28 lip 2019

Ogłoszenia

Zauważyliśmy ostatnio zapotrzebowanie na taki post, w którym będzie można szukać osób, wątków, itd., itp - więc jeśli szukacie kogoś do określonej fabuły, albo po prostu kogoś do pisania, możecie to zrobić tutaj w komentarzach.
Prosimy o zawarcie w nich imienia postaci i ogólny zarys wątku.

Pozdrawiamy,
Administracja

16 lip 2018

Let's mess with the timeline - czyli event wakacyjny!

Czarna toń nieba naznaczona milionami niewielkich, świetlistych punkcików otaczającymi będący w pełni księżyc. 
Mimo późnej pory ulice San Lizele toną w srebrzystej poświacie naturalnego satelity Ziemi. Po wyjściu z domu można natknąć się na całkiem pokaźną grupę ludzi, którzy nic nie robią sobie z faktu, że jest już grubo po północy. 
W pewnej chwili do twoich uszu dociera głośny wybuch. Kiedy rozglądasz się dookoła, twoje spojrzenie nie napotyka niczego niepokojącego. Ludzie poruszają się i rozmawiają, jakby nic się nie stało. 
Po dłuższej obserwacji dostrzegasz, że jednak nie wszyscy. Ktoś rozgląda się w widocznym strachu dookoła, inna osoba sięga do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Jednak w promieniu stu metrów jedynie kilka postaci zaczęło zachowywać się dziwnie.
Nagle osoby te zrywają się do biegu, uciekając w kierunku przeciwnym do centrum. Zza ich postaci udaje ci się zobaczyć zmierzającą w twoją stronę dziwnie przezroczystą ścianę o błękitnawym kolorze. Jej struktura przywodzi na myśl barwione szkło, ale kiedy przez ciebie przenika, domyślasz się, że była to fala energii spowodowana wcześniejszym wybuchem.
Wtedy też zaczynasz czuć dziwną potrzebę znalezienia się w jednej ze starych fabryk znajdującej się nieopodal środkowej części miasta.
‘Niedługo mają ją burzyć’, przypominasz sobie i mimo prób stawiania oporu osobliwej chęci, twoje nogi jakby samodzielnie zaczynają poruszać się, kierując cię w stronę wcześniej wspomnianego miejsca. Ukradkiem przemykasz do środka starego budynku i tuż po tym stajesz jak wryty/a, kiedy zamiast pustego pomieszczenia dostrzegasz leżącą na betownowej podłodze drobną posta otoczoną identyczną barierą, z jaką wcześniej się zderzyłeś/aś. Tuż za nią znajduje się dziwna wyrwa, przypominająca swoim wyglądem przedstawiane w filmach science-fiction portale. Kiedy robisz krok w jego kierunku, znika z cichym pluskiem. Wtedy też, dotychczas nieprzytomna dziewczyna, podnosi się z podłogi i wstawszy z wyraźną trudnością, zbliża się do osoby, która właśnie wychyliła się zza jednej z kolumn.
Chyba potrzebuję waszej pomocy - wydobywa się spomiędzy jej spierzchniętych, sinych ust. Po zrobieniu jeszcze jednego posunięcia, potyka się i wpada ponownie nieprzytomna w jej ramiona.
Po chwili w fabryce pojawiają się kolejne postacie, jednak ich reakcja na siebie nawzajem upewnia cię w przekonaniu, że oni również doświadczyli osobliwego spotkania z falą i ich też przywiodła tu dziwna potrzeba. Wspólnie decydujecie się zaczekać aż dziewczyna ponownie się obudzi, a kiedy w końcu to zrobi, macie zamiar szczegółowo przepytać ją o jej zamiary.
Mija kilka godzin, zaczyna już świtać. Przez pokryte grubą warstwą kurzu okna do wnętrza fabryki zaczyna sączyć się pierwsze światło. Twoja uwaga jest skupiona na leżącej dziewczynie, która, po wydaniu pełnego niezadowolenia pomruku, otwiera oczy i na widok siedzących dookoła niej ludzi, pospiesznie się podnosi. Jest wystraszona, jakby nie do końca zdawała sobie sprawę, co się dzieje. Musi minąć chwila, żeby klepnęła się w czoło i z głośnym ‘No jasne, Harriet!’, bierze się pod boki. 
Wybaczcie mi brak wstępu, nie miałam czasu, żeby go przygotować. Mamy świat do uratowania - ktoś w tłumie parska, ale dziewczyna kontynuuje niewzruszona. - Potrzebuję ochotników, którzy mają na tyle odwagi, żeby wejść w to w ciemno. Oni dowiedzą się więcej.
~~*~~
OPIS:
Kochani! Tak prezentuje się wstęp do naszej wakacyjnej zabawy!
Ale jaka jest w tym wasza rola? Ano taka, że zgłaszacie chęć uczestnictwa na dole, a dokładniej imiona waszych postaci, którymi chcecie wziąć udział, w komentarzach i czekacie na odpowiedź ode mnie - Louise, pseudonim bloggerowy - Impulse. To tylko tak na potwierdzenie, że widziałam zgłoszenie. 
Macie na to czas do 16.07 - następny poniedziałek. Wtedy też pojawi się pełnoprawne wstępne opowiadanie do eventu.
Ale o co chodzi? Cóż, jeden z najbogatszych ludzi w Anglii, spokrewniony z rodziną królewską na podstawie długich badań wyliczył, że jeśli w kluczowych momentach historii pozbędzie się lub uratuje życie jakiejś ważnej postaci, to jego rodzina będzie zasiadała na tronie nie tylko Wielkiej Brytanii, ale także Ameryki - cóż, żegnaj republiko, witaj monarchio - Rosji, Hiszpanii, Francji, Włoch i Skandynawii - która w efekcie będzie jednym, ogromnym państwem. Zmiany te spowodowałyby nie tylko ogromne różnice, ale także wyrwałoby ogromną wyrwę w czasoprzestrzeni, która z czasem powiększyłaby się na tyle, że wessałaby do swojego wnętrza całą Ziemię, momentalnie niszcząc rasę ludzką. Naszym zadaniem jest powstrzymanie go przed doprowadzeniem do końca świata.
Każda z grup otrzyma swój przydział postaci, o których życie lub śmierć musi zadbać. Tak, grup. Event ten jest zabawą grupową, co znaczy, że musicie nie tylko poznać postacie historyczne, ale i waszych towarzyszy, których poznacie po losowaniu, które odbędzie się w następny poniedziałek.
ZABIERZCIE ZE SOBĄ DUŻO WENY I CHĘCI DO PISANIA!

POSTACIE HISTORYCZNE:
Juliusz Cezar, 
Aleksander Wielki, 
Wiktoria Hanowerska, 
Marcin Luter, 
Napoleon Bonaparte, 
Adolf Hitler, 
Krzysztof Kolumb, 
Leonardo da Vinci, 
George Waszyngton, 
Albert Einstein, 
Ludwik XIV 
Mikołaj Kopernik

Buziaki,
Administracja

15 lip 2018

'Now I'm letting go, I make my own choice, bitch I run this show, so leave the lights on'

KONTAKT: Howrse: Aleksa2003 || Gmail: lexie.black01@gmail.com
Nick na czacie: Louise

Harriet Claire Grayson

21 lat ¦ Kobieta ¦ Nieczłowiek
Głos: Maia Mitchell 
Opis:

I wanna be a bottle blonde
I don't know why but I feel conned
I wanna be an idle teen
I wish I hadn't been so clean 

"Panie i panowie! Przed wami najważniejszy występ tego wieczoru, którego, gwarantuję, nie zapomnicie do końca swojego życia! Ja, Hayley, właściciel Hayley's Circus, przedstawiam wam fantastycznych Latających Graysonów!'.
Światła przygasają znacznie, a półmrok wypełniają jedynie cztery stróżki światła nakierowanego na każdego z członków rodziny cyrkowej rodziny Graysonów. Pierwszy zaczyna John, pewnie chwytając pałeczkę trapezu i spoglądając ukradkiem na żonę, jak miał w zwyczaju robić przed rozpoczęciem. W odpowiednim momencie puszcza się zawieszonego pręta, by wykonać salto w powietrzu i chwycić się kolejnego. Tłum wiwatuje, nie wiadomo jednak czy to ukłon w stronę dokazującego w powietrzu mężczyzny, czy dla jego urokliwej żony - Mary, która również rozpoczęła swoją część przedstawienia. Bez najmniejszego strachu w oczach wypuszcza z rąk pałeczkę, by zaraz potem zostać złapaną przez silne dłonie Johna. Oboje uśmiechają się promiennie, spoglądając na szykującego się do skoku dwunastoletniego Richarda. Zamiera on jednak w pół kroku, kiedy do jego - oraz setek innych uszu, dociera głośny zgrzyt luzującego się umocowania trapezu. Młody chłopak, w geście desperacji, wyciąga dłonie ku rodzicom, decydując się na wykonanie skoku, który, w jego uwarunkowanej emocjami i strachem przed stratą opinii, mógłby uratować Mary i Johna przed nieuniknioną śmiercią. W porę za materiał stroju chwyta go niespełna dziesięcioletnia Harriet, która, przeczuwając nadchodzącą tragedię, wtula się w ubranie starszego brata, przyciskając już mokrą od łez twarz do jego klatki piersiowej. W międzyczasie rozlega się jakby zduszony krzyk tłumu, kiedy ciała małżeństwa opadają ku dołowi, by sekundę później zderzyć się z wysypanym piaskiem podłożem cyrkowym. Widownia siedzi w bezruchu, czekając w martwej ciszy na reakcję właściciela cyrku, przerażona okropieństwem, które właśnie rozegrało się przed nimi. Prawdziwa tragedia rozgrywa się jednak na górze, gdzie wciąż na wpół siedzi, na wpół leży przytulona do siebie para dzieciaków, łkających w swoich objęciach i powtarzających sobie wzajemnie, że wszystko będzie dobrze. Pierwszy łzy ociera Dick, podrywając swoją młodszą siostrę ku górze i zdecydowanie nakazując jej zejść z podwyższenia na dół. 'Gdy już zejdziesz z drabiny, patrz tylko na mnie, Harry. Wszystko będzie dobrze', próbuje podnieść na duchu najmłodszą latorośl Graysonów, jednak jego głos brzmi tak słabo i żałośnie, że jego pomoc kończy się na samych chęciach. Harriet próbuje jednak wymusić nieznaczny uśmiech i potakuje. Kiedy jej stopy dotykają piaszczystego gruntu, przywiera do brata, ściskając go w panice i kolejny raz tego dnia zanosząc się szlochem.
'Wszystko będzie dobrze'? To tylko bajka dla naprawdę naiwnych dzieci.
'Przestań, Richard, mam się dobrze', warknięcie, wzrok spuszczony na podłogę, skulone ramiona. Postawa zupełnie przecząca słowom, toteż szesnastolatek podchodzi do stojącej przed nagrobkiem Graysonów siostry i z widoczną niezręcznością, obejmuje ją ramionami. Ta, z ledwo ukrywanym zaskoczeniem, wtula się w przemoczony od deszczu płaszcz brata, podobnie jak zrobiła to cztery lata temu. 'Nie musisz być w porządku, ja też przez długi czas miałem problem z doprowadzeniem się do warii'. Harriet parska krótko, próbując zdusić uśmiech cisnący się na jej bardziej pochmurną niż londyńskie niebo twarz. 'Wiesz dobrze, że nie ma takiego słowa, Richard' odpowiada ona, odsuwając się od chłopaka i przez chwilę gładząc miejsce, gdzie przed chwilą znajdowała się jej głowa. 'Wygląda na to, że Wayne dobrze cię wychowuje', dodaje po chwili wahania, na wpół żartobliwie, na wpół poważnie. Dick wystawia ramię, by siostra mogła go za nie złapać, odpowiadając dopiero po długiej chwili przerwy, z nikłym uśmiechem na ustach.
'To nasi rodzice dobrze mnie wychowali. Byliby dumni, widząc, że trzymamy się razem'.


I wanna stay inside all day
I want the world to go away
I want blood, guts and chocolate cake
I wanna be a real fake

Mówią, że utrata rodzica to ogromna trauma dla dziecka i drastyczna zmiana w życiu. Więc co ma powiedzieć dziesięciolatka, na oczach której zginęli oboje, matka i ojciec? Najczęściej było to sztywne, niechętne 'tak, tęsknię za nimi, ale jest coraz lepiej'. Po incydencie w cyrku Harriet mimowolnie odpycha od siebie ludzi, którym zależy na pomocy dziewczynie. Nie potrafi tego powstrzymać, robi to całkowicie bezwiednie. Nieświadomie otacza się ogromną, trudną do przebicia ścianą, zbudowaną z materiału twardszego od betonu - albo legendarnego vibranium. Jednocześnie ciągnie ją do ludzi, ma nadzieję na poznanie osób, dla których będzie mogła oddać swoje serce i którzy ogrzeją jego zamarzniętą dotąd powłokę. Właśnie ta mieszanka spowodowała sporą ilość niezbyt... uhm, dobrych znajomości. Trudno jednak poznać przyzwoitych ludzi w obskurnym barze w dzielnicy niecieszącej się najlepszą opinią w 'normalnych' częściach miasta. Niemniej Harriet ignoruje cichy głosik piszczący z tyłu jej głowy, nawiązując kontakty z 'podejrzanymi typami'. I nie, ci ludzie nie są na tyle wytrwali, by przebić się przez barierę, jaką otoczyła się dziewczyna. Po prostu nawiązywanie z nimi jakichkolwiek opartych na podłożu emocjonalnym relacji jest praktycznie niemożliwe. A same znajomości służą jedynie zaspokajaniu typowo ludzkiej potrzeby towarzystwa.
Richard wielokrotnie musiał pilnować swojej młodszej siostry, kiedy ta wracała ledwo żywa z imprezy, wymiotując za każdym zakrętem albo odbierać ją z miejsc, w których dziewczyna nawet nie wiedziała jakim cudem się znalazła. W wielu sprawach Harriet niemal bez cienia sprzeciwu słucha poleceń brata, jednak tutaj wydaje się traktować Dicka jakby ten był powietrzem. Może nie do końca, chwilowo stosuje się do poleceń chłopaka, później szybko wracając do starych nawyków. Nie pomogło ograniczanie funduszy, groźby odwykiem, nawet propozycja zabrania siostry ze sobą z powrotem do Ameryki.
Osoba spędzająca z Harriet sporo czasu bez problemu mogłaby nazwać ją dziewczyną o spokojnej osobowości, wyważonej, bez konkretnych ukierunkowań. I to tak naprawdę ujmuje cały charakter dziewczyny. Wesoła czy poważna? Przez większość czasu zachowuje kamienną twarz, czasami uzupełnioną nieznacznym, uprzejmym uśmiechem, za którym nie kryje się nawet iskierka szczerej życzliwości. Nie chodzi jednak zasmucona albo chłodna, po prostu w chwili śmierci rodziców jej umiejętność czerpania radości z tych maluczkich, pozornie niemających znaczenie rzeczy zwyczajnie zniknęła. Jednak jeśli ktoś potrafi do niej dotrzeć i poruszyć wrażliwą strunę w jej sercu - oczywiście metaforycznie - pozna młodą Grayson od całkiem innej strony. Jako niepewnie uśmiechającą się dziewczynę, która tęskni za utraconym, beztroskim dzieciństwem i która wbrew pozorom nie jest wcale taka gburowata, za jaką można by ją wziąć na początku.
Zdecydowanie nie należy do grona osób głupich. Podobnie jak jej brat jest naprawdę inteligentna, co doskonale widać na przykładzie jej edukacji: informacje chłonie jak gąbka, szybko je zapamiętuje i nie ma problemów z łączeniem faktów. Co nie znaczy, że nie zdarza się jej się zachować bezmyślnie albo zrobić coś źle, błędy są chyba najbardziej ludzką rzeczą. W sprawach naukowych radzi sobie naprawdę nieźle, jednak takie zwykłe ludzkie zachowania pozostają dla niej tajemnicą.
Nieznajomym okazuje bardzo chłodną uprzejmość. Nikt nie mógłby powiedzieć, że jest złośliwa albo nieprzyjemna. Uśmiecha się w ich kierunku, wita się, mówi 'dziękuję', ale wprawny obserwator dostrzeże, jak bardzo wymuszone są te działania.
Po drugie, rzeczą, w której zazwyczaj mylą się inni, to pewność siebie Harriet. Większość osób, wnioskując z jej uniesionego podbródka, prostej postawy i tego chłodnego, lekko kpiącego spojrzenia, uważa ją za osobę śmiałą, a czasami nawet zarozumiałą. Jednakże jest to dość dalekie od prawdy, bowiem ta brawura, o którą się ją osądza, jest jedynie maską ułatwiającą jej normalne funkcjonowanie i pomagającą zdobyć szacunek innych. Osoby nadzorujące jej wychowanie wpajały dorastającej dziewczynie, że taka postawa gwarantuje jej, że nie zostanie zlekceważona i ludzie zaczną brać ją na poważnie, a nie jako przedstawicielkę 'słabszej płci'.
Kolejną cechą Harriet jest jej samowystarczalność - albo raczej jej uwielbienie poczucia bycia samodzielną. Dziewczyna nienawidzi czuć, że jest od kogokolwiek zależna. Większość rzeczy woli załatwiać na własną rękę aniżeli poprzez współpracę. Gniecie ją wtedy poczucie własnej słabości, jak traktuje to, że potrzebuje czyjejś pomocy. To dość destrukcyjna cecha, aczkolwiek dość mocno wrośnięta w usposobienie dziewczyny. To tak jakby ktoś wmawiał dziecku od urodzenia, że psy są złe. Dzieciak będzie żył w przekonaniu, że tak właśnie jest i nawet nie spróbuje się przekonać, czy zwierzę rzeczywiście by je skrzywdziło lub nie. Nie pomogłyby nawet wskazówki innych ludzi, bowiem wpojone zasady są dużo ważniejsze od zdania reszty. Niemniej wykazuje się też szlachetnością i uczciwością, jeśli chodzi o przysługi. Zawsze rzetelnie rozlicza się ze swoich długów, odwdzięczając się osobie, która wcześniej jej pomogła. Sama oczekuje od innych tego samego i pewnie też z tego powodu czuje odrazę do ludzi, którzy nie mają do tej zasady żadnego szacunku i np. uratowanie życia traktują jako darmowy prezent, olewając darczyńcę.
Harriet jest osobą odznaczającą się ogromną ciekawością. Jeśli coś ją zainteresuje, potrafi zrobić prawie wszystko, żeby dowiedzieć się o tej rzeczy, osobie lub sytuacji jak najwięcej i w jak najkrótszym czasie. Rozległe kontakty bardzo ułatwiają jej w tym sprawę. Jednakże panna Grayson  jest również niezwykle taktowna. Nie zapyta nikogo wprost "o tamtego szatyna w zielonej kurtce", ale będzie krążyła dookoła tematu tak dyskretnie, aż ona uzyska potrzebne informacje, a przepytywana osoba nie domyśli się jej zamiarów.


Yeah, I wish I'd been, I wish I'd been, a teen, teen idle
Wish I'd been a prom queen, fighting for the title
Instead of being sixteen and burning up a bible



Bywa uparta, jednak nie przez cały czas. Jeśli intuicja podpowiada jej, że na buncie ma szansę ugrać coś więcej, z pewnością skorzysta z tej szansy, porzucając rolę posłusznej. Wtedy naprawdę trudno zmusić ją do zmiany zdania czy ustąpienia na rzecz kompromisu.
Swoją drobną postawę Harriet nadrabia nie tylko silnym charakterem, ale również odpowiednimi umiejętnościami, które pozwalają jej nadrobić braki w masie i wzroście. Główną pomocą są jej moce. Sama dziewczyna nie ma do końca pewności na czym one polegają, jednak z jej obserwacji wynika, że skupiają się one głównie wokół kontroli energii. Dzięki nim potrafi utworzyć pole siłowe, tarczę, unosić się w powietrzu, a także formować z niej pociski.
Umożliwia jej to też tworzenie portali w czasoprzestrzeni. Dzięki nim może cofać się w czasie lub teleportować do innego miejsca, jednak czynności te pochłaniają ogromną ilość energii. Toteż takie wycieczki są dla Harriet rzadkością.

Szkoliła się pod okiem brata, kiedy ten znajdował czas, by odwiedzić ją w Anglii. Wtedy też zabierał ją nad jezioro, by ćwiczyć z nią - czytaj, zmuszać ją do prawie morderczych treningów, które zawsze kończyły się dzieciątkami siniaków - wszystko, czego on uczył się a Ameryce. Kilka razy skończyło się to wściekłością ze strony Harriet, która, jeszcze nie do końca panując nad swoimi nieludzkimi umiejętnościami, odrzucała Richarda na odległość jakichś trzydziestu metrów. Sama dziewczyna nie kończyła lepiej - więc porzucali plany i wybierali się na hot dogi ze stojącej w pobliżu budki.
Jak przystało na dziecko pary cyrkowców, dziewczyna jest naprawdę wygimnastykowana. Dzięki regularnym ćwiczeniom jej rozciągliwość nie zanikła. Wbrew pozorom umiejętność robienia fikołków i robienia gwiazdy przydaje się, jeśli musisz się obronić przed łowcą.
Kiedyś próbowała nauczyć się grać na pianinie, jednak szybko porzuciła swoje postanowienia - dużo więcej frajdy sprawia jej granie na gitarze. Gdzieś w jej mieszkaniu leży stary, wyraźnie naznaczony czasem instrument. Poza tym w czasie wakacji brała udział w wielu przyspieszonych kursach np. fryzjerskim, kosmetycznym, gastronomicznym albo florystycznym. To pozwoliło jej rozwinąć się wszechstronnie, bez ograniczenia się do jednego, konkretnego kierunku. Nabyte talenty wykorzystuje w życiu codziennym, podczas najzwyklejszych czynności.


The wasted years, the wasted youth
The pretty lies, the ugly truth
And the day has come where I have died
Only to find, I've come alive

Harriet nigdy nie należała do osób wysokich, co niezmiennie wywołuje u niej irytację. Z zazdrością spogląda na wyższe od siebie dziewczyny, które bez większego wysiłku sięgają po znajdujące się na jednej z górnej półek rzeczy, ale w obcasach nie wyglądają jak żyrafy. Chociaż sama nie miała by nic przeciwko, gdyby była nawet zbyt wysoka. Nie może jednak narzekać na swoją figurę, której niejedna dziewczyna mogłaby jej pozazdrościć. Dzięki świetnej przemianie materii Harry może jeść wszystko, na co ma ochotę, nie martwiąc się zagrożeniem dodatkowych kilogramów (dzięki matko naturo!). Gdyby rozłożyć jej sylwetkę na części proste, wyglądałoby to następująco:  ramiona, które nie są ani wąskie, ani szerokie, wcięcie w talii, później niezbyt szerokie biodra przechodzące nie za długie, smukłe nogi zakończone stopami w rozmiarze 36. Jeśli zaś chodzi o szczegóły najłatwiej będzie skupić się najpierw na twarzy młodej Grayson. Jest ona określana najczęściej mianem kwadratowej albo okrągłej. Dziewczyna nieustannie narzeka na swoje pulchne policzki, które stara się jak najskuteczniej zmniejszać przy użyciu makijażu. Aczkolwiek trzeba przyznać, że nadają jej one łagodności i dziecięcego uroku. Pod łukowatymi i  zawsze perfekcyjnie wyregulowanymi brwiami, znajdują się okolone przez wachlarze niezbyt długich, ale gęstych i naturalnie ciemnych rzęs spod których z kolei na świat spoglądają z niepewną życzliwością głębokie, brązowe - według Wikipedii jest to barwa herbaciana - dosyć duże oczy. Są one, zaraz przed ustami, ulubioną częścią ciała Harriet. Te dwie rzeczy określa jako swoje największe atuty. Mówiąc o ustach, są one pełne, ładnie wykrojone, chociaż blade i ta ostatnia cecha nieznacznie psuje efekt pozostałych.
Twarz okalają kosmyki ciemnobrązowych włosów, które opadają miękko na ramiona Harry. Zależnie od dnia są one albo proste, albo lekko pofalowane, aczkolwiek dużo częściej można je spotkać w tej pierwszej formie. Od czasu do czasu dziewczyna związuje je w prosty, wysoki koński ogon, a wolno opadające po bokach kosmyki ładnie wyszczuplają jej twarz.

Stosunki:
Richard Grayson - starszy brat, mimo długoletniej rozłąki - Dicka zaadoptowała rodzina mieszkająca w Nowym Jorku, Harriet została w Londynie, rodzeństwo ma naprawdę dobry kontakt.
Mary i John Grayson - artyści cyrkowi, akrobaci, rodzice Richarda i Harriet, zginęli podczas występu w wyniku zamachu mafiosa Tony'ego Zucco. W chwili ich śmierci dziewczyna miała niecałe dziesięć lat, jej brat dwanaście.
Pupil: Moscow, chociaż trudno nazwać go zwierzęciem Harriet. Dziewczyna opiekuje się nim pod nieobecność starszej sąsiadki, która bardzo często wyjeżdża do rodziny, która nie chce widzieć jej psa - głównie przed alergię dziecka. 
Ciekawostki: 
× ma ogromny lęk wysokości, o czym niezbyt przyjemnie przekonała się podczas odwiedzin u brata, a dokładniej w apartamencie jego adopcyjnego ojca, gdzie z ciekawości wyszła na ogromny, przeszklony taras. Jej reakcja jest łatwa do wyobrażenia. 
× podobnie do swojego brata uwielbia zabawy słowem, stąd też częste, pozorne błędy w jej wypowiedziach, dla przykładu używanie słowa - waria, jako określenie stanu porządku 
× ma lekką obsesję na punkcie zbierania pamiątek z wycieczek, czy wakacji, stąd też ogromna ilość gratów walających się po jej mieszkaniu. Sama Grayson przyznaje, że są one zbędne, ale w życiu nie pozbyłaby się żadnej z nich

I wanna drink until I ache
I wanna make a big mistake
I want blood, guts and an angel cake
I'm gonna puke it anyway

13 lip 2018

Od Coleen do Ezequiela

Podczas jazdy samochodem nawet nie wysilałam się, by uzupełnić ją rozmową. Siedziałam jedynie skulona na przednim siedzeniu pasażera opatulona własnym płaszczem, zastanawiając się jaki jest powód wizyty mojego brata. Zazwyczaj jego odwiedzinom towarzyszył dodatkowy zamiar, toteż byłam niemal stuprocentowo pewna, że ma jakąś sprawę - niekoniecznie do mnie, być może ma kontakty w San Lizele o które musi zadbać. A fakt, że będzie z nim Tommy wcale nie ułatwiał sprawy, wręcz potęgował moje zdenerwowanie, które nawet bez tego było ogromne. Amell jest świetny, trzyma się z Blaisem od podstawówki, a w liceum oboje byli tymi 'złotymi dzieciakami' szkoły. Sportowcy, dobrze się uczący, charyzmatyczni. Chyba po prostu od początku musiałam się przyzwyczajać do życia w cieniu rodzeństwa.
- Jest ci zimno, czy to twój brat tak cię przeraża? Cała drżysz - Ezequiel spojrzał na mnie ukradkiem, szybko lustrując całą moją skuloną sylwetkę, po chwili wracając wzrokiem z powrotem do kierunku jazdy.
Drżę? Co? Lekko zaskoczona spojrzałam na swoje ręce i rzeczywiście, trzęsły się one jakbym albo właśnie zamarzała, albo była panicznie wystraszona. Kolejny raz uświadomiłam sobie boleśnie, że jestem beznadziejna w ukrywaniu emocji. I zwykle uzewnętrzniam je, nawet nieświadomie, przesadnie.
- Blaise jest super. Bywa nadopiekuńczy, ale jest świetny - skrzyżowałam ramiona na klatce piersiowej, żeby zamaskować dygotanie. Miałam nadzieję, że szybko ustaną.
- Więc czym się tak denerwujesz?
Westchnęłam głośno zanim zdecydowałam się odpowiedzieć.
- Tobą.
- Mną.
- Tak, tobą. Powinniśmy zdążyć dojechać na miejsce przed nimi, ale co jeśli nam się nie uda? Blaise trzymał się z Uriahem chyba od zawsze. Był super szczęśliwy, kiedy poprosiliśmy go, żeby był świadkiem na naszym ślubie. A nasz rozwód trochę go zdenerwował. Znaczy, nie do końca. Wydaje mi się, że był nami zawiedziony. Cokolwiek. A nie chcę, żeby osądzał cię według zachowań jakie przejawiał Uriah. Na przykład - ty słodzisz kawę, Uriah nie . Dlatego zależy mi na tym, żeby go najpierw przygotować do spotkania z tobą. Tommy też, chociaż zazwyczaj jest dużo bardziej przychylny od mojego brata. Zazwyczaj - spróbowałam jakoś logicznie wyjaśnić Ezequielowi swoje obawy. Chęci były ogromne, efekt dosyć marny. Przegryzłam wnętrze policzka i przeniosłam spojrzenie na profil mężczyzny. Zmarszczyłam czoło na widok jego zaciśniętej szczęki, dłoniach zaciśniętych na kierownicy znacznie mocniej niż jeszcze przed momentem. Po chwili, jakby wyczuwając mój wzrok, uścisk się poluźnił, a twarz odprężyła. A przynajmniej tak to wyglądało. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że zrobiłam coś okropnie złego, niepoprawnego, ale za Chiny ludowe nie potrafiłam domyślić się co.
- Miałaś męża - dwa słowa, ostre, szybkie.
Parsknęłam cicho.
- Oczywiście, przecież... - żachnęłam się, urywając nagle w pół zdania, kiedy dotarło do mnie co właśnie zrobiłam. A uczyniłam jedną z najgłupszych rzeczy, jakie kiedykolwiek przyszło mi zrobić. Z moich ust wydobyło się głośne westchnienie. - Nigdy ci o tym nie wspomniałam. Cholera.
- Musiało wypaść ci z głowy, zdarza się - okej, ta szorstkość była jedynie małą karą za to co zrobiłam, ale jej dodatek do głosu Ezequiela tak mnie ranił, że zamiast myśleć nad przeprosinami, próbowałam znaleźć sposób jak to wszystko odkręcić.
Myśl, Coleen, myśl. Dlaczego jesteś taką idiotką?
Przez jakieś dziesięć minut jechaliśmy w totalnej ciszy. Miałam wrażenie, że mężczyzna wyłączył radio jedynie po to, żeby zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie. Dlatego właśnie zwykłam unikać tematu nieudanego mariażu.
- Zatrzymaj się, proszę - zwróciłam się do towarzysza, kiedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Może nie najlepszy, ale miałam nadzieję, że powstrzyma rozpad naszej znajomości.
- Przecież ci się śpieszy.
- Jasna cholera, Ezequiel, zatrzymaj się na poboczu - warknęłam nieco głośniej niż zamierzałam na początku. Przez kilka minut, jakby bijąc się z myślami, mężczyzna kontynuował jazdę, zwalniając dopiero po pewnym czasie - tuż przed wjazdem do San Lizele. - A teraz proszę, żebyśmy oboje wyszli z samochodu. Nasza dwójka zdecydowanie potrzebuje świeżego powietrza.
Błagam, tylko nie odjeżdżaj. 
Ostrożnie, upewniając się, że Ezequiel też zamierza opuścić pojazd, otworzyłam drzwi i, jeszcze raz oglądając się za siebie, postawiłam nogi na ziemi, po chwili się prostując. Wcisnęłam dłonie do kieszeni swojego długiego płaszcza o kolorze toffi i okrążyłam samochód, by znaleźć się obok mężczyzny.
Krok do tyłu, Coleen. Stoisz za blisko.
Spuściłam wzrok na czubki swoich butów.
- Słuchaj, wiem, że zachowałam się jak ostatnia kretynka, nie wspominając ci ani słowem o tym, że jestem rozwódką. Zrobiłam to po części dlatego, że większość facetów przestaje myśleć o mnie w ten sposób, kiedy dowiaduje się, że jestem po małżeństwie-niewypale, a po części dlatego, że w twoim towarzystwie ani razu nie pomyślałam o Uriahu - Ezequiel milczał, toteż kontynuowałam swoją wypowiedź, okazyjnie podnosząc spojrzenie znad butów i zerkając na twarz mężczyzny. Czekałam na choć najmniejszy znak, mogący świadczyć o tym, że nie jest aż tak zły, żeby usunąć mnie ze swojego życia. - Pobraliśmy się zaraz po tym, jak skończyłam osiemnaście lat. Las Vegas i te sprawy, mieliśmy nadzieję, że ułożymy sobie słodkie życie w Ameryce. Rodzice nie mieli nic przeciwko, w końcu Uriah, jak już wspominałam, niemal od zawsze przyjaźnił się z Blaisem, a jego rodzina mieszkała w domu obok. A fakt, że spotykaliśmy się odkąd byłam czternastolatką, jedynie utwierdził moich staruszków, jak i nas, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Ale to co miało nas połączyć, jedynie popsuło nasze stosunki. Oboje zaczęliśmy się z czasem ogromnie męczyć i chociaż obyło się bez kłótni, to jednak nawet ślepy zauważyłby, że po naszej miłości nie został nawet maluczki ślad. Staraliśmy się jednak dla naszych rodzin, jego mama i tata za mną szaleją, moi traktują go jak własne dziecko. Teraz się przyjaźnimy, czasami to on mnie odwiedza, czasami ja wpadam do Cambridge, żeby się z nim zobaczyć. Spędzamy wspólnie święta w Les Lecques. Ale nic więcej. Chciałam ci raz powiedzieć, na początku, ale to zawsze działało jak odstraszacz, więc zrezygnowałam. Później po prostu nie było okazji, żeby o tym wspomnieć.
Kretynka ze mnie.

Ezzie? Masz tu smutną Coleen, oszczędź ją.

12 lip 2018

Od Cigno/Umilty do Ruvika

Do budynku wszedł młodzieniec. Od razu rozpoznałem jego twarz. To właśnie jego szukałem. 
Niejaki Shelgyn skierował się od razu do biurka, przy którym stałem. Nasze spojrzenia się spotkały. Zadrżałem na całym ciele ze strachu przed kolejną karą za swoje głupie zachowanie. 
Wzrok demona przeniósł się na bukiet, a następnie wrócił do mnie. Znieruchomiałem. Młodzieniec pochylił się nad siedzącym przed nami policjantem. 
- Co to do kurwy nędzy i jej cholernych córek znaczy? - wycedził, wskazując na mnie - Kto go tu wpuścił? Czego chce? I co to są za badyle?
 - Sam tu przyszedł. - policjant odsunął się nieco na krześle i spojrzał na mnie, uśmiechając się lekko - Szukał cię, a ty, jak na zawołanie... 
Demon uderzył dłonią w blat. Podskoczyłem wystraszony w miejscu. 
- D-Detektywie Shelgyn... - zacząłem niepewnie. Młodzieniec ponownie spojrzał na mnie. 
- Nie odzywaj się. Po prostu zamilcz, bo ci do akt, oprócz napaści na funkcjonariusza, jeszcze piękny bukiet uwag i wykroczeń wpiszę. - warknął demon. Następnie chwycił mnie za ubrania i zaciągnął do innego pomieszczenia, prawdopodobnie biura. 
Od razu zostałem pchnięty na fotel. Zadrżałem i uniosłem wzrok na młodzieńca przede mną. Ten zmierzył mnie wzrokiem. Po chwili odetchnął ciężko, chcąc się uspokoić. Moja wizyta musiała być dla niego niemiłym widokiem, czego wcześniej nie przemyślałem. Demon oparł się o blat biurka i odchylił głowę do tyłu. Zakrytą przez bandaże dłonią muskał kolbę pistoletu przy swoim pasie. 
- To, co zrobiłeś wczoraj... - zaczął powoli - było głupie, zdajesz sobie z tego sprawę? 
Przytaknąłem prawie bezgłośnie. Następnie skuliłem się i splotłem dłonie na kolanach. Czułem się okropnie. Ciężar poczucia winy wciąż wzrastał i przygniatał mnie coraz bardziej. 
- I na pewno rozumiesz też, że jestem zły, nie? 
Ponownie zgodziłem się ze słowami młodzieńca, starając się jednocześnie powstrzymać łzy napływające do moich oczu. Demon sięgnął po miskę ze słodyczami i podsunął mi ją pod nos. 
- Poczęstuj się. 
Po raz kolejny uniosłem wzrok na twarz młodzieńca. Dlaczego po tym wszystkim jeszcze mnie częstował czymkolwiek? Dodatkowo należeliśmy do dwóch od dawna skłóconych ze sobą ras. 
- Cukier pomaga na wszystko. A temu idiocie przyda się dieta. 
Wciąż wpatrywałem się w twarz demona z niedowierzaniem. W głowie miałem mieszaninę różnych myśli. Przez tego osobnika zamiast lepiej, czułem się coraz gorzej. O czym ja w ogóle myślałem? Że mi wybaczy? Sam bym sobie nie wybaczył. 
Poczułem jak po moich policzkach spływają pojedyncze łzy, by po chwili zamienić się w potok. Poderwałem się z miejsca i padłem młodzieńcowi do nóg, następnie przytulając się do jego stóp. 
- Tak bardzo pana przepraszam! Zachowałem się okropnie wobec pana jako gościa i osoby mi obcej! Zaatakowałem pana bez żadnego powodu! - łkałem prosto w buty demona.

<Ruvik? >

9 lip 2018

Lista Obecności - aktualności - Event Letni - CZAS NA ZMIANY? - Raven znowu coś odwala



Witajcie, blogowe ptysie!

I inne cynamonowe bułeczki...


   Ze względu na dość niski obrót opowiadań postanowiliśmy wspólnie z administracją i resztą moderacji na poszerzenie reklamy, a także jak wspominaliśmy na Discordzie - o Waszą właśnie tutaj obecność. Ze swojej strony możemy tylko uprzejmie przeprosić za dość spore zaniedbania, jeżeli takowe wychwyciliście. Głównie wkład. Nie wiem, nazywajcie to jak zechcecie, w każdym bądź razie jest kilka spraw, o jakich warto Was poinformować, aby wrócić blogowi dawną świetność. Znaczy - taką mam właśnie nadzieję. Moje serduszko będzie:

"Shine bright like a diamond 
Shine bright like a diamond 
Shining bright like a diamond 
We’re beautiful like diamonds in the sky…!"

  1. Lista Obecności: tak, po staremu - piszemy w komentarzach pod postem wasze nadal żywe postacie. Jeżeli ktoś będzie chciał usunąć jedną ze swoich (fajnie by było dodać wówczas jakieś opowiadanie ze śmiercią, czy coś), ale nie zrobiono tego dotychczas, albo wprowadzić jakieś poprawki... Tak, to jest odpowiedni czas wraz z miejscem. Jeżeli ktoś nie podpisze się do końca następnego tygodnia, może być niemiło.
  2. Aktualności: jest nowy kanał na Discordzie! #event będzie służył do naszego wspólnego omawiania wszystkiego, co będzie dotyczyło spamu na temat wydarzeń dla naszych bohaterów lub konkursów. Ze swojej strony mogę Was tylko poprosić o przestrzeganie zasad, aby móc wspólnie się bawić tworzeniem kolejnych akcji na większą skalę! To właśnie tam będę Wam zadawać pytania i mini - ankiety dotyczące nadchodzącego eventu.
  3. Event Letni: w budowie. Na początek chciałabym Wam zadać pytania na powyżej wspomnianym kanale, a także zadanie, które zadecyduje o charakterze całego tego przedsięwzięcia.
Uwaga, zadanie:

Czy wolisz na Event Letni:
A) Festiwal Kolorów
B) Open'er Festival (z wybranymi kapelami/piosenkarzami)
C) Zjazd Gospodyń Domowych
D) Wyjazd na Obóz (dla wybranej przez Ciebie grupki postaci, mieszaj wszystkich jak Ci się żywnie podoba!) - na Malediwy/Wyspy Kanaryjskie/Ibizę/Kretę -> czy może do Włoch/Hiszpanii/Portugalii/Stanów Zjednoczonych?
E) Podróże w czasie (a dokładniej ratowania świata, który znamy - polecam, Leksou)
F) Wesołe miasteczko
▀▄▀▄ ODPOWIEDZI NALEŻY WPISAĆ POD WYMIENIENIEM AKTYWNYCH POSTACI▄▀▄▀

Nawet detektywom, policjantom czy łowcom należą się prawdziwe wakacje!

~Raven


2 lip 2018

Od Ruvika do Cigno/Umilty

I'm gonna fight 'em all
A seven nation army couldn't hold me back
They're gonna rip it off

Pierwsze, co uderzyło mnie po wejściu do mieszkania, to cisza. Zupełna, martwa cisza, przerywana jedynie moim własnym oddechem, który ujawniał się jako białawy obłok. Zamknąłem za sobą drzwi, kilkukrotne sprawdzając, czy aby na pewno nikt nie będzie miał możliwości napaść mnie we własnym mieszkaniu, bezpiecznej fortecy dumania, aby następnie przejść do kuchni. Nie zwróciłem większej uwagi na to, że aktówka z dokumentami ląduje gdzieś na sofie, pogrzebana między poduszkami, ani na to, że do kubka z kawą dosypałem za dużo cukru. No cóż, zostaje mi jedyne wierzyć w to, że nie jestem w stanie zachorować na cukrzycę, gdyż w przeciwnym przypadku, moje lata zostaną skrócone, i to solidnie.
Wzdychając cicho, oparłem się o blat szafki, dłońmi obejmując przyjemnie ciepły kubek z życiodajnym naparem. Mając z tyłu głowy wydarzenia dzisiejszego dnia, najpierw spróbowałem niewielkiej części kawy, aby dopiero później wrócić do spokojnego sączenia. Czy to już mania? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.
Woda święcona w zamówieniu. Dolana przez cholernego gołębia, który jedyne, co potrafi, to ślepo słuchać poleceń kogoś, kogo zapewne nigdy na oczy nie widział. Zero pomyślunku, przeanalizowania sytuacji. Musiał zdawać sobie sprawę z konsekwencji swoich działań. Nikt przecież nie jest tak głupi, aby samemu porywać się z wodą święconą na zdenerwowanego demona. Prawda?
W zamyśleniu zacząłem pukać paznokciami odmiennej ręki w białą powierzchnię kubka. Ze wzrokiem utkwionym w bliżej nieokreślonym punkcie, powoli poddawałem się szaleństwu. Bo jak inaczej określić to, że właśnie zobaczyłem szkaradną istotę, która wpatrywała się we mnie zza ceglanego narożnika ściany, jaka oddzielała bezpieczną, oświetloną kuchnię od pogrążonego w mroku mieszkania?
Nie zareagowałem jednak strachem. Zaśmiałem się krótko jak na widok starego, dobrego przyjaciela, którego widziałem od lat, po czym upiłem kolejny łyk kawy.
— Będziesz tam stał i patrzył się na mnie, dopóki nie zasnę, prawda? — spytałem beznamiętnym tonem, wiedząc, że i tak nie otrzymam odpowiedzi. Szkarada wzruszyła jedynie ramionami czy co tam posiadała i przeszła na drugą stronę salonu, nadal skrywając się w cieniu. Nigdy nie była zbyt rozmowna. W sumie, jedyne, co robiła, to podążała za mną wieczorami i roztaczała wokół przerażenie. Bo nieważne, jak bardzo starałem się udawać, że obecność bestii na mnie nie wpływa, to i tak wystarczyło jedno spojrzenie na tę okropnie, obrzydliwie wręcz zdeformowaną twarz, abym przegrał walkę z samym sobą, schował się pod kołdrą i tam, przerażony, skulił się, czekając do białego rana, aż wszystko się uspokoi.
Dłuższą chwilę później, odłożyłem pusty kubek do zlewu i zbliżyłem się do granicy między światłem a cieniem. Wziąłem głęboki wdech, zacisnąłem dłonie w pięści. Miałem jakąś minutę, nim oni wszyscy opuszczą swoje nory, dopadną mnie, zniszczą zupełnie. Spiąłem wszystkie swoje mięśnie i wyskoczyłem przed siebie. Lepki wręcz mrok ogarnął mnie, chcąc utrudnić dostanie się do przełącznika światła. Lecz musiałem to zrobić, pokonać potwory w swojej głowie i wyjść zwycięsko z tego starcia. Słyszałem za sobą stukot pazurów, kopyt, Bóg wie, co one tam mają. Ciężkie oddechy na moim karku mówiły, że jeszcze chwila i przegram.
W ostatniej prawie chwili uderzyłem dłonią w przełącznik i osunąłem się po ścianie na podłogę, kiedy światło ogarniało pomieszczenie, wypędzając bestie, niszcząc je i odsyłając w niebyt.
Dopóki znowu nie zapadnie zmrok.


***
There's no way to contain
This storm swelling inside me
I'm a bomb you can't defuse

Wchodząc na komisariat, prawie już zapomniałem o tym, co się wydarzyło. O próbie zamachu na moją piekielną personę, o ataku wizji i potworów z mojego umysłu oraz nocy, pełnej koszmarów. Czułem się jak na kacu, wyprany z chęci do życia, marzący jedynie o kawałku podłogi, gdzie mógłbym się zdrzemnąć. Jednak, rzecz jasna, nikt mi czegoś takiego nie zapewni, bo po co? Po co troszczyć się o pracowników? I na co idą nasze podatki?
Ledwie żywy, pchnąłem barkiem szklane drzwi, a mój wzrok momentalnie uciekł w stronę głównego biurka, przy którym znudzony policjant, świeżak, z tego, co widziałem, zbierał od zaniepokojonych mieszkańców San Lizele wszystkie zgłoszenia o zaginionych kotach czy bójkach w lokalnych parkach. Ktoś tam już stał, więc podszedłem bliżej i zupełnie znieruchomiałem. Jasne włosy, delikatna twarz, anielski smród, który drażnił nozdrza. To ten dzieciak z kawiarni, ostatnia osoba, którą chciałbym zobaczyć w tejże chwili.
W zupełnej ciszy, wypełnionej przyspieszonym, panicznym wręcz oddechem blondyna, przebiegłem spojrzeniem od, o losie, bukietu kwiatów do stróża. Następnie, zupełnie ignorując obecność młodzieńca, pochyliłem się nad policjantem.
— Co to do kurwy nędzy i jej cholernych córek znaczy? — wycedziłem jadowicie, wskazując na niedoszłego zamachowca — Kto go tu wpuścił? Czego chce? I co to są za badyle?
— Sam tu przyszedł — Funkcjonariusz odsunął się nieco wraz z krzesłem, uśmiechając się przepraszająco do dygoczącego dzieciaka — Szukał cię, a ty, jak na zawołanie,...
Uderzyłem dłonią w blat, chcąc jakoś rozładować emocje.
— D-Detektywie Shelgyn — zaczął drżącym głosem anioł, więc zwróciłem się w jego stronę.
— Nie odzywaj się. Po prostu zamilcz, bo ci do akt, oprócz napaści na funkcjonariusza, jeszcze piękny bukiet uwag i wykroczeń wpiszę — warknąłem, po czym chwyciłem dzieciaka za ubrania i pociągnąłem go w stronę biura. Tam, korzystając z okazji, że jeszcze nikt nie postanowił zjawić się w pracy, pchnąłem blondyna na swój fotel, samemu stając przed nim. Szybko zmierzyłem go wzrokiem z góry, zastanawiając się, co mam teraz zrobić. Nie były to o tyle typowe dla hollywoodzkich filmów dywagacje, wewnętrzny dylemat między przysłowiowym dobrym a złym policjantem, a raczej zwyczajny moment zadumy. Bo ten anioł, trzęsący się jak galareta, rzeczywiście mnie denerwował. Z drugiej strony jednak, pchany czystą ciekawością, chciałem się dowiedzieć, dlaczego postąpił w taki, a nie inny sposób. Tylko jak pogodzić te dwa sprzeczne toki myślenia?
Odetchnąłem ciężko, nieco spuszczając z tonu, po czym oparłem się o blat biurka i odchyliłem głowę w stronę sufitu. Zabandażowaną dłonią muskałem kolbę obrzyna przy swoim pasie.
— To, co zrobiłeś wczoraj — zacząłem powoli, dokładnie ważąc swoje słowa, nim opuszczą moje usta — Było głupie, zdajesz sobie z tego sprawę?
Niemrawe przytakniecie, ściągnięcie ramion, splecenie dłoni na kolanach. O losie, czy każdy anioł tak się zachowuje? Gdzie są ci wszyscy niebiańscy wojownicy z płonącymi mieczami, siejącymi popłoch i zamęt? Wszyscy już zginęli czy co?
— I na pewno rozumiesz też, że jestem zły, nie?
Oczy dzieciaka zaszkliły się, kiedy po raz kolejny przytaknął. Coś ukuło mnie w sercu, więc sięgnąłem po miskę z cukierkami Jeffersona i podsunąłem ją niezbyt grzecznie pod nos chłopaka.
— Poczęstuj się — powiedziałem, cudem ukrywając w głosie niechęć do okazywania jakiegokolwiek zainteresowania drugą osobą. Czasami jednak trzeba to zrobić — Cukier pomaga na wszystko. A temu idiocie przyda się dieta.

<Cigno?>