28 lip 2019

Ogłoszenia

Zauważyliśmy ostatnio zapotrzebowanie na taki post, w którym będzie można szukać osób, wątków, itd., itp - więc jeśli szukacie kogoś do określonej fabuły, albo po prostu kogoś do pisania, możecie to zrobić tutaj w komentarzach.
Prosimy o zawarcie w nich imienia postaci i ogólny zarys wątku.

Pozdrawiamy,
Administracja

18 sie 2017

Od May'i do Anthony'ego

Moje poranki zawsze wyglądały ospale, szczególnie w niedziele. Jakby moim już świętym rytuałem było siedzenie do późna w nocy i obrabianie zdjęć. Normalni ludzie zapewne robili to w dzień, ja byłam jednak zbyt niecierpliwa by czekać na finalny efekt mojej pracy. Dlatego też zazwyczaj budziłam się na kanapie, przy laptopie i lodowatej resztce kawy, które zostawały po nocnych zmaganiach. Ta niedziela, również nie była inna. Wstałam niechętnie by udać się do łazienki, po drodze zabierając porcelanowy kubek do wypłukania. W końcu czekała go jeszcze jedna misja, czyli moja kolejna kawa, tym razem na przebudzenie. Od razu dla sprostowania, nie byłam od niej uzależniona, po prostu bez tego napoju nie umiałam rozciągnąć doby by miała godzin więcej niż zazwyczaj może zaoferować. Przeciągnęłam się ospale i w takim samym tempie umyłam kubek. Przejrzałam się w lustrze, spięłam rozczochrane włosy w niedbały kok i tak nie zmierzałam nigdzie wychodzić. Postanowiłam, że ogarnę się później. Zahaczyłam o kuchnię, postawiłam czajnik na kuchence i wsypałam kawę do kubka. Uwielbiałam jej zapach.
W oczekiwaniu na zagrzanie wody wróciłam do salonu na kanapę. Włączyłam ponownie laptopa by zobaczyć na jakim etapie pracy zasnęłam. Wpisałam hasło a moim oczom ukazały się okna aplikacji, przeglądarki i migająca ikonka poczty. Kliknęłam ją, miałam jedną nową wiadomość. Przeczytałam ją i nie mogłam przestać się śmiać. "Osobisty niewolnik Iris"? Kreatywny pseudonim, tak dobrowolnie przyznać, że jest się wobec kogoś uległym. Jednakże pan Anthony, jak się ówcześnie przedstawił, miał rację, przekonał mnie. Chociaż właściwie wolałam pracować sama, ciekawa byłam co może wyniknąć z takiej współpracy. Od razu wygooglowałam nazwisko pani fotograf, jej portfolio, które znalazłam było dosyć ciekawe. Co oznacza u mnie ciekawe? To dobre pytanie. Dla mnie oznacza to mniej więcej tyle co: wystarczająco inspirujące, ale można wyciągnąć więcej. Nie jestem bardzo krytyczną osobą, sama mówię tak o swoich zdjęciach. Uznałam, że odpiszę i się zgodzę, przy okazji wyślę jej moją najnowszą pracę, z której na marginesie byłam bardzo dumna. Postanowiłam, że stworzę album ukazujący nadnaturalnych w sposób naturalny, czyli nie brutalny, nie jakiś wyniosły. W sposób taki, który odzwierciedlałby ich naturę, taką prawdziwą i czystą, bez zmąceń otaczającego ich świata. Uznałam, że zaczęcie od driad będzie dobrym pomysłem, w końcu one były naturze najbliższe. Ciężko mi było znaleźć modelkę, która zgodziłaby się na mój pomysł przedstawienia tych istot, jednak w końcu mi się udało. Efekt końcowy? Jednym słowem byłam z niego dumna, więc spokojnie mogłabym przedstawić swój pomysł pani fotograf. Zabrałam się więc z za odpowiedź na maila:

Witam,
Z tej strony Maya Henderson. Z wielką przyjemnością przyjmę propozycję współpracy. Aktualnie zaczęłam pracę nad albumem "nadNATURALNI", którym chciałam pokazać prawdziwe, łagodne obliczę nadnaturalnych. Bardziej szczegółową charakterystykę mogę podać przy osobistym spotkaniu. Jak na razie w załączniku przesyłam pracę przedstawiającą driadę jako zalążek projektu.
Chcę również ciepło pozdrowić pani osobistego niewolnika, którego mail mnie zachęcił. 
Załącznik 1.
P.S.
Panie Anthony, czy jest pan niewolnikiem w 100% czy znajdzie pan czas na pogawędkę?

Anthony? Co powiesz na dalsze chatowanie?^^

Od Caireann do Clarie

Zimno, robi się naprawdę zimno. Cholera, musieli wyłączyć ogrzewanie. Nie zdążyłam opłacić rachunków, a wszystko inne poszło na misia dla Lily i jedzenie. Tak, odpuściłam sobie morfinę.  Ja, morfinistka niebędąca w stanie wytrzymać dnia bez dawki. Zmęczona opieram się o umywalkę i spoglądam w lekko już oszronione, stłuczone prawdopodobnie w trakcie jednego z ataków lustro. Patrzy na mnie niesamowicie blada, wymęczona twarz. Oczy, puste i niezwykle zimne, są zaczerwienione do granic możliwości, włosy w nieładzie, usta suche i spierzchnięte, pokaleczone w wielu miejscach od notorycznego ich skubania. Ot, taki nerwowy odruch. Drżę, drżę cała. Drżą mi dłonie, dolna warga, nerwowo rozglądam się na boki, wyobraźnia przemienia każdy cień w potwora. Czy tam w kącie to bestia tylko czekająca żeby wyssać ze mnie ostatnie siły do życia, czy to jednak zwykły cień? Nie wiem. Brak mojego płynnego szczęścia zaczął mi uderzać do głowy już poprzedniego dnia, to jest pierwszego dnia odstawienia tego. Ale nie poddam się, chcę z tym skończyć. Nie dasz rady, jesteś zbyt słaba, to oczywiste. Głupia i słaba Caireann, zbyt słaba, by to zakończyć. Odganiam natrętny głos, nie chcąc go słuchać. Zaczął mnie irytować, już go nie potrzebuję, nie chcę go. Nie, od kiedy jest Clarie. Mimowolnie delikatnie uśmiecham się do swoich myśli, przemywam twarz lodowatą wodą. Chwila... Ona miała dzisiaj przyjechać, a ja wyglądam doprawdy żałośnie. Cholera! Lily mogłabym zostawić samą, jest naprawdę odpowiedzialnym, spokojnym dzieckiem, jednak nie ze Spence. Jest nie tyle, co głupiutka, a wręcz przeciwnie, niesamowicie inteligentna, ale i żywiołowa. Nie wiadomo, co mogłoby się stać, a nie chcę ryzykować. Coś się wymyśli, ale to później. Teraz czas doprowadzić się do jako takiego porządku. Pośpiesznie przeczesuję włosy szczotką, po czym wkładam głowę pod kran i odkręcam wodę. Przez przypadek zrzucam szczotkę na ziemię, na dźwięk plastiku uderzającego o kafelki podrywam się. Błąd. Kurwa. Syczę cicho, łapiąc się za głowę. No tak, musiałam walnąć w tą cholerną szafkę. Szybko kończę myć włosy, tym razem uważając bardziej i wycieram je. Co teraz... A tak, trzeba wyglądać w miarę znośnie. Wyciągam z szafki koszulę, którą wkładam tylko na wyjątkowe okazje. To zdecydowanie jest taka okazja. Niezdarnie próbuję zapiąć mankiety koszuli jedną ręką. Dlaczego to musi być takie trudne? W końcu mi się udaje przy drobnej pomocy zębów. I teraz najtrudniejsza decyzja całego mojego nędznego życia. Jak zapiąć koszulę. Pod samą szyję, czy raczej odpiąć jeden lub dwa guziki? Trudne.Słysząc pukanie do drzwi, drgam lekko. Ostatni raz zerkam w lustro, nieznacznie krzywiąc się na widok swojej paskudnej twarzy. Po pośpiesznym ogarnięciu się wyglądam znośnie, co nie zmienia faktu, że jestem najzwyczajniej w świecie brzydka. Wciąż trudno mi uwierzyć, że Clarie coś we mnie widzi, ale to cudowne uczucie. Staję przed drzwiami, biorąc głęboki oddech. Może jednak nie otwierać  i udać, że mnie nie ma? Zaczynam się denerwować, rozważać wszystkie za i przeciw. Ciekawe, czy też się tak denerwuje. A może to tylko gra, drwi sobie ze mnie? Nie, niemożliwe, ona taka nie jest. Jest najcudowniejszą osobą na ziemi, a nawet we wszechświecie, taka myśl nie powinna się nawet pojawić. A jednak się pojawiła, dlaczego? Szlag, powinnam się uspokoić i w końcu otworzyć te cholerne drzwi, przecież ona tam stoi i czeka. W końcu uśmiecham się nieco niepewnie, odpinam jeden guzik koszuli, mimo, że wcześniej postanowiłam zapiąć ją po samą szyję i otwieram drzwi. Na jej widok całe wcześniejsze opanowanie, którego, nie oszukujmy się, i tak nie było wiele, uciekło ze mnie. Czy serce nie mogłoby bić mi ciszej? Mogę się założyć, że słyszą je na drugim końcu miasta. Może Clarie nie zwróci na to uwagi, oby. Na przemian patrzę na kwiaty i na blondynkę. Uwielbiam róże, są piękne. Tylko jak je wziąć, żeby przy okazji nie zrobić idiotki, upuszczając je? Dłonie drżą mi zdecydowanie zbyt mocno, szybko zaciskam je na mankietach koszuli. Ona jest taka piękna, gdzie mi do niej. Przy niej każda, nawet najjaśniejsza z gwiazd utraciłaby blask. W końcu drgam, wyrywając się z zamyślenia. Powinnam się uspokoić. Wyciągam dłoń i delikatnie ujmuję kwiaty, ostrożnie, bardzo ostrożnie, nie chcąc ich zniszczyć, mimowolnie uśmiecham się delikatnie. Spuszczam głowę, próbując ukryć rumieniec, który wykwitł na moich policzkach, niemal dorównujący intensywnością koloru kwiatom, które otrzymałam. Drobny, ale piękny gest. Nieco niezdarnie obejmuję kobietę, nieznacznie odzyskując opanowanie przyciskam ją do siebie. Chowam twarz w jej jasnych włosach, są takie miękkie i gładkie, cudowne, jak ona cała. Mogłabym gładzić je całymi dniami, a i tak nie miałabym dość. Cholera, czy to serce nie może się uspokoić chociaż na chwilę? Na pewno to wyczuła, musiała wyczuć, a jednak się nie śmieje. Lekko przymykam oczy, ciesząc się jej obecnością. Ta chwila powinna móc trwać wiecznie.
Uśmiecham się, opierając głowę na ramieniu kobiety i lekko ściskając jej dłoń. Jest chłodno, ale nie zimno, idealna pogoda na spacer. Cisza pomiędzy nami nie jest ani trochę niezręczna, panuje przyjemne milczenie. Jeszcze nigdy nie czułam się przy nikim tak cudownie. Kocham ją? Chyba tak. Nie, nie chyba. Tak, kocham ją, na pewno. Tak, naprawdę, kocham ją zupełnie prawdziwie. To nie jest tylko jakieś głupie, naiwne zauroczenie, zrobiłabym dla niej wszystko.
  - Oo, usiądziemy tam? - jasnowłosa przerywa milczenie, wskazując na niewielki, kamienny mostek. W okolicy jest zupełnie pusto, idealnie. Mimowolnie uśmiecham się przelotnie. Odosobnione miejsce, zachód słońca i najpiękniejsza kobieta świata. Romantycznie.
  - Za tobą pójdę wszędzie - ufnie podążam za kobietą, pozwalając się prowadzić, siadamy na barierce mostu ramię w ramię. Z zachwytem wpatruję się w chowającą się za horyzontem ognistą kule. Widziałam wiele zachodów, ale to zupełnie co innego. Splatam palce swojej dłoni z palcami kobiety, podziwiając szkarłatne niebo. Wygląda jakby się paliło, jakby zaraz miało na nas spaść, jakby dokładnie w tej chwili miał nastąpić koniec świata. Niech dzieje się co chce - Pięknie - szepczę cicho, nie chcąc psuć tego cudownego klimatu. Zerkam w stronę jasnowłosej. Patrzy na mnie. Patrzy tak, jak nie patrzył nikt dotąd. Odwracam głowę, przyglądając się jej pięknym oczom. Założę się, że gdybym nachyliła się bardziej, utonęłabym w nich. No cóż, zaryzykuję. Pod wpływem impulsu przybliżam swoją twarz do jej twarzy. Tak, pocałuję ją. Zrobię to. W ostatniej chwili zderzamy się nosami – Cholera jasna - łapię się za nos, a Clarie wybucha cichym śmiechem.
 - Jeszcze raz? - tym razem lekko przekrzywiam głowę, by nie powtórzyć tego samego błędu jeszcze raz. Łączymy usta w delikatnym, czułym pocałunku, lekko przyciskam do siebie kobietę. Gdybym tylko potrafiła panować nad czasem, zatrzymałabym go właśnie teraz, w tej cudowniej chwili.

Clarie?

17 sie 2017

Od Koyori do Jamesa

Siedziałam na plastikowym krzesełku w szpitalu, nerwowo ruszając stopą, którą założyłam na kolanie i martwo wpatrywałam się w każdego człowieka przebywającego w tym samym miejscu, co ja. W mojej głowie aż kręciło się od tych wszystkich zapachów, mieszanek tego. Czułam zarówno ludzi, jak i nadnaturalnych, jednak nikogo z zapasem srebra w zanadrzu. Nadal nie wiem, czy to do końca dobrze. A moją głowę nie zaprzątała myśl o Jamesie. Kiedy przywiozłam go tu moim samochodem i wyjaśniłam, co mu jest jednej z pielęgniarek, ta zabrała go. Gdzie, to nie mam zielonego pojęcia. Ostatni raz byłam tu, gdy mama rodziła. A przynajmniej nic innego nie przychodzi mi do głowy. Myślałam nad tamtą kobietą, na której zacisnęłam swoje szczęki, tym samym ją zabijając. Momentami czułam smak jej krwi w buzi. Jak wrócę, to będę musiała umyć zęby. Porządnie. Jednak w moim umyśle pojawiła się pewna myśl. A raczej pytanie. Co ja zrobiłam? Ja ją zabiłam! Nawet nic z jej ciałem nie zrobiłam. Nie zadzwoniłam po żadną karetkę czy policję, po prostu tam ją zostawiłam, wykrwawiającą się na trawie. I to nie był jakiś zając, szarak czy sarenka. To był człowiek. Mogła mieć rodziców, rodzeństwo. Męża, chłopaka, narzeczonego, a nawet dzieci. Równie dobrze mogła być lesbijką, singielką, a nawet rozwódką czy wdową. Choć na to ostatnie mogła być cud za młoda. Jednak w tym mieście wszystko jest możliwe. W jakiś sposób brakowało mi obecności Kohi, jednak nie mogłam jej ze sobą wziąć. Tylko by psociła i pewnie sprawiłaby mi kłopoty.
- Panna Koyori? - nagle usłyszałam nad sobą niski, męski głos. Natychmiastowo podniosłam głowę w górę, widząc przed sobą starszego mężczyznę pewnie po sześćdziesiątce.
- Tak? - spytałam. Nie byłam do końca przekonana, co ode mnie chciał, jednak nie widziałam go, gdy zabierali Jamesa.
- James wyraził chęć zobaczenia się z panią – odpowiedział. A jednak. Wstałam z krzesełka i ruszyłam za lekarzem o imieniu Sebastian, jak podpatrzyłam z jego plakietki. Już po chwili wyszliśmy z poczekalni, poprowadził mnie po korytarzach, kilka razy skręcił, aż w końcu otworzył drzwi do jakiejś sali, gdzie na łóżku leżał czarnowłosy. Spod białej kołdry wystawały tylko jego ręce, jak i głowa, choć połowa jego nagiego torsu również była odkryta. Z całej swojej woli starałam się tam nie patrzeć. Doktor gestem wskazał mi krzesełku przy ścianie naprzeciwko i tam ruszyłam. Przesunęłam je do łóżka i usiadłam. Potem nikogo tam nie było, oprócz naszej dwójki. Spojrzałam na jego ramię, świeżo zabandażowane. Obok za to dostrzegłam stoliczek na kółkach ze środkami dezynfekującymi takie rany, plastrami, szczypcami i bandażami. Waciki, które również tam były, z całą pewnością nie nabrały czerwonej barwy od farby. Nawet jak oddychałam przez nos, to zdecydowanie większość była od krwi mężczyzny. Wyprostowałam się i z lekkim uśmiechem spojrzałam na mojego znajomego.
- To… Jak cię czujesz? - spytałam. Standardowe pytanie, które łatwo może kogoś zdenerwować. W mojej głowie nic innego nie było. Błękitnooki westchnął, odchylając głowę do tyłu.
- Jakoś żyję… Powiedzieli, że z ramieniem w sumie nie jest aż tak poważnie, jednak i tak będę musiał tu zostać. Chcą mnie poobserwować – odpowiedział. Skinęłam powoli głową, na znak, że rozumiem. No tak, mogłam się tego spodziewać.
- A zadzwoniłeś do swojej siostry? - znowu zapytałam. Tyle się o nią martwił, że w tej chwili do był kluczowy temat.

James?

Od Timma do Leann

Ruszyłem wolnym krokiem. Otaczany zapachem ulicy. Nie mieszkałem wcale tak daleko. Jutro cały dzień zapewne w pracy. Nie miałem ochoty tam iść. Poczułem jakieś zmęczenie, nie fizyczne lecz psychiczne. Mijałem przycięte drzewka, trawniki, ładnie pomalowane płoty lub piękne budynki. Wszystko było tak żmudnie dopracowanie, ludzie istoty chciwe, chciały się tym popisać, pokazać swoją klasę i piękno, którego w ich sercach brakuje. Wiem, nie powinienem oceniać wszystkich z góry.Wróciłem do mieszkania. Od razu usiadłem na krześle i przetarłem twarz. Ciemność oraz duszność. Milimetry nad piekłem. Okna prawie wiecznie zasłonięte. A w głowie wciąż rozbrzmiewał mi głos Leann, był uroczy. To jak nazwała mnie batmanem, miałem wrażenie, że ona widzi inaczej niż ja i chciałbym także zobaczyć skrawek tego świata z jej perspektywy. Ale nie nadaję się, wiem to. Nie potrafię być przyjacielem, a tym bardziej osobą, którą można kochać. Już raz zawiodłem, to starczy. Zacisnąłem pięści, westchnąłem cicho. Ma mój numer, to prawda, ale sam nie wiem. Podszedłem do szafki i wyjąłem z niej broń, obejrzałem ją dokładnie. Wystarczyło przystawić do skroni i nagle bum! Nie ma mnie. Wydaje się, że to dobra opcja. Mój telefon zabrzęczał, podniosłem głowę. Odłożyłem pistolet i szybko chwyciłem komórkę. SMS - otworzyłem go. "Hej! Tu Leann! Jak mówiłam to spiekłam te ciasteczka, są jak węgiel, ale Leon i tak zjadł trochę". Uśmiechnąłem się delikatnie i pokręciłem głową. Odpisałem z zapytaniem o samopoczucie i plany na jutro. Przysiadłem przy pianinie. Zaraz otrzymałem wiadomość. "Jest dobrze, a jutro praca, a potem...nie wiem, zobaczy się, a jak u ciebie? Co tam porabiasz? Odpisz i poczekaj chwilę, bo Leon mnie o coś męczy". Przejechałem wzrokiem po pianinie. "Zaraz będę grał, u mnie jest", tu się zatrzymałem, "jest w porządku". To nie była prawda, ale mniejsza. Odłożyłem telefon, delikatnie dotknąłem pianina. Wziąłem głęboki wdech. Już zamierzałem zacząć, gdy telefon znowu dał o sobie znać. "Chciałabym posłuchać jak grasz". Szybko odpisałem bez większego namysłu: "To do mnie zadzwoń". Po chwili rozbrzmiał dźwięk mojego dzwonka. Odebrałem.
- Heej - powiedziałem przeciągle.
- Cześć Timm! - zapiszczał wesoły głos Leann.
- Zaraz zaczynam - odparłem.
- O! Super! To czekam!
- Masz jakieś życzenie co do utworu? Może lubisz jakiś konkretny? - zapytałem i zacisnąłem zęby.
- Daj mi chwilę...
Oczekiwałem w lekkim stresie, sam nie wiem dlaczego. Kiedyś być może skomponuję coś własnego, ale nie teraz, jestem słaby. Rozejrzałem się po pokoju. Zamknąłem oczy i wsłuchałem w ciszę. Towarzyszyła mi codziennie, miło było z kimś porozmawiać przez telefon, w końcu od dość dawna.
- Leann pójdę po wodę dla siebie, poczekaj chwilę - powiedziałem i ruszyłem do kuchni.
Chwyciłem pierwszy lepszy kubek. Nalałem wody z kranu i upiłem łyk, następnie wróciłem przed pianino.
- Timm? - usłyszałem jej głos.
- Jestem, jestem, to jak co mam zagrać?
Wypiłem wodę, a następnie odstawiłem kubek.



Leann?

15 sie 2017

Od Lunaye do Dimityra

- Niech będzie - powiedziałam poprawiając niesforny kosmyk i odchrząknęłam. Naprawdę jego propozycja szczerze mnie rozśmieszyła. - Przyjmę cię na okres próbny - dodałam.
-Tylko okres próbny? - jęknął - Czyżbym nie robił tak dobrego wrażenia? - zrobił pozę a'la "Jestem najlepszy na całym świecie". Zaśmiałam się ponownie. Musze przyznać, że jego sposób bycia robił wrażenie, hm, dość pamiętliwe.
- Zapłacę ci normalnie, ale chce zobaczyć cię w akcji - odparłam.

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Moje życie biegnie dość spokojnym rytmem. Kawiarnia - Praca - Dom - Pies - Kawiarnia - Dom. I tak w kółko. Dość oklepanie? Możliwe. Ale ta rutyna naprawdę sprawia, że żyję. Paradoks. Dni przemijają powoli, ja ciesze się życiem, nie wyobrażam sobie by coś mogło to zaburzyć, zmienić tego tor czy kolejność.
Z pracy wróciłam swoim lśniącym motocyklem, moją maszyną zagłady, moim czarnym rumakiem. Tak, aż tak zachwycałam się kupą złomu. Od dawna uważałam, że takie wehikuły są lepsze od samochodów, zabierają mniej miejsca i mogą zabrać mniej ludzi, co skutkuje brakiem marudzenia przez inne osobniki tego samego gatunku. Zaparkowałam przed kawiarnią i założyłam blokadę, która w teorii miała chronić przed kradzieżą, ale w praktyce wiadomo jak jest. Jeśli ktoś byłby bardzo zdeterminowany, to dałby rade ukraść wszystko. Na przykład mój motocykl, łącznie z lampą uliczną do którego go przypięłam (tak na wszelki wypadek).
Zabrałam kask i plecak, weszłam do kawiarni. Gdy tylko otworzyłam drzwi powitał mnie dźwięk dzwoneczka na głową i charakterystyczny dla takich miejsc, lekki gwar ludzi siedzących przy kawie, ciasteczku i tak dalej. Bardzo to lubiłam, może większość ludzi takie coś by irytowało,a le ja lubiłam tego słuchać. Spojrzałam za barek, był poniedziałek więc powinny się tu kręcić cztery osoby. Były jednak trzy, o czym dobrze wiedziałam, bo jedna kelnerka się rozchorowała. Z racji tego to ja tego dnia miałam zająć jej miejsce. Prześlizgnęłam się przez salę witając niektórych gości i weszłam po schodach na górę by odłożyć rzeczy. W progu przywitał mnie Snow szczekając i merdając ogonem. Postanowiłam wypuścić go na ogródek z tyłu, chociaż na godzinkę by po przebywał trochę na dworze, bo ja mogłam go zabrać na spacer dopiero po zamknięciu lokalu.
Kiedy weszłam na salę było około szesnastej, więc ludzi było sporo. W końcu to pora na popołudniową herbatkę i ciastko. Zajęłam miejsce za ladą i sprawdziłam grafik, po przeczytaniu nazwisk dotarło do mnie, że dzisiaj powinien być tu Dimityr. Westchnęłam. Przez ostatni tydzień kiedy wypadało, że ja musiałam kogoś zastąpić była to też zmiana tego faceta. Nie mogłam w to uwierzyć, wpadaliśmy na siebie cały czas. Nawet jeśli byłam na mieście to spotykałam go w sklepie lub parku. Nawet tu, we własnej kawiarni, gdzie to ja ustalałam grafik, wpadałam na niego mimowolnie. Rozejrzałam się, by ustalić gdzie, nazwijmy to, obiekt moich irytacji , się znajdował.
Po chwili wypatrzyłam go na środku sali, między stolikami przy których siedziały same dziewczyny. Jak zawsze szarmancko uśmiechnięty i roześmiany zabawiał klientki. Przez czas jak u mnie pracował zdążyłam już zauważyć, że kobiety specjalnie zrzucały serwetki ze stołów by Dimityr im je podnosił. Dzięki niemu zauważyłam wzrost klienteli płci żeńskiej, i to dość znaczny, a nawet nie liczyłam, szacowałam jedynie na oko. Nie byłam pewna co on w sobie miał, że aż tak je przyciągał i zwracał ich uwagę. Dla mnie był przeciętnym mężczyzną, co trzeba mu przyznać przystojnym, ale zwykłym. Robiąc sobie kawę postanowiłam mu się przyjrzeć, naprawdę był dla mnie zagadką, a fakt, że stał się częścią mojego życia, w procencie znacznie większym niż tego chciałam czy oczekiwałam, sprawiał, że nie chciał przestać zaprzątać moich myśli. Często się zastanawiałam, co myśli gdy rozmawia z panią x, lub gdy zabawia rozmową panią y. Kiedy spoglądałam na niego zza lady, a słońce prześwitywało przez świeżo wymienione okna, nie mogłam w myślach nie przyznać, że faktycznie coś sprawia, że chce się na niego patrzeć. Skarciłam się w myślach i spuściłam wzrok. Dolałam do kawy mleka i zamieszałam. Upiłam łyk. Nie, wcale nie interesował mnie tak bardzo by mu się przyglądać, miałam inne rzeczy do roboty i...
- Cappuccino, zielona herbata z cytryną i dwa ciasta czekoladowe do dwójki - aż podskoczyłam wystraszona niespodziewanym zdaniem skierowanym w moją stronę. Wylałam przy tym swoją świeżo zaparzoną kawę prosto na ladę. Ugh. Złapałam filiżankę i spojrzałam na sprawcę mojego "wypadku". Dimityr. Stał, patrzył na mnie ze swoim zadziornym uśmieszkiem, byłam pewna, że jest o krok od roześmiania się.
- Ah, jasne. - speszona chwyciłam za ścierkę i szybko wytarłam moją pyszna kawę, z której nic już mi nie zostało. Jedynie plama na fartuszku. Schyliłam się by podać mu ciasto, dwa kawałki z zamówienia. - Proszę - wstałam i postawiłam mu na tacy dwa talerzyki ze słodkościami. Zaśmiał się.

Dimityr? 
Pod koniec tak się wciągnęłam, że ugh ♥ 


14 sie 2017

Od Anthony'ego

Przeglądając twittera wszedłem do domu, smycz z kluczem zawiesiłem sobie na dłoni a stopą zatrzasnąłem za mną drzwi. Ściągnąłem buty nie odrywając wzroku od ekranu telefonu. Rzuciłem klucz na stolik stojący tuż obok wieszaka. Było dziś ciepło, więc nie miałem kurtki. Suwając czerwonymi skarpetkami po podłodze przeszedłem do kuchni żeby zrobić sobie herbatę. Wstawiłem wodę i zajrzałem do salonu. Na kanapie siedziała Iris, robiąc coś na komputerze. Podszedłem do niej i nachyliłem się nad meblem by dać siostrze buziaka w policzek. Zajęta mruknęła tylko coś na temat pracy. Wróciłem do blatu i przygotowałem dwa kubki, jeden z narysowanym koniem, drugi z grumpy catem. Do obu wsypałem herbatę, do jednego cukier. Gdy wszystko było gotowe wróciłem do salonu, stawiając kubek ze słoniem przed Iris. Usiadłem na fotelu taty, czekając aż kobieta oderwie się od obowiązków. W końcu westchnęła i odkładając urządzenie sięgnęła po herbatę.
- ... Więc? - spytałem. Pociągnęła łyka napoju i skrzywiła się.
- Poparzyłam język. Co "więc"? - spojrzała na mnie zmęczona.
- Co tu robisz? - spytałem, a moją twarz zaraz uderzyła poduszka.
- Wredne! To nadal i mój dom, wiesz? - warknęła a ja przewróciłem oczami.
- Ile spałaś? - zadałem pytanie a siostra przetarła twarz dłonią.
- 2 godziny. Ta mała cholera nie dawała mi spać - powiedziała wskazując na swój, zresztą już dość spory brzuch. - A Dominic cały czas panikuje, że to może coś oznaczać i powinnam jechać do szpitala - wyjęczała i oparła głowę o jedną z ulubionych poduszek Aidy.
- On naucza medycyny - spojrzałem na nią z podniesioną brwią.
- I jest przewrażliwiony na punkcie swojego dziecka. Zabronił mi jedzenia korniszonów, bo co jeśli się jednym zakrztuszę? - pokręciła głową z histerycznym uśmiechem. Zaśmiałem się cicho i wziąłem kolejnego łyka herbaty.
- Czym się teraz zajmujesz? - spytałem i oparłem podbródek na dłoni. Pachniała czosnkiem, mimo tego, że nosiłem rękawiczki podczas całego dnia.
- Chcę nakłonić pewną młodą fotografkę na współpracę, ale nie mam zielonego pojęcia jak sformułować maila - pociągnęła kolejnego łyka z kubka.
- Jak współpracują fotografowie? - zapytałem głupio a Iris przewróciła oczami.
- Kretynie - westchnęła i położyła się. - Nic już dzisiaj robię. Mam wolne - rzuciła a ja oparłem się wygodnie.
- Zgaduję, że to sugestia, żebym napisał do niej za Ciebie? - podsumowałem a ona pokiwała głową z zamkniętymi oczami. Wziąłem jej laptopa i postawiłem go sobie na kolanach. Spojrzałem na otwartego maila i parę zdań nabazgrolonych przez siostrę. Wziąłem je w cudzysłów a poniżej napisałem swoją wersję.

Witaj.
Z tej strony Anthony Troye Blake, brat Iris Joye Rush, do której należy ten email. Jest ona fotografką  i prowadzi własne studio. Chce Cię zaprosić do współpracy (jak to wygląda?), ale jest leniwą kozą i nie potrafi napisać nawet głupiego maila. Więc robię to ja. A niezbyt ładnie, bo rzuciła mi w twarz poduszką. I tak, wiem, jak to wygląda, ale nie mam dwunastu lat. To tak właściwie moja taktyka, żeby Cię skusić na tę współpracę. I wiem, że działa.
Pozdrawiam
Osobisty niewolnik Iris.

Maya? Co powiesz na tę cudowną propozycję?