28 lip 2019

Ogłoszenia

Zauważyliśmy ostatnio zapotrzebowanie na taki post, w którym będzie można szukać osób, wątków, itd., itp - więc jeśli szukacie kogoś do określonej fabuły, albo po prostu kogoś do pisania, możecie to zrobić tutaj w komentarzach.
Prosimy o zawarcie w nich imienia postaci i ogólny zarys wątku.

Pozdrawiamy,
Administracja

21 paź 2017

Od Michaela do Felixa

Siedziałem na trybunach zestresowany, ściskając mocno dłonie Laury, patrząc z zafascynowaniem na taflę lodowiska. Gdy wczoraj postanowiłem, że pójdę oglądać Felixa, nie sądziłem, że to będzie... Takie. Tak Michael, wspaniały dobór słów, gratulacje. Właśnie skończyło się coś, co Laura nazywała "programem krótkim". Nie ukrywał, że wielkiej wiedzy o łyżwiarstwie nie miał. Śledził chłopca wzrokiem gdy rozmawiał z Lilą, jak podbiegł do jakiegoś mężczyzny, który siedział wcale nie tak daleko od niego, na trybunach. Oglądałem ich wymianę zdań z nieukrywanym zainteresowaniem. Czy to możliwe, że to był ojciec Felixa? Biła od niego taka zdystansowana aura. Siedziałem tam z przekrzywioną główką. W pewnym momencie chłopiec zaczął się wycofywać, a ja zrozumiałem dlaczego, zerkając na Lilę i słuchając zapowiedzi. Felix chyba mnie dostrzegł, bo biegnąc gdzieś wysłał buziaka w moją stronę. Uśmiechnąłem się nieśmiało i udawałem, że go łapię. Chryste, jaki ja byłem okropny. Z tym samym uśmiechem obserwowałem jak brunet wyjeżdża na lód. Muzyka rozpoczęła się, a ja od razu się cały w niej zanurzyłem. Patrzyłem na płynne ruchy tamtej dwójki i... Znów brakowało mi słów, by opisać to co widziałem. Zachwyt? Podziw? Serce kołatało mi jak szalone, wszystko wywołane tym co chłopiec robił na lodzie. Czy ktoś czasem się czuł, patrząc tak na mój taniec? Chryste, miałem nadzieję, że tak. To, jak piękne to było... Nie mogłem uwierzyć, że mój chło... Przyjaciel był tak utalentowany. Czy ja właśnie pomyślałem o Felixie, jako o moim chłopaku? Nie mogłem uwierzyć w to jak naiwny byłem. Wszystko we mnie krzyczało. Dlatego kompletnie nie zareagowałem, kiedy Laura zaczęła mnie popychać, mrucząc coś o pomocy Lili. Schodziłem w stronę lodowiska, kompletnie nie mogąc oderwać oczu od pary znajdującej się na nim. Zanim zdążyłem się opanować w mojej dłoni tkwił bukiet gerber. Ostatnie takty melodii budowały napięcie i... Cisza. Felix stał tam, cały zmęczony, spocony, piękny, zachwycający. Lila mnie tam ciągnęła a wszystko co widziałem, to ten piękny mężczyzna przede mną. Który już po chwili był w moich ramionach a ja ściskałem go najmocniej jak tylko potrafiłem. W tej chwili? Był dla mnie cennym skarbem, którego nie chciałem nikomu oddawać.
***
Trzeci raz sprawdziłem telefon. Było dwa dni po zawodach, a ja ciągle czułem niedosyt. Brakowało mi kontaktu z chłopcem, ale sam bałem się go kolejny raz zainicjować. Zrezygnowany odrzuciłem telefon. Nie na długo, gdyż po sekundzie zadzwonił z powiadomieniem a ja rzuciłem się na niego z szybciej bijącym sercem. Zmarszczyłem brwi, widząc powiadomienie ze snapchata.
"I'mgayfor_you chciałby dodać cię do znajomych" przeczytał i przewrócił oczyma, czując jak kąciki jego ust mimowolnie się podnoszą. To Felix, to stuprocentowy Felix. Odblokował szybko urządzenie i dodał go do znajomych, czekając na rozwój sytuacji. Po sekundzie telefon zawibrował a on już patrzył na zdjęcie Felixa z zezem i podpisem "Czekałeś?". Zaśmiał się tylko, a jego wzrok przykuł kubeczek po instant ramenie obok jego łóżka. Głupi pomysł pojawił się w jego głowie, gdy zobaczył nazwę "Instant noodles". Wziął opakowanie w dłoń i zrobił mu zdjęcie, dodając podpis: "Oczywiście. A teraz - send noodles" i dorysował jeszcze serduszko. Wysłał to do nowego kontaktu i czekał cierpliwie. Gdy zauważył, że Felix dostał jego zdjęcie a nie odpowiadał, zaniepokoił się. Czy zrobił coś nie tak? Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył powiadomienie o kolejnym zdjęciu wysłanym przez chłopca. Minutę później, jego telefon upadł na podłogę w akompaniamencie głośnego trzasku i odgłosu robienia zrzutu ekranu. Czy Felix właśnie wysłał mu.... Damn. 

Felixu? Wiem, rak.

20 paź 2017

Od Octaviana cd. Ariany

Kiedy w końcu po kilkudziesięciu minutach stania w kolejce do wejścia udało mi się dotrzeć do wnętrza teatru, większość miejsc na widowni była już zajęta. Bardziej elegancko ubrani mężczyźni i kobiety odznaczające się wymyślnymi fryzurami pochylali się do siebie, najprawdopodobniej dyskutując o tym, co za moment będą mieli okazję oglądać. Gdybym skupił na nich większą uwagę, pewnie dostrzegłbym też sporo osób w swoim wieku, pokierowanych w to miejsce najzwyczajniejszą w świecie ciekawością, jednak zamiast tego od razu skierowałem się ku schodom prowadzącym na balkon. Dlaczego? Już tłumaczę. Po pierwsze, nigdy nie ma tam dużo osób. Jest za to cicho i spokojnie, nikt nikomu nie przeszkadza, a widok sprawia wrażenie jeszcze lepszego, niż ten z dołu. Po drugie, jestem tutaj w jednym konkretnym celu i nie, nie jest nim z całą pewnością wszystko to, co będzie działo się na scenie, a bardziej ta jedna osoba, która będzie na niej stała przez tę parę godzin. Spojrzałem na spory bukiet kwiatów w mojej ręce, przechodząc przez półpiętro. Tak, jak zapewniono mnie w jednej z większych i bardziej znanych w mieście kwiaciarni, o którą zahaczyłem po drodze do tego miejsca, naprawdę robił wrażenie. Delikatne odcienie jasnego różu i bieli idealnie ze sobą współgrały, tak, jakby każdy najmniejszy element odgrywał w nim ogromną rolę, jak zresztą i na pewno było. Zdobienia na papierze okalającym kwiaty dopełniała przewiązująca je wstążka z zaskakująco przyjemnego w dotyku materiału. Mogę być pewien, że zda egzamin. Po upływie paru minut dotarłem do ciężkich, zdobionych drzwi z ciemnego drewna. Wystarczyło je pchnąć, by pojawić się na balkonie. Jak przeczuwałem, byłem jedyną osobą, która zainteresowała się przyjściem tutaj. Wybrałem jedno z miejsc tuż przy lekko pozłacanej barierce, na której widać już było oznaki upływającego czasu, odłożyłem bukiet na krzesło obok i oparłem na niej dłonie. Kątem oka spojrzałem na zegarek na swoim nadgarstku, na którym powoli dochodziła szesnasta. Za parę minut wszystko się zacznie. W niedługim czasie całą przestrzeń wokół mnie zalała ciemność przecięta jedynie przez duży, mieniący się złotem snop światła wycelowany wprost na środek sceny. Ten jeden znak wystarczył, by ucichły wszelkie rozmowy, a wszystkie oczy skierowały się w tym jednym kierunku. Uśmiechnąłem się do siebie na pierwsze dźwięki muzyki i wygodniej ułożyłem się w fotelu. Kurtyna uniosła się, tym samym zaczynając to, na co wszyscy tak czekali.
Przechodziłem przez dość długi korytarz, z każdej strony otoczony drzwiami będącymi ciągle w ruchu. Wszystkie zamykały się i otwierały tuż po sobie. Niemalże co druga mijająca mnie osoba wyglądała na zabieganą, chociaż też zadowoloną. Ludzie gratulowali sobie udanego występu, zdawali innym swoje opinie lub wątpliwości dotyczące jego danej części, a co jest w tym najlepsze - nikt, dosłownie nikt nie zauważył szwendającego się po zapleczu teatru chłopaka z kwiatami. Zabawne. Bądź co bądź, włamanie się tutaj w takich okolicznościach byłoby dla przeciętnego człowieka bajecznie proste. Nie sądzę, by ktokolwiek zauważył, jakby połowa schowanego tu wyposażenia zniknęła w niecałą godzinę. Przeszedłem jeszcze parę metrów, żeby w końcu znaleźć się pod pomieszczeniem, którego szukałem. Właśnie tam, w środku, powinna aktualnie znajdować się Debby, dla której przecież w ogóle się tutaj pojawiłem. Wypadałoby pogratulować jej całego repertuaru, który, trzeba przyznać, wyszedł jej bezbłędnie. Nie sądziłem nawet, że tak wygląda ta jej cała praca. A teraz, skoro jest już po niej, myślę, że da się zaprosić wieczór. Kto wie, dla nas obu może skończyć się on co najmniej przyjemnie.
- Debora? Obiecałem, że przyjdę, więc...- nie zdążyłem nawet dokończyć zdania, bo tuż przed moimi oczami w garderobie Debby, dla której to właśnie, przypomnijmy, dziś tutaj jestem, owa dziewczyna zdążyła już porządnie zająć się kimś innym. Kimś starszym. Przez głowę przeleciała mi twarz mężczyzny wraz z jednym słowem. Reżyser. Tak, to tłumaczyłoby jego nad wyraz długie zachwalanie swojej ulubionej piosenkarki tuż po występie i wymienianie ze sobą znaczących spojrzeń. Odwróciłem wzrok i zatrzasnąłem za sobą drzwi, ignorując moje imię wypowiedziane z szokiem pomieszanym z niemalże oskarżeniem przez znajomą. Świetnie. Po czymś takim nie sądzę, żeby nasza znajomość kiedykolwiek rozwinęła się na jakiś wyższy poziom, nie żebym bym tym jakoś bardzo zawiedziony. Aż tak specjalnie mi nie zależało, teraz przynajmniej wiem, że nie warto. Ponownie przeniosłem wzrok na bukiet, który nagle zaczął mi wyjątkowo przeszkadzać. Dziwne, nawet nie wydaje mi się już taki ładny jak wcześniej. Nim zdążyłem wykombinować, co mogę z tym zrobić, uświadomiłem sobie, że nie stoję już na korytarzu, a w pomieszczeniu, wyglądającym na coś w rodzaju szatni dla całej reszty aktorów, piosenkarzy i tancerzy. I wcale nie jestem tutaj sam. Tuż przy wieszakach stojących po drugiej stronie sali stała drobna, niska brunetka, która całą swoją uwagę skupiła na ubraniach, ignorując fakt pojawienia się kogoś. Parę sekund wystarczyło, żebym sobie ją przypomniał. Najbardziej widoczna tancerka na scenie. Przez te wszystkie godziny widać było, jak dużo serca wkłada nawet w pojedyncze kroki. Chyba tylko ona, poza Deborą oczywiście, przyciągnęła moją uwagę. Czemu więc jej nie należą się za to gratulacje?
- W podziękowaniu za wspaniały występ. - uśmiechnąłem się, pozwalając wszystkim negatywnym uczuciom, które w tym momencie mną szargały, odejść na drugi plan i wręczyłem jej kwiaty. Wyglądała na mile zaskoczoną ich widokiem, tak jakby pierwszy raz ktoś zachował się tak wobec niej. Co dziwne, to i jej ciche podziękowanie wyzwoliło we mnie nagłą sympatię do dziewczyny, poznanej w tak niefortunnych okolicznościach. Tym bardziej więc nie chciałem dać jej zwiać tak szybko, jak sobie to planowała. Zanim zdążyła wyminąć mnie po naszej krótkiej wymianie zdań, przyciągnąłem ją do siebie, by po chwili mieć już brunetkę w swoich ramionach. Dobry ruch.
- Ej, ostrożnie. - zaśmiałem się cicho, wpatrując się w jej oczy. Głębokie, ciemnobrązowe tęczówki sprawiały wrażenie tajemniczych, a jednocześnie ciepłych. Przyjemne połączenie. - Nie powiesz mi nawet, jak masz na imię?
- Ariana. - przez twarz dziewczyny przeszedł ledwo zauważalny, ale jednak wciąż grymas bólu, by zaraz po tym powróciła do poprzedniej, nieco skrytej mimiki. - Chyba nie pozostaniesz mi pod tym względem dłużny, co?
- Octavian, miło mi poznać. - obdarzyłem ją uśmiechem i nieco spuściłem wzrok w dół. Tyle wystarczyło, żebym dostrzegł jej opartą na palcach stopy nogę, wyraźnie przenosiła ciężar ciała na drugą. - Bardzo boli? - zdziwiona podążyła wzrokiem w tym samym kierunku, lekko kiwając głową.
- Trochę. Możliwe, że skręcona. Skąd wiedziałeś? - Ariana odsunęła się ode mnie na bezpieczną odległość, nie spuszczając wzroku z mojej postaci. Niedbale oparłem się o wieszak i wzruszyłem ramionami.
- To przecież widać. Zresztą dwa lata studiowania medycyny raczej nie poszły na marne. - zamyśliłem się nad rozwiązaniem, brunetka w tym czasie wciąż tylko mi się przyglądała, rozważając najpewniej, czy warto mi zaufać. A spokojnie mogę zapewnić ją, że warto. - Posłuchaj, mogę ci z tym pomóc, musielibyśmy tylko przejść się do mnie. Jeśli coś z kostką jest nie tak, trzeba ją unieruchomić, zimne okłady też by się przydały. Musisz mi tylko zaufać. Chyba za specjalnie nie wyglądam na rodzaj czarnego charakteru, prawda?
- Zgoda, ale tylko dlatego, że muszę szybko wrócić do formy. Nie myśl sobie. - sięgnęła po swoje rzeczy, które szybko znalazły się w mojej dłoni. Jeśli ją boli, nie powinna się przemęczać i obciążać, co za tym idzie trudno nawet powiedzieć, w jakim stanie jest jej noga po tylu godzinach intensywnego tańca. Nie zareagowała, sama jedynie sięgnęła po kwiaty i skierowała się powoli w stronę wyjścia.
Ostrożnie podprowadziłem dziewczynę do dużej wielkości sofy stojącej w salonie, po czym sam przeszedłem się po apteczkę i lód. Jeśli tak, jak mówiła, chce szybko dojść do siebie, musimy zająć się nią już teraz. Co by kto nie mówił, każda godzina jest ważna. Ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami wróciłem do Ariany, w końcu mogłem brać się do pracy. Delikatnie przyjrzałem się naszemu przysłowiowemu skręceniu i z ulgą mogłem stwierdzić, że nie jest tak źle, jak się spodziewałem. Biorąc pod uwagę to, co z nią robiła przez ostatni czas, można nawet powiedzieć, że jest bardzo dobrze, bo na dziewięćdziesiąt osiem procent jest to tylko stłuczenie. Kostka obłożona woreczkiem  lodu wylądowała więc na poduszce, a ja usiadłem na fotelu tuż obok poszkodowanej z bandażem w ręku.
- Wydaje mi się, że po prostu jest stłuczona. Nie masz się o co martwić, góra parę dni i będzie jak nowa. Wystarczy się nią dobrze zająć i nie obciążać, poza tym nic więcej. - uśmiechnąłem się, opierając się o zagłówek. Z takiej diagnozy powinna być wyjątkowo zadowolona.

Ari? fałszywy alarm. ;___;


Od Caireann do Clarie

Wzdycham cicho, łapiąc dłoń kobiety i ściskając ją lekko. Już wcześniej zauważyłam, że coś jest nie do końca w porządku, ale chciałam zaczekać aż Clarie sama postanowi mi o tym powiedzieć. Wygląda na to, że to ta chwila. Chcąc odwlec to chociaż trochę, drugą ręką sięgam po chusteczkę i ostrożnie wycieram krew spod nosa kobiety, następnie zakładając luźny kosmyk jej włosów za ucho. No dalej, powiedz to. Biorę głęboki oddech, odkładam chusteczkę na bok i podwijam jeden z rękawów aż za łokieć. Miejsce, w które trafia igła znów jest napuchnięte. Nie wytrzymałam długo bez morfiny, wystarczył jeden dzień, bym stała się geniuszem biznesu i w magiczny sposób znalazłam środki na narkotyk. A tak naprawdę znalazłam buteleczkę zostawioną na czarną godzinę. To zdecydowanie była czarna godzina, wystarczyło kilka godzin, bym zaczęła wpadać w złość z każdego możliwego powodu, irytowało mnie dosłownie wszystko. Wciąż towarzyszył mi niepokój i czułam się tak, jakbym nagle zachorowała na grypę. Nigdy, przenigdy więcej nie odstawię morfiny. Poniżej zgięcia łokcia widoczne jest zdecydowanie zbyt dużo jasnych, szpecących kresek i śladów po nakłuciach igłą bez strzykawki. Podnoszę wzrok na kobietę, uśmiechając się z lekką goryczą i wskazuję na opuchnięte miejsce - To od igły. Morfina, dużo morfiny. Ja też jestem uzależniona. Morfinistka albo ćpun, jak wolisz - krzywię się nieznacznie, przenosząc wzrok na swoje dłonie. Zmiana tematu to dobry pomysł, nie lubię mówić o swoim ćpaniu - Nie chcesz tego, prawda? Widzę to - ruchem głowy wskazuję na brzuch jasnowłosej - To nawet jeszcze nie myśli, niech ludzie uważają co chcą, nie staniesz się od tego potworem. To taki... Taki kleszcz. To twoja decyzja, ale jeśli tego nie chcesz, uważam, że powinnaś dokonać aborcji - delikatnie obejmuję kobietę, nie wiedząc, jak inaczej okazać jej swoje wsparcie - Jesteś najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałam, wiesz? Kocham cię, nie zamierzam cię zostawiać. To niesamowite, nikogo wcześniej nie kochałam. Właściwie nie miałam kogo - wzdycham cicho i opieram podbródek na głowie kobiety - Będzie dobrze, zobaczysz.
Zrywam się z łóżka, niemal z niego spadając i rozglądając się panicznie. Mocno zaciskam palce na kołdrze i próbując uspokoić urywany, płaczliwy oddech opieram głowę o zimną ścianę. Zaczynam kaszleć głośno, krztusząc się powietrzem, jakby sam koszmar nie wystarczał w zupełności. To tylko sen, nic więcej. Tylko sen, zwykła iluzja, nocna mara, do cholery! Kulę się, wplatam palce we włosy i szarpię je, łkając cicho. Powoli kołyszę się w przód i w tył, zaciskając powieki i próbując odgonić potworną wizję. Caireann, skupże się, pomyśl o czymś innym. Szybko rozglądam się, próbując zmienić tor rozmyślań. Clarie skulona śpi obok, co jakiś czas poruszając się niespokojnie. Wczoraj powiedziałyśmy sobie dosłownie wszystko. Nie wiedziałam, że tak mi ulży, o bogowie, ulżyło mi niesamowicie. Żadnych tajemnic, żadnych niedopowiedzeń, tylko czysta prawda. Ona rozumie mnie, ja rozumiem ją. Przecieram twarz dłońmi i podnoszę się powoli. Staje w oknie, podziwiając naprawdę ładny widok rozciągający się przede mną, tak odmienny od tego, do którego przywykłam. Wszystko jest piękne i zadbane, nie ma żadnych podejrzanych typów, od których aż roi się w moich okolicach. Niesamowite, że jasnowłosa w ogóle zwróciła na mnie uwagę. Biedny, paskudny ćpun. Jakie miałam u niej szanse? Żadne, a ona wybrała mnie. Mnie! Zasługuje na kogoś lepszego. Kogoś, kto potrafiłby jej pomóc. Ja nie potrafię pomóc nawet sobie. Wybucham głośnym, niepowstrzymanym śmiechem, wpatrując się w swoje odbicie w szybie. Cóż za ironia. Bo czymże innym jest ten świat, jak nie jedną, wielką ironią i kłamstwem? Śmieję się, choć twarz zastygła w wyrazie milczącego bólu i cierpienia. O boże, który nie istniejesz, co ja robię źle, co jest ze mną nie tak? Ból. On mnie niszczy. Nie, on zżera mnie od środka. Ból i paraliżujący strach gonionej zwierzyny, on doprowadza do paniki, sprawia, że nie mogę oddychać, dusi. Nienawidzę tego uczucia, kiedy stoję w miejscu i nie jestem w stanie się poruszyć, choć bardzo chcę. Chcę się zmienić, tak bardzo chcę. Chcę żyć normalnie! Tak! Odwracam się gwałtownie i wyciągam z papierosa z paczki. Są Clarie, ale chyba nie obrazi się, że wzięłam jednego, prawda? Jeśli będzie chciała, to oddam jej pieniądze, chociaż jedna paczka kosztuje pewnie więcej, niż całe moje nędzne życie. Wkładam szluga do ust, sięgam po zapalniczkę i niezgrabnie zapalam go, przy okazji parząc palce, po czym wracam do okna. Gryzący dym wdziera mi się do gardła, drażniąc je. Krztuszę się, mam ochotę wyrzucić peta, jednak nie robię tego. Zastygła w bezruchu stoję w oknie, z tą cholerną fajką uniesioną do ust. Odrobina popiołu opada na podłogę, a ja ponownie zaciągam się dymem. Dlaczego uczucia nie mogą po prostu utonąć, zwyczajnie zniknąć? To niesprawiedliwe. Nie zmienię się, jest już za późno. Nie chcę żyć normalnie, ja po prostu nie chcę żyć w ogóle. Ale boję się. Po śmierci nie ma już nic, nie ma tego pieprzonego zbawienia, tak cholernie się boję. Wzdrygam się mocno i niemal upuszczam fajkę, z której został już tylko mały niedopałek, czując dotyk. Dziwne, przecież jeszcze przed chwilą był w całości. Po chwili uspokajam się, przypominając sobie, że to Clarie, jednak mimo wszystko zmieszana spuszczam wzrok.
- Przepraszam - mamroczę cicho i bardzo niewyraźnie, zdziwiłabym się, gdyby kobieta zrozumiała - Ja... Mogę ci to odkupić - następne słowa wypowiadam już nieco głośniej i pewniej, podnosząc wzrok.
- Nie ma potrzeby - jasnowłosa niedbale macha ręką, uważnie się we mnie wpatrując, jednak nie komentując tego, co zobaczyła. Chwyta moją dłoń i ściska ją delikatnie, podaje mi kolejnego papierosa, po czym sama bierze jednego, sprawnie zapalając obydwa. Rusza w stronę łóżka, a ja tuż za nią. Siadamy na nim, ramię w ramię. Tępo patrzę na wprost, wdychając i wydychając dym.
- Co teraz? - rzucam w przestrzeń, nie odrywając wzroku od ściany, wpatruję się w nią tak intensywnie, że oczy ponownie zachodzą mi łzami. Szybko mrugam i machinalnie wycieram je, po czym odchylam głowę i wydycham dym ponad siebie.
Clarie?

19 paź 2017

Od Megan

W mojej pracowni panowała przyjemna cisza przerywana do czasu do czasu jedynie uderzeniami pędzla o ścianki kubeczka z wodą. Sześcioletni syn samotnej sąsiadki z naprzeciwka, siedział w kącie wyłożonym starymi gazetami, a cała jego uwaga była skupiona na drewnianej figurce rycerza. Szczerze mówiąc, nie należała do tych najbardziej udanych, ale jemu się spodobała. Chłopiec przynajmniej miał bezpieczne zajęcie, a ja mogłam być jednocześnie przy nim i zajmować się zamówieniem. Termin miałam za dwa tygodnie, więc każdą chwilę starałam się dobrze wykorzystać, tym bardziej, że jak zwykle jestem z pracą daleko w polu. Najbardziej cieszyłam się z tego, że mężczyzna składający zamówienie dał mi tyle swobody przy projektowaniu. Chciał uniezwyklić pokój swojej córki, maniaczki jazdy konnej. Pierwotnie chciał zamówić jakieś prostsze biurko u stolarza i dopiero wtedy przekazać je w moje ręce, jednak gdy tylko wypowiedział dwa pierwsze zdania dotyczące swoich oczekiwań, już miałam wspaniały projekt. Zaproponowałam rzeźbę konia który miałby spłaszczony grzbiet robiący za blat i szufladę z brzucha, potrzebowałam jedynie wzrostu dziewczynki oraz wiedzieć jak dużą ilością miejsca dysponują. Tym sposobem mogłam dać ujście przepełniającej mnie wenie, zgarniając przy tym więcej pieniędzy. Wykańczałam uszy "koniobiurka", gdy usłyszałam kroki chłopca za swoimi plecami.
- Gdzie idziesz? - rzuciłam zerkając kątem oka w jego stronę. W duch dziękowałam, że kazałam założyć mu fartuszek. Musiałam się przy tym namęczyć, bo nie chciał nosić czegokolwiek w kwiatki, ale widząc stan fartuszka i jego twarzy oficjalnie stwierdzam, że było warto.
- Danny? - ponagliłam gdy nie otrzymałam odpowiedzi.
- Po picie - oznajmił stając w drzwiach.
- Tylko najpierw umyj ręce - mruknęłam i ruszyłam za nim z obawy o stan mojej łazienki. To dziecko miało niewyobrażalny talent to robienia bałaganu.
Kiedy tylko przekroczyłam próg łazienki usłyszałam zgrzyt klucza w drzwiach wejściowych. Od razu poczułam nieprzyjemny dreszcz, ten dreszcz, który pojawia się kiedy coś jest nie tak. Ruszyłam w ich kierunku kompletnie zapominając o małym królu chaosu. Wyciągnęłam sztylet ukryty w wazonie z ususzonymi kwiatami, jednocześnie sprawdzając czy Danny przypadkiem mi się nie przygląda. Osoba po drugiej stronie cały czas mocowała się z zamkiem. Zza drzwi dochodziły też dźwięki jakiejś rozmowy, wytężyłam słuch starając się rozróżnić. Nagle zamek niespodziewanie ustąpił i zanim zdążyłam zareagować dostałam jakimiś szmatami w twarz. Szmatami śmierdzącymi spoconym Tonym. Odruchowo je złapałam.
- Wiedziałem, że będziesz tu stała - stwierdził na powitanie, a jego ręce opadły na moje policzki z głośnym plasknięciem. Z szerokim uśmiechem podziwiał moją minę. Mieszanka zaskoczenia i rozbawienia ze sposobu w jaki wtargnął do mojego domu, z grymasem obrzydzenia do jego cuchnących ubrań, zgnieciona dodatkowo przez jego mało delikatne, lepkie łapska. Swoją drogą ciekawe dlaczego się kleiły? Wzdrygnęłam się, a jednocześnie na twarz wpłynął mi głupkowaty uśmiech spowodowany pierwszym, może niezbyt dojrzałym, skojarzeniem.
- Co to jest? - wycedziłam powstrzymując uśmiech, by móc przybrać dostatecznie nieprzyjemne spojrzenie.
- Oczywiście, że nie mam nic przeciwko żebyś je wyprała - stwierdził przymilnym głosem uwalniając moje poliki i zamykając za sobą drzwi. - A to, co to? - zapytał niewinnie, dotykając czubek ostrza wystającego spod jego nieświeżej koszuli, której zapach nieprzyjemnie drażnił mój nos. Ciekawe z kim wcześniej rozmawiał...
Podążyłam wzrokiem za jego palcem.
- To? Próba wyprucia ci flaków z której jeszcze chyba nie zrezygnowałam - odpowiedziałam z zniewalającym uśmiechem pokazowej wściekłości na ustach, wpatrując się w jego rozbawione piwne oczy. Niezmiernie się cieszyłam, że wreszcie mnie odwiedził.
Zmuszona byłam przerwać rozmowę, gdy Danny przypomniał mi o soku. Dyskretnie oddałam Tony'emu sztylet, schowany pod ciuchami i poszłam zająć się chłopcem.

- Dlaczego nie uprzedziłeś mnie, że przyjedziesz? - zapytałam zanim jeszcze dotarłam do łazienki, gdzie prawdopodobnie ładował swoje brudne łachy do pralki. Nie jestem entuzjastką niezapowiedzianych wizyt.
- Prezenty przyniosłem - oświadczył rozprostowując skarpety, co nadal nie wyjaśniało dlaczego wcześniej nie zadzwonił. Nie potrafiłam jednak dłużej powstrzymać radości - nie widzieliśmy się od dwóch miesięcy.
- Nie potrzebuję twoich brudnych gaci do szczęścia - prychnęłam śmiechem, który stracił swą barwę gdy zobaczyłam w jakim stanie znajduje się moja umywalka. Złapałam za szmatkę, żeby od razu przywrócić ją do odpowiedniego stanu. Zaczynałam martwić się o swoją pracownię.
- Nie, to tylko ekskluzywny dodatek, resztę mam w torbie - mruknął wpychając do bębna jeszcze moją piżamę którą znalazł w koszu do prania.
Bez zastanowienia ruszyłam w kierunku czarnej, sportowej torby zostawionej przy wejściu. Mimo lekkich obaw, szarpnęłam pewnie za zamek. Od razu poczułam, że coś jest nie tak, ale było już za późno na ratunek. Z torby wystrzeliła chmura zielonego brokatu, żeby osiąść na mojej twarzy. Zakasłałam pozbywając się drobinek ust i nosa.
- Zabiję cię! - krzyknęłam, słysząc śmiech z łazienki. Podeszłam do lustra wiszącego nad komodą z zamiarem pozbycia się świetlistej tapety. Tony stał w progu i przyglądał się moim poczynaniom. Miałam zamiar  najzwyczajniej zetrzeć brokat chusteczką. Pierwsze pociągnięcie i... nic prócz męskiego parskania. Teraz już wiem dlaczego jego ręce były klejące, sukinkot...
- Nie uduś się - mruknęłam energiczniej trąc twarz. Ta zbrodnia domaga się odwetu.
Nadal chichocząc Tony zaczął grzebać w torbie, żeby po chwili postawić przede mną szczelnie zamykane pudełko do przewożenia jedzenia. Gdy dostrzegłam zawartość moje oczy błyszczały niczym brokat na mojej twarzy.
- Sos do potrawki! - na mojej lśniącej, zielonej, brokatowej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Nareszcie coś smacznego na obiad. Zaprzestałam prób usunięcia brokatu i razem z pudełkiem udałam się do kuchni.
- Czyli moje grzechy zostają odpuszczone? - zapytał Tony, gdy po schowaniu potrawki do lodówki wstawiałam wodę na kawę.
- Oczywiście - rzuciłam beznamiętnie. Już wiedział, że nie ma przebaczenia.
- A co do grzechów, jakim sposobem jehowi pomylili cię z demonem? - i już wiadomo kogo spotkał przy drzwiach. - Wmówiłem im, że jesteś chora psychicznie...
- Ej - oburzyłam się, choć w pewnym sensie może to prawda.
- Co ty im zrobiłaś? - dokończył ignorując moje wtrącenie.
- Oj tam, taki tylko niewinny dowcip - zaczęłam skromnie. - No wiesz, siedzę sobie w domu, dzwoni dzwonek do drzwi, więc zerkam przez wizjer, a tam dwóch facetów w białych koszulach. Ok, w takim razie otwieram i słyszę: "Dzień dobry, ja jestem Francis, a to jest Nestor. Czy zastanawiała się pani kiedyś nad Biblią?". Więc tak bez żadnego planowania zaczęłam się trząść, udawać, że nie mogę złapać powietrza, po czym ze złowrogim uśmiechem, takim głębokim głosem zaczęłam powtarzać: "Hedulor onena dorde" i z furią trzasnęłam im drzwiami przed nosem - opowieść skończyłam zalewając kawę.
- Czemu jesteś taka okrutna... Straszysz biednych jerowych! - powiedział z udawanym przejęciem i uśmieszkiem jak zawsze igrającym na ustach.
- Ja im urozmaicam życie, bo popatrz, tylko chodzą od domu do domu i nikt nigdy nie ma dla nich czasu - wskazałam gdzie leży moja dobroczynność.
- Ale czemu nazwałaś ich "dodre"? - zapytał biorąc łyk kawy i oblizując się z uznaniem.
- Dorde - poprawiłam.
- To znaczy parówka, czy jakaś tam kiełbasa, co nie?
- Mhm - mruknęłam potwierdzająco. - Ale nie nazwałam ich kiełbasami, to były przypadkowe słowa, które przyszły mi wtedy do głowy. "Hedulor" to "chodzący", a "onena" to określenie na pijanego albo kogoś z krzywymi nogami, no wiesz - westchnęłam, choć raczej nie nie wiedział. Nie mogłam znaleźć dla tego słowa dosłownego odpowiednika.
- Chodząca pijana kiełbasa? - zaśmiał się.
- Nie, pijana lub pijany to "onenalor" - obaliłam jego tłumaczenie.
Po jakimś czasie rozmowy poszłam sprawdzić co u Danny'ego, który swoim śmiechem przypomniał mi o brokacie na mojej twarzy, przez co zaczęłam planowanie zemsty. Ku mojemu rozczarowaniu okazało się, że Tony był tu tylko przelotnie (więc należy działać szybko). Reszta rodziny jest w Francji, a Tenebris wysłał go, żeby coś załatwił. Gdy zapytałam o szczegóły mój ukochany lisek stwierdził tylko, że to "super tajna misja". Całe szczęście dość szybko się złamał i wszystko mi wyśpiewał. Szkoda, że to "wszystko" to bardzo mało. Teb kazał mu jechać odebrać jakąś paczkę w Londynie, a przedtem koniecznie zahaczyć o mnie.
Po trzech godzinach, podczas których udało mi się pozbyć większości brokatu z twarz, a pani Hoof zdążyła odebrać syna, Tony musiał już jechać. Szybko zapakowałam kilka babeczek, żeby wynagrodzić mu niezbyt jadalnego kurczak, i co najważniejsze, pomścić moją szlachetną buźkę. Lesser właśnie pakował czyste ubrania z szafki w jednym z pokoi gościnnych, na szczęście zawsze coś tu zostawało po ich nocowaniach i miał czym zastąpić te suszące się w łazience. Przyznam, że wyglądał komicznie wąchając każdą parę gaci.
- Z czego rżysz? - zapytał wyciągając nos z bokserek w słoniki.
- Wszystkie są czyste - wydusiłam, choć doskonale wiedziałam, że szuka czegoś innego niż nieprzyjemnego zapachu.
- Nie wierzę żebyś wypuściła mnie z domu bez odwetu za brokatową maseczkę - odpowiedział nadal z zapałam obwąchując bieliznę.
- I co wyczułeś jakiegoś śwędzioszka? Obiecuje, że są wolne od jakichkolwiek proszków - powiedziałam z ręką na sercu, na co on posłał mi nieufne spojrzenie. - Babeczkę na zgodę? - uśmiechnęłam się słodko i wyciągnęłam jedną z ośmiu, które zapakowałam.
W oczach Tony'ego dostrzegłam błysk - oznakę jego zguby. Oczywiście nie wziął tej babeczki, którą mu podałam, więc żeby utwierdzić go w złej decyzji, zmniejszyłam odrobinę napięcie policzków. Wyjął inną z pudełka, które trzymałam w drugiej ręce. Pewnym ruchem skierował ją do ust, widziałam w jego oczach jak bardzo cieszy się z faktu, że mnie przejrzał. Nawet nie wpadło mu do głowy żeby pomyśleć: "Chyba poszło zbyt łatwo". Ugryzł babeczkę i rozległo się dość głośne "plask". Wybuchłam śmiechem widząc jego twarz umazaną kremem z szokowaną miną oraz świadomością porażki swojego rozumowania. Włożyłam do ust swoją, żeby pokazać mu, że od początku miałam wszystko pod kontrolą i gdyby tylko wykazał się odrobiną zaufania uniknął by ciastka-terrorysty.
- Bombowa babeczka - przedstawiłam narzędzie zemsty głosem starego zboczeńca wymownie ruszając brwiami, by wywołać śmiech również u ofiary.
Tony ściągnął palcem odrobinę kremu z nosa, po czym oblizał w celach degustacyjnych.
- Smaczna, ale łatwo jej się pozbyć - stwierdził. - Mój brokat był lepszy.
- Ciekawe czy fioletowe plamki na twoich ustach i zębach też się z tobą zgadzają... - na moich ustach pojawił się zwycięski uśmieszek.


Po miło spędzonej pierwszej połowie dnia, drugą postanowiłam poświęcić pracy. Ciężko było mi się jednak skupić, cały czas coś odwracało moją uwagę. Standardowo przemieniłam się połowicznie, mając nadzieję, że poczuję się bardziej komfortowo - nic to nie dało. Wszystkie moje zmysły szeptały mi do ucha. Coś jest nie tak! Bądź czujna! Słyszałaś? Nie? Ale coś tam na pewno jest! Przeszukałam całe mieszkanie, żeby zacząć podejrzewać sabotaż. Ewidentnie wszystkie zmysły zamierzają wpędzić mnie w paranoje. Nic, prócz wewnętrznych przeczuć nie zdradzało zagrożenia. Po godzinach pracy w tych niegodnych warunkach, wściekła postanowiłam rzucić wszystko w cholerę i pójść na spacer. Założyłam mój ukochany czarny płaszcz, wyglądał elegancko posiadając jednocześnie obszerny kaptur. Odruchowo sprawdziłam czy mały arsenał jest w komplecie i wsunęłam do wewnętrznej kieszeni portfel, klucze i telefon. Jestem zaciekłą przeciwniczką torebek. Kieszenie są o wiele bardziej poręczne, bo jak miałabym się bronić z torebką na ramieniu?
Pierwsze kroki skierowałam ku granicy miasta, zamierzając przejść kawałek by móc delektować się wspaniałym leśnym powietrzem, ale jakimś magicznym sposobem znalazłam się w parku. Zorientowałam się dopiero gdy usiadłam na ławce z daleka przyglądając się niezbyt szczęśliwej kobiecie i jej wściekłemu, chyba, mężowi. Przyłapałam się na wymyślaniu sposobów na zabicie tępego dziada. Może moje przeczucia nie kłamały? Może ostrzegały mnie przed drugą moją stroną? Nie, nie możliwe, przecież wszystko mam pod kontrolą, pomyślałam ruszając w stronę barwnej klonowej alejki. Wiejący wiatr sprawiał, że liście migały złotem, a ich szum był muzyką dla moich uszu. Uśmiechnęłam się do siebie przymykając oczy. Gdy je otworzyłam od razu dostrzegłam rudą plamę przeskakującą z drzewa na drzewo z napęczniałymi polikami. Delektowałabym się dłużej pięknem natury, gdyby nie ten smród. Zmarszczyłam brwi i zaczęłam rozglądać się za potencjalnym ludojadem. Wendigo cuchną niczym szambo... Znaczy się, może wcale tak nie jest, ale pewien osobnik tego gatunku wyrobił mi o nich, delikatnie mówiąc, niepochlebną opinię. Próbowała mnie posmakować i, o dziwo, nie była Chinką. Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu znajomej czupryny w odcieniu popielatego blondu, jednak napotkałam jedynie natarczywy wzrok około trzynastoletniego chłopca. Westchnęłam i postanowiłam opuścić park. Powoli się ściemniało, a ja zostałam zwierzyną łowną dla jakiegoś kruczego nowicjusza. Meredith najprawdopodobniej go pilnowała, wiecznie wydawało mi się, że widzę ją gdzieś kątem oka. Zmierzałam w stronę centrum, chcąc opóźnić tym samym starcie, do którego niechybnie dojdzie. Potrzebowałam chwil spokoju, żeby móc sobie wszystko przemyśleć, może udałoby mi się przynajmniej wybrać jakieś dogodne miejsce. Niestety ulice pustoszały w zastraszającym tempie, a para ludojadów już kompletnie przestała się maskować. Musiałam szybko reagować, pewnie pchnęłam drzwi do najbliższego baru. Lokal na moje nieszczęście okazał się dość skromny. Raczej nie powinni zrobić tu rozróby, ale i tak bezpieczniej byłoby znaleźć sobie jakieś towarzystwo. Czułam, że nie mam zbyt dużo czasu, więc niewiele myśląc zajęłam miejsce obok samotnego bruneta siedzącego przy barze.
- Cześć, możesz udawać, że się znamy? - wypaliłam odwracając się do niego z szerokim uśmiechem, który ewidentnie był zbyt szeroki. Mężczyzna zaskoczony podniósł wzrok znad pustej już szklaneczki, chyba wyrwałam go z jakiś rozmyśleń czy coś. Wyglądał jak człowiek smutny, zmęczony swoim smutkiem. Choć po chwili wyraz jego twarzy się zmienił i poddałam w wątpliwość moją ocenę.
Już otwierał usta, żeby coś odpowiedzieć, lecz byłam zmuszona mu przerwać przytulasem, kiedy usłyszałam jak drzwi ponownie się otwierają.
- Obejmij mnie - szepnęłam poddenerwowana, mimo że rozumiałam osłupienie mężczyzny. Jakaś obca kobieta wystrzeliwuje do niego z czymś takim...
- Potrzebujesz pomocy, Frau? - zapytał widząc ulgę w moich oczach, gdy Meredith wycofała się z baru. Czyli to nie jej misja, chciała tylko sprawdzić, czy się chowam. - Bo jestem zast...
- Nie, wystarczy, że dotrzymasz mi przez chwilę towarzystwa - przerwałam panu Wurstowi (co ja poradzę, że Niemcy kojarzą mi się głównie z kiełbasą). - Oczywiście, o ile to nie problem... - dodałam, żeby trochę ugrzecznić moją wypowiedź.
- Spokojnie, i tak na nikogo nie czekałem - stwierdził powracając spojrzeniem do pustego naczynia. Mój umysł pracował na pełnych obrotach, czas gonił, a przecież nie mogłam siedzieć tu do rana. Wiedziałam też, że na pewno nadal mnie obserwują, więc muszę podtrzymać wrażenie umówionego spotkania.
- To... - zaczęłam niepewnie, spoglądając na listę drinków. - Pochodzisz z Niemiec, dorde? - zapytałam uśmiechając się pod nosem.
- Nie, z Szwajcarii - odpowiedział zabijając cały dordelor czar. Zerknął na mnie z umiarkowanym zaciekawieniem, próbował zidentyfikować obce słowo. - A ty, Frau?
- Nie, ja urodziłam się w Anglii - uśmiechnęłam się serdecznie, zadowolona, że postanowił pociągnąć rozmowę. Jednocześnie przeszukiwałam w głowie okolice, w nadziei znalezienia miejsca w którym walka nadnaturalnych nie powinna być szczególnie widoczna.
- Co oznacza "dorde"?
- Ech, taki zwrot grzecznościowy... - bo przecież nie powiem, że przedrzeźniam jego "Frau" słowem kiełbasa. - Seledynowa noc - rzuciłam barmanowi na pytanie "Czy coś pani podać?", gdy ten skończył napełniać szklaneczkę mojego towarzysza. Swoją drogą, kto tu wymyśla nazwy tych drinków?
Rozmowa szła nam opornie, ale z daleka nie powinna wyglądać tak niezręcznie jak w rzeczywistości.
- A ty czym się zajmujesz, dorde? - zapytałam, kończąc opowiadać o tym jak fascynujące bywa połączenie krawiectwa, sztuki przestrzennej i opieki nad dziećmi.
- Jestem zastępcą komendanta policji - jego odpowiedź wymiotła resztki swobody z tej rozmowy.
Jak mogłam nie zauważyć, że jego twarz należy do listy "trzymaj się z daleka". Teraz, gdy lepiej mu się przyjrzałam, faktycznie rozpoznałam w nim tego za kogo się podawał. Ugh, jak mogłam to przeoczyć? Czy dziś jest piątek trzynastego?
Po wymienieniu jeszcze kilku niezbyt ciekawych zdań, postanowiłam się ulotnić. Chyba kiepsko maskowałam to jak bardzo nie podoba mi się moje położenie. Na odchodne musiałam znów go zapewniać, że nie potrzebuje żadnej pomocy, ani niczego podobnego. Wyszłam na całkowicie pustą ulicę i ruszyłam w stronę przejścia między kamienicami, które wydawało się być najlepszym rozwiązaniem. Co prawda nie było tam zbyt wiele miejsca, ale to akurat dawało mi odrobinę przewagi. Młody na pewno będzie wykonywał mnóstwo zbędnych ruchów.
Słyszałam za sobą kroki, prawie idealnie zgrywające się z moimi, ale należały do tylko jednej osoby. Meredith pewnie obserwuje nas z odległości, co utwierdziło mnie w wcześniejszych podejrzeniach: byłam swojego rodzaju inicjacją dla młodego ludojada.
Gdy tylko weszłam między kamienice, wyczułam jak ktoś zamierza się na mnie od tyłu. Z łatwością uniknęłam niezbyt przemyślnego ciosu i idąc za ruchem wyszarpnęłam długi sztylet z ukrytej kieszeni płaszcza, odwracając się przodem do chłopca. Nie zdradzając lekkiego napięcia, spokojnie otaksowałam przeciwnika. Choć miałam walczyć z trzynastolatkiem, nie byłam do końca pewna wygranej. Tu nikt nigdy nie gra fair. Moje obawy potęgował też fakt, że nigdzie nie mogłam dostrzec, tej śmierdzącej kurwy Meredith. Dzieciak rzucił się na mnie ze szponami,wcześniej zauważyłam pod jego kurtką jakąś broń białą, ale albo poniosły go emocje, albo po prostu nie chciał jej używać. Na początku swobodnie odpierałam jego ciosy, starając się go za bardzo nie uszkodzić. Czułam jego narastającą frustracje, która nie wywołała na mnie żadnego wrażenia. Lecz trochę zbyt pochopnie oceniłam przeciwnika. Dzieciak zamarkował cios. Uchyliłam się, spodziewając się schematu jakim raczył mnie od jakiegoś czasu, on jednak wykorzystał okazję i w jednej chwili znalazł się za moimi plecami. Sapnęłam zaskoczona. Sprytnie. Zamierzałam zadać szybki cios w jego bok wykorzystując siłę obrotu, niestety uniemożliwił mi to wbijając jeden z noży sai pod moją łopatkę. Poczułam jak  szura nim po żebrach. Wcisnął ostrze głęboko pod kość, skutecznie utrudniając mi zadanie celnego ciosu prawą ręką. Krzyknęłam z bólu i wściekłości odsłaniając kły. Przerzuciłam broń do lewej dłoni. Zadałam szybką serie ciosów na oślep. Prędko jednak ochłonęłam odzyskując panowanie nad sobą. Skurczybyk zostawił ostrze w moich plecach, a ja nie miałam czasu go wyjąć. Robienie uników wychodziło mi trochę gorzej, jednak mimo nienawiści jaką darzyłam teraz tego bachora starałam się hamować. Musiałam się opierać własnym podszeptom. Rozwal mu łeb! Przecież teraz możesz wyrwać mu serce! Potyczka robiła się coraz cięższa, na dodatek miałam wrażenie, że pomimo naszego niezwykle cichego sposobu walki, wszyscy ludzie zaraz wyjdą na ulicę. Starałam się jak najszybciej ogłuszyć dzieciaka. Może innym razem próbowałabym mu przemówić do rozsądku, ale nie w tym wypadku. Ludojad był tak nakręcony na osiągnięcie celu, że nie dotarłyby do niego żadne słowa, pewnie nawet by ich nie usłyszał.
- Przestań się bawić i walcz! - usłyszałam wściekły krzyk Meredith. Najwyraźniej nie potrafiła dłużej się przyglądać mojej grze defensywnej. Głos wydawał się dochodzić z daleka, więc kompletnie nie spodziewałam się ciosu od tyłu. Nóż wszedł we mnie jak w masło i tak samo łatwo się wycofał, pozostawiając po sobie dziwnie piekącą ranę. Odwróciłam się niezdarnie chcąc jednocześnie zaatakować jego właścicielkę oraz odeprzeć atak młodzika. Efekt był taki, że straciłam równowagę kiedy mój sztylet nie napotkał oporu, jednocześnie obrywając pazurami młodego ludojada po twarzy. Upadając na asfalt poczułam wszystkie kości, a sai w pod moją łopatką wbił się głębiej powodując kolejną falę bólu, jednak nic z tego nie zagłuszyło uczucia gorąca rozchodzącego się od cięcia na plecach. Nóż musiał być zatruty, czułam jak rana się goi, a substancja rozchodzi się w moich żyłach. Poczułam jak tracę kontrolę nad moimi ruchami. W głowie przestały huczeć miliony myśli i zastąpiła je przyjemna pustka. Złapałam chłopca za nadgarstek, powstrzymując cios w głowę, który chciał mi zadać moim własnym sztyletem. Zatopiłam pazury w jego ciele, z uśmiechem przyglądając się jego zaskoczonej i wykrzywionej w bólu twarzy. Wszystko stało się, bardzo szybko, dzieciak nie miał szans. Dopiero gdy przyparłam go do muru zamierzając rozpruć mu klatkę piersiową w celu wydobycia serca, zapaliła mi się czerwona lampka. Widziałam jak wił się, płakał, krzyczał i gryzł mnie po ręce, która dociskała jego gardło do ściany. Nic nie słyszałam, zdając sobie z tego sprawę, całą siłą woli obniżyłam cios, zanurzając swoją szponiastą dłoń gdzieś wśród jego jelit. Czułam obślizgłą tkankę między palcami, dzięki czemu uświadomiłam sobie co się dzieje i skutecznie wyrwałam się z transu. Wszystkie impulsy dotarły do mnie ze zdwojoną mocą. Cofnęłam się, zszokowana pozwalając chłopcu osunąć się na ziemię. Straciłam kontrolę, nie dałam rady nad sobą zapanować. Wyszarpnęłam sai spod mojej łopatki i odrzuciłam gdzieś na bok. Nie wiedząc co zrobić przyglądałam się skamlącemu z bólu dziecku. Żył, ale leczył się bardzo powoli. Nieświadomie zaczęłam majtać końcówką ogona wystającą spod płaszcza. Po chwili przełamałam się. Już miałam kucnąć i spróbować jakoś mu pomóc, gdy usłyszałam strzał. Kula dużego kalibru przebiła czaszkę chłopca na wylot. Spojrzałam z pogardą w oczach w stronę morderczyni.
- Przegrał - wyjaśniła z kamienną twarzą. Kopnęła leżący nieopodal srebrny sztylet w moją stronę. Przez chwilę myślałam, że będę musiała jeszcze z nią walczyć, lecz ona odwróciła się na pięcie ruszając w przeciwnym kierunku. Sekundę później zorientowałam, że ze strony z której przyszłam słychać głośny tupot stóp - ktoś tu biegnie. Ale jak to? Ona tak po prostu odeszła? Wróciłam do w pełni ludzkiej postaci. Prędko złapałam za długi sztylet, zauważyłam, że wokół rękojeści jest owinięta jakaś karteczka, jednak nie miałam czasu jej sprawdzić. Sprawnie schowałam go do wewnętrznej kieszeni. Wciąż kucając zerknęłam na człowieka zmierzającego w moją stronę.
- Kurde - mruknęłam rozpoznając w nim pana Dorde, policjanta z baru.
I co ja mu teraz powiem? Jedyna rana jaka mi została to ta po sai, wszystkie inne zniknęły bez śladu. Mój płaszcz jest cały podziurawiony, a ręce i twarz umorusane krwią, na dodatek obok leży zmasakrowany trzynastolatek. Mam tylko nadzieję, że zdążył jaszcze zauważyć Meredith. Może uda mi się stworzyć pozory przypadkowej ofiary, o ile nie postanowi mnie przeszukać, a to stanie się na pewno jeżeli wezwie karetkę.
Wymusiłam łzy i trzęsienie dłońmi. Trzeba będzie udawać idiotkę...

Timm?
Skoro pozwoliłeś mi wybrać, stwierdziłam, że najciekawiej będzie z policjantem.
Tsa, wiem, że wyszło koszmarnie długie, ale ja naprawdę potrzebowałam tego wstępu!



10 paź 2017

Przepaść jest niegroźna dopóki w nią nie runiesz.

Kontakt: rudamegiera@gmail.com
Nick na chacie: Megiera

Megan Shey O'Carrick

24 lata | Kobieta | Kotołak
Opis:
 Megan jest jak cebula, a cebula słynie z tego że ma warstwy. Oczywiście warstwy osobowości Meg są ze sobą odrobinę zmieszane, a granice między nimi bardzo płynne i często zależne od humoru.
Pierwsza warstwa, jest tą którą dostrzega się na początku, tą którą zobaczyć najłatwiej i tą najczęściej pokazywaną; chłodna, zdystansowana, raczej nieprzyjazna kobieta, która mogła by za kilka lat ewoluować na nauczycielkę matmy (albo chemii, one zawsze są straszne, wyjątek trafia się raz na trzysta tysięcy). Nie jest zbyt chętna do rozmowy, ale pomoże ci jeśli zauważy że tego potrzebujesz. Wiecznie zmęczona, może wydawać się odrobinę roztrzepana. Po dłuższej rozmowie otwiera się trochę, czasami się uśmiechnie, lecz nadal jest dość chłodna, a w jej wypowiedziach przeważa sarkazm. Sprawia wrażenie osoby trochę wrednej, jednak odpowiedzialnej i godnej zaufania. Niektórzy uważają nawet, że widać u niej żyłkę dobrego lidera. Często dostrzega, rzeczy które umykają innym, jest świetnym obserwatorem. Z łatwością rozpoznaje kłamców, choć zwykle zachowuje swoje spostrzeżenia dla siebie. Gdy sama kłamie nie drgnie jej nawet powieka. Jest inteligentnym słuchaczem, który z przyzwyczajenia zbiera wszelkie informacje o swoim otoczeniu. Drastyczne czy (w oczach innych) obrzydliwe widoki nie robią na niej wrażenia. Wydaje się być osobą wyrachowaną, co nie do końca jest prawdą, lecz zraża ludzi na pierwszym poziomie znajomości. Gdy się już trochę przekona do swojego rozmówcy, chętnie opowiada różne ciekawe historie i odrobinę nadużywa niecenzuralnych słów. Tu można już uznać, że zaczyna się druga warstwa; zaskakująco inna, odrobinę szurnięta osóbka z osobliwym poczuciem humoru. Uwielbia się droczyć i robić kąśliwe uwagi. Czasami przesadzi, ale gdy się zorientuje okazuje szczerą skruchę. Ma nieco filozoficzną naturę i jeśli jej pozwolić potrafi naprawdę dużo mówić. Opowiada też różne ciekawe historie w większości jej opowieści są zmyślone lub porządnie podkolorowana, głównie dlatego, że nie lubi wspominać o swojej przeszłości. Często też zmyśla różne rzeczy takie jak dyscypliny sportowe i sprawdza czy rozmówca jej uwierzy. Pomysłów miliony na minutę i z pewnością można nazwać ją kreatywną, choć jeśli wpadnie w wir twórczy ma tendencje od nieprzekombinowania, przez co zdarza się jej zapominać o prostszych rozwiązaniach. Jest sprytna i przenikliwa co, w połączeniu z jej zamiłowaniem do psikusów, sprawia że lepiej przy niej uważać żeby nie paść ofiarą żartu. Ma też dość swobodny i bezpośredni sposób bycia oraz zdarza jej się przejawiać nieco dziwne zachowania, dlatego niektórzy uważają ją za odrobinę dziecinną, jednak ciężko o osobę z większym poczuciem obowiązku. Pomimo odkładania wszystkiego na później, jakimś cudem zawsze zdąża na czas. Chyba że mowa o jakimś spotkaniu, jeśli nie lubisz czekać, spokojnie możesz przyjść dziesięć minut po umówionej godzinie. Meg stara się walczyć ze swoim spóźnialstwem, ale nie bardzo jej to wychodzi. Jej fantazyjne pomysły nigdy nie zostają tylko na papierze. Dzięki jej wysokim umiejętnością plastycznym potrafi stworzyć naprawdę ciekawe prace. Najbardziej lubi strugać w drewnie i ogólnie kręcą ją prace trójwymiarowe, świetnie idzie jej także krawiectwo. Jest bardzo ciekawska przez co często zdarza się, że pojawia się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Ma również nieco denerwujący zwyczaj mówić jedno, robić drugie. Gdy poprosisz ją o przysługę zazwyczaj odmawia, ale i tak spełni twoją prośbę. Sama rzadko szuka pomocy u innych, jeśli jednak tak jest, to naprawdę nie może sobie poradzić. Nie lubi przyznawać się do błędu, ale nie upiera się głupio przy swoim. Przywdziewa wtedy minę małej dziewczynki i wymyśla tak fantastyczne wytłumaczenie dla swojej pomyłki, że aż trudno powstrzymać uśmiech politowania. W jej historiach to właśnie niepowodzenia są elementami najbardziej obrośniętymi magią oraz nieprawdopodobieństwem. Jest trochę narcystyczna, lubi przyjmować komplementy i żartobliwie chwalić się nawet najmniejszymi osiągnięciami. Lubi towarzystwo, lecz zbyt długie przebywanie z ludźmi męczy ją i staje się wtedy nieprzyjemna. Jest z natury samotnikiem i rzadko sama domaga się uwagi, osoba do której się zgłosi musi być dla niej kimś naprawdę ważnym. W flirtowaniu jest całkiem niezła, dopóki traktuje go jako grę. Jeśli czuje coś do drugiej osoby, jest mniej pewna i często ucieka wzrokiem. Nierzadko zdarza się, że zaczyna śmiało, a potem okazuje się, że on jest całkiem fajny, a wtedy język jej się plącze i kończy wpatrując się w swoje buty. Ciężko ją wyprowadzić z równowagi albo obrazić. Wydaje się nie przejmować złymi opiniami na swój temat, jednak to kompletna nieprawda, potrafi ją to zranić do żywego, po prostu świetnie maskuje emocje. Kiedy jest naprawdę wściekła może włączyć się jej bezlitosna, odrobinę sadystyczna strona, na szczęście ma dużą samokontrolę, dzięki czemu zdarza się to naprawdę rzadko. I tym sposobem znaleźliśmy się przy najgłębiej skrywanej warstwie, którą rzadko zdarza się widywać nawet jej przyjaciołom. Pokazuje ją jedynie gdy jest z kimś sam na sam w jej bezpiecznych czterech ścianach. Rozdygotana, podniszczona, wrażliwa istotka  potrzebująca ciepła, Meg uważa ją za coś słabego i niegodnego uzewnętrzniania, ale wieczne wypieranie tego boli. Narcyzmem podciąga swoją samoocenę i zaszywa rany po ostrych słowach innych. Boi się, że zostanie wykorzystana, a nawet się nie zorientuje, dlatego stara się nie ufać nikomu w pełni. Ma bardzo silną wolę, rzadko rezygnuje ze swoich celów. Posiada wielkie serce i nienawidzi zawodzić, dlatego zawsze stara się jak może. Nawet jeśli wcześniej wiedziała, że coś jest ponad jej siły, czuje wielkie upokorzenie po odniesieniu porażki. Nie zauważa, że najczęściej inni nie ma jej tego za złe. O swoich bliskich walczy niczym lwica, choć woli to robić potajemnie, nie okazując im zbytnio tego. Jednak zawsze zjawi się w potrzebie, gotowa do poświęceń. Jeśli kocha to wiernie i na zawsze. Nawet jeśli ukochana osoba ją zrani albo zdradzi nigdy nie zostanie naprawdę znienawidzona. Co prawda może spodziewać się jakiegoś odwetu w formie mało śmiesznych, niebezpiecznych "żartów", jednak nigdy niekończących się stałym uszczerbkiem na zdrowiu. Trzymanie M w ryzach strasznie ją wykańcza. Kiedy jest sama sporo płacze. Najczęściej robi to bezgłośnie, w poduszkę pod osłoną nocy - przyjaciółki wszystkich którzy pragną coś ukryć. 
Ciężko wyciągnąć z Meg prawdę o jej przeszłości. Raz mówi, że była nauczycielką baletu, kiedy indziej, że była tajną, rosyjską agentką, a gdy zbyt dużo wypije, że jest Dorotką z Oz. Sprawdzoną informacją jest to, że urodziła się jako kociak w pochodzącej z Irlandii rodzinie O'Carrick. Jej właścicielką została Aoife O'Carrick, jedyna córka opiekunów jej matki Trixie, która starannie strzegła swojego nadnaturalnego sekretu. Ku rozpaczy dziewczynki Shey w wieku sześciu lat zniknęła. Nie do końca wiadomo co się z nią stało, ale pewnego razu, w rozmowie z demonem nazywanym Tenebris (Meg z niewiadomych przyczyn darzy je jakąś szczególną, tajemniczą sympatią), gdy polało się stanowczo zbyt dużo alkoholu, z jej ust wyszły dość poetyckie słowa. Wyznała, że nienawidzi swojej matki za to jak ją kochała i, za to, że zdecydowała się ją wtedy uratować. Uznała to za najgorszą decyzję swojego życia, ale gdyby musiała to zrobić po raz kolejny, nie zawahałaby się.[W tym miejscu powiemy sobie to czego Meg nigdy nie powiedziała: Jej matka w młodości miała porachunki z jedną z czarnych organizacji. Gdy Trixie z córką bawiła się w pobliskim lesie w chowanego, napadło na nią kilku specjalnie wyszkolonych ludzi. Shey zaniepokojona faktem, że jeszcze nie została odnaleziona wyszła ze swojej kryjówki. Zastała matkę ledwo żywą oraz oprawców przymierzających się do zadania ostatecznego ciosu. Jednocześnie przerażona i wściekła, w połowicznej przemianie rzuciła się w obronie rodzicielki. Wynik tego starcia był do przewidzenia, jednak jej waleczność zaimponowała jednemu z napastników. Zaproponował małej, że oszczędzą jej matkę jeżeli ona pójdzie z nimi z dobrej woli i będzie im bezdyskusyjnie posłuszna. Dla młodej kotki wybór był dość prosty. I tak Megan Shey zaginęła na wiele lat zastąpiona przez M-Nightmare. Jak obiecała była bezwzględnie posłuszna. Nów, bo tak się nazywała organizacja, nie miał problemu z wytresowaniem sobie sześciolatki. Na początku zbierała tylko informacje, a oni powoli i umiejętnie wyniszczali wpojone jej zasady moralne, tym samym zagłuszając w niej empatie. Stworzyli idealnego zabójce, posłusznego, bez skrupułów. M była jak maszyna; podchodzisz, pokazujesz żeton, wymawiasz hasło, wprowadzasz dane i wybierasz rodzaj śmierci. Nie dostawała pieniędzy do ręki, "użytkownicy" płacili bezpośrednio Nowiu. Większość jej ofiar była zwykłymi ludźmi niezdającymi sobie sprawy z istnienia nadnaturalnej strony świata, zresztą jak większość zleceniodawców. Najczęściej doprowadzała cel do paranoi, a później namawiała do popełnienia samobójstwa, bo przecież nikt nie uwierzy człowiekowi który mówi, że gdy tylko jest sam pojawia się upiorna dziewczynka-kot i mówi okropne rzeczy. Była to najtańsza i najczystsza opcja, lecz wielu wolało szybsze załatwienie sprawy. Często tez polowała na łowców zagrażających organizacji. Gdy miała siedemnaście lat dostała zlecenie od ojca w żałobie na niejakiego Clarence'a Barkera. Podobno gość zgwałcił i zabił jego córkę, chociaż policja mu nic nie udowodniła. Facet chciał mieć to załatwione od ręki,jednak nie podał jak konkretnie ma być wykonane zadanie, a w takim wypadku Nów wymaga by działać jak najczyściej. M miała zamiar zwyczajnie go rozjechać. Upatrzyła go sobie nocą, gdy wracał samotnie z klubu. Nacisnęła podał gazu, uderzyła w niego, a kiedy już leżał na ulicy dla pewności jeszcze po nim przejechała. Tak jak tego wymagano, zanim odjechała żeby zniszczyć samochód, wysiadła i upewniła się o powodzeniu misji. Nieźle się zdziwiła gdy na drodze nie znalazła niczego poza plamą krwi, a w następnej sekundzie poczuła tępy ból z tyłu głowy. Tym sposobem poznała Tenebrisa, który przywrócił Megan do życia, a M-Nightmare zamknął gdzieś w jej podświadomości. Demon chronił ją także przed wzrokiem Nowiu. Nigdy nie wierzyła że robi to z dobroci serca, lecz nie gardziła jego opieką.] Teb jest właścicielem Cyrku Cudów, który składa się jedynie z nadnaturalnych. Meg występowała tam jako akrobatka, treserka dzikich kotów i okazjonalnie popisywała się swoja celnością rzucając nożami. Wszyscy tworzyli tam jedną, kochającą się, cyrkową rodzinę która chroniła się nawzajem. Co prawda do końca święci nie byli. Okazjonalnie kilka osób z widowni znikało na ich występach, bo nawet tak wielkoduszny demon jak Tenebris musi czasami dać się ponieść swojej naturze. Kiedy miała dwadzieścia dwa lata, podczas występu w Londynie, Meg dostrzegła na widowni swoją dawną właścicielką. Choć gdyby nie pamiętała jej zapachu pewnie by w życiu jej nie poznała. Po naradzie ze swoją cyrkową rodziną, zdecydowała się ich opuścić, nie zrywając jednak z nimi kontaktu, i spróbować szczęścia u swojej dawnej opiekunki. Nie miała co do tego wielkich nadziei, minęło przecież wiele lat, ale stwierdziła że zawsze warto próbować. Kobieta widząc Shey siedzącą na schodach do jej kamienicy, ze swoją starą obróżką w pysku popłakała się ze szczęścia. Megan postanowiła zdradzić jej swój sekret, co Aoife przyjęła z trochę niezdrowym entuzjazmem i ekscytacją. Od tego czasu kotka oficjalnie została kuzynką Aoife. Mieszkały razem, kocica żeby nie być pasożytem szyła kostiumy dla jednego z teatrów w Londynie. W tym czasie wydarzyło się kilka niezbyt przyjemnych incydentów z udziałem łowców, innych nadnaturalnych i Nowiu. Dla bezpieczeństwa swojej przyjaciółki, gdy tylko udało jej się uzbierać odpowiednią kwotę postanowiła się wyprowadzić. W San Lizele znalazła dość tani domek z ogrodem. Co prawda posiadłość była zarośnięta, a dom wymagał sporych napraw, ale rodzina chętnie jej we wszystkim pomogła. Meg wszystkie ozdoby zamieszczone w domu wykonała własnoręcznie, a większość mebli jest z ciemnego drewna z jej autorskimi zdobieniami. Jako że kotka uwielbia wodę łazienka nie mogła się obyć bez ogromnej wanny. Po uprzątnięciu w ogrodzie stanęły jej najlepsze rzeźby. Uparła się też by wykopać kompleks oczek wodnych, a w jednym z nich nawet udało im się zamontować fontannę (Tenebris praktycznie poczuł jak boli go portfel). Ma również dwie gościnne sypialnie w każdej po piętrowym i dwuosobowym łóżku (więc "trochę" tam ciasno, a posłań i tak więcej potrzeba) gdyby cyrkowcy postanowili ją odwiedzić oraz sporą szopę z tyłu ogrodu w której przechowuje swoje narzędzia, a kiedy zajdzie taka potrzeba zmieści się w niej kilka cyrkowych zwierząt potrzebujących tymczasowego schronienia. Na przykład gdy są chore i nie bardzo można je ciągać ze sobą po cyrkowej trasie. Ciężko jej znaleźć jakąś pracę, bo nie ma odpowiedniego wykształcenia. Nie chodzi o to, że kompletnie niczego się nie uczyła, po prostu nie ma z tego papierów [bo Nów edukuje, ale raczej nie wyrabia świadectw]. Co prawda Tenebris podrobił jej niektóre, ale ona twierdzi, że lepiej robić to co umie. Postanowiła, więc dalej przyjmować zamówienia jako krawcowa, a także sprzedawać swoje rękodzieła i rzeźby. Czasami pilnuje również dzieci sąsiadek (od kiedy te dowiedziały się, że Megan pracuje w domu), na początku robiła to za darmo, ale dobre kobiety zaczęły wciskać jej jakieś pieniądze, polecać znajomym i w ten sposób została "profesjonalną" opiekunką. Jednak nadal żyje głównie z funduszów rodziny przez co czuje się bardzo niekomfortowo. 
Meg jest szczupła i wygimnastykowana, podobno zna kilka sztuk walki, ale nikt nigdy nie pytał jakie. Gdy rzuca bądź strzela naprawdę rzadko pudłuje, na dodatek posiada świetny refleks. Jest bardzo wysoka, ma 177 centymetrów wzrostu, w butach prawie 180. Zawsze chciała być niższa, a za jedyną zaletę jej wzrostu uważa to, że w kłótniach może spojrzeć na kogoś z góry. Lubi przebywać w towarzystwie wyższych osób żeby poczuć się mniejsza. Ma niezbyt długie, prawie czarne włosy i ciemnoszare oczy. Posiada mały tatuaż pod lewym obojczykiem. Początkowo przedstawiał on kota, któremu stojący na jego głowie kruk wydłubuje oko [Nów naznaczał swoich ludzi właśnie takimi tatuażami, od rasy bądź zadania osoby zależało zwierze któremu kruk, symbol Nowiu, wydłubywał oko], po dołączeniu do cyrku za namową Tenebrisa przerobiła go. Wokół kota jest wąż który wbija kły głowę ptaszyska (i doskonale zdawała sprawę co to znaczy). Jej skóra jest w wielu miejscach usiana pieprzykami, a najgęściej na plecach. Najprawdopodobniej miała na to wpływ jej kocia forma. Po przemianie jest dość sporych rozmiarów kotką wyglądem odpowiadającą kotom savannah. Ma duże uszy, dość długą szyję i łapy. Gdy jest sama w domu często używa połowicznej przemiany. Lepiej czuje się w ciele kota, lecz uważa że ludzie mają więcej możliwości.
Pupil: Opiekowała się cyrkowymi zwierzętami, a po przeprowadzce chciała mieć psa, ale stwierdziła, że byłoby to zbyt ironiczne.
Stosunki: 
Niamh Trixie (O'Carrick) – matka Meg, nie widziały się od czasu gdy kotka obiecała posłuszeństwo Nowiu.
Aoife O'Carrick – przybrana kuzynka i pierwsza właścicielka. Błękitnooka trzy lata starsza blondyna jest najlepszą przyjaciółką Shey, choć trochę przytłacza swoją energią i entuzjazmem godnym dziewięciolatki. Przez Meg przestała być obojętna dla świata nadnaturalnego. Obserwował ją Nów, a także parę łowców, dlatego kotka postanowiła nauczyć ją samoobrony i być bardziej ostrożna. Niestety przez kilka niebezpiecznych incydentów postanowiła, że bezpieczniej będzie trzymać ją na dystans. 
Tenebris/Clarence Barker/Peter Novak – Jej przyjaciel, opiekun, nauczyciel, właściciel Cyrku Cudów, obrońca, wybawiciel, ojciec, kochanek i mnóstwo innych tytułów, jednak kotce wydaje się, że nigdy nie podał jej swojego prawdziwego imienia. To on ją wyciągnął z tego całego księżycowego gówna, on ją uczył normalnego życia i on ją chronił. Z nim także przeżyła swój pierwszy raz i kilka razy jeszcze się spotykali w łóżku, ale ona zawsze się tego wypiera słowami "dawno i nieprawda". Mimo iż Megan wie, że nie do końca zastała uwolniona, a nadal jest pionkiem tylko na innej planszy cieszy się, że wpadła akurat w jego ręce. Tenebris dba o swoich podopiecznych nawet jeśli robi to wyłącznie żeby zdobyć ich zaufanie. Kocica, choć darzy go ogromną sympatią, lubi od czasu do czas pomieszać mu szyki, a z jakiegoś powodu zwykle uchodzi jej to na sucho. Czasami sprawia wrażenie, że naprawdę mu na niej zależy, bo wydaje się dość zaborczy. Jednak pewnie to tylko dlatego, że w groźniejszych starciach mógłby przestawić ją na tryb bezmyślnej bestii, a gdyby się zakochała byłoby mu nie po drodze. Trochę denerwuje ją myśl, że tak łatwo pozwolił jej opuścić cyrk. Nie potrafi rozgryźć tej decyzji, co ją niepokoi, bo przecież zawsze lepiej znać kolejne możliwe posunięcia. Tenebris jest wiekowym demonem i już dawno nie używa swojego oryginalnego ciała. Dyrektorem cyrku i ojcem rodziny jest wysoki, przystojny brunet o inteligentnych zielonych oczach, Peter Novak. Clarence Barker natomiast to jego postać wypadowa, dobrze zbudowany ciemny blondyn o zawadiackim błysku w stalowoniebieskich oczach i drapieżnym uśmiechu, który podrywa dziewczyny w barach, a te najczęściej rano są już kilka stóp pod ziemią albo w przyczepie Tekli. 
Kit Turner – feniks, najlepszy przyjaciel Tenebrisa, w cyrku odpowiada za sztuczki z ogniem. Niziutki blondyn o ognisto piwnych oczach od wieków dotrzymujący towarzystwa Tenebrisowi, wziął sobie za obowiązek doradzanie Shey we wszystkim. Niezmiernie ją to irytuje i prawdziwą radość daje jej podkopywanie jego wielkiego ego, przed którym nawet Mont Everest by się schował. Mimo, że jest dość wnerwiający ze swoim narcyzmem, zawsze można liczyć na jego szczerą opinie. Jego reakcje są zawsze bardzo emocjonalne.
Tekla Hill – pająkołak, ku uciesze nieświadomych świata nadnaturalnego widzów prezentuje swoje zdolności chodzenia po każdej powierzchni. Przez odważniejszych pieszczotliwie nazywana Spider-manem. Ta kobieta o ciemnej karnacji na co dzień jest szorstka, niezbyt rozumie dowcipy i budzi powszechny niepokój w reszcie grupy (choć nikt oczywiście się nie przyzna). Jakimś sposobem zawsze była przy Meg, gdy ta potrzebowała się zwierzyć, miała jakiś problem lub była smutna. Można by chyba nazwać je przyjaciółkami albo lepiej powierniczkami tajemnic, bo w codziennych sytuacjach, rzadko ze sobą rozmawiały.
Anthony Lesser – kitsune, na scenie prezentuje swoją zwinność i wiele razy (z punktu widzenia publiczności) ocierał się o śmierć, jest mistrzem ucieczek. Wysoki brunet często występował razem z Megan, byli zgranym duetem. Ich występy zazwyczaj polegały na tym, że ona próbowała go zabić, a on w ostatniej sekundzie się ratował, ale współpracowali ze sobą także poza areną. Tony również miał naturę żartownisia, co czynił o z niego niezły materiał na partnera zbrodni. Nieźle się znał również na chemii, dlatego przygotowywał niektóre substancje do dowcipów. Gdy ktoś znalazł któregoś z większych przyjaciół Tekli w swojej skarpecie albo po umyciu głowy jego włosy stały się zielone wiedział na kogo skierować swój gniew.
Julius Anderson – kotołak, piętnastolatek pomagał Meg w pokazach z dzikimi kotami. Po pewnym występie zielonooki blondyn zaczaił się przy przyczepach artystów. Gdy zobaczył Shey podszedł do niej i stwierdził prosto z mostu, że wie kim są i chce się do nich przyłączyć. Był samotny, bez rodziny, a że wydawał się wystarczająco bystry Tenebris chętnie go przyjął. Jedyna wada jaką u niego stwierdził to to, że jest fatalnym kłamcą. Od tego czasu został czymś w stylu ucznia, młodszego brata Meg, a po jej odejściu to on został opiekunem dzikich kotów. Co prawda nie poważają małego białego kociaka tak jak kocicy z lamparcim umaszczeniem, ale jakoś daje radę.  
Flora Willow – driada, jedna z trzech które należą do ekipy Cyrku Cudów, występuje najczęściej z swoimi dwiema "siostrami" (nazywają się tak ponieważ pochodzą z tego samego gaju). Jest tą najdelikatniejszą i najbardziej nieśmiałą. Ma w sobie wiele empatii, często przed i po swoim występie rozdaje dzieciom barwne bukieciki. Niska szatynka po pierwszym spotkaniu bała się Meg, potęgował to fakt, że jedyne co Tenebris wszystkim powiedział było: "Była najemnikiem, miała niezbyt ciekawą przeszłość", a surowa maska i chłodne spojrzenie wcale nie pomagały. Ale gdy tylko trochę ją poobserwowała, gdy widziała z jaką troską zajmuje się swoimi podopiecznymi w jej szarych oczach rozbłysły promyczki przyjaźni. Meg stała się nieodłączną częścią wieczornych spacerów driad. 
Narcyaza Alder – driada, zwykle wraz z "siostrami" przedstawiały powietrzne tańce latając na pnączach. Ciemna blondynka o czekoladowych oczach jest najstarszą z driad i czuje się odpowiedzialna za swoje siostry. Ma silną intuicje i po pierwszych chwilach rozmowy z Meg stwierdziła, że kocica może być ciekawą towarzyszką. Narcyza lubi czasami płatać figle, lecz powstrzymuje się od tego, bo wyrobiła sobie opinie poważnej i rozsądnej. Dlatego prawdziwą radość sprawiało jej obserwowanie dowcipów Megan, oczywiście zawsze starała się ukryć uśmiech, ale iskierek rozbawienia w oczach już nie potrafiła.
Rosaline Beech – driada, zasłynęła ze swoich wpadek na występach i dostała tytuł królowej improwizacji, ale za to świetnie jej idzie woltyżerka. Brunetka o złocisto-piwnych oczach, jest trochę bardziej przy kości niż jej poprzedniczki, nie żeby była gruba po prostu jest odrobinę bardziej zaokrąglona. Ross jest radosna i beztroska niczym pięciolatka, choć wcale nie jest najmłodsza. Szybko polubiła Shey, mimo iż miała jej za złe, że ani razu nie chciała się z nią posprzeczać i zawsze znajdowała jakieś wyjście awaryjne. Meg unikała tego głównie dlatego, że głośne, szybko rzucane oskarżenia Ross są bardzo mylące i niemal niemożliwe do odparcia. Driada należy do osób, które lubią wykłócać się o swoje głównie dla rozrywki, tak po prostu, żeby sobie od czasu do czasu pokrzyczeć. 
Sean Riley – starszy o rok wilkołak, rzadko występuje, a jeśli już to zazwyczaj razem z młodszą siostrą w wilczej postaci. Na co dzień jest wsparciem technicznym, przenosi rekwizyty i montuje na arenie potrzebne sprzęty. Wydaje się, że nie ma rzeczy której by nie naprawił. Kiedyś występował więcej, ale po jednej z walk jaką stoczyła cyrkowa familia został poważnie raniony w lewą nogę ostrzem z jakimś specyfikiem i okulał. Gdy Meg dołączyła do grupy spała z brunetem w jednym wozie, na początku trochę się gryźli, ale po jakimś czasie doszli do porozumienia. Najbardziej przekonało niebieskookiego to, że chyba jako jedyna potrafi przemówić do rozsądku jego zbuntowanej siostrze. Dołączył do cyrku kiedy Nów zamordował jego rodziców [Oczywiście ani on, ani nawet Megan nie wie, że było to dzieło M-Nightmare]. Często razem biegali i uczył ją gotować, choć, jak uważa, z dość marnym skutkiem.
Marin Riley – wilkołak, dziewczyna rzadko występuje, bo ma problemy z samokontrolą. Jest o osiem lat młodsza od swojego brata, przez co niezbyt dobrze się dogadują. Ma dość olewający stosunek do świata, taka typowa, uparta nastolatka. Po śmierci rodziców nie chciała chodzić do szkoły, więc po wstąpieniu do cyrku uczył ja Tenebris, jednak szybko stracił cierpliwość do pyskatej dziewuchy. Nie wiadomo jak Meg na nią wpłynęła, opowiedziała jej swoja historie albo co, ale nawet delikatna poprawa była dla wszystkich zbawieniem. Marin przez jakiś czas próbowała ją spiknąć ze swoim bratem, ale w końcu odpuściła widząc, że ani trochę ich od siebie nie ciągnie.
Jeffrey Ambler – dziewiętnastolatek którego ugryzła Marin. Został w grupie tylko dla bezpieczeństwa i strachu przed światem nadnaturalnym. Rudzielec długo trzymał się na uboczu, winił wszystkich za to kim się stał. Jako, że musiał coś robić w cyrku został klaunem. Tak, klaunem. Po jakimś czasie się przełamał i trochę otworzył na grupę, bo ile można wytrzymać w samotności, ale nadal krzywo na nich patrzy.
Ciekawostki: 
Imię Shey nadała jej Aofie, a Megan matka.
Czyta głównie horrory i książki przygodowe.
Lubi śpiewać, ale peszy się gdy ma to robić przy kimś.
Świetnie wychodzi jej pieczenie ciast i innych słodkości, lecz gdy próbuje ugotować coś na obiad wszelkie jej umiejętności magicznie znikają, z tego powodu często jada na mieście. Albo kocią karmę, wiecie, taki smak z dzieciństwa.
Zdarzają się dni w których ma problemy z jedzeniem, zmusza się wtedy mimo że mało co przechodzi jej przez gardło. Zastanawiała się dlaczego tak się dzieje, ale nie podjęła w tym kierunku żadnych kroków
Nienawidzi naleśników i zupy pomidorowej, a od zapachu tego pierwszego ma odruchy wymiotne.
Potrafi tak bardzo ekscytować się pięknem przyrody, że dla niektórych ludzi jest to aż niepokojące.
W jej ubraniach jest mnóstwo ukrytych kieszonek stworzonych specjalnie do przechowywania broni. W obawie przed Nowiem zawsze ma ukryty jakiś sztylet albo chociaż noże do rzucania, rzadziej jakiś pistolet, bo przez lata w cyrku trochę się odzwyczaiła. 
Kiedy bardzo kogoś lubi, zdarza się że liźnie go po nosie. Jest to taka jej forma pocałunku w policzek, jak i niema przysięga ochrony. Śmieszy ją reakcja ludzi których spotyka to po raz pierwszy. Niektórzy po czasie się przyzwyczajają, inni za każdym razem uważają to za paskudne, ale nikt nie ma szans tego uniknąć.
Wiecznie ma koszmary, często trzęsie się przez sen. Stara się ćwiczyć świadomy sen, żeby sobie z tym jakoś poradzić.
Nie wyobraża sobie życia bez słodyczy.
Nie jada anyżowych cukierków. [Anyżowy krążek na którym wybity był słabo widoczny kruk z okiem w dziobie był "żetonem". Zleceniodawca przekazywał go wykonawcy, a ten powinien go włożyć do ust. Poprzez długie ćwiczenia Nów wyuczył mózgi swoich morderców i smak ten sprawia, że są bardziej bezwzględni i zdeterminowani do osiągnięcia celu.]  
Jest oburęczna.
Jeździ czarnym skuterem, gdy potrzebuje samochodu musi dzwonić do kogoś cyrku, jednak będąc w trasie nie zawsze mogą przyjechać.
Ma swoje własne wyznanie które nazywa "wiarą przodków". Podobno jest to jej rodzinna wiara i większości kotołaków których przodkowie pochodzą od Dzikich(cokolwiek to znaczy). Z tego powodu w sypialni ma mały ołtarzyk na którym stoją figurki podobnie do egipskiej bogini Bastet i kotów, a w każdym pokoju zawsze pali się chociaż jedna świeczka. Gardzi też jakimikolwiek bogami, nie żeby podważała ich istnienie, po prostu uważa, że są mało użyteczni.
Czasami w swoje dialogi wplata słowa z jakiegoś obcego języka, gdy jednak zapytasz o nazwę nie będzie w stanie odpowiedzieć. Uczyła go jej matka, więc zbyt dużo nie pamięta, chodź często zamiast "co" mówi "nabde" lub czasami rzuca ciche "derestin" kiedy nakryje cię na kłamstwie.
Lubi grać w szachy, lecz rzadko ma z kim.


9 paź 2017

Od Leann do Timma

Zamyśliłam się na chwilę. Postukałam palcem w dolną wargę.
- Ulubionych filmów to chyba nie... - odparłam.
- Ale bardzo lubię balony!
Timm uśmiechnął się lekko, więc odpowiedziałam radosnym uśmiechem.
- To dlatego przyczepiłaś go do żółwia?
- Trochę tak, ale tez dlatego, że jest raczej cichy i trudno go znaleźć, kiedy gdzieś wejdzie - wyjaśniłam.
Zatrzymałam się gwałtownie, żeby nie zdeptać żuczka. Pochyliłam się, by się mu przyjrzeć. Jego czarny pancerzyk rozświetlały granatowe odbłyski.
- Ładny - powiedziałam, wskazując na stworzonko.
Wyprostowałam się i ruszyłam dalej, na moment zostawiając Timma w tyle.
- Skąd ten pośpiech?
Wzruszyłam ramionami. W sumie, to nie wiedziałam dlaczego.
- Po prostu chciałam zobaczyć, co będzie dalej - uśmiechnęłam się promiennie.
- Z takich ciekawostek, to mam uczulenie na psią sierść - rzuciłam ni z tego, ni z owego.
Uniósł brwi, spoglądając w moją stronę.
- No co? - spytałam. -Gdybyś miał psa, nie mogłabym cie odwiedzić.
- Nie mam psa.
- To zaproszenie? - uśmiechnęłam się szelmowsko.
- Być może. Jeżeli chcesz.
Wystawiłam dłoń, żeby przybił mi piątkę.
- Jestem mistrzynią wpakowywania się ludziom w życie, no nie? - zaśmiałam się.
Skinął głową, patrząc na mnie z rozbawieniem.
- Ciekawe metody.
Pożegnaliśmy się niedługo po tym, a ja pognałam do domu, żeby się przebrać.
Zaległam na kanapie, w towarzystwie skrytego pod kawowym stolikiem Mozarta. Balonik zasłaniał połowę telewizora, ale w sumie mi to nie przeszkadzało. Widziałam drugą, więc miałam mniej więcej pojęcie o filmie, jaki oglądałam. Kanapa jęknęła z protestem, gdy obok mnie rzucił się Leon. Wyciągnęłam rękę, by potargać jego włosy.
- I jak ci wyszła randka? - zapytał.
- Hmm? - spojrzałam w jego stronę zaskoczona.
- Randka. Jak poszła? Uciekł?
Prychnęłam.
- Nie, dałam mu rogalika.
- To wiele wyjaśnia.
- Spadaj, braciszku.
Pokazał mi język, więcej trzepnęłam go po głowie. Wywiązała się z tego regularna bójka, ale to nic nowego. Okładaliśmy się mniej więcej dwa razy dziennie.

Timm?
Psieplasiam, bezwenie.