28 lip 2019

Ogłoszenia

Zauważyliśmy ostatnio zapotrzebowanie na taki post, w którym będzie można szukać osób, wątków, itd., itp - więc jeśli szukacie kogoś do określonej fabuły, albo po prostu kogoś do pisania, możecie to zrobić tutaj w komentarzach.
Prosimy o zawarcie w nich imienia postaci i ogólny zarys wątku.

Pozdrawiamy,
Administracja

23 sty 2018

Od Horace'a do Theodora

Myślałem, że będę sam, iż ten obcy nie pojawi się tu po raz drugi. Myliłem się. Nie miałem powodów by go atakować, obserwowałem go. Basior uczynił coś zupełnie niespodziewanego, skoczył wprost na mnie w celu...zabawy? Śnieg, który zleciał z gałęzi drzewa, pokrył całą moją głowę. Samiec przygniatał mnie do ziemi, po kilku chwilach jednak zlazł. Wyprostowałem się, a on trącił mój bok pyska nosem. Cóż za śmiałość? Dziecinność? Nie ośmieliłem się odpowiedzieć samemu sobie na te pytanie. Czułem chęć porwania się ku tej rozrywce. Zacząłem machać delikatnie ogonem i z dziwną gracją doskoczyłem do wilka. Pacnąłem go łapą i skoczyłem znów, zwiększając o odrobinę naszą odległość. Tak zaczęła się nasza zabawa. Ścigaliśmy się przemierzając las pokryty małą warstwą zimowego puchu. Nie obeszło się bez kolejnych wywrotek, cichych pisków uciechy czy też podgryzań łap. Przystanąłem w końcu na wzniesieniu i złapałem oddech. Mój język zwisał z radośnie otwartej paszczy. Obserwowałem jak wypuszczane przez mnie powietrze przemienia się w "dym". Położyłem się, czułem większy spokój. Przymknąłem na moment oczy, a gdy je otworzyłem czarny samiec był już przed mną. Wstałem i ruszyłem ku wyjściu lasu. Domyślałem się, że godzina była już późna. Ulice zapewne przemierzają kotołaki lub inne stworzenia nadnaturalne. Więc kogo zdziwią dwa wilki? Nie wiedziałem czy samiec za mną podąża, parłem przed siebie. Przyspieszyłem, biegłem wolnym tempem by skrócić czas podróży. Skuszony myślą, że zostałem sam, obróciłem pysk. Samiec biegł za mną. Wywołało to we mnie uczucie jakby szczęścia. Nie byłem w końcu osamotniony, ktoś mi towarzyszył. Na dodatek był to wilkołak. Niestety, nie znałem jego imienia, ani wieku. Po kilku minutach wydostaliśmy się z lasu, byliśmy przy drodze, minął nas jeden samochód. Mocny blask lamp zamigotał w moich oczach i zniknął za zakrętem. Nie wiem czy był to zwiastun spokojnej drogi czy też na odwrót. W każdym razie, postanowiłem pokazać mu gdzie mieszkam. Ta myśl przepełniała mój umysł, wywołując energię by biec szybciej. Jednak z opanowaniem utrzymywałem to samo tempo. Poduszki moich łap odbijały się od twardego asfaltu. Wiedziałem, że będą potem obolałe, ale to minie, stan przejściowy, jak to się mówi. Czułem się szczeniacko dobrze, goniąc tak za księżycem pod osłoną nocy, a za mną podążał ktoś nieznajomo znajomy. Wkrótce znajdowaliśmy się w centrum San Lizele, po około 20 minutach byliśmy pod mym lokum. Usiadłem i wlepiłem wzrok w budynek. Była tam moja kawalerka, która nigdy nie była przygotowana na gości. Zawsze w środku mieściła baterie butelek pełny oraz pustych i brudnych szklanek. Zmartwiło mnie to teraz, cóż bym zrobił gdybym przez przypadek kogoś zaprosił? I gdyby było by to tak od zaraz, bez możliwości posprzątania tego syfu? Och, nie chciałem by ktoś dowiadywał się, że mam pewne problemy z alkoholem. Może mógłbym zwalić to na odreagowywanie stresu zawodowego? No pewnie, kolejny aktor pijak! Cóż za wyśmienita rola społeczna! Jest się czym chwalić! Brawo Horace! Powiedz, jeszcze, że fantastycznie się tak pije w tej nędznej samotności i pozostałościach wspomnień z przeszłości, hę? Poczułem bliskość czarnego basiora, także siedział. Spoglądał w podobny punkt co ja, ciekawe czy rozumiał o co mi chodzi.


Theodor? Dalej bez weny .v.

22 sty 2018

Od Theodora do Horace'a

Kiedy podczas ostatniej pełni spotkałem w lesie tajemniczego wilkołaka, nie byłem pewien czy jestem bardziej przestraszony, zdziwiony... A może i nawet czułem się zagrożony. Znalazłem się w końcu w owym lesie, aby nie zrobić nikomu krzywdy - a tymczasem napotykając wilka omal go nie zaatakowałem, gdyby nie pacnął mnie w porę w pysk.
Dotknąłem swojego policzka, chcąc przywołać w myślach dotyk i zapach nieznajomego. Był zupełnie inny niż zapach dotychczas znanych mi wilkołaków, wręcz pociągający. Pragnąłem poczuć to jeszcze raz.
Znalazłem się w lesie ponownie, kiedy brzask księżyca oświetlił moje ciało, a ja przemieniłem się w wilka o ciemnej sierści. Przemiana przebiegła w sposób inny niż zawsze - niezbyt bolesny, a i ja zachowałem trzeźwość umysłu, nie licząc zwierzęcych instynktów, które wręcz wariowały. Może to przez fakt, że tego dnia byłem... Spokojniejszy? I podekscytowany możliwością kolejnego spotkania nowego towarzysza.
Potrząsnąłem łbem, strzepując z futra białe płatki śniegu. Rozejrzałem się wokół, szukając wzrokiem basiora, którego wcześniej spotkałem. Zdawałem sobie sprawę, że nie powinienem był tu przychodzić - prawdopodobnie to jego teren, a ja znowu mogłem stracić nad sobą panowanie, do czego rzecz jasna nie chciałem dopuścić. Z drugiej strony jednak ciekawość nade mną zwyciężała, a ja chciałem ponownie poczuć zapach wilka, móc zobaczyć jego ciemnobrązową sierść w świetle księżyca.
Słysząc szelest odwróciłem głowę w stronę polany, czyli w to samo miejsce, w którym ostatnim razem spotkałem się z wilkiem. Nadstawiłem uszu, a jeśli wilki potrafią się uśmiechać, to właśnie na moim pysku pojawił się ogromny banan - pojawił się. Stał przede mną w pełnej swej okazałości, ciemnobrązowy wilk o jasnobrązowych ślepiach i intensywnym zapachu, który niemal dosłownie oczarował moje zmysły.
Tym razem jednak nie zaatakowałem, kiedy basior stanął kilka metrów dalej. Choć na wypadek wrogości wobec mnie byłem przygotowany do ucieczki lub ataku, to mimo wszystko przysiadłem na oziębłej trawie i przekrzywiłem głowę, przypatrując się uważnie nieznanemu wilkołakowi. Czekałem na jego ruch, ten jednak tylko odwzajemniał moje ostrożne spojrzenie, więc to ja musiałem go zaczepić.
Podniosłem się powoli z ziemi. Moje mięśnie napięły się, a ja naprężając się do skoku oblizałem pysk. I fakt, skoczyłem - ale nie z zamiarem rozpoczęcia walki kłów, a... zabawy.
Być może zachowywałem się jak naiwne szczenię, ale pragnęłam poczuć bliskość towarzysza ponownie na własnej skórze, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
Przewróciłem wilka na ziemię, w skutek czego potoczyliśmy się kilka metrów dalej po polanie i uderzyliśmy w drzewo. Jedna z gałęzi zatrzęsła się, zrzucając na nas śnieg.
Parsknąłem, potrząsając łbem. Przygniatałem swoim cielskiem basiora i - szczerze mówiąc - miałem dużą ochotę nie schodzić z niego trochę dłużej, chociaż nie chciałem, żeby już na starcie wziął mnie za kompletnego dziwaka. Zszedłem więc ostrożnie z wilkołaka, w ramach przeprosin trącając go nosem w pysk w przyjacielskim geście.

Horace? ♥

Od Horace'a do Theodora

Gdy zostałem przygnieciony do ziemi poczułem zaskoczenie i cichy strach. Wywołało to krótki atak impulsów do mojej głowy. "Chroń się, chroń!" - dźwięczało w uszach. Posłuchałem się wewnętrznego głosu i już po chwili byłem wilkiem. Moja ciemnobrązowa sierść nastroszyła się, a kły odsłoniłem delikatnie. Mięśnie były spięte, gotowe na nagłą konfrontację. Swoimi ślepiami zanalizowałem przeciwnika. Większy, jego futro stapiało się z nocą, a oczy połyskiwały, zielone. Widziałem w nich pewne szaleństwo. Nie byłem pewny czy atakować, czy też czekać na ruch basiora. Leżałem tak po nim, a ciszę przerywały co chwilowe powarkiwania. Niespodziewanie moja łapa znalazła się na nosie samca. Miało go to zdezorientować. Spotkało mnie jedynie jego niewyczuwalne spojrzenie, a tuż po chwili odskoczył, niby wystrzelony z procy. Sprężyście wylądował na czterech łapach. Kły schował. Prędko wstałem, nie spuszczałem z niego wzroku. Krążyliśmy, badając siebie nawzajem. Próbowałem przewidzieć jego każdy ruch. Drzewa szumiały. Gdyby zaatakował...mógłbym przegrać, był w końcu większy. Skuliłem się z lekka, odwróciłem i zacząłem biec.
~~~~
Byłem świadomy, że dzisiejszej nocy księżyc będzie pięknie okrągły, a moje wilcze zmysły będą szaleć. Zaplanowałem więc, że wyżyję się w lesie, z dala od innych. Wieczór zbliżał się nieubłaganie szybko. Wypiłem jedną szklankę brandy i uznałem, iż dobrze byłoby już wychodzić. Tak też zrobiłem. Przebrany w wygodne ubranie wolnym krokiem skierowałem się do lasu. Wspominałem wszystkie ucieczki, pierwsze pocałunki, szalone zabawy, pierwszy raz mojej przemiany. Wydawało się być to zupełnie bez wyrazu, a przecież była to moja przeszłość. Nieustannie grałem, przez co również byłem zmęczony. 
- Niedługo kolejna premiera - burknąłem pod nosem.
Ciemność zapadła na dobre, a księżyc znajdował się wysoko na niebie.Wewnątrz mnie wszystko szalało. Lecz najpierw musiałem dojść na "swoją" polanę. 
~~~~
Nie wiem kiedy płatki śniegu poczęły lądować na moim futrze, już nie biegłem, wciągałem teraz duże hausty powietrza do mych płuc. Rozglądałem się to na prawo to na lewo. Mimo wszystko miałem na sobie jego zapach, który jakimś niewyjaśnionym sposobem utkwił mi w nozdrzach.



Theodor?

21 sty 2018

"Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a jej zaspokajanie to pierwszy krok do nieba"

Kontakt: paniswoichmarzen@gmail.com || Howrse: Tobka
Nick na chacie: Lunaye

 Severio Moor
20 lat | Mężczyzna | Kotołak
Głos: Lee Taemin
Opis: Drobnej postury chłopak o blond włosach, skośnych oczach i lekkim uśmiechu, można by rzecz słownikowa definicja farbowanego azjaty. Nic bardziej mylnego. Charakterystyczne oczy i budowę ciała zawdzięcza swojej naturze. Miły, uczynny, prostoduszny i ciekawski. Urodził się 20 lat temu, ale nie jako człowiek, lecz jako kot. Na obrzeżach San Lizele, w biały, staromodnym domu, który bardziej przypomina chatę leśnej wiedźmy mieszka starsza kobieta, z dużą ilością kotów. Jest to babcia Smith, i faktycznie nigdy nie zaznała męskiej adoracji. Za to jej miłością są  koty, w każdej postaci. Kobieta jest zwykłym człowiekiem, lecz swoje życie poświęciła nadnaturalnym, a dokładniej kotołakom. W jej domu mieszka wielu przedstawicieli tej rasy, przygarnia ich by dać im nowe życie. Tam właśnie chłopak przyszedł na świat, tam także przyszła na świat jego matka, i troje braci. Severio jest pełnym kotołakiem, większość swojego życia spędził w postaci kota, lecz gdy zaczął dorastać jego zainteresowanie przyciągnął świat ludzi w miasteczku. Matka, która pomieszkiwała w mieście pomogła mu opanować pełne przemiany an płaszczyźnie człowiek-kot. "Babcia" zaczęła go uczyć w domu i gdy był na to gotowy opiekunki zapisały go do szkoły gdyż bardzo tego pragnął. Ludzie intrygowali go i pociągali. Jak przystało na kota zawsze był ciekawski. Podczas kształcenia zrobiło na nim wrażenie jak wiele osiągnęli i jak wielu odkryć dokonali, ile rzeczy stworzyli. Starał się zaprzyjaźnić z jak największą liczbą osób, w wolnym czasie jako kot przemierzał miasto by przyglądać się codziennym sytuacjom. Lecz pewnego dnia ktoś dowiedział się o jego naturze, było to w czasach liceum. Musiał zmienić szkołę z obawy przed przyciągnięciem zainteresowania łowców, ponieważ ludzie naznaczyli go piętnem odmieńca i krwiożerczej istoty, co jednak dalekie było od prawdy. Przeniósł się na drugi koniec miasta. Tam sprawy były zgoła inne, ludzie nie chcieli z nim rozmawiać, widzieli w nim odmieńca gdyż nie do końca potrafił wpasować się w ludzkie obyczaje i zachowania. Stronili od niego, z biegiem czasu pojawiły się wyzwiska i prześladowania. Severio jednak znosił je dzielnie i nie odrzucił marzenia o funkcjonowaniu w społeczności. Stał się jednak lekko zamknięty w sobie i mniej ufny, wolał obserwować wszystko z boku. Zaczęły interesować go jednostki, przyglądał się im. Może się to wydawać straszne, jednak nie był prześladowcą. Osoby te ciekawiły go tylko przed poszczególne cechy, które jak myślał, powinien pojąć i nauczyć się. Bywało, że jako kot przemykał między nogami detektywów i przyglądał się prowadzonym śledztwom. Jego ciekawość świata i ludzi nie znała granic. Zaczął zauważać w końcu, że ludzie tak jak koty też łączą się w pary. Spostrzegł jednak pewne różnice, bo nie tylko przeciwne płci się przyciągały, co było dla niego nie tyle zagadką, co lekką ulgą. Bowiem sam nigdy nie interesował się kobietami, czy też kotołaczkami. Uważał się w głębi duszy za dziwaka z tego powodu, tak też oceniali go inni. Jednak z powodu swojego odkrycia poczuł się lepiej, lecz nie chciał sam angażować się w życie ludzi w miasteczku, więc pogodził się z myślą, że wśród kotów nikogo nie znajdzie i zostanie sam. Zaspokajał się nauką nowych rzeczy i poznawania otaczającego go świata. Dzięki kocim genom był niezłym akrobatą, a umiejętność skradania była dla niego pestką. Był jak cień przemykający wśród drzew.
 Stosunki:
  • Babcia Smith - opiekunka i nauczycielka, jest dla niego niczym rodzina i darzy ją wielkim szacunkiem
  • Elara Moor - matka, łączyła ich zażyła więź, która jednak osłabła na przestrzeni lat
  • Tommy, Devon, Kriss - jego trzej bracia, nie utrzymuje z nimi kontaktu, ich drogi się rozeszły
Ciekawostki: 
  •  sam nie potrafi określić swojej orientacji, ale na pewno nie jest hetero
  • uwielbia tańczyć
  • potrafi zadawać dużo pytań
  • jego hobby to oglądanie poczynań ludzkich, np, dochodzenia, relacje międzyludzkie itp.
  • jest pełnym kotołakiem, potrafi zamieniać się w kota i w człowieka na przemian

20 sty 2018

Od Anthony'ego do Holland

Uprzedzając pytania - nie, nie mam pojęcia, dlaczego pomogłem dziewczynie, którą ktoś - lub coś - próbowało, delikatnie mówiąc, zabić. Ciężko było mi stwierdzić, dlaczego w ogóle pomogłem jakiejkolwiek obcej osobie spotkanej na ulicy. Być może moja empatia wzięła górę, a ja nie chciałem, żeby biedna, delikatna, kobieca istotka została skrzywdzona przez pierwszego lepszego osiłka? Być może. Bynajmniej z pewnością nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że owa istota również należy do istot nadnaturalnych... I nie byłem pewien, czy ona sama to wiedziała.
Istotą, która zaatakowała dziewczynę był wilkołak - nic dziwnego, księżyc w pełni jasno świecił na niebie, a mężczyzna nie był zdolny do pełnej przemiany. Musiałem jednak zneutralizować jego umiejętność do momentu, aż nie znajdą nas łowcy, a ja, jako antynadnaturalny, próbowałem tym faktem również ochronić dziewczynę, która mogła paść jego ofiarą. Próbowałem przytrzymać większego ode mnie stwora, przez co doszło między nami do szamotaniny, a ja za wszelką cenę nie chciałem, żeby to bydlę mnie ugryzło. Co to to nie, nie dołączę do brygady zmutowanych ludzi, którzy wyją do księżyca i najwyraźniej nie wiedzą, że istnieje coś takiego jak golarka... Ale to tylko moje drobne narzekania.
Próbowałem się skupić, aby zebrać się w sobie na tyle, aby zneutralizować moc nadnaturalnego - nie było to jednak takie łatwe, zważając na fakt, że właśnie szamotaliśmy się na ziemi, a ja na dodatek uchylałem się przed kłapnięciami jego szczęk. Dostał w pysk w prawego sierpowego, na co zaskomlał przeraźliwie, a ja wykorzystałem moment jego konsternacji i skupiłem myśli, żeby uaktywnić umiejętność antynadnaturalnego.Wilk zawył, zaczynając drżeć na całym ciele. Odskoczyłem, nie chcąc paść ofiarą jego furii, która w każdej chwili mogła nastąpić. Już po chwili na miejscu wcześniejszej istoty leżał nieprzytomny, pobity mężczyzna, z licznymi siniakami i zadrapaniami na ciele. Odetchnąłem, widząc, że chwilę zajmie, zanim moja ofiara wróci do siebie.
- Siłownia się przydała - prychnąłem do siebie, rzucając wzrokiem na dziewczynę, która wydała się roztrzęsiona.
Nie chciałem jej popędzać, ale martwiło mnie to, że wilkołak może w każdej chwili oprzytomnieć - musiałem mieć jednak najpierw pewność, że z nią wszystko w porządku.  Ukucnąłem przy nieznajomej, wyciągając drżącą dłoń, żeby musnąć opuszkami palców jej policzków, aby zwróciła na mnie uwagę.
- Witaj, śliczna nieznajomo, na imię mi Anthony Twój Przystojny Wybawca Troye Blake, w skrócie możesz mi mówić Ciacho, aczkolwiek sądzę, że powinniśmy uciekać...? - zacząłem niepewnie, nie chcąc jej przestraszyć.

Holland?

Od Scotta do Renee

Dzisiejszy trening lacrosse był okropny. Czasem zastanawiam się, czy którykolwiek z zawodników chociaż próbuje grać poprawnie. Dobra, przyznaję, że jest czworo graczy, którzy grają ponad przeciętnie, jednak reszta nawet nie wie, co robi na boisku. Czeka nas wiele pracy, jeżeli naprawdę chcą wiązać swoją przyszłość z tym sportem. Tego nie można się od tak nauczyć, potrzeba wiele chęci i zapału, czego im zdecydowanie brakuje.
Zrezygnowany usiadłem na ławce i obserwowałem ostatnie podania w tym meczu. Szczerze mówiąc i tak jest o wiele lepiej niż na naszych pierwszych treningach. Najgorsze jest to, że pomimo ciągłego wałkowania zasad, wciąż popełniają banalne błędy takie chociażby jak zbyt długie przetrzymywanie piłki. Nie wspomnę już o agresji jaka rodzi się w nich w trakcie gry. Lacrosse może i jest trochę brutalnym sportem, ale oni robią z tego coś o wiele gorszego. Najbardziej obawiam się Liama, to jedyny nadnaturalny w drużynie i na dodatek nie ma zbyt dużego “stażu” w swojej odmienności. Jako dzieciak miał problemy z agresją, a przemiana, dzięki której zyskał jeszcze większą siłę, spotęgowała w nim napady złości. Trochę ciężko było mi tłumaczyć się rodzicom jednego z zawodników, że noga ich syna została zmiażdżona przez uderzenie kijem. Cofnę się też do momentu, w którym Liam cisnął piłkę na tyle mocno, że bramkarz dosłownie wleciał w bramkę, rozrywając siatkę. Ciągle próbuję nad nim zapanować i myślę, że wychodzi mi to coraz lepiej. Chcę odnaleźć jego kotwicę, coś, co pozwoli mu zostać w swojej ludzkie postaci i na dodatek nie wyrządzić nikomu żadnej krzywdy.
Podniosłem gwizdek i przyłożyłem go do ust, kończąc dzisiejszy trening. Piłka ostatni raz poleciała w górę i została złapana przez jednego z graczy. Mam być z nimi szczery?
- Słuchajcie - odezwałem się, gdy wszyscy podeszli do trybun. - Jest źle, ale wierzę w to, że będzie lepiej. Musimy ostro trenować, żeby wziąć udział w zawodach, ale pamiętajcie, że…
- Nie liczy się wygrana - jękneli zgodnie.
- Dokładnie. - Uśmiechnąłem się. Jednak mnie słuchają. - Liczy się to, żebyście dali z siebie wszystko i mam nadzieję, że zrobicie to już na kolejnym treningu. Odłóżcie sprzęt na miejsce i widzimy się w poniedziałek o szóstej.
Wszyscy rozeszli się w swoje strony, a ja od razu udałem się do samochodu, zauważając, że jest już po pierwszej. Pracę w klinice zaczynam za jakieś pięć minut i nie ma takiej możliwości, żebym zdążył na czas. Wyjąłem z kieszeni komórkę i szybko wybrałem numer do Deatona, który odebrał od razu po pierwszym sygnale.
- Spóźnię się maksymalnie piętnaście minut. - Wytłumaczyłem się pospiesznie i wsiadłem do samochodu.
- W porządku i tak zostanę z tobą, mamy dzisiaj naprawdę dużo pacjentów.
- Coś się stało? - Zmarszczyłem brwi, poszukując kluczyków w moim plecaku.
- Ktoś rozrzucił trutki po parku i większość psów się zatruła. Są w stabilnym stanie, ale i tak potrzebują pomocy. Muszę kończyć, czekam na ciebie.
Westchnąłem ciężko, szykując się na późny powrót do domu. Czy mnie to zniechęcało? Ani trochę, uwielbiałem swoją pracę, była dla mnie bardziej jak coś w rodzaju hobby, a nie przykry obowiązek.
Mijałem różne uliczki, starając się ułożyć w głowie mapę i znaleźć jakiś skrót do kliniki, jednak moje starania spełzły na niczym. Dojechałem na miejsce spóźniony o jakieś dwadzieścia minut i oczywiście na dodatek nie miałem gdzie zaparkować. Cały nasz parking był zastawiony, zwykle nie mieliśmy aż tak dużego ruchu, żeby zarezerwować dwa miejsca dla mnie i Deatona. Zostawiłem samochód w miejscu.. gdzie raczej nie powinno go być, z nadzieją, że nikomu nie będzie on przeszkadzał, chociaż.. istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś będzie miał problem z wyjechaniem swoim autem. Wziąłem do ręki plecak i dosłownie wybiegłem z samochodu, kierując od razu do wejścia. Pchnąłem szklane drzwi, a do moich uszu od razu dotarło głośne szczekanie. Wśród wszystkich pacjentów znalazła się tylko jedna kotka, która była w centrum zainteresowania wszystkich psów.
- Dzień dobry - odezwałem się, próbując przecisnąć w stronę gabinetu. Po drodze przywitałem się jeszcze z Agnes - naszą recepcjonistką - i wszedłem do środka. Od razu zdezynfekowałem ręce i wytarłem w papierowe ręczniki.
- Nareszcie, Scott. Podaj mu zastrzyk. - Deaton dając mi strzykawkę z przeźroczystym płynem. - Pomoże na zatrucie.
Kiwnąłem głową i zrobiłem to, co mi zalecił. Obawiałem się, że może to nie wystarczyć i potrzebna będzie kolejna dawka, jednak po krótkiej chwili wyczułem jego zmianę nastroju.
- Albo to bardzo delikatna trutka, albo zjadł jej naprawdę mało. Nic mu nie będzie.
- Chodź maluchu, oddamy cię. - Uśmiechnąłem się, biorąc psiaka na ręce. W naszej klinice panował zwyczaj, że właściciele nie wchodzili razem ze swoimi pupilami, o wiele lepiej się pracuje, gdy ktoś nie patrzy ci na rękę i.. nie za każdym razem podajemy zwykłe leki przeciwbólowe. Często aby nie faszerować zwierzęcia dodatkową chemią sam odbieram ich ból, a raczej ciężko byłoby to wytłumaczyć.
Wyszedłem na korytarz, oddając pieska w ręce właściciela i poprosiłem kolejną osobę. Do gabinetu weszła kobieta, trzymająca zniecierpliwionego już kota.
- Dzień dobry - odezwała się, stawiając kota na blacie.
- Witam, co się dzieje? - Spytał Deaton, podchodząc do zwierzaka, gładząc go po głowie.
- Dziś rano głaskałam Jade i wyczułam na jej brzuchu małe zgrubienie. - Słychać było zatroskanie w jej głosie, zapewne nastawiła się już na najgorsze.
Deaton pokiwał głową i poprosił kobietę, by wyszła, jednak ona nie miała zamiaru tego robić. Kłótnie na nic by się tu nie zdały, więc po prostu jej na to pozwolił.
- Scott, koty to twoja działka - powiedział, ostatni raz drapiąc kotkę za uchem i odstąpił mi miejsca. Faktycznie, zwykle to ja je badałem, Deaton miał uraz po tym jak jeden z kotów dość mocno go podrapał, a ja.. cóż.. uwielbiałem je. Całe szczęście Jade - o ile dobrze usłyszałem jej imie - była bardzo spokojna i bez problemu mogłem określić, co jej dolega. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na niewielką przepuklinę, a po wykonaniu dokładniejszych badań, byłem już pewny.
- To przepuklina, nie miała jej wcześniej? - Spytałem, drapiąc kotkę za uchem, na co odpowiedziała mi cichym mruczeniem.
- Raczej nie, myślę, że bym zauważyła.
- W porządku. - Kiwnąłem głową, jeszcze jest naprawdę niewielka i niegroźna, pod warunkiem, że nie powiększy swoich rozmiarów.
- A jeżeli się powiększy?
- Wtedy będzie trzeba ją zoperować, w tym momencie nie ma takiej konieczności. Wystarczy obserwacja. - Uśmiechnąłem się.




Renee?