stał uśmiechnięty, jak i podekscytowany w dłoniach trzymając pudełko z zapakowaną szarlotką z piekarni. Mam nadzieję, że Lauren lubi szarlotki... Po chwili czekania drzwi otworzyła nam młoda blondynka o przenikliwych oczach.
- Hej, Lauren - przywitałam się z nią, szczerze uśmiechając. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech, wpuszczając nas do środka. - Mam nadzieję, że nic się nie stało, jeśli przyjechałam z bratem, oraz Kohi... - zaczęłam niepewnie, powoli ściągając z siebie kurtkę. Jak na zawołanie fretka postanowiła już wynurzyć pyszczek z wnętrza mojej torebki.
- Dzień dobry! Jestem Aoi, a tu jest jabłecznik - odezwał się Aoi, wyciągając ręce w stronę kobiety, wręczając pudełku.
- Ojej, nie trzeba było... I jasne, że nic się nie stało. Rozbierajcie się, a ja nastawię wody na herbatę - poleciła nam. Uśmiechnęłam się do niej przepraszająco, ściągając trampki z nóg. Rozglądnęłam się po korytarzu, robiąc pierwsze kroki w głąb domku. Ciekawe, jak Alec się czuję. W końcu obudził się po trzech dniach snu. Do tego ta jego ręka... Przez cały dzień nie mogłam wymazać z nozdrzy zapachu krwi oraz wendigo. Nadal czasem się zastanawiam, czemu wyczułam to od niego.

<Alec? Goście przyszli! xd>

5 kwi 2017

Od Koyori do Aleca

- Chyba nie... - usłyszałam ze strony chłopaka, który się kiwał na strony, jakby był pijany. Zaraz po tym zaczął lecieć do przodu, czyli na mnie. Z trudem go złapałam, jeszcze się utrzymując, by nie zrzucić go na chodnik.
- Alec? - spytałam, nie wiedząc zbytnio co zrobić. Czułam, jak Kohi wierci się w mojej torebce, chcąc zapewne z niej wyjść i zrobić coś z czarnowłosym.
- Przepraszam... - ledwo wyszeptał, jeszcze mocniej chcąc przygnieść mnie do ziemi. Cofnęłam nogę, chcąc się podeprzeć, by nie upaść. Jaki on jest ciężki... Chociaż czego się w sumie spodziewałam po dorosłym mężczyźnie? Że będzie leciutki niczym fretka? Gdyby nie ta sytuacja, to zapewne bym się zaśmiała. Spojrzałam w dół na jego lewą rękę, gdzie na rękawie od jego bluzy widniało coś na kształt plamy. Zmrużyłam oczy, na szybko oddychając przez nos. Teraz oprócz krwi czułam jeszcze zapach czegoś podobnego do zapachu... Wendigo..?
- Słuchaj, Alec. Samochód serio mam niedaleko. Zawiozę cię do domu, tylko musisz wstać, bo cię nie zaniosę - powiedziałam do chłopaka, który głowę miał opartą o moje ramię, pod którym była torebka z Kohi w środku. Usłyszałam pomruk niezadowolenia ze strony ciemnookiego, jednak zaraz powoli się podniósł, zabierając ze mnie przynajmniej trochę swego ciężaru. Obróciłam się, chwytając jego prawą rękę i zakładając ją sobie za ramię. Podejrzewam, że gdybym chwyciła za lewą, to strasznie by go bolało. Zrobiłam krok do przodu, powoli ruszając w stronę Gina. Alexander ociężale zrobił krok za mną. Westchnęłam, robiąc kolejne kroki.
- Kohi, mogłabyś? - powiedziałam do fretki. Ta wychyliła pyszczek, po czym zniknęła w torbie i znowu się z niej wyłoniła, w łapkach trzymając kluczyk od samochodu. Usłyszałam szczęk otwieranych zamków, dzięki czemu mogłam się skierować w odpowiednią stronę.
- Usiądziesz, czy ci pomóc? - zapytałam Aleca. Ten tylko wymamrotał, że "da radę", po czym wsiadł do pojazdu. Ja szybko przeszłam na drugą stronę Gina, zajmując miejsce kierowcy.
***
- Alec, to tu? - spytałam jeszcze przytomnego mężczyzny. Przez całą drogę trzymał się za lewą rękę, ciężko oddychając, wiec dziwię się, że jeszcze nie zemdlał. Czarnowłosy skinął głową, niepewnie patrząc w stronę drzwi wejściowych. Zgasiłam samochód, wychodząc z niego i kierując się w stronę siedzenia ciemnookiego. Otworzyłam drzwi, robiąc mu miejsce, by wstał. Wtedy nagle usłyszałam, jak drzwi obok nas zostają otwarte z impetem. Popatrzyłam w tamtą stronę, gdzie zobaczyłam młodą dziewczynę w blond włosach. To pewnie siostra Aleca... Lauren? Tak, chyba tak.
- Alec! - zawołała, gdy chłopak próbował wstać z pojazdu. Zaczęła biec w naszą stronę, zostawiając otwarte drzwi domu na oścież. - Co ci jest? - zapytała, próbując chwycić go za lewą rękę. On tylko zabrał od niej dłoń, kiwając głową na boki. Powoli wstał, robiąc mały krok naprzód, jednak o mało się nie wywalił, więc znowu go chwyciłam, jak kilkanaście minut temu. Zaczęliśmy kierować się w stronę wejścia do domku. Blondynka nas minęła, w pośpiechu wchodząc do domu. Gdy byliśmy już prawie w progu drzwi, czarnowłosy się potknął, przez co o mało włos, bo dzięki mnie, uniknął spotkania z twarzą w twarz z brudną ziemią. Jeszcze chwila, Alec, wytrzymaj.

<Alec?>

26 mar 2017

Od Koyori do Aleca

- 38 stopni... - powiedziałam, sprawdzając termometr. Westchnęłam, machając nim w powietrzu. - A mówiłam ci, byś nie wchodził do tej rzeki, bo zachorujesz? Ale niee! Bo wielki Aoi jest odporny na wszystko! - zaczęłam marudzić, przy ostatnim zdaniu udając głos mojego brata. Czarnowłosy odwróciłam tylko głowę w drugą stronę, skutecznie unikając mojego zdenerwowanego wzroku. - Przecież wiesz, jak łatwo zachorować, gdy będąc wilkiem, masz mokre futro, a powietrze jest zimne. - powiedziałam, gładząc go po głowie. - Dobrze przynajmniej, że twoja wychowawczyni do mnie zadzwoniła i kazała mi ciebie zabrać ze szkoły... - wyznałam, odkładając termometr obok białego kubka z wizerunkiem wilka. Popatrzyłam na niebieskookiego, na którego już się wdrapała Kohi. Obecnie siedziała na dwóch łapkach, na czubku jego głowy. Zaśmiałam się, wstając z łóżka dwunastolatka.
- Gdzie idziesz? - spytał, zabierając fretkę ze swojej głowy. Popatrzyłam na niego, poprawiając sobie kołnierz od czarno-różowej koszuli.
- Kupie ci coś na tę gorączkę i może jakieś witaminy... Wątpię, byśmy mieli coś w domu. Do tego kupiłabym może nowego pluszaka dla Kohi, bo stary jest trochę rozszarpany - wyznałam, podchodząc do niego i czochrając mu włosy. Wyszłam z jego pokoju, kierując się w stronę zasuwanych drzwi, które oddzielały całe drugie piętro od schodów. Zeszłam po nich, jednocześnie przepuszczając Kohi, która zapewne chciała już wejść do mojej torby. Po chwili już wkładałam swoje czarne buty na koturnie oraz ciemną kurtkę. Zgarnęłam z półki swoją torbę, przewieszając ją sobie przez ramię i wyszłam z domu, zamykając drzwi na klucz. Skierowałam się w stronę Gina, zajmując miejsce kierowcy, a obok na drugim siedzeniu położyłam torbę z Kohi w środku, która zaraz z niej wyszła, by pooglądać widoki za oknem.

- Co powiesz na takiego króliczka? Jest mały, słodki i w ogóle - powiedziałam do Kohi, przykładając jej do noska owego pluszaka. Fretka powąchała go, natychmiastowo chowając się w torbie. Wynurzyła się z niej, trzymając w pyszczku swojego misia. Westchnęłam, odstawiając królika na półkę. - Mam ciebie dość. To już był dziesiąty pluszak, którego odrzuciłaś. Dlaczego nie możesz zrozumieć, że Pan Puffu już nie nadaje się do użytku? - zaczęłam do niej mówić, szukając wzrokiem jeszcze jakichś pluszaków. Rzuciłam ukradkowe spojrzenie na moją towarzyszkę, która dalej trzymając misia, patrząc się na coś. Podążyłam jej wzrokiem, trafiając na kolejnego pluszaka. Ten jednak był większy, miał kształt pieska z oklapłymi uszkami i był w łatki. Wzięłam go do ręki, uważnie oglądając. Ma groszki w środku... Powinno dobrze się nim rzucać, jednak materiał...
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że wytrzyma maksymalnie miesiąc? Gdzie Pan Puffu ma prawie rok - wyznałam, spoglądając na fretkę niepewnym wzrokiem. Ta tylko intensywnie się we mnie wpatrywała, na co ja w końcu się poddałam. Skierowałam się w stronę kasy, chcąc wziąć tego pieska. Po chwili już kierowałyśmy się do apteki, w której powinnam dostać coś na gorączkę dla brata.
- To jak go nazwiemy? Pluto? - spytałam Kohi, patrząc na jej reakcję. Kiwnęła przecząco głową, trzymając ucho pluszaka w pyszczku. - Łatek? - dałam jej kolejną propozycję, na którą raczej się zgodziła, bo zaczęła ocierać się o pieska. Zaśmiałam się, stając w kolejce w środku apteki. Niby małe miasteczko, jednak kolejka po leki dosyć długa. Westchnęłam, opierając dłoń o biodro i zakładając kosmyk włosów za ucho. Z kolejki wyszła jakaś starsza pani z dwójką bliźniaków. Wciągnęłam powietrze nosem, wyczuwając od nich woń spalenizny. Czyżby rodzinka feniksów? Uśmiechnęłam się, gdy mnie mijali. Aoi nie powinien być zły, jeśli się spóźnię...
- Zbieg okoliczności? - nagle usłyszałam przy swoim uchu. Odwróciłam się do tyłu zaskoczona, spoglądając na Aleca, na co się uśmiechnęłam.
- Alec... - powiedziałam, stając do niego przodem. Chłopak również się uśmiechał, jednak wyglądał trochę słabo. Zamrugałam kilka razy oczami, spoglądając na niego niepewnie. - Przyszedłeś tu po coś? - spytałam, łapiąc za ramiączko od torby.Zapewne Kohi zaraz z niej wyskoczy...
- Właściwie, to tak... Nie najlepiej się czuję i potrzebuje coś przeciwbólowego... - powiedział dosyć niepewnie. Popatrzyłam na niego zmartwionym wzrokiem.
- To coś poważnego? - od razu zapytałam. Alec uśmiechnął się, uspokajając mnie gestem ręki i mówiąc, że to nic wielkiego. Znowu nabrałam powietrza przez nos, czując krew. Krew?
- A ty, po co tu jesteś? - spytał, przez co musiałam odłożyć moje rozmyślania o krwi na później.
- Mój brat zachorował. Nie posłuchał mnie i postanowił pomoczyć stopy w takiej jednej rzeczce w lesie. 38 stopni i leży w łóżku. W domu nic nie mamy, więc oto tu jestem - wyznałam, na koniec lekko rozstawiając ręce na boki. Alexander pokiwał głową, kierując wzrok na moją torbę. Spojrzałam w tym samym kierunku, zauważając wystającą głowę fretki.

<Alec?>

22 mar 2017

Od Koyori do Aleca

- Zapamiętam - pokręciłam głową, lekko się śmiejąc. W końcu doszliśmy do Gina, a ja go odblokowałam kluczykiem. Podeszłam do bagażnika, otworzyłam go i załadowałam do niego zakupy. Zwróciłam się twarzą do Aleca, chcąc wziąć od niego swoje siatki. Mężczyzna przekazał mi je, po czym również schowałam je do samochodu. Założyłam pasmo włosów za ucho, prostując swoje plecy.
- Jeszcze raz ci dziękuję - powiedziałam do niego, zamykając bagażnik.
- Nie ma sprawy. Zawsze jestem do usług - uśmiechnął się, chowając ręce do kieszeni. Zaśmiałam się, wyciągając z torby telefon. Odblokowałam go, po czym przeczytałam wiadomość od mojego brata. Kohi powoli się niecierpliwi... Westchnęłam, z powrotem chowając go do kieszeni.
- To, co... To chyba koniec naszego wypadu na kawę... Ty musisz wracać do siostry, a ja do brata i fretki - powiedziałam, poprawiając sobie torebkę na ramieniu. Czarnowłosy również westchnął, spoglądając na własne siatki z zakupami. - To... Do zobaczenia... Może kiedyś - pożegnałam się z nim, podchodząc do drzwi samochodu od strony kierowcy. Wsiadłam do pojazdu, zapinając pasy i go odpalając. Ciemnooki pokiwał mi zza szyby, gdy cofałam, by wyjechać. Uśmiechnęłam się do niego, również mu odmachując. Po chwili już znajdowałam się na drodze, która mniej więcej prowadziła do mojego domu. Kurczę, mogłam wymienić się numerem telefonu z Alexandrem... Ciekawe w ogóle, czy jeszcze kiedyś się spotkamy. No cóż, mówi się trudno. Chociaż w sumie, San Lizele nie jest aż takie duże, więc może jeszcze się spotkamy. Nie powiem, ale byłabym szczęśliwa z takiej możliwości. Miło było w jego towarzystwie. Zaśmiałam się na samo wspomnienie o jego wąsach. Dobrze, że mam jeszcze jego zdjęcie. Sama w sumie nie mam za wielu znajomych, o przyjaciołach nie wspominając, chociaż mieszkam tu praktycznie od bardzo dawna. Westchnęłam, skręcając na leśną drużkę, która była skrótem do domu. Mam jeszcze nadzieję, że Kohi nie narobiła kłopotów...
- Wróciłam! - zawołałam w głąb domu, zamykając drzwi wejściowe. Gdy chciałam się schylić, by zdjąć buty, coś na mnie skoczyło, zaczynając piszczeć. - Już, Kohi. Już jestem - zaśmiałam się, gładząc futerko fretki, która aktualnie była uczepiona do mojego ramienia. Czasem się zastanawiam, jak wysoko ona potrafi skakać. Chociaż...chyba jednak wolałabym nie wiedzieć. Odkleiłam od siebie zwierzątko, sadząc je na półce obok. Zdjęłam w spokoju buty, potem odwieszając kurtkę na wieszak. Skierowałam swój wzrok do wyjścia z przedpokoju, gdzie stał Aoi. Wzięłam zakupy, wraz ze swoją torbą, do której Kohi zdążyła się już dostać.
- Jakie ciastko kupiłaś? - spytał, gdy mijałam go, by przejść dalej do kuchni. Ciastko..? Zapomniałam! Westchnęłam, kładąc siatki na czarnym blacie białych szafek.
- Przepraszam, Aoi. Zapomniałam o tym - powiedziałam, podchodząc do brata, przytulając go i starając się oprzeć głowę o jego ramię. Dwunastolatek westchnął, obejmując mnie w pasie. To uczucie, gdy przytula się wyższego młodszego brata. Zdecydowanie wdał się w ojca...
- A jak podobał ci się Mikołaj? - spytałam go, zaczynając się śmiać. Czarnowłosy do mnie dołączył, po czym zaczął mi pomagać w rozpakowaniu zakupów.

<Alec?>

13 mar 2017

Od Koyori do Aleca

Zaśmiałam się, lekko się uśmiechając.
- Po pierwsze, usłyszałeś to ode mnie. Po drugie, z chęcią. Przez ten rozbity dżem nabrałam ochotę na coś słodkiego - powiedziałam, na końcu wyciągając z torby portfel.
- Schowaj to - usłyszałam ze strony Alexandra. Spojrzałam na niego zdziwiona i miałam już coś powiedzieć, jednak on znowu mi przerwał. - Nawet, jak sama dasz mi pieniądze, to ich nie przyjmę - powiedział, po czym odszedł. Westchnęłam, odwracając się twarzą w stronę stolika. Wzięłam filiżankę w dłonie i upiłam łyk kawy. Całkiem dobra... Jednak nie tak bardzo, jak moja. Wtedy zobaczyłam, jak mój telefon wibruje obok. Wzięłam go w dłonie, przesuwając palcami po balonikach, by go odblokować. Po chwili już czytałam wiadomość od Aoi'ego. Gdy czarnowłosy wcześniej odszedł, by odebrać komórkę, do mnie napisał mój braciszek, pytając się, gdzie jestem. Robiąc filiżankom zdjęcie, wysłałam mu wiadomość, że w kawiarni. Teraz odpisał mi, bym kupiła jakieś ciastko do domu. Pokręciłam przecząco głową, pisząc mu, by nie pozwolił Kohi nic zniszczyć. Po jakiejś minucie dostałam odpowiedź: "Cały czas mam ją na kolanach, jedynie bawimy się piórkiem". Odetchnęłam z ulgą.
- Proszę- usłyszałam głos Aleca nad sobą. Postawił przede mną, jak i przed sobą talerz z drożdżówkami. Widzę dżem.
- Jak to spadnie na ziemię, to mów do mnie "Niszczycielko Dżemów"- powiedziałam, ostrożnie biorąc gryza wypieku. Wiśniowy... Ciemnooki uśmiechnął się, po czym sam wziął gryza. Gdy oddalił od twarzy bułkę, pod nosem miał różowe ślady od dżemu. Zaśmiałam się, przez co też prawie się zakrztusiłam. Kaszlnęłam z zamkniętymi ustami, wyciągając szybko z torebki butelkę z piciem. Popiłam drożdżówkę wodą i od razu zrobiło mi się lepiej. Kaszlnęłam jeszcze raz, tak dla upewnienia. Spojrzałam na Alexandra, który nadal z różowo-czerwonymi wąsami patrzył na mnie zaciekawionym, ale i zdziwionym wzrokiem.
- Czekaj - poleciłam mu, biorąc telefon w ręce. Odblokowałam go i włączyłam aparat. Jedno kliknięcie, jedno zdjęcie, perfekcja. Znowu się zaśmiałam, zasłaniając usta dłonią. Piękne zdjęcie... Normalnie wąsy roku.
- Czy ty mi zrobiłaś zdjęcie..? - usłyszałam podejrzliwe pytanie ze strony mężczyzny. Pokiwałam przecząco głową, dalej się lekko śmiejąc. Zapisz... Prześlij dalej... SMS... Aoi... Zdjęcie podpisałam tekstem "Święty Mikołaj w nowej wersji".
- Wyślij - powiedziałam na głos, wysyłając wiadomość dwunastolatkowi. Uśmiechnęłam się, powracając wzrokiem do czarnowłosego. Ten tylko zgromił mnie wzrokiem, znowu biorąc gryza ciasta z różowo-czerwonym powidłem. - Piękne wąsy - powiedziałam, biorąc ostatniego łyka kawy ze swojej filiżanki. Alec popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem.

<Alec? xd>

7 mar 2017

Od Koyori do Aleca

 Pokiwałam twierdząco głową, mrucząc pod nosem ciche "mhm". Chłopak zaczął przekładać moje zakupy do swojego koszyka, a ja mogłam bliżej mu się przyjrzeć. Na jego szyi dostrzegłam fragment zapewne chyba tatuażu. Przeniosłam wzrok na jego włosy, które były koloru czarnego. Kosmyki lekko wpadały mu w dosyć duże i ciemne oczy. Na jego twarzy nie było widać ani krzty zarostu, a sama czułam od niego męskie perfumy, które, swoją drogą, całkiem ładnie pachniały. Przypomina mi trochę tego mężczyznę z wczoraj... Gdy tak się w niego wpatrywałam, ten skończył przekładać zakupy i przeniósł swój wzrok na mnie. Natychmiastowo sama zmieniłam kierunek patrzenia, powoli wstając z podłogi, biorąc w dłonie pozostały cukier, który się nie zmieścił. Zaczęliśmy iść w stronę kasy. Głupi dżem musiał mi wypaść. Przynajmniej dobrze, że nie wzięłam Kohi ze sobą. Zapewne jeszcze zaczęłaby się niepokoić i wyskoczyłaby z torebki. Nie wiadomo co mogłoby się stać.
-A tak w ogóle... - moje przemyślenia znowu przerwał głos chłopaka. Spojrzałam w jego stronę, podnosząc głowę w górę. Wcześniej tego nie zauważyłam, ale... Jest wysoki. - Jestem Alexander. Możesz też mówić do mnie Alec - wyciągnął dłoń w moją stronę. Spojrzałam na nią, potem na niego i znowu na rękę.
-Koyori - w końcu się przedstawiłam, łapiąc za jego dłoń i spoglądając mu w oczy. Czarnowłosy lekko się uśmiechnął, co ja odwzajemniłam. Wtedy usłyszałam za sobą odchrząknięcie, na co automatycznie się obróciłam. Kasjerka zaczęła stukać paznokciami i metal, mając chyba już dość tego dnia. Po chwili już pakowałam swoje zakupy do dodatkowej siatki, którą dodatkowo zakupiłam. Odwróciłam się w stronę Alexandra, który właśnie płacił za swoje zakupy. Odeszłam kilka kroków od kasy, czekając, aż on też odejdzie.
- Alec - zagadałam do mężczyzny, który właśnie przechodził obok mnie. Ciemnooki spojrzał na mnie zaciekawiony, wychodząc ze sklepu. Gdy znaleźliśmy się na dworze, założyłam pasmo włosów za ucho i poprawiłam sobie torebkę na ramieniu. Spojrzałam w jego oczy, zbierając w sobie całą odwagę. - Chciałabym ci podziękować za pomoc... - zaczęłam, jednak czarnowłosy szybko mi przerwał, zwykłym ruchem ręki.
- To nic takiego. Każdy zrobiłby to na moim miejscu - wyznał, kierując się w drugą stronę, niż ja.
-Dlatego chciałabym zaprosić cię na obiad - dokończyłam, spuszczając lekko głowę w dół. Alexander odwrócił się w moją stronę, lekko zdziwiony. - Albo na zwykłą kawę - szybko zareagowałam. Zaproszenie na obiad było trochę zbyt śmiałe... Jeszcze tak od razu do nieznajomego. Brawo, Koyori. Jeszcze może mu powiedz, że jesteś wilkołakiem...

<Alec? Daj się zaprosić xd>

25 lut 2017

Od Koyori do Aleca

-Mleko... Jest. Mąka... Też. Jajka też już mam. To chyba wszystko... - mówiłam do siebie, odhaczając wszystko na liście zakupów, którą zrobiłam w domu. Przejrzałam wzrokiem jeszcze wszystkie zapisane produkty. "Makaron" pomyślałam, pstrykając palcami. Wzięłam koszyk z ziemi i ruszyłam w stronę półki z makaronami. Co by tu... Wzięłam do ręki paczkę ze szpinakowymi kluskami. Aoi będzie szczęśliwy. Włożyłam opakowanie do koszyka, ruszając powoli do kasy.
-A cukierki? - usłyszałam głos kasjerki, która wzrok skierowała na moją torbę. No nie... Z wnętrza torby wystawała połowa ciała Kohi, która w spokoju ząbkami rozrywała opakowanie cukierków karmelowych. Westchnęłam, wracając oczami do pracownicy sklepu. Zapłaciłam za wszystkie zakupy i karmelki. Muszę przestać zabierać Kohi na zakupy... Wyszłam z marketu i skierowałam się w stronę Gina, czyli mojego samochodu. Po zapakowaniu zakupów do pojazdu usłyszałam dzwonek telefonu. Już miałam szukać telefonu gdzieś w mojej torbie, jednak zobaczyłam fretkę z tym przedmiotem w ręku.
-Dzięki, Mała - podziękowałam jej, biorąc dzwoniący telefon i odebrałam go. Jednak, zanim zdążyłam zadać standardowe pytanie, już usłyszałam głos po drugiej stronie.
-Koyori? - to był głos Glena, przyjaciela mojego brata. Skąd on ma mój numer? Spojrzałam na wyświetlacz, gdzie pisało "Aoi".
-Tak?- odpowiedziałam, znowu przykładając telefon do ucha.
-Pamiętasz, jak mówiłaś, bym zadzwonił, gdy Aoi'emu coś się stanie?- spytał, na co odpowiedziałam twierdząco. Było to jakiś miesiąc temu, gdy braciszek powiedział mu, że jesteśmy wilkołakami. Sam jest kitsune, więc w jakiś sposób to zrozumiał. - To właśnie się pokłóciliśmy... Aoi zdenerwował się i pobiegł w stronę lasu, zostawiając mi plecak z kurtką... Dlatego zadzwoniłem z jego telefonu - chłopak opowiedział. Westchnęłam, zamykając samochód kluczykiem i sama kierując się w stronę lasu, nie przerywając naszej rozmowy.
-Dobra, dzięki, Glen. Jesteś jego prawdziwym przyjacielem. Zaraz go poszukam, mógłbyś sam pójść przed nasz dom? Jak go znajdę, to od razu przyjdziemy - odpowiedziałam, w końcu wchodząc między drzewa. Po jeszcze jakichś kilku minutach rozmowy z Glenem, w końcu się rozłączyłam, widząc z naprzeciwka jakiegoś mężczyznę. Zbliżaliśmy się do siebie, gdy nagle za tym człowiekiem zauważyłam idącą sylwetkę jakiegoś dużego zwierzęcia. To musi być Aoi. Stworzenie spojrzało w moją stronę, po czym przyspieszyło do biegu, łamiąc przy okazji gałązkę, przez którą nieznajomy odwrócił się do tyłu. Znowu westchnęłam. A tyle razy mówiłam mu, by uważał na to, po czym stąpa. Przyspieszyłam swój chód, by jak najszybciej minąć mężczyznę i pobiec za bratem. Jednak nie spodziewałabym się, że ów nieznajomy uderzy mnie, jeszcze patrząc mniej więcej w moją stronę.
-Wybacz - rzucił, stając chwilę w miejscu i przyglądając się pustce gdzieś w lesie.
-Nic się nie stało... - odpowiedziałam, schylając głowę w dół. Zaraz po tym zaczęłam biec w stronę, w którą uciekł Aoi pod postacią wilka. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie jego pierwszą przemianę. Co było w tym zaskakujące, miał wtedy ledwie siedem lat, gdzie ja to przeszłam w wieku trzynastu lat. Zawsze był zdolnym chłopcem... Zaciągnęłam się powietrzem, chcąc wyczuć zapach brata. Automatycznie szłam za jego wonią, trafiając na łąkę, na której spokojnie leżał, patrząc w niebo. Cicho podeszłam do dosyć dużego, czarnego niczym smoła wilka i położyłam się obok niego, również wpatrując się w niebo.
-Po co przyszłaś? - usłyszałam w głowie chłopięcy głos.
-Glen do mnie zadzwonił. Opowiedział wszystko - wyjaśniłam, czując, jak Kohi wychodzi z torby i wspina się na mnie. - Wiesz, że nie chciał źle - zagadałam, przeczesując futro fretki, która położyła się na moim brzuchu. Usłyszałam, jak wzdycha, na co pokręciłam głową, uśmiechając się. - Idziemy do domu? Kupiłam makaron ze szpinakiem - powiedziałam, podnosząc się z trawy. Aoi otworzył oczy, po czym przeturlał się na brzuch i wstał na łapy. Podeszłam do niego, ukucnęłam, złapałam go za pysk i przyłożyłam nasze głowy do siebie. - Kocham cię - szepnęłam jeszcze w jego stronę, po czym ruszyliśmy w stronę naszego domu. Przyjrzałam się jednemu z drzew przy wejściu na łąkę. Wydawało mi się, że widziałam sylwetkę człowieka... Wzruszyłam tylko ramionami, patrząc na sylwetkę wilka obok siebie.

<Alec? Tak niezbyt mi się podoba...>

22 lut 2017

Czasami zwykłe przytulenie zdziała dużo więcej niż najlepsze lekarstwo.

KONTAKT: Zlota123@onet.pl lub ZlotyPies (howrse)

Koyori Tara 

 Dla przyjaciół Koyo, Koy, Ko, Koko lub Ri. Jednak na "Koko" pozwala tylko tym najbardziej zaufanym.
22 lata | Kobieta | Wilkołak 
Głos: Luna Haruna
Opis: Koyori to optymistycznie nastawiona do życia dziewczyna. Uśmiech praktycznie nie schodzi jej z twarzy, jednak czasem nadyma policzki niczym chomik, gdy ma kogoś trochę dosyć. Bardzo łatwo ją rozśmieszyć, wystarczy zrobić głupią minę, potknąć się o coś lub powiedzieć jakiś żart, mimo tego, że nikogo nie śmieszy, a ona już będzie się śmiała, a jak ktoś przesadzi, to można usłyszeć od niej dźwięk podobny do "hamującego traktora", jak to kiedyś określił Aoi. Czasem Koyo zachowuje się jak dziecko, gdy na czymś siedzi, może zacząć machać nogami lub kiwać głową na wszystkie strony, bo nagle przypomniała sobie jakąś piosenkę. Koy jest uzależniona od muzyki, ciągle musi mieć przy sobie słuchawki, bo inaczej bez nich i bez muzyki z telefonu nie wytrzyma dnia. Ko ogólnie jest bardzo spokojna, mało rzeczy ją irytuje bądź denerwuje. Nawet jak jej fretka zniszczy coś w domu, ona się na nią nie wścieka, tylko wzruszy ramionami bądź westchnie. Jedną z cech, którą odziedziczyła po swoich przodkach od strony matki, to naturalna nieśmiałość. Często przy obcych osobach, spuszcza wzrok na swoje buty i ogólnie czuje się niepewnie, bo nie wie, jak się zachować, mało też się wtedy odzywa. Mimo tego, po jakimś czasie bardziej się otwiera przed jakąś osobą, chcąc lepiej ją poznać a może i nawet zaprzyjaźnić. Jest jednak na dobrej drodze, przełamuję tę ogólną nieśmiałość, poprzez dorabianie w kawiarni, gdzie praktycznie prawie codziennie widuje obcych ludzi. Druga jej cecha to naturalna chęć do pracy i ogólnie mocne staranie się w powierzonym jej zadaniu. W sumie to Koko ogólnie jest chętna do wykonywania dodatkowych zajęć, by tylko stać się lepszą w fotografii, czy w czymś innym. Przy okazji jest też pomocna, często pomaga swojego bratu w lekcjach, jednak nie tylko jemu, każdemu, kto potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. Można wziąć za przykład Kohi, którą Ri wzięła z zamykanego na dobre sklepu zoologicznego, zajmując się potem nią, w czym pomaga jej Aoi. Ma miękkie serce, jeśli chodzi o zwierzęta, nie wyobraża sobie, że mogłaby jakiemukolwiek wyrządzić jakąś szkodę, nawet pająkom. Właśnie… Koyori strasznie boi się pająków. Na sam ich widok piszczy, płacze, a raz zdarzyło jej się zemdleć, co nie było przyjemnym wydarzeniem, bo wtedy znajdowała się sama w domu razem z fretką. Na szczęście Kohi szybko zajęła się intruzem, chwytając go i gniotąc, co zrozumiała poprzez brzydką plamę na ścianie w łazience (której teraz już nie ma). Można powiedzieć, że Koyo w jakiejś części jest uzależniona od komórki, bo często siedzi wpatrzona w jej ekran lub robi zdjęcia sobie, sobie i fretce, sobie i bratu, samej fretce, samemu bratu lub jakiemuś miejscu czy krajobrazowi, po czym wstawia na różne portale społeczne, śmiesznie te zdjęcia podpisując. Koy kocha się przytulać, nie widzi sobie dnia bez przytulenia do kogoś (najczęściej do brata, bo Kohi by udusiła) lub czegoś (poduszki). Ostatnio zaczęła też twierdzić, że tulenie to lekarstwo na wszystko, także no...
Ko urodziła i wychowywała się w Japonii, jednak gdy urodził się Aoi, jej rodzice postanowili przeprowadzić się do Anglii. Stwierdzili, że tam będzie im lepiej. I w sumie mieli rację...w połowie. Gdy Koko przeszła swoją pierwszą przemianę, było jeszcze dobrze, rodzice uczyli ją wszystkiego, jednocześnie tłumacząc co i jak najmłodszemu członkowi rodziny. Świeżo po skończeniu dziewiętnastu lat przez Koko, otrzymała wiadomość od mamy, by przez resztę dnia nie wychodziła z domu z bratem. Nie podała powodu. Pod koniec dnia, gdy Aoi zasnął, Ri siedziała w pokoju, wtedy zadzwoniła jej matka. Powiedziała jej, że porwali ich a niedługo i zostaną zabici. Gdy Eiko jej to mówiła, dziewczyna ledwo wstrzymywała łzy, nie chciała obudzić brata. Po kilku dniach w końcu podali w wiadomościach o śmierci jej rodziców, jednak przez co? Przez wypadek samochodowy, w co uwierzyli wszyscy oprócz Koyori. Bo po co matka miała ją okłamywać? Na szczęście po ich śmierci Koyo udało się wywalczyć prawa o opiekę nad młodszym bratem, w czym pomogli jej też sąsiedzi.
Koy jest dosyć niska, sięga 158 cm i ma obsesję na tym punkcie, nienawidzi swoich genów za to, że zabrakło jej dwóch centymetrów do przynajmniej 1,6 m. Za to jest bardzo szczupła, a jej biust jest średniej wielkości. Ogólnie to włosy Ko są naturalnie kręcone i są ciemnobrązowego koloru, jednak ona od dwóch lat je farbuje na różne barwy. Miała już czerwone, karmelowe, srebrne, srebrno-karmelowe a niedawno zafarbowała je na ciemny blond z jaśniejszymi końcówkami i przy tym kolorze ma zamiar zostać trochę dłużej. Zdarza jej się czasem prostować swoje kudły, jednak woli swoje naturalne, kręcone włosy. Oczy ma brązowe, po ojcu, często ludzie jej mówią, że są jak czekolada, z czego później Koko się śmieje, że może smakują tak samo. Przez to, że jej ojciec jest Koreańczykiem, dziewczyna posiada takie ala naturalne worki pod oczami, które są mocno widoczne, gdy się uśmiecha. Cera Ri jest bardzo gładka, jednak lubi mieć na policzkach trochę różu, na rzęsach tusz, a na ustach błyszczyk zapachowy owocowy, który uwielbia, paznokcie ma dosyć krótkie i ich nie maluje, chyba że na jakieś ważne okazje. Koyori nie ma konkretnego stylu ubierania się, chodzi w tym, w czym jest jej wygodnie, jednak lubi luźne bluzki i koszule, legginsy i trampki. Na lewym nadgarstku zawsze nosi biały zegarek, który dostała kiedyś od brata na urodziny. Koyo nie ma przekłutych uszu, chociaż nieraz miała zamiar pójść i je przekłuć, martwi się, jak bardzo będzie to ją boleć.
Koy ze względu na geny wilkołaków w krwi, potrafi całkowicie przemienić się w wilka, jednak wtedy ledwo co przekracza metr wysokości. W formie wilka jest nadzwyczaj szybka, podczas rodzinnej wycieczki do lasu była już szybsza od swoich rodziców. W ludzkiej formie też nie idzie jej najgorzej z bieganiem, jednak tego tak chętnie nie robi, jak wtedy, gdy jest zwierzęciem. Oprócz dużej szybkości, gdy jest człowiekiem, ma bardziej wyczulony słuch, węch i w jakimś stopniu wzrok. Ko świetnie gotuje, naprawdę. W domu przyrządza potrawy ze swojego kraju, jak i te bardziej normalne, jak ogórkowa czy coś innego. Czasem w kuchni pomaga jej Aoi, a fretka najczęściej im przeszkadza, zwykle się nudząc i chcąc, by jej właściciele zwrócili na nią uwagę. Koko, od dziecka wykazywała wielką chęć robienia zdjęć praktycznie wszystkiemu, co przerodziło się w największą pasję dziewczyny, w czym staje się coraz lepsza. Nie widzi sobie dnia bez zrobienia żadnego zdjęcia. W gimnazjum i liceum brała czynny udział w pozalekcyjnych spotkaniach klubu tenisa stołowego. Kiedyś to był jej ulubiony sport, w sumie to nadal nim jest, jednak nie wykazuje nim takiej pasji, jak kiedyś.

Pupil: Kohi

Stosunki:

  • Eiko Tara - matka, brązowe włosy i granatowe oczy, kochana kobieta, po której Koyori odziedziczyła umiejętność gotowania.
  • Jong Hwan Tara - ojciec, czarne włosy i brązowe włosy, opiekuńczy i odpowiedzialny mężczyzna po którym Koyo na pewno nie odziedziczyła wzrostu.
  • Aoi Tara - młodszy brat, czarne włosy i granatowe oczy, dosyć ciekawski i pracowity dwunastolatek, którego kocha nad życie.
Obecnie jej rodzice nie żyją, mieszka sama z bratem i fretkami w ich domku jednorodzinnym na obrzeżach miasta. Z jakiego powodu ich rodzice nie żyją? Nikt nie, nawet Aoi. Powód ich śmierci zna tylko Koy.



Ciekawostki:

  • Koy jest w ¼ Japonką, w pozostałych ¾ to Koreanka, jednak nie umie mówić po koreańsku, zna tylko pojedyncze słówka, za to perfekcyjnie posługuje się językiem japońskim,
  • Często gdy gotuje, śpiewa sobie jakieś piosenki lub po prostu je nuci, gdyż może nie znać słów,
  • - potrafi zrobić przepyszną kawę,
  • Uwielbia kawę z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru oraz herbatę o smaku pierniczków (czyt. śliwki z cynamonem),
  • Ma obsesję na punkcie skarpetek, 
  • Kocha zwierzęta, najbardziej psy, jednak nie mówi tego na głos przy fretkach, gdyż potrafią się wtedy na nią obrazić,
  • Ma arachnofobię, czyli lęk przed pająkami,
  • Ma uczulenie na imbir, niegroźną, ale jednak,
  • Potrafi robić całkiem ładne zdjęcia,
  • Umie grać na pianinie i fortepianie, jednak średnio jej to wychodzi,
  • Podczas pełni samoistnie zamienia się w wilka, jednak jest w pełni świadoma,
  • By utrzymać siebie i brata, wykonuje zdjęcia na zamówienie i daje korepetycje z matematyki i języków,
  • Posiada prawo jazdy kategorii B oraz własny samochód (srebrny ford c-max),
  • Potajemnie prowadzi bloga, gdzie opisuje swój przeżyty dzień i wstawia na niego zdjęcia, które robiła telefonem,
  • Nie znosi dymu papierosowego, jak i smaku alkoholu.