28 lip 2019

Ogłoszenia

Zauważyliśmy ostatnio zapotrzebowanie na taki post, w którym będzie można szukać osób, wątków, itd., itp - więc jeśli szukacie kogoś do określonej fabuły, albo po prostu kogoś do pisania, możecie to zrobić tutaj w komentarzach.
Prosimy o zawarcie w nich imienia postaci i ogólny zarys wątku.

Pozdrawiamy,
Administracja

20 kwi 2018

Od Natashy do Octaviana

Uśmiechnęłam się w dokładnie ten sam wymuszony sposób, jak robiła to moja matka za każdym razem, kiedy usiłowałam opowiedzieć jej cokolwiek o teatrze szkolnym i wystawianej sztuce. Każdorazowo jej usta układały się w obraz pokazujący, jak bardzo chciałaby mnie zrozumieć i szczerze wspierać, ale poczucie rozżalenia związanego z porzuceniem przez jej jedyną córkę niemalże pewnej, świetlistej przyszłości nie pozwalało jej cieszyć się z sukcesów dziecka. Moich sukcesów. Nienawidziłam, kiedy jej twarz przyjmowała ten pozorny, w jej mniemaniu obojętny wyraz. Dlatego tym bardziej źle czułam się z faktem, że moja w tamtej chwili wyglądała podobnie.
- Nic się nie stało, i tak się zbierałam - starałam się utrzymać kąciki swoich ust ku górze i kamienny, niemal chłodny wyraz twarzy. Nie czułam się z tym komfortowo, ale miałam dziwne przeczucie, że jeśli go nie podtrzymam, przegram jakąś walkę. Zanim wyszłam z sali, odwróciłam się jeszcze na moment w stronę Octaviana. - Jeśli będziesz mógł, i chciał oczywiście oczywiście, daj mi znać, kiedy się wykurujesz.
Skinęłam znajomemu chłopaka na pożegnanie i żwawym krokiem ruszyłam ku wyjściu z budynku szpitala. Kyler miał pojawić się na parkingu dopiero za trzy kwadranse, toteż napisałam do niego szybką wiadomość, w której informowałam go, że wrócę do mieszkania pieszo. Miałam nadzieję, że długi spacer pomoże mi oczyścić myśli i zastanowić się nad całą tą sytuacją. A dokładniej dwiema. Co prawda ta druga była spowodowana głupotą Jareda, jednak coraz bardziej tęskniłam za naszą przyjaźnią i z każdą chwilą coraz bardziej skłaniałam się ku wyciągnięciu ręki na zgodę jako pierwsza. Z tego też powodu w drodze do domu wstąpiłam do cukierni, która momentalnie zdobyła moje serce nie tylko kolorowym, uroczym szyldem, ale i widokiem, jaki zastałam w środku. Miejsce to wyglądało dosłownie jak kraina słodyczy. Za szybą stała ogromna ilość przeróżnych ciast i ciasteczek, a ogromne słoiki wypełnione były kolorowymi cukierkami, lizakami i żelkami. Po długim namyśle i niezbyt przyjaznych dla mojego portfela zakupach, wyszłam ze sklepu z dwoma niewielkimi ciastami i całkiem sporym pudełeczkiem mieszkanki różnych słodyczy. Nazwałam to swoim planem B. Swoim drugim sposobem na pogodzenie się z Jaredem.
Jednakże kiedy weszłam do mieszkania, stanęłam jak wryta na widok przyjaciela, który w rękach trzymał bardzo podobny zestaw do tego, z którym przyszłam. W jego dodatkowo znajdowała się niewielka roślinka w doniczce.
- Przepraszam - rzuciliśmy jednocześnie. Szybko odłożyłam swoje paczki na stół, a kiedy Jared zrobił to samo, objęłam go w pasie.
- Wiedziałam, że za mną zatęsknisz - odparłam, kiedy się od siebie odsunęliśmy.
Chłopak zaśmiał się krótko,
- I dlatego tak się obkupiłaś?
- Och, to miała być forma zachęty - uśmiechnęłam się szeroko. - Ale sami tego nie zmieścimy, więc z łaski swojej leć po dziewczyny i Kylera, a ja to rozłożę na talerze.
Chłopak zasalutował, udając żołnierza i po chwili zniknął za drzwiami.
Odetchnęłam w duchu, przynajmniej jedną sprawę miałam z głowy. Czułam jednak, że z drugą nie pójdzie mi tak łatwo.

Octavian?

Od Coleen do Eliasa

Usłyszawszy propozycję mężczyzny, odruchowo uniosłam brew ku górze w wyrazie zaskoczenia. Niemniej jednak na moje usta wpełzł szeroki uśmiech.
- Bardzo chętnie - odpowiedziałam niemal od razu. Po tych słowach szybko spojrzałam na wyświetlacz komórki, chcąc sprawdzić godzinę. - Za godzinę muszę być z powrotem w domu, więc nie mamy zbyt dużo czasu.
Elias skinął głową na znak, że rozumie i jednocześnie zgadza się na tą wyjątkowo krótką przechadzkę. Gdybym mogła, pewnie odwołałabym spotkanie, bowiem mężczyzna wyglądał na naprawdę sympatyczną osobę. Jednak już przez tyle czasu zbywałam swoją siostrę, że gdybym zrobiła to i tym razem, najpewniej strzeliłaby soczystego focha i musiałabym zmarnować cały weekend na przepraszanie jej. Oczywistym jest, że zależało mi na niej, ale odkąd została nauczycielką całą swoją wizytę papla o ulubionych albo tych nieznośnych uczniach, którzy zatruwają jej życie. Fakt faktem lubię dzieci, ale już tyle razy nasłuchałam się o wspaniałych osiągnięciach kochanej Astride i irytującym buntowniku Arnaudzie, że miałam ochotę zakleić Henriette usta, gdyby ta ponownie zaczęła temat swoich podopiecznych.
I to z tego powodu najbardziej żałowałam, że przechadzka ma skończyć się tak szybko. Ale hej, jeśli będzie miła zawsze można ją przecież powtórzyć.
- Niedaleko stąd jest park - dodałam jeszcze po chwili, obracając twarz w kierunku miejskiego zieleńca, wtedy jeszcze niewidocznego zza spadzistych dachów stojących przy ulicy domków. - Psy będą mogły się tam wybiegać, a my nie będziemy musieli pilnować, żeby nie wbiegły na ulicę i nie wpadły pod jadący samochód. Co pan na to, panie Russel?
Mężczyzna uniósł kącik ust delikatnie ku górze, układając je w nieznaczny uśmiech.
- Świetny pomysł, panno...? - tu się zawahał, jakby nie był do końca pewny, czy wcześniej przedstawiłam się również nazwiskiem, czy jednak nie.
- Caillte.
- To z irlandzkiego? - zapytał kilka chwil później, kiedy już szliśmy w stronę parku.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
- Nie mam pojęcia, nigdy nie sprawdzałam. Jakoś mnie to nie interesowało.
- Ale ty chyba nie jesteś Irlandką? Miałabyś inny akcent - zwrócił twarz w moim kierunku, lekko przekrzywiając głowę, jakby to miało mu ułatwić przejrzenie mnie na wylot.
- Zawsze uważałam, że dość wyraźnie słychać, iż pochodzę z Francji - w tym momencie przerwałam na moment, sprawdzając wyraz twarzy Eliasa. Jednak on jedynie dalej przypatrywał mi się z ciekawością. - Ale jeśli nie było to dla ciebie proste zadanie to znaczy, że zaczynam poddawać się wpływowi brytyjskiemu. Nie żebym miała coś przeciwko, to bardzo ładny akcent i przyjemnie się go słucha. A ty? Gdzie się urodziłeś?

Elias?

16 kwi 2018

Od Eliasa do Coleen

W myślach błagałem jedynie, abym nie natrafił na rasistę, w tym przypadku bardziej rasistkę, czy starą pannę z kotami. Przyjrzałem się jednak w tak zwanym międzyczasie twarzy kobiety, czekając na odpowiedź, ale nic, oprócz szczerego zainteresowania corgim, nie zauważyłem. Jeden problem mniej.
- Nie, wszystko w porządku, chyba uznał, że wyglądam nieapetycznie - Rzuciła z cieniem żartu w głosie, na co uniosłem kącik ust. Wyglądała na miłą, wręcz pocieszną, ze swoim wzrostem i rysami twarzy. Ale, zapewne, była starsza ode mnie. Wywnioskowałem to po jej sposobie bycia, jej mowie ciała, ruchach. To dało się wyczuć.Nawet jeśli ubierała się jak nastolatka - luźno, ale z wyczuciem.  Może niedokładnie, ze stuprocentową pewnością, jednak zawsze to dodatkowa informacja o osobie. A jak zwykł mówić mój mentor, informacje są najważniejsze w poznawaniu innego człowieka. A tę drobną istotkę z chęcią poznałbym lepiej. Oczywiście, nie w sposób dosłowny. Nie jestem zboczeńcem. Czy mężczyzną, który myśli nie tą głową, co trzeba. Szanuję się, mam swoje zasady.
Jedną z nich było poznanie imienia rozmówcy, nim zacznę składać propozycje spędzenia czasu. Już miałem to zrobić, prawie otwierałem usta, ale kobieta mnie ubiegła. Z delikatnym, ale eleganckim uśmiechem, wyciągnęła w moją stronę dłoń. Przez głowę przebiegła mi myśl, że nowo poznana osoba może być czymś więcej niż tylko śmiertelnym człowiekiem, ale instynkt podpowiedział, iż tak nie jest. Być może nawet, cała sytuacja rozwinie się w drugą stronę - Zostaniemy sojusznikami w obłaskawianiu wszelkiego zła tego świata.
- Jestem Coleen.
Przyjąłem rękę kobiety, zgodnie z zasadą etykiety, podniosłem dłoń do ust i delikatnie ją pocałowałem. Następnie uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Odruchowo zerknąłem w oczy Coleen, gdyż te, według starego porzekadła, są zwierciadłem duszy. A warto się upewnić, że takową posiada, nim się przedstawię. Ostrożność przede wszystkim.
Jak się spodziewałem, ujrzałem jedynie mieszankę kilku barw, z tego co wychwyciłem, zieleni, brązu i szarości. Czego się mogłem spodziewać. Raczej nie tego, że mały duch pomacha mi z wnętrza kobiety, co samo w sobie byłoby straszne i niepokojące. 
Potrząsnąłem delikatnie głową, odrzucając dziwne myśli, zbaczające na nieodpowiednie tory. Jeszcze chwila ciszy, a prawdopodobnie ciemnowłosa wezwie policję. Dlatego zabrałem głos.
- Elias. Elias Russell. - Odpowiedziałem, puszczając rękę dziewczyny? Kobiety? towarzyszki. Nie sądziłem, abym powiedział o sobie za dużo. W końcu, dla zwykłych ludzi, przedstawienie się z imienia i nazwiska to podstawa znajomości. Jednak w moim zawodzie, im mniej ludzie wiedzą o tobie, tym lepiej. Nie chciałem, aby ktoś sprzedał o mnie informacje jakimś zawistnym nadnaturalnym, którzy urządziliby sobie polowanie. Zbyt bardzo cenię sobie swoją głowę. Preferowałbym, aby została na swoim miejscu jak najdłużej. Jak pozostałe części ciała.
- Widzę, że masz psy. Może przejdziemy się na spacer po okolicy? Książę chętnie by się rozruszał. - Wskazałem podbródkiem na corgiego, który teraz odprawiał rytuał psiego poznania na każdym z pupili Coleen. Przypomniałem sobie o otwartych drzwiach, ale uznałem, że nie będę teraz zostawiał kobiety na ulicy samej, nawet jeśli to byłaby minuta, góra dwie, jeśli zamek znowu postanowił się zbuntować. Lepiej będzie, jak poczekam na odpowiedź, nim zacznę robić złe wrażenie.

Coleen?

14 kwi 2018

Od Coleen do Eliasa

Grube jak groch krople deszczu uderzały rytmicznie o ogromne, zajmujące prawie całą ścianę okno w moim salonie, zagłuszając częściowo płynącą z głośników ściszoną do praktycznie minimalnej głośności muzykę. San Lizele było pogrążone w gęstej ulewie od kilku godzin, a ja korzystając z faktu, że mam wymówkę do siedzenia w mieszkaniu, wygodnie rozłożyłam się na kanapie. Mimo że miasteczko znajdowało się w pewnej odległości od Londynu, to jednak tutejsza pogoda była bardzo zbliżona do tej w brytyjskiej stolicy.
Z racji braku planów na dzisiaj, zamierzałam nadrobić godziny straconego w ciągu tygodnia snu, a późnym popołudniem wybrać się na spacer ze swoim trio, które właśnie drzemało sobie zgodnie na dywanie. I właśnie w tej postaci lubiłam swoje psy najbardziej, kiedy spały i nie próbowały zdemolować mi mieszkania, co odkąd ze mną zamieszkały, było chyba ich priorytetem. Mówiąc całkowicie poważnie, gdybym ich nie pilnowała, to to miejsce wyglądałoby jak ruina. A osoba, która się z tym nie zgodzi, pewnie nigdy w życiu nie miała w domu jamnika.
Około godziny szesnastej zwlokłam się ze swojego wygodnego miejsca i ruszyłam w kierunku łazienki, żeby doprowadzić się do względnego porządku. A przynajmniej, żeby nie straszyć swoich wyglądem innych ludzi. Poprawiłam swoją rozczochraną fryzurę i zmyłam rozmazany tusz ze swoich kości policzkowych, wklepując w twarz cienką warstwę kremu ochronnego. Następnie wciągnęłam niezdarnie przez głowę żółty jak płatki słonecznika sweter, a szerokie spodnie dresowe zmieniłam na wąskie, ale wygodne dżinsy. Po włożeniu białych adidasów byłam gotowa do spaceru. Jedyne co zostało mi do zrobienia, to przypięcie swoim psom smyczy - a to był chyba najtrudniejszy punkt z mojej listy 'do wykonania'.
- Makaron! - jęknęłam żałośnie, kiedy niesforny jamnik -  już przypiętą smyczą - zaczął biegać dookoła Flynna i Shiloha, w oczywisty sposób plącząc całą taśmę, która z każdą chwilą coraz bardziej przypominała ugotowane i położone niedbale na talerzu kluski do spaghetti. Z każdym skokiem psa moje zwykle niewyczerpalne pokłady cierpliwości kurczyły się o jej ogromne ilości. Naprawdę zależało mi na tym, by dzień ten spędzić w miłej atmosferze, a zapowiadało się na to, że planowany przeze mnie miły spacer zmieni się w męczarnię spowodowaną zachowaniem Makarona. W pewnej chwili, mając serdecznie dość energicznego jamnika, zdecydowanym ruchem złapałam go za szelki, gwałtowanie zmuszając go tym samym do zatrzymania. Klnąc pod nosem zabrałam się za odplątywanie smyczy i kiedy w końcu udało mi się to zrobić, zlustrowałam wzrokiem swoje trio, które już względnie grzecznie czekało na wyjście z kamienicy. Przewróciłam oczami i z wieloma obawami wyszłam na zewnątrz, dzierżąc w dłoni smycz, do której przypięte były dwa psy oraz jedno narzędzie zdolne do zniszczenia Ziemi.
Z powodu ładnej pogody wydłużyłam naszą codzienną trasę o dodatkowe kilka uliczek przy której stały rządkiem identyczne budynki zbudowane w typowym angielskim stylu. Wiosenne słońce i obfite opady deszczu sprawiły, że przydomowe ogródki zazieleniły się, a gdzieniegdzie na grządkach można było dostrzec wychylające się spod ziemi kwiaty. Część mieszkańców tych kwater powychodziła z domu, zachęcona ciepłem typowym dla kwietniowych dni. W pewnym momencie mój marsz został przerwany przez psa, jednak nie mojego, ale obcego, który omijając moje trio podbiegł do moich nóg, zaczynając równocześnie szczekać. Z początku odskoczyłam od corgiego, z oczywistego powodu obawiając się o swoje bezpieczeństwo, jednak szybko dotarło do mnie, że pies chce się jedynie przywitać. Nie obnażał zębów, a jego ogon merdał radośnie to w lewo, to w prawo. Przykucnęłam, żeby podrapać go za uchem.
- Przepraszam. Sir Pebbles po prostu jest uzależniony od głaskania. Nic ci chyba nie zrobił, nie? - podniosłam głowę, prostując się jednocześnie na dźwięk głosu mężczyzny. Złapałam też mocniej smycz, by Makaron nie rzucił się ku nieznajomemu. Ku mojemu zadowoleniu jamnik zamiast rzucić się w jego kierunku, zajął się poznawaniem corgiego.
- Nie, wszystko w porządku, chyba uznał, że wyglądam nieapetycznie - rzuciłam żartobliwie, spoglądając na właściciela Pebblesa. Był dużo wyższy ode mnie. Gdybym miała obstawiać różnicę wzrostu dałabym jakieś trzydzieści centymetrów. Zdecydowanie nie wyglądał też na Brytyjczyka. Na początku uznałam go za Syryjczyka, jednak po chwili obserwacji dostrzegłam, że urodą bardziej przypomina Hindusa. Poza tym miał psa, a źli ludzie zazwyczaj nie są właścicielami uroczych psiaków. Uśmiechnęłam się lekko, wyciągając dłoń ku mężczyźnie w geście powitania. - Jestem Coleen.

7 kwi 2018

Od Aurayi do Ezequiela


               Jazda była niesamowitym uczuciem, choć otwarcie tego nie powiem. Zawsze słyszałam, że jeździectwo ma w sobie coś z wolności, można poczuć magię, kiedy galopuje się przez zielone łąki czy kwieciste wzgórza. Byłam przekonana, że jest mi to niepotrzebne. Ja swoją wolność miałam, kiedy wznosiłam się w powietrze, kiedy czułam wiatr we włosach i pomiędzy skrzydłami. Sądziłam, że jest to ten sam rodzaj wolności. Myliłam się. Co prawda na razie nie galopowałam, a jedynie wolnym truchtem jeździłam w kółko, nie zmienia to faktu, że było to coś dla mnie niezwykłego. Niecodziennego. Coś, o czym mogłam jedynie marzyć.
Zanim odpowiedziałam Edowi, spojrzałam jeszcze raz w kierunku klaczy, w jej wielkie i ufne oczy. Miałam wrażenie, że ona mnie rozumie. Co było absurdalne, bo to nie jest możliwe.
- Nie tak bardzo, jak sądziłam – odpowiedziałam w końcu, wracając spojrzeniem na mężczyznę – Ale nie wiem, czy chcę to kontynuować.
- Dlaczego?
- To dopiero początek. Już z samym wsiadaniem miałam problem. Naprawdę uważasz, że mogę być dobrym jeźdźcem? Ja w to raczej nie wierzę.
- To była dopiero pierwsza lekcja. Nie możesz wszystkiego oceniać po pierwszym razie. – mężczyzna skarcił mnie spojrzeniem. Podziwiam to, że wierzył, iż naprawdę mogę nauczyć się jeździć konno. – Chodź, odstawimy Miracle.
Ed znów kazał mi prowadzić klacz, dlatego z lekką niepewnością złapałam za jej wodzę. Bez żadnego więcej słowa udałam się za mężczyzną w kierunku wyjścia.
               Kiedy dochodziliśmy do stajni zaczął dzwonić mi telefon. Nie musiała patrzeć na wyświetlacz, aby domyślić się, kto dzwoni. Wiedziałam, że na dzisiaj koniec nauki, ale naprawdę w tym momencie byłam w stanie zgodzić się wsiąść jeszcze raz na siodło, niż wracać do domu. Wiedziałam, co mnie tam będzie czekać.
-Ed… - zaczęłam niepewnie. – Nie ma czegoś jeszcze do zrobienia? Nie wiem. Zdjąć to wszystko z klaczy, umyć ją. Cokolwiek.
Spojrzał na mnie lekko zaskoczony i zdzwiony.
- A co?
- A uwierzysz mi, jak ci powiem, że chce się dalej uczyć?
Mężczyzna już otworzył usta, chcąc zapewne prosić o jakieś wyjaśnienia, kiedy komórka znów mi zadzwoniła. Nie było potrzeba niczego więcej, aby zrozumiał, o co chodzi.
- W zasadzie, jeżeli chcesz, możesz się nią zająć. Będziecie ze sobą dość sporo czasu spędzać, więc nawet na dobre to wyjdzie. – stwierdził Ed i podszedł do mnie, aby wziąć ode mnie wodzę i poprowadził klacz przed stajnię i przywiązał ją do tego samego słupka, do którego była przywiązana, kiedy do niej przyszliśmy.
- Poczekaj tutaj. Wezmę tylko odpowiednie przybory i zaraz wracam.
Kiedy mężczyzna zniknął mi z pola widzenia, niepewnie podeszłam do Miracle, nie wiedząc, co innego mogę ze sobą zrobić. Klaczka zarżała cicho i potrząsnęła głową. Nie do końca będąc świadomą, co robię, pogłaskałam ją po nozdrzach.
- Po tym wszystkim, co przeszłam, przeraża mnie jazda konna. Uwierzysz mi? – szepnęłam cicho, rozglądając się dookoła, aby upewnić się, że nikt mnie nie zauważy. Rozmawianie z końmi, to chyba nie jest normalne.
Każdy ma swoją historię – zdawały się mówić jej oczy.
- Chyba powinnam ci podziękować za to, że mnie dzisiaj nie zrzuciłaś – uśmiechnęłam się – i, że byłaś taka wyrozumiała, jeżeli chodzi o moją toporną naukę jazdy.
Delikatnie zaczęłam gładzić ją po grzywie, a klacz wydawała ciche rżenie zadowolenia, domagając się więcej pieszczot. Zaśmiałam się na ten widok.
- Widzę, że zaczynacie się dogadywać. – nie musiałam patrzeć w kierunku Eda, żeby wiedzieć, że jest rozbawiony całą tą sytuacją. Mam tylko nadzieję, że nie słyszał, jak rozmawiam z koniem.
- Jeżeli dalej zamierzasz mnie zmuszać do nauki, to musimy jakoś się porozumieć, prawda? – odparowałam.
Mężczyzna nadal lekko się uśmiechając, zaczął mi pokazywać, jak zdjąć poszczególne elementy ekwipunku. Kiedy wszystko zostało odpowiednio uprzątnięte, sprawdzone i odłożone na miejsce, zabraliśmy się za czyszczenie klaczy. Naprawdę starałam się to robić najwolniej, jak tylko mogłam.
- Jak wrażenia po pierwszej jeździe?
- Dobrze.
- Tylko tyle? Nic więcej?
- Było znacznie lepiej, niż się spodziewałam. To chciałeś usłyszeć? – mimowolnie się uśmiechnęłam
- Później będzie jeszcze lepiej.
- Jeżeli będzie jakiekolwiek później.
- O to nie musisz się martwić.
Między nami znów zapadła cisza. Oboje skupiliśmy całą swoją uwagę na czyszczeniu konia. Niestety długo taki stan racji nie trwał. Niezmącony spokój znów przerwał mój telefon, a ja zapragnęłam go w tym momencie rozwalić. Fakt, mogłam odebrać i to przerwać. Jednak w głębi chciałam odegrać się na Jamesie za to, co robił przez ostatni tydzień. Powiedziałam mu, dokąd idę, ja mam czyste sumienie.
- Jak po rozmowie z bratem? Chyba nie wszystko zakończyło się tak, jak chciałaś – zagadnął Ed.
Tak szczerze, to nie chciałam o tym mówić. Nie jestem z tych, co wdają się w ploteczki i opowiadają, co tam u nich słychać. Jednak zmusiłam go do nadprogramowego oporządzania konia. Zasługiwał na małe wyjaśnienia.
- Jest jeszcze gorzej. Kontroluje mnie na każdym kroku. Pilnuje drzwi przez całą dobę. Cudem jest, że dzisiaj wyszłam. No i chce, abym to rzuciła. Twierdzi, że jest to zbyt niebezpieczne. No i nienawidzi cię za to, że mnie w to wciągnąłeś. Chyba jeszcze nigdy się tak nie pokłóciliśmy.
Mężczyzna przez chwilę przetrawiał informacje.
- Daj mu trochę czasu. To normalne, że się martwi. Chce cię chronić, jak to bracia.
- Tyle, że ja nie potrzebuję ochrony. Umiem sama o siebie zadbać. Przez tyle lat walczyłam na… - w ostatniej chwili ugryzłam się w język, nim powiedziałam zbyt wiele. Jak mogłam być tak nieostrożna? Te telefony tak bardzo wytrąciły mnie z równowagi, iż szybciej mówiłam, niż myślałam o tym, co chce powiedzieć.
Ed spojrzał na mnie zaciekawiony. Już słyszałam pytania, które kłębią mu się w głowie. Zaczęłam panikować. Doszło to do tego stopnia, że zaczęłam się modlić o jakiś drobny cud. To nie był temat do rozmów. Nikomu o tym nie mówiłam i nie zamierzam w dalszym ciągu poruszać tego tematu.
               Nie uwierzycie. Chyba po raz pierwszy w życiu zostałam wysłuchana. W momencie, kiedy Ed zaczął już formułować pierwsze pytanie, zadzwonił telefon. Tyle, że tym razem jego. Z konsternacją spojrzał na wyświetlany numer. Odebrał natychmiast. Po krótkiej wymianie zdań, rozłączył się i spojrzał na mnie poważnie.
- Chyba właśnie skończył się nasz czas wolny.
- Kolejna sprawa? Tak szybko?
- Morderstwo i zaginięcie. Musimy jechać, Blair już na nas czeka. Zawołam tylko Alexa, aby zabrał Miracle i możemy jechać.
               Gdy Ed oddalił się, poszłam szybko się przebrać. No i tym razem nie mogłam uniknąć rozmowy z bratem. Słowo to słowo. A jeżeli chciałam dalej w tym działać, musiałam być uczciwa wobec niego. Zwlekałam z tą chwilą jak najdłużej, bo wiedziałam, co usłyszę.
- Kolejne morderstwo? Nie za szybko? Kto to?
- Wszystkiego się dowiem na miejscu.
- Gdzie to?
- Nie wiem. Ed ma wszystkie informacje.
- Wracaj do domu.
- Nie ma mowy. Mieliśmy umowę. Ja cię informuję o sprawach. Ty pozwalasz mi działać.
Rozłączyłam się jak najszybciej. Powiedziałam mu o sprawie, dotrzymałam słowa. Nie ma prawa mnie powstrzymywać. Wiedziałam, że z kolei on pożałował tego, że się w ogóle na to zgodził. Nawet przez telefon czułam jego wściekłość.
               W drodze na miejsce zbrodni niewiele rozmawialiśmy. Ed tylko przekazał mi wszystko, czego dowiedział się od Blaira. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, co tym razem się wydarzyło. Kto był sprawcą. No i jak potoczy się całe śledztwo. Skoro poprzednie sprawiło tylko kłopotów, pytanie czy to nie okaże się jeszcze trudniejsze.
               Po niespełna półtoragodzinnej podróży dotarliśmy w końcu na przedmieścia San Lizele. Okolica była cicha i spokojna. Wszystko dookoła było pokryte różnego rodzaju roślinami. A w centrum tego wszystkiego stał jeden, jedyny, samotny dom. Ten widok był piękny i zarazem przerażający. Mieszkanie było niewielkie, jak na domek jednorodzinny. Jedno piętro, trzy pokoje. Wszystko skromnie urządzone. Kiedy przekroczyłam próg domu, uderzył we mnie minimalizmy wystroju. I to, że było tu strasznie dużo roślinności. Jakby właściciele chcieli zrobić sobie osobisty ogród w mieszkaniu.
Choć zazwyczaj pewnie panował tu ład i spokój, dzisiaj było znacznie inaczej. Wszędzie dookoła kręcili się śledczy, zbierający dowody i robiący zdjęcia.
- Wreszcie jesteście. – podszedł do nas starszy mężczyzna i ręką pokazał, abyśmy poszli za nim.
Skierował nas do salonu, gdzie na środku leżał martwy mężczyzna. Wszędzie dookoła była krew, a z racji tego, że leżał na plecach, mogłam spojrzeć w jego puste, martwe oczy. Aż dreszcz mnie przeszedł. Wyglądało to co najmniej przerażająco.
- Co wiadomo?
- Ofiara jest na całym ciele podrapana. Rany są dość głębokie. Jednak zginął od podcięcia gardła. Sposób działania wskazuje na istotę nadnaturalną, prawdopodobnie wilkołaka. Jego żona gdzieś zniknęła. Facet był człowiekiem, żona najprawdopodobniej to driada. Córka twierdzi, że sprawca ją zabrał.
- Córka?
- Tak. Mała schowała się w szafie, kiedy wszystko się zaczęło. Jest jedynym świadkiem.
Spojrzałam w kierunku, gdzie dziewczynka się znajdowała. Miała może siedem-osiem lat. Na pewno nie więcej. Stała przerażona w kącie pokoju, co chwila zerkając na swojego nieżyjącego już ojca. W głębi duszy jej współczułam. Była taka młoda, a już została sama. Co gorsza, widziała śmierć jednego ze swoich rodziców. A teraz jest zdana sama na siebie. Westchnęła smutno. Doskonale wiedziałam, jak się teraz czuje. Doskonale wiedziałam, co ją teraz czeka. I dlatego jeszcze bardziej postanowiłam sobie znaleźć sprawcę tego wszystkiego i wymierzyć sprawiedliwość.
- Widziała sprawcę? – spytałam
- Tylko przez chwilę. I do tego w momencie, kiedy stał tyłem. Niestety tu mamy nie za wiele informacji.

Ed? Przepraszam za tak długo. No i tak chaotycznie. Chyba wyszłam z wprawy pisania :/

4 kwi 2018

Event wiosenny!

Hej, hej, wszystkim!

Wiosna to pora roku, kiedy wszystko budzi się do życia, świeci słonko, ale nie jest za gorąco i każdy, nawet największy leń, chętnie wychodzi na zewnątrz, by posiedzieć na trawie albo się gdzieś przejść. Jest to też świetny czas na próbowanie nowych, nigdy nie robionych przez nas wcześniej rzeczy. Dlatego właśnie przedstawiamy wam nietypową listę questów prosto z fabryki genialnych pomysłów administracji (jeszcze ciepłe).
O, nawiasem mówiąc w Bestiariuszu pojawiły się dwie nowe rasy!

1. Napisz opowiadanie w formie dramatu, w którym twoja postać podczas spędzania wolnego czasu na łonie przyrody poznaje Człowieka Imienia. Koniecznie przedstaw jak rozwinie się ta znajomość! Pamiętaj o didaskaliach, punkcie kulminacyjnym i reszcie rzeczy, które sprawiają, że dramat jest dramatem a nie powieścią.
2. Pogoda zapowiadana na najbliższy weekend idealnie nadaje się na zorganizowanie wycieczki albo spotkania ze znajomymi w plenerze (lub poznania nowych!!). Zaproś kogoś do wspólnej zabawy i napisz z nim krótką historię - wystarczą dwa posty (jeden od jednej, drugi od drugiej postaci). Może przerodzi się to w dłuższą znajomość?
3. Spokojny pobyt nad jeziorem znajdującym się w okolicach San Lizele zostaje nagle przerwany przez atak Nieczłowieka. Twoim zadaniem jest odnaleźć go i sprawdzić, czy incydent ten był zamierzonym działaniem, czy wynikiem braku kontroli nad umiejętnością Nieczłowieka.

Miłej zabawy i powodzenia!
~Administracja