Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aron. Pokaż wszystkie posty

7 lis 2017

Od Arona do Aurayi

Siedziałem oparty o ścianę. Choroba zdecydowanie dawała górę. Anioł patrzył na mnie ze złością. Nie wiedziałem, co mam jej odpowiedzieć.
- W plecaku mam telefon. Podaj mi go. Zaraz coś wykombinuję - powiedziałem resztkami sił.
- Gdzie będziesz dzwonić? - schyliła się do plecaka i wyciągnęła z niego komórkę.
- Mam pewien pomysł. Ale będziesz musiała mi zaufać - wziąłem od niej urządzenie, które mi podawała.
- Co innego mi pozostaje? - wzruszyła ramionami, odwróciła się i wyjrzała na łąkę.
Była dopiero 7 rano. Powoli przeglądałem listę kontaktów. Zastanawiało mnie, kto będzie większym szaleńcem w tej sytuacji. Ja, bo dzwonię do kanałowego szczura, który trzyma w garści rebelię, czy on, bo ma u mnie dług i jest zobowiązany się odwdzięczyć.
- Jakie masz relacje z wampirami? - spytałem Aurayi. Ta jednak zdecydowała się przemilczeć pytanie.
- Rozumiem - wybrałem w tej chwili numer i przyłożyłem telefon do ucha. Pierwszy sygnał zabrzmiał, a ja byłem cały zestresowany - Wiesz, że jestem na ciebie zdany? - kiwnęła tylko głową.
Nikt nie odebrał. Postanowiłem więc dzwonić do skutku. Drugi raz. Trzeci. Czwarty. Za piątym to samo. Za szóstym się udało.
- Gadaj, czego chcesz skurwysynie - krzyknęła postać z telefonu.
- Starego druha nazywasz synem kurwy? - zapytałem spokojnie. Znałem wybuchowy charakter postaci po drugiej stronie.
- Mów…
- Aron. Ciągle wisisz mi przysługę.
- Żeby cię pies jebał, znikasz kiedy ci się podoba, a po roku dzwonisz jak ci czegoś potrzeba? - miał rację. Zniknąłem i nie dawałem znaku życia.
- Zdążyłeś kupić mi wieniec i znicz? - cicho się zaśmiał.
- Jesteś jak pies alkoholika. Zawsze się wyliżesz! Kto by pomyślał.
- Przypominam, że to przez ciebie musiałem się wylizać. Zostawiłeś swojego przyjaciela. Postrzelonego przez Łowców. W samym centrum Londynu. Racja, zawsze się wyliżę. Ale teraz mi pomóż. Źle ze mną.
- Czego ci potrzeba, pojebańcu? - w tle słyszałem jak Aura jest cholernie niezadowolona i jak pod nosem przeklinała los, który nas spotkał.
- Transport dla dwóch nadrealnych, nocleg i prowiant. Leki na przeziębienie. Goniły nas psy gończe.
- A ty szczekaj, walcz rezerwowy psie! Pysk się pieni! Jeży sierść!
- To nie czas na cytowanie…
- To na co jest czas? - nic sobie nie robił z naszej trudnej sytuacji.
- Pomożesz mi? 
- Co z tego będę miał?
- Czy ocalenie życia dla twojego dziecka nie było już wystarczającą zapłatą? 
- Żeby cię serio pies jebał. Śmiesz to wypominać?
- Pamiętasz, że wszyscy postanowili ją wtedy zostawić? Wszyscy, poza mną. Dlatego nie zachowuj się jak dupek. Okej?
- Gdzie mam być i kiedy?
- Jak najszybciej… pamiętasz, gdzie pierwszy raz pokazałeś mi swoją naturę?
- Byłeś wtedy żywszy i mniej pochmurny…
- Skończ z żartami. Czekamy.
Rozłączył się po tych słowach. Auraya powoli się rozciągała. Najbardziej spektakularny widok, to anioł prostujący swoje skrzydła. Jak ta istota nosi cały ich ciężar przez 24 godziny? Nie boli jej kręgosłup? W sumie. Schorowany Chmurnik obserwuje anioła i zastanawia się, czy nie bolą ją plecy. Logiczne zachowanie Aron. Bardzo logiczne.
- Nie chcesz do nikogo zadzwonić? - wyciągnąłem rękę w jej stronę i podałem jej telefon.
- Dzięki… chyba rozumiesz… - przechylała ciało w stronę “wyjścia”
- Idź. Tylko uważaj na siebie.
Zeskoczyła z małym uśmiechem i zniknęła z moich oczu. Nasza szansa na wyrwanie się stąd była coraz większa. Oczywiście miałem wątpliwości co do tego. Aura chyba mi wybaczy, jak jeszcze się zdrzemnę…

(***)

Auraya złapała mnie za ramię i mocno potrząsnęła, przez co się obudziłem. Spojrzałem na nią i potem na zewnątrz. Było coś koło południa.
- Aron. Ktoś podjechał - wyszeptała.Szybko wstałem i od razu upadłem. Przeceniłem swoje możliwości. Aura pomogła mi podejść do wyrwy w dachu i wyjrzeć na zewnątrz. Postać weszła do środka i spojrzała w górę. W oczy rzuciła mi się charakterystyczna blizna na lewym policzku.
- Aron, ty stara… - zaczął czule, jak to on.
- Nie kończ. Dobrze cię widzieć - wstałem przy pomocy anioła.
- Będziecie tam siedzieć? Nie gasiłem auta - wyszedł powoli, a ja spojrzałem w stronę Aurayi.
- Wszystko okej? - spytałem jej.
- Już mu nie ufam.
- I słusznie. Pomożesz mi zejść?
- Ta, jasne - zeskoczyła.
Zszedłem z trudem za nią. Na zewnątrz czekał na nas biały Ford Transit. Towarzyszka pomogła mi dojść do niego.
- Nie przedstawisz mnie? - wampir wyszedł zza samochodu.
- Skoro muszę - przygryzłem dolną wargę - Aura... to wampir, o którym ci już wspomniałem. Mój stary przyjaciel, który zdecydował się zostawić mnie na pastwę losu i pozwolił mi skonać Na szczęście wylizałem się. Wiktor. Poznaj Aurayę.
- Mam nadzieję, że przez waszą dwójkę nie będę miał kłopotów - otworzył drzwi paki - wsiadajcie.
W środku znajdowała się zabezpieczona linami kanapa, na niej apteczka. Aura pomogła mi wejść do środka. Wampir zamknął nas w środku. Nie przewidział, że jak zamknie drzwi, to będzie ciemno. Nieważne. Telefonem oświetliliśmy drogę do miejsca odpoczynku. Powoli usiadłem, a anioł przeszukała pakiet medyczny i odnalazła leki przeciwbólowe. Dopiero teraz poczułem, jak boli mnie głowa i gardło.
- Zdrzemnij się jeszcze - powiedziała cicho.
- Nie, nie będę już spać. Czyżbyś zaczęła się martwić?


Auraya?

3 lis 2017

Cukierkowanie według Arona. Halloweenowy event Temat 2.

     Wylegiwałem się na kanapie, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Nie spodziewałem się dzisiaj gości. Kto to mógł być? Bruno? Nie, to nie w jego stylu. Julian? Demony nie mają w zwyczaju pukać. Czas podnieść leniwy tyłek i otworzyć te głupie drzwi. Zanim je otworzyłem, usłyszałem pukanie. Ktoś jest bardzo niecierpliwy.
- Cukierek albo psikus! - krzyknęła para dzieciaków, zanim otworzyłem drzwi na oścież.
- To dzisiaj? - stałem kompletnie wryty w ziemię. Racja. 31 października. To dziś.
- Niech pan nie udaje, tylko daje cukierki! - krzyknął chłopiec po mojej lewej, przebrany za wampira.
- Właśnie! - dodał wilkołak z prawej.
- Huh… serio zapomniałem. Poczekacie chwilę? Znajdę coś i zaraz wam sypnę…
     Super. Jeszcze rozdawać cukierki. Mam w ogóle jakieś? Przymknąłem drzwi. Idąc do salonu przypomniałem sobie, że mam zapas pakowanych ciastek Oreo w segmencie. Chyba się nadadzą. Zgarnąłem je szybko i wróciłem do dzieciaków. Gdy ponownie otworzyłem drzwi, pokazały się dwie kolejne wesołe mordki.
- Trick or Treat! - krzyknął drugi wilkołak, a z nim coś na wzór zombie.
- Spokojnie, tak jak obiecałem. Lubicie Oreo? - wrzuciłem każdemu po paczuszce do worka.
- Dzięęękuuujeeemyyy! - krzyknęła cała czwórka na raz.
     Błagam, żeby nie przychodziło ich więcej. Ten zapas słodkich ciastek miał być dla mnie. Zapracowałem na nie. Rzuciłem się znowu na kanapę. Nie zdążyłem nawet wygodnie się ułożyć, a dzwonek ponownie wydał swój dźwięk. Serio? Zajrzałem do folijki z opakowaniami. Zostało mi 6 sztuk. Zwlokłem się z sofy i dotargałem do drzwi. Stało tam troje dzieciaków. Rzuciłem trzy pakunki ciastek i zamknąłem na szybko drzwi. Dzieci nie zdążyły dokończyć kwestii, gdy ja przekręcałem klucz. Nim przekroczyłem próg salonu, usłyszałem ponowne pukanie. Uchyliłem drzwi i z bólem serca wyrzuciłem resztę ciastek. Wracając na moje ulubione miejsce, moje uszy zetknęły się z elektrycznym dźwiękiem, dobiegającym z przedpokoju. Poszedłem do kuchni. W lodówce znalazłem marchew i korzeń pietruszki. Nada się? Niech zjedzą coś zdrowego, a nie tylko te słodycze. Skierowałem się do mojego nowego, najbardziej znienawidzonego miejsca w całym mieszkaniu. Na klatce stały dwie dziewczynki. Wampirzyca i… pszczółka? Mniejsza.
- Cukielek albo psikus! - krzyknęły obie na raz.
- Psikus! - odpowiedziałem, wręczyłem im warzywa do rączek i szybko zamknąłem się w środku. Były strasznie zdezorientowane. Nie powiem- rozśmieszyło mnie to. Skierowałem się do łazienki. Podniosłem klapę od sedesu i znowu usłyszałem dzwonek. Zgarnąłem przepychacz, pastę do zębów i mydło. Szybko rozdałem prezenty i wróciłem do “odsączania kartofelków”. Kto wymyślił tak głupie określenie na to? W nadziei, że nikt nie przyjdzie, położyłem się na kanapie i postanowiłem przekimać godzinkę.
     Chyba się udało. Spojrzałem na ekran telefonu. Spałem ponad godzinę, więc jest dobrze. Odpaliłem radio, stojące na stoliku. Informacje. Wszystkiego najlepszego z okazji halloween. Imprezy tematyczne w całym kraju. SMS? Od kogo? Mój ulubiony lokal… spóźnione zaproszenie
     Dzwonek do drzwi. Zaraz skończę czytać. Zgarnąłem lężący przy łóżku  krem do rąk. Otworzyłem drzwi i moim oczom ukazała się… 

- Lily? Ty tutaj? - zaprosiłem ją do środka.
- Ten… krem do rąk… - wybuchnęła śmiechem.
- To nie tak jak myślisz - zawstydzające. Bardzo kurwa niezręczne…
- Jasne, jasne, hahaha! - weszła do środka.
- Mam jakiegoś szampana w lodówce. Napijesz się?
- Tylko, jeśli ty ze mną… i odłóż ten krem! - nie mogła przestać się śmiać.
- Skończ, to nie jest śmieszne… - skierowałem się do lodówki i wyciągnąłem z niej większą, szklaną butelkę. Rzuciłem gdzieś krem i wróciłem do salonu.
- Mnie tam śmieszy.
- Mnie właśnie przestało - postawiłem szampana na stoliku, a z barku wyciągnąłem dwa duże kielichy.
- Za wesołe halloween?
- Tak będzie najlepiej - Zachichotała jeszcze raz.

2 lis 2017

Wieczorna przygoda Arona. Event Halloweenowy. Temat 1.

Pytasz mnie o anioła i świętych “wyższego kręgu”? Zabawne. Wczoraj jeden Serafin sprzedał mi trawkę. Straszny desperat. Lubię typa, choć mamy inne poglądy. Jego imię? Wybacz, ceni sobie anonimowość. Chyba rozumiesz. Jego “zawód” tego wymaga. Namiary? Zadajesz za dużo pytań. Muszę się ulotnić.

(***)

 Wyszedłem z baru. Nawet w tych na przedmieściach nie jest już bezpiecznie. Ludzie zadają tyle pytań… marnują czas. Czego się spodziewali? Że powiem im, gdzie znaleźć najlepszego dealera w całym San Lizele? Ceni sobie anonimowość tak mocno jak ja. Szedłem chodnikiem, gdy z alejki wyszła zgraja nastolatków i mnie otoczyła.
- Co jest? - rzuciłem w stronę najbliżej stojącego mnie.
- Wiemy, że ćpasz. Dawaj co masz albo wpierdol - no mistrzem dyplomacji to on nie był.
- Uważasz, że cały towar noszę przy sobie? - wyciągnąłem paczkę papierosów, po czym jednego. - Masz ogień?
Machnął głową wpierw do swojego kolegi, a później w moją stronę. Było ich pięciu. Za dużo, żeby walczyć. W szczególności, że ten za mną ma kij do baseballu. Zaciągnąłem się szarym dymem. Z grzeczności zapytałem czy ktoś nie chce zapalić. Skusił się jeden, stojący po mojej prawej. Ten już miał swoją zapalniczkę.
- Czego oczekujesz? - zapytałem po kolejnym buchu.
- Zioła i prochów - odpowiedział z uśmiechem na twarzy. Myśli, że mnie ma? Zbyt przecenia swoje wpływy.
- Pracujecie dla kogoś? - ciekawość dała górę.
- Jesteśmy, że tak powiem, niezrzeszeniii… hehe. Gdzie ten towar?
- Cierpliwość jest kluczem w negocjacjach. Nigdy nie słyszałeś?
- Stary, nie mamy całej nooocyyy, dawaj co masz! - powoli zaczęło mnie irytować, jak on przedłuża końcówki słów.
- Spoko, tylko skończę. Nie lubię jak coś się marnuje.
- Powinieneś się pospieszyć, może nie wyjść ci to na zdrowie, hehe.
 Popiół zbliżał się do filtra, gdy postanowili zawęzić krąg. Kroczyli wolnym tempem. Żaden z nich nie był pewny swoich ruchów.
- I po co ta złość panowie? Idziemy? - rozluźniłem spięcie.
- Prowadź, tylko nie próbuj ŻADNYCH sztuczek - rzucił agresywnie ich “przywódca”.
- Idziemy do starej manufaktury papierniczej. Wiecie gdzie to? - ruszyłem przed siebie, a oni za mną.
- Ta, w stronę centrum - rzucił jeden z nich, jakby chciał uświadomić resztę.
- Tak, właśnie. W stronę centrum.
- W woli wyjaśnienia, my nie handlujemy, my zabieramyyy towar i znikamy. Rozumiesz? A podkablujesz tylko psom! O, wtedy to my cię znajdziemyyy!
- Ja i policja? Trochę się nie lubimy, więc nie musisz się o to obawiać - wzruszyłem ramionami. Szliśmy w ciszy, tak jakieś piętnaście minut. Doszliśmy do budynku, który był blisko zawalenia się. Podszedłem do drzwi i spojrzałem na moich pseudo towarzyszy. Kiwnęli głowami, bym robił swoje. Zapukałem do drzwi. W środku zrobiło się głośniej. Uśmiechnąłem się i zrobiłem krok w prawo od drzwi. Gdy się otworzyły, czarny dym wręcz wypłynął na zewnątrz. Szybko spowodowałem gęstą mgłę, a trzy demony przybrały swoje właściwe formy. Było słychać kilka ciosów i krzyków, a po chwili podszedł do mnie Antoni - jeden z piekielnych kumpli.
- Masz fajki? Jestem na głodzie po Maryi…
- Bierz - podałem mu zapełnioną do połowy paczkę. Mgła powoli znikała, a pięcioro przestraszonych ludzi klęczało i błagało o litość.
- Dla kogo pracują? - rzucił w moją stronę Julian, najwyższy ze wszystkich obecnych.
- Dla nikogo. To losowi frajerzy, szukający łatwego zysku. Chyba widzisz po ich uzbrojeniu.
- W sumie racja. Zatem od dzisiaj są nasi? - wszyscy się zaśmiali.
- Bruno u siebie? - zapytałem stojącego obok mnie demona.
- Tak, coś dzisiaj o tobie wspominał. Chyba wiedział szybciej od nas, że będziemy mieli gości.
- Pewnie tak.
 Wszedłem do środka. Ciasnymi korytarzami dostałem się do dużej faktorii. Stare, zżółknięte gazety były wszędzie. Minąłem kilka znajomych twarzy, ale z nikim nie zamieniałem słowa. Zszedłem schodami do mniejszej sali, a z niej przez stalowe drzwi. Nim zdążyłem zapukać, ze środka wyszedł przystojny sukkub.
- Pan... Aron. Tak. Był pan umówiony na spotkanie. Zapraszam.
 Czy Bruno zmienił wszystkich swoich ochroniarzy na przeklętych? To nie w jego stylu. Ale jak on to mówi, sojusze zawiera się z wrogami. Szedłem kolejnym korytarzem, gdzie reszta odnóg prowadziła do dobrze mi znanych kasyn, magazynów z różnymi towarami i prywatnych pokoi. Kiedyś tu mieszkałem. Ostatnie drzwi na mojej drodze. Otworzyłem je, a moim oczom ukazało się duże pomieszczenie z mnóstwem nadnaturalnych. Każdy dobrze ubrany rozmawiał w swoim towarzystwie. Ja jednak skierowałem się do niewysokiego blondyna w białym garniturze. Zanim złapałem go za ramię, odwrócił się, spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął.
- Aron.
- Bruno.
- Co cię do mnie sprowadza? - jego uśmiech znacznie się powiększył.
- Dobrze wiesz.
 Odwrócił się do swoich gości, powiedział im, że zaraz wraca, a mnie zaprosił do swojej komnaty. Daleko nie szliśmy, bo ledwie kilkanaście kroków.
- Najlepszą trawkę z Fatimy poproszę! Albo nie! Woda z Lourdes. Dwa razy! - rzuciłem z uśmiechem.
- Aj, Aron. Za każdym razem rzucasz ten żart. A ja odpowiem tym samym co zawsze. To nie książka Mai Lidii Kossakowskiej. To prawdziwe życie. Tutaj aniołowie…
- ...Ćpają to co ludzkie… A Serafini, Trony i Cherubiny robią to z większą przyjemnością.
- Właśnie Aron. Więc co dla ciebie?
- To co zawsze...

Od Arona do Aurayi

Dzień dłużył się tak bardzo, jak tylko mógł. Gdy dotarłem do drzwi mieszkania, zastała mnie niemiła niespodzianka. Klamka była wybita. Ktoś się włamał? Ostrożnie uchyliłem je powoli. NIkogo nie zobaczyłem w przedpokoju. Powoli wszedłem. Dokładnie się rozejrzałem i nie zastałem nikogo. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to pieniądze, więc zajrzałem do szafy w salonie. Wyciągnąłem starą encyklopedię. Banknoty, które w niej chowałem, były na swoim miejscu. Druga myśl- narkotyki. Wyciągnąłem siedzenie kanapy, a spod niego metalowe pudełko. One też były na swoim miejscu. Czyli nie chodziło o zysk… Idźmy dalej. Przeszedłem do kuchni. Później znowu do salonu. Ponownie przedpokój i łazienka. Celem nie było zniszczenie mienia ani groźba. Ostatnie co mi przychodzi do głowy to Łowcy. Jasne. Bo dawno żadnego nie spotkałem. Zgarnąłem z ławy plecak, wrzuciłem do niego odruchowo butelkę wody, bluzę na zmianę i telefon. Czym prędzej opuściłem moje lokum. Postanowiłem iść do baru, oddalonego o pięć ulic od mojego bloku. Gdy szedłem, w oddali usłyszałem syreny policyjne. Strasznie dzisiaj niespokojnie.
Wchodząc do baru zarzuciłem kaptur i zdecydowałem się nikomu nie patrzeć w oczy. Było akurat jedno wolne miejsce przy ladzie.
- Jedno piwo - Spojrzałem mu na wysokość ust i podałem 5 funtów.
- Ciężki dzień? - zapytał i odwrócił się do nalewaka. Po kilku sekundach podał mi piwo.
- Ty mi powiedz. John. Ile psów gończych dzisiaj widziałeś? - podniosłem kufel i upiłem wysokość piany.
- Pytali dzisiaj o ciebie. Byłeś w mieszkaniu? Szli tam około szesnastej.
- Wracasz do domu po ciężkim dniu o osiemnastej i zastajesz rozwalone drzwi. Miła niespodzianka. Czego oni ode mnie chcą? Przecież nie sprawiam problemów. Zachowuję się jak normalny człowiek…
- Złapali jakiś gang amatorów, metamorfomagów w tamtym tygodniu. Nie bawiłeś się w ich towarzystwie jakiś czas temu? - przysiadł naprzeciwko mnie.
- To było miesiąc temu. Poza tym, to była mała impreza.
- A oni okradli niewłaściwego człowieka. Uciekaj. Teraz. Nie odwracaj się, idź na zaplecze i potem… - zabrał mi piwo sprzed nosa i odwrócił się od lady.
- Wiem. Dzięki - rzuciłem.
Szybko wstałem i poprawiłem ramię plecaka. Jeszcze szybciej zniknąłem w tłumie i znalazłem się na zapleczu. Skierowałem się do magazynu i z niego na zewnątrza. Kilka metrów od drzwi na zewnątrz stało dwoje ludzi w czarnych płaszczach. Kolejni? Nie zastanawiałem się. Po prostu szedłem przed siebie. Przeszedłem przez bramkę i znalazłem się na ulicy. Za sobą słyszałem kroki. Odwróciłem głowę by się upewnić, czy na pewno mnie śledzą. W tym momencie rzucili się do pościgu. Polowanie zaczęło się na nowo. Jako, iż w tej sytuacji jestem zwierzyną, rzuciłem się do ucieczki szybciej niż o tym pomyślałem.
Wbiegłem do alejki za rogiem. Przewróciłem na szybko kosz na śmieci i lecąc na łeb, na szyję coraz szybciej stawiałem kroki. Znalazłem się na kolejnej otwartej ulicy, z niej w następną ciasną przestrzeń. Adrenalina po usłyszeniu strzału oddanego w moim kierunku była znacząco ponad normą. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Skręciłem w prawo. Usłyszałem kolejny strzał i poczułem, jak mój plecak zarobił kulkę. Mam nadzieję, że nie przedziurawili bluzy.
Dobiegałem do skrzyżowania, gdy z naprzeciwka dostrzegłem młodą kobietę ze skrzydłami. Super. Anioł. Najwidoczniej też uciekała. Za nią pojawiła się sylwetka niewysokiego mężczyzny. Złapałem ją w talii i popchnąłem w lewo. Dotrzymywała mi tempa. Uciekaliśmy tak dobre kilkanaście minut, na zmianę dyktując kierunki.
Znaleźliśmy się poza miastem. Dobrze znałem te okolice. Gdy mieliśmy pewność, że zgubiliśmy oprawców, padliśmy na ziemię by odpocząć. Dawno nie miałem takiego bólu w klatce piersiowej. Po tak długim sprincie, jedyne co byłem w stanie robić to wypluwać płuca. Dziewczyna była w zdecydowanie lepszym stanie niż ja.
- Aron - podałem jej rękę.
Spojrzała na mnie ale nie zdecydowała się odpowiedzieć.
- Hej, po tak brawurowej ucieczce mogłabyś powiedzieć jak masz na imię i czemu cię ścigali.
- Miałam sytuację pod kontrolą, dopóki ty się nie wtrąciłeś - rzuciła agresywnie w moją stronę.
- Nie wątpię, tylko podejrzewam, że mam większe doświadczenie w uciekaniu przed Łowcami od ciebie.
- A niby skąd to podejrzenie? Nawet mnie nie znasz - odwróciła się przez ramię i spojrzała w stronę miasta.
- Nie zamierzam się kłócić. Ale oczekuję choć trochę wdzięczności za pomoc - twarda jest.
- Mam ci być wdzięczna? Czy ty mnie słuchasz? Poradziłabym sobie lepiej bez ciebie.
- Zamierzasz teraz wrócić do miasta? Kiepski pomysł. Uwierz - widziałem, jak patrzy w tamtą stronę.
-  A dlaczego miałabym tego nie robić? Łowców już zgubiliśmy.
- Słuchaj, nie zamierzam cię niańczyć. Po prostu mi uwierz, że jak teraz wrócisz, to nie skończy się zbyt dobrze dla nas obojga - była zła. Zaciskała pięści.
- To jaki masz plan, panie Wiem Wszystko?
- Sam bym tu przenocował. A nie wiem, co mam począć z taką arogancką osobą. Opuść trochę ego i współpracuj - nie wytrzymałe, wytrąciła mnie z równowagi.
- Arogancką? - prychnęła - Zgoda, niech ci będzie. Zróbmy to po twojemu. Ale nie zamierzam zginąć za ciebie.
- Naczytałaś się za dużo książek. Zejdź na ziemię aniołku. NIkt tu nie chce umierać. Na końcu tej drogi znajduje się stare domostwo. Tam nikt nie powinien nas szukać.
- Świetnie! A co potem? Chyba nie zamierzasz się tam ukrywać do końca życia? Bo jeżeli dobrze rozumiem, na razie wykluczasz powrót do miasta.
- Na dzisiaj porzucam myślenie o powrocie - wstałem z ziemi - chodź. Dotrzemy tam jeszcze przed 21.
Wzruszyła ramionami. Potraktowałem to jako zgodę. Ruszyłem jako pierwszy. Po piętnastu minutach doszliśmy do ustalonego miejsca. Budynek był jeszcze w gorszym stanie niż widziałem go poprzednim razem. Otworzyłem stare drzwi z mosiądzu i wszedłem jako pierwszy. Lubiłem tu przebywać jak byłem młodszy.Teraz to tylko ruina bez duszy. W piecu ukryłem kiedyś zapas świec i zapałki. Wyciągnąłem je i skierowałem się w stronę schodów, które, jak się okazało, również zniszczył czas. Rzuciłem na piętro plecak.
- Wlecisz, czy wolisz wejść z moją pomocą?
Rozwinęła skrzydła i wleciała. Przewróciłem tylko oczami. Wrzuciłem na górę świece i zapałki. Nie wiem czemu nie schowałem ich do plecaka. Po prostu o tym nie pomyślałem. Wspiąłem się po resztkach wystających ze ściany. Gdy byłem już na górze zobaczyłem moje stare posłanie. Całe zniszczone przez swój wiek. Po chwili dołączyłem do nowo poznanej towarzyszki. Zobaczyłem kawałek zawalonego dachu. Dawał idealny wgląd na łąkę i mały las w oddali.
- Dowiem się przynajmniej jak masz na imię?
- A dowiem się, dlaczego tak właściwie gonili cię Łowcy?
-Po mnie tego nie widać, ale też jestem “potworem”... dokładniej Chmurnikiem.
- To jeszcze nie jest wystarczający powód. Dla części Łowców owszem, ale nie dla wszystkich. Zatem? - patrzyła w dal. Zdawała się być nieobecna w tym miejscu.
- Często im się narażałem. Ale teraz nie mam pojęcia czemu zdecydowali się za mną gonić. Włamali mi się do mieszkania. Nie jestem pewny, dlaczego.
- Och. Na pewno za niewinność. Jak zawsze.
- Teraz jestem czysty. Nie wiem o co mogło im chodzić. Mogę? - ustałem obok niej i czekałem na odpowiedź, czy mogę usiąść.
- Rób, co chcesz. To w końcu twoja miejscówka.
- Noc będzie zimna - zgarnąłem plecak i świeczkę stojącą obok, którą od razu podpaliłem. Postawiłem ją obok i wyciągnąłem z plecaka bluzę. Na szczęście nie była przestrzelona - trzymaj. Przyda ci się.
Wzięła ciuch bez słowa. Robiło się już zimno.
-Jak masz na imię?
- Auraya.
- Może się prześpij, Aurayo.. Jutro też trochę się przejdziemy - powiedziałem patrząc jej w twarz.
- Że niby gdzie chcesz jutro iść?
- Do znajomego. Myślałaś, że będziemy tu siedzieć tydzień i polować na małe, polne zwierzątka?
- Nie. Myślałam, że jutro wrócę do domu, bez ciebie na karku - schowała twarz w dłoniach.
- Uwierz, że też mam lepsze rzeczy do robienia niż siedzieć tu, teraz, z tobą i słuchać twoich narzekań.
- Trzeba było mnie w to wszystko nie wciągać.
- Też uciekałaś. Skończ się kłócić. Współpracuj chociaż przez moment.
- Świetnie. Niech ci będzie. Od teraz będę siedziała cicho. Rób sobie, co chcesz. Zadowolony?
- Nie chodzi mi to, żebyś była cicho, tylko żebyś tyle nie narzekała. Serio nie jest mi tu z tobą przyjemnie, więc przynajmniej sprawiaj pozory zadowolonej, że żyjesz.
- Oczywiście. Wybacz. Już się poprawiam. - odchrząknęła - Jestem taaaaka szczęśliwa, że na mojej drodze pojawił się książe. Nie wiem, co bym bez niego zrobiła. Tak może być?
- Dobra. Leć spać. Jutro będzie lepszy dzień - zapaliłem drugą świeczkę i postawiłem ją obok siebie.
- Jasne - mruknęła i odwróciła się.
Postanowiłem też się położyć spać.

Auraya…?

29 paź 2017

Od Arona do Lily

Wróciłem do domu o 16. Było cholernie dużo pracy w sklepie. Niby prosty punkt sprzedaży, a wszystkie zamówienia były dzisiaj na mojej głowie. Gdzie reszta, to jest czterech pracowników i kierownik, się podziali?! Kiedyś rzucę tę robotę… mniejsza. Nareszcie jestem już w domu i… Co to za dzwonek? Kur… by zapiał…. czego oni chcą?
- Czego?! - zapytałem agresywnie.
- Aron, słuchaj. Zapłacę ci podwójnie za nadgodziny. Musisz przyjść - mówił spokojnie mój przełożony.
- Cały poprzedni tydzień nawalałem jak wół. Czego oczekujesz szefie?
-Ten nowy to kompletna porażka… musisz mu pomóc. Pomylił już  trzecie zamówienie dzisiaj. Przypominam, że cię zmienił.
- Pomylić trzy zamówienia w godzinę to wyczyn. Pogratuluj mu szefuńciu. Ma zadatki na pracownika miesiąca -zakpiłem do telefonu. Osoba po drugiej stronie słuchawki wyraźnie się zaśmiała.
- Wiesz, że ten tytuł należy się tobie. Za ile będziesz?
- Nie wiem. Zastanowię się. Jeszcze nie zdecydowałem czy się ruszę z domu.
- Dasz radę na 17? Dzięki wielkie!
Rozłączył się. Dupek. Nie lubię go. No ale mój portfel jest w krytycznym stanie po zrobieniu opłat. Gdzie zostawiłem płaszcz? Chyba w przedpokoju. Czas się podnieść. Spojrzałem tylko na małe pudełko leżące na skraju kanapy. Zapalę jak wrócę…
Szybkim krokiem wyszedłem z mieszkania i szybkimi skokami zszedłem po schodach. Zaczęło wiać. Dobrze wiedziałem, że pogoda się zmieni. Jeszcze dzisiaj zacznie padać. W kościach czuję, że minuty przed dwudziestą. Ten nowy musi być strasznym kretynem. Przecież na dokumentach wszystko jest napisane. Kto, co, na kiedy zamówił. Zapasy zielonego mi się kończą. A mój ostatni dealer wylądował na komisariacie. Popytam wieczorem w knajpie. Może wypiję piwo, dwa, ewentualnie zaleję się w trupa. Wszystko zależy od tego, ile będę musiał przesiedzieć w… poczułem zderzenie.
- Uwaga pod nogi! - usłyszałem kobiecy głos
- Co? - spojrzałem na blondynkę. Robiąc kolejny krok jak coś zaplątało się między moimi nogami. Niestety było już za późno. Potknąłem się o jakiegoś psa. Super dzień. Wylądowałem na lewym boku, by nie przygnieść szczeniaka.
- Strasznie przepraszam za niego...
- Spoko. Dawno się o nic nie potknąłem - pogłaskałem małego labradora. Nie lubię psów. Może dlatego, że nie mam czasu by się jakimś zająć?
- Em… Przepraszam bardzo, może pan wstać? - wyciągnęła rękę w moją stronę.
- Na pana to trzeba mieć wygląd i pieniądze. Ale dziękuję za troskę - wstałem bez jej pomocy.
- Przesadza pan… Jednak chciałabym to jakoś wynagrodzić, w końcu nie codziennie można spotkać się twarzą w twarz z chodnikiem przez zwykłego szczeniaka… Jestem Lily
- Dobrze, że możemy przejść na “ty”. Aron. Miło poznać - odpowiedziałem z nieszczerym uśmiechem. Jedyne co mnie trzyma obok niej to niechęć do pracy - Z chęcią bym dłużej pogadał ale muszę lecieć. Ktoś na mnie czeka.
Gdy chciała coś powiedzieć, drugi pies, na którego kompletnie nie zwróciłem uwagi wyrwał jej się wraz ze smyczą. Poleciał jak wściekły. Złapałem dziewczynę w talii żeby nie upadła
- Hej, ten chodnik jest mój! - posłałem jej kolejny nieszczery uśmiech. Ona jednak była skupiona na psie. Może to i lepiej.
- Szekspir, wracaj! - krzyknęła w stronę uciekającego czworonoga.
- Szekspir? Śmieszne imię jak dla psa.
- Mi tam pasuje.
- Idę go złapać… szybko biega skurczybyk.
Chwalmy Pana za to, że ten pies uciekł. Może jak go jej oddam, to się odczepi. Zacząłem najpierw truchtem, a po chwili przyspieszyłem. Nie powiem, złapanie tej istoty o krótkich nóżkach było poniekąd wyzwaniem. Z drugiej strony niezła zabawa. Lily kilka razy się zaśmiała. Ma bardzo ładny uśmiech… Gdy w końcu udało mi się złapać jej pupila wręcz podskoczyła z radości. Skąd tyle radości w tak małej osobie?  
- Przesyłka do rąk własnych. Pani Lily proszona jest o odbiór psa imieniem “Szekspir”!
- Właściwie to psinki o imieniu Szekspir
- Czemu nazwałaś suczkę takim imieniem?
- Gdy ją dostałam to czytałam również jeden jego utwór
- Rozumiem - wyjąłem telefon i spojrzałem na godzinę. 15 minut po siedemnastej - wybacz Lily ale serio muszę lecieć! Jestem spóźniony!
- Czekaj! Mogłabym cię przynajmniej zaprosić na jakąś herbatę lub kawę? Tak w ramach przeprosin za psy...
- Spoko, tylko szybko powiedz gdzie. O 20 będę już wolny!
- No to… może w Gracji? Jest tutaj niedaleko, dosłownie za rogiem
- Trafię. Do zobaczenia! - czyżbym jej posłał prawdziwy uśmiech? Ciężko było mi go nie odwzajemnić.
Szybkim krokiem udałem się w stronę sklepu. Raczej już nic nie mogło mi zepsuć tego dnia.


Lily?

28 paź 2017

“Zrobiliśmy razem setki kilometrów po niebie, ale na którymś z postojów zostawiliśmy sens.”

Kontakt: solitairenerd@gmail.com
Nick na chacie: Efemeryczny


Aron Gandor
21 lat | Mężczyzna | Chmurnik
Głos: Tivolt 
Opis: 
Aron urodził się pod koniec maja 1996 roku. Znajomi przyjęli, że obchodzi urodziny 21, lecz nawet on sam nie zna dokładnej daty. Rodzice porzucili go jako niemowlę. Mając niecałe dwa miesiące został znaleziony pod bramą jednego ze szpitali w Londynie. Od tamtej pory wychowywał się w różnych miejscach. Przebywał w domach dziecka. Najbardziej nie lubił rodzin zastępczych, gdyż jest indywidualistą. Odkrył, że jeśli coś ma mu w życiu wyjść, to tylko na własną rękę. Nie znosił nadopiekuńczości i tego, że wszyscy próbowali go na siłę uszczęśliwić.
Jest to brunet, o  brązowych oczach. Lekko ponad 183 centymetry wzrostu. Nie jest zbytnio umięśniony. Nie lubi dużych skupisk ludzi. Woli wiejski klimat łąk i lasów. W Londynie czuł się jak w klatce. Dlatego mając szesnaście lat uciekł od rodziny zastępczej. Wziął plecak, wrzucił do niego dwie butelki niegazowanej wody, telefon i ładowarkę i zwyczajnie w świecie wyszedł z mieszkania. Wędrował tak cztery dni i zawędrował aż pod Cambridge. Zgłoszono jego zaginięcie, a “odnalazł” się w dość śmiesznych okolicznościach. Przyłapano go na kradzieży pieczywa i maślanki w osiedlowym sklepie. Pech chciał, że w tym czasie zakupy robiło dwóch oficerów i tłumacząc właścicielowi, że było to wykroczenie o niskiej szkodliwości publicznej, skojarzyli jego twarz z nastolatkiem, o którym zrobiło się głośno. Po wyjaśnieniu tożsamości Arona zabrano go na komisariat, a wieczorem wrócił do Londynu. 
Często był zmuszany do wizyt z psychologami, którzy, jak on sam to określał, wmawiali mu lęki społeczne i depresje. Aron uważał jednak, że on po prostu nie pasuje do tego świata. Jego ucieczki stały się czymś w rodzaju nawyku i po każdej wracał do psychoterapeuty. Jego też nie lubił. Nie pamiętał nawet jak ma na nazwisko ów specjalista. Chociaż był spokojnym człowiekiem i nie umiał odnaleźć się wśród ludzi, to po zmianie w Chmurnika zmienił tożsamość i swoje nastawienie do tych istot.
18 rok życia to była istna męczarnia. Był już pełnoletni i prawnie nie musiał już chodzić do szkoły, był odpowiedzialny za swoje czyny. Większość czasu spędzał na graniu w gry, przeglądaniu setek razy stron typu 9gag i chatowaniu z internetowymi znajomymi. Byli podobni do niego - zagubieni, nie lubili społeczności, siedzieli całe dnie przed komputerami i grali w durne gry dla zabicia czasu. Jednak po roku takiego funkcjonowania zdecydowali się na coś, co było tragiczne w skutkach. Zaplanowali grupowe samobójstwo. Celem stał się las oddalony o 50 kilometrów od Londynu. 15 września spotkali się w małej wiosce obok i stamtąd ruszyli w głąb lasu. Każdy miał plecak, a w nim długą, mocną linę, kompas i butelkę wody. Znaleźli idealne drzewo. Wysokie na ponad 30 metrów. Z długimi mocnymi gałęziami. Nie czekali zbyt długo. Każdy zawiązał dla siebie pętlę i zaczęli się na nie wspinać. Przygotowali dla siebie stryczki i na ustalony znak skoczyli…
Aron obudził się o świcie. Przez konary było widać pojedyncze chmury. Powoli wstał i spojrzał na swoich martwych towarzyszy. Wściekł się. Upadł na kolana. Zaczął uderzać pięściami o podłożę. Wszystko stało się nagle ciemniejsze. Krzyczał z bezsilności. Zaczął padać deszcz. Poczuł, jak lina, która miała mu przynieść śmierć, ciągle jest zaciśnięta wokół jego szyi. Płakał, a deszcz wręcz ranił jego skórę. Poluzował pętlę i powoli ją odłożył pod drzewem. Ostatnie co pamięta. to jak z całej siły uderzył w drzewo i usłyszany w oddali grzmot. Stracił przytomność.
Od tamtego zdarzenia minęły prawie trzy lata. Aron mając 21 lat mieszka w najbiedniejszej części San Lizele. Pracuje w sklepie z meblami. W wolne wieczory chodzi do małej restauracji w centrum, która zajmuje się imprezami tanecznymi. Nie dyskotekami, a klasycznymi wieczorkami sprzed lat 40.
Teraz jest spokojnym człowiekiem, próbującym spowolnić swoje życie. Niestety długi sprawiły mu wiele kłopotów, które mają swoje konsekwencje w teraźniejszości. Jest małomówny, tajemniczy i szczery. Brak w nim szlachetności. Mimo, że danego słowa nigdy nie łamie, to leniwość powoduje lekkie opóźnienie w jego interesach. Stara się być łagodny ale nie wychodzi mu to zbyt dobrze.
Pupil: Brak.
Stosunki: Obecnie brak relacji.
*Ciekawostki: 
Ulubionym owocem są pomarańcze.
Wiosną lubi długie spacery boso po łąkach.
Jego ulubionym gatunkiem muzyki jest Swing i Jazz.
Jest uzależniony od marihuany.
W okresie nastoletniego buntu nauczył się grać na pianinie i czasem do tego wraca.