Przyglądałem się Coleen z namysłem. Słowa "Mam plany" cisnęły mi się na usta. Najlepsza wymówka, przecież coś robię. Przecież ja zawsze mam plany. Skulenie się pod kocem na Kocurowej Kanapie z Nico i oglądanie bezmyślnie filmów, z ciążącą coraz bardziej w sercu pustką. Wieczór jak wieczór. A potem pomyślałem o matce, o jej startych, szorstkich od pracy dłoniach i zmartwionym spojrzeniu. Wciąż przysparzałem jej kłopotów, użalając się nad sobą, martwiłem i ją.
- Nie mam żadnych planów. Mogę przyjść - rzuciłem, starając się uśmiechnąć.
***
- Nie, Mary, spokojnie, nie musisz przyjeżdżać.Jestem dzisiaj umówiony.
Usłyszałem tylko prychnięcie i głuchy śmiech po drugiej stronie.
- Nie wciskaj mi kitu, braciszku - rzuciła moja młodsza siostra.
Odłożyłem telefon na łóżko, włączając tryb głośnomówiący.
- Nic ci nie wciskam. Serio. Poznałem dziewczynę w parku, dosyć dziwna sprawa. Ale wychodzę z domu.
Chwila ciszy i głuche westchnienie.
- Luciel. Nie musisz nas oszukiwać. Raphael powiedział nam o wszystkim.
Zdrętwiałem. O czym im mówił:?
- Nie rozumiem, o co ci chodzi, Mary - powiedziałem, nieco zbyt agresywnie.
- O to, że mam cholerną depresję. Że byłeś u psychiatry, ale poza stwierdzeniem choroby nic nie zrobiłeś. Że powinieneś brać leki, ale ich nie bierzesz. Że próbowałeś się zabić - jej głos załamał się.
- Nic mi nie jest - wymamrotałem, siadając na łóżku.
Oparłem łokcie na kolanach i ukryłem twarz w dłoniach.
- Nie oszukuj nas - pociągnęła nosem.
- Nic nie powiedzieliśmy rodzicom, ale cała ekipa już wie. Mike zaproponował, że znajdzie ci lekarza, rozpoczniesz terapię, weźmiesz le-
- NIE.
Nie spodziewała się krzyku, bo rzadko podnosiłem na nią głos. Była moją ukochaną młodszą siostrzyczką, ale jak mogła tak mówić.
- Nie możesz wiecznie od tego uciekać, Luciel. Przyjadę niedługo.
Rozłączyłem się, nim zdążyła się pożegnać. A potem rzuciłem się na łóżko, twarzą w materac, dusząc nagły szloch.
Nie byłem chory. To nie choroba, to po prostu chwila niedyspozycji. Tak bywa. Nie będę ćpał leków, to debilne, jeśli jestem zdrowy. Moje rodzeństwo nie powinno nic wiedzieć, lepiej byłoby im bez tej wiedzy.
Pozwoliłem sobie płakać jakiś czas, wiedząc, że jeśli tego nie zrobię, ryzykuję atak paniki. A potem pozbierałem się i poszedłem się ogarnąć.
Zdumiewające, jak człowiek może dobrze udawać. Wystarczy uśmiech i wszyscy myślą, że jest dobrze. Nawet kiedy nie jest.
- Chcę ich tylko chronić, Nico. Czemu tego nie rozumieją. Jeśli nic im nie powiedziałem, to znaczy, że nie chciałem, by wiedzieli. To powinno być oczywiste.
Szop patrzył na mnie uważnie, dreptał za mną po mieszkaniu, gdy starałem się odnaleźć ubrania, wcisnąć się w nie i wypić swoją herbatę jednocześnie.
Umówiliśmy się na 19, tymczasem było już po 18, a moje oczy nadal były zaczerwienione i od czasu do czasu załamywał mi się głos. Zaaplikowałem do oczu krople i ogarnąłem się wreszcie.
Przy drzwiach Nico spojrzał na mnie wyczekująco.
- O nie, nie nie, kolego. Zostajesz - powiedziałem.
Ostatnio rzadko zostawiałem go samego, zdążył się już przyzwyczaić, że jeśli wychodzę, to z nim. Szop rzucił mi zawiedzione spojrzenie.
- Czekaj, włączę ci kreskówki.
Znalazłem laptopa i podłączyłem do zasilacza. Przez moment kłóciliśmy się o to, którą wybrać. Nico nie podobała się żadna. Zgodził się dopiero przy Gumisiach. Dziwadło.
Dotarłem pod adres wskazany przez Coleen nieco spóźniony.
- Przepraszam, włączałem szopowi kreskówki - wyjaśniłem, uśmiechając się.
Skinęła głową, nawet nie wyglądając na zdziwioną. Wygląda na to, że może nie będzie źle. Paplałem o tym, że Nico jest pod tym względem bardzo wybredny i często nie pozwala mi obejrzeć filmu, jeżeli mu się nie podoba.
- Rozumiesz, nigdy nie obejrzałem Pocahontas w całości, bo nie może znieść drugiego szopa na ekranie - westchnąłem, próbując pogłaskać psa, który stał akurat najbliżej.
Przyszły wszystkie trzy, kiedy wszedłem do środka. W krótkim czasie byłem już cały w sierści, ale dużo bardziej zadowolony, niż rano.
Coleen?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luciel. Pokaż wszystkie posty
13 cze 2017
27 kwi 2017
Od Luciela do Coleen
Ten dzień nie mógł być jeszcze gorszy. Od tygodni nie miałem pracy, co natychmiastowo poskutkowało atakiem złego samopoczucia. Przez pierwszy tydzień nie wychodziłem z łóżka, zaniedbując także Nico. Pod koniec tygodnia pojawił się mój brat - Raphael. Siłą wyciągnął mnie z mieszkania i wraz z szopem zawiózł do rodziców. Tam spędziłem kolejne dwa tygodnie, pomagając rodzicom. Zmuszenie się do aktywności fizycznej i kontaktów ze światem podziałało kojąco. Wróciłem do mieszkania, zaopatrzony w jedzenie i z obietnicą regularnych wizyt. Nie mogłem się więc zapuścić ponownie.
Tego dnia z domu wypchnęła mnie potrzeba zrobienia zakupów. Wziąłem przy okazji Nico na spacer, co szczególnie ucieszyło szopa. W międzyczasie omal nie zostałem rozjechany przez auto. A w parku szop zniknął mi z oczu. Wszystko było w miarę dobrze, gapiłem się w niebo, myśląc nad tym, czy powieszenie się to dobry pomysł na śmierć, ale doszedłem do wniosków, że chyba nie, gdy do moich uszu doszedł pisk szopa. Nim zdążyłem się zorientować w sytuacji, Nico wspiął się po mnie i spanikowany popiskiwał cicho, skryty w moich ramionach.
Natomiast przed moimi nogami wyhamował jamnik, szczekając na nas. Spojrzałem na psa podejrzliwie, zastanawiając się, kiedy postanowi zeżreć moje kostki. Tuż za psem wypadła nieznajoma mi kobieta. Chwyciła zwierzę za szelki, odciągając je.
- Makaron, kretynie! - rzuciła.
Ciekawe imię, jak na psa.
Z torby wypadły jej owoce, rozsypując się dookoła. Spojrzałem na nią, patrząc ze spokojem, jak robi się coraz bardziej czerwona.
- Najmocniej przepraszam za swojego psa, zazwyczaj się tak nie zachowuje.
Przekrzywiłem głowę, przypatrując jej się.
- To jamnik, wydaje mi się, że one się tak zachowują zazwyczaj - powiedziałem cicho.
Gdy wreszcie przypięła psa na smycz, Nico zdecydował, że może opuścić bezpieczne schronienie i zeskoczył na ziemię, przypatrując się jednak jamnikowi bystro.
Pochyliłem się, by pomóc jej pozbierać rozsypane owoce.
- Dziękuję - mruknęła, robiąc się jeszcze bardziej czerwona.
Posłałem jej słaby uśmiech. Na nic więcej nie miałem siły.
- Niech go pani pilnuje na przyszłość. Jakaś wiewiórka mogłaby przypłacić taką eskapadę życiem - tym razem uśmiechnąłem się trochę szczerzej.
Nie bądź dupkiem, Luciel.
- Postaram się - odpowiedziała lekkim uśmiechem.
- Luciel - rzuciłem, zupełnie bezsensownie.
Dzień i tak miałem już koszmarny, rozmowa z kimś, kto nie jest moim szopem, nie mogła mu już zaszkodzić.
- Coleen - odparła.
- Miło było cię poznać - dodałem odruchowo.
- Wcale nie.
Uniosłem brwi, zaskoczony.
- Przynajmniej tutaj się zgadzamy. Ale mogę ci pożyczyć szczerze miłego dnia.
Skinęła mi głową na pożegnanie. Przypiąłem szopa do smyczy i ignorując poszczekiwanie psa, ruszyłem w drogę powrotną.
***
- Daj mi spokój, Nico - warknąłem, próbując odgonić natarczywe zwierzę.
Szop jednak nie dawał za wygraną i dręczył mnie dopóki nie wstałem. Rzuciłem mu mordercze spojrzenie.
- Nienawidzę cię, mała cholero.
Odpowiedział mi zirytowanymi piskami. Jeszcze śmie pyskować. Kłócąc się ze zwierzakiem, przygotowywałem sobie śniadanie. Zrobiłem je też Nico.
Razem ruszyliśmy na spacer, kierując się w stronę parku. Tam spuściłem go ze smyczy, by mógł sobie robić, cokolwiek tam szopy robią. Usiadłem na ławce, wystawiając twarz do słońca.
Na ścieżce zobaczyłem znajomą postać. Przez momencik łączyłem fakty, by rozpoznać w niej dziewczynę od psa o imieniu Makaron. Ona była chyba... Coleen. Możliwe. Tym razem nie była na spacerze z miniaturowym mordercą, ale z innym psem.
Gdy złapała mój wzrok, pomachałem jej.
Coleen?
Tego dnia z domu wypchnęła mnie potrzeba zrobienia zakupów. Wziąłem przy okazji Nico na spacer, co szczególnie ucieszyło szopa. W międzyczasie omal nie zostałem rozjechany przez auto. A w parku szop zniknął mi z oczu. Wszystko było w miarę dobrze, gapiłem się w niebo, myśląc nad tym, czy powieszenie się to dobry pomysł na śmierć, ale doszedłem do wniosków, że chyba nie, gdy do moich uszu doszedł pisk szopa. Nim zdążyłem się zorientować w sytuacji, Nico wspiął się po mnie i spanikowany popiskiwał cicho, skryty w moich ramionach.
Natomiast przed moimi nogami wyhamował jamnik, szczekając na nas. Spojrzałem na psa podejrzliwie, zastanawiając się, kiedy postanowi zeżreć moje kostki. Tuż za psem wypadła nieznajoma mi kobieta. Chwyciła zwierzę za szelki, odciągając je.
- Makaron, kretynie! - rzuciła.
Ciekawe imię, jak na psa.
Z torby wypadły jej owoce, rozsypując się dookoła. Spojrzałem na nią, patrząc ze spokojem, jak robi się coraz bardziej czerwona.
- Najmocniej przepraszam za swojego psa, zazwyczaj się tak nie zachowuje.
Przekrzywiłem głowę, przypatrując jej się.
- To jamnik, wydaje mi się, że one się tak zachowują zazwyczaj - powiedziałem cicho.
Gdy wreszcie przypięła psa na smycz, Nico zdecydował, że może opuścić bezpieczne schronienie i zeskoczył na ziemię, przypatrując się jednak jamnikowi bystro.
Pochyliłem się, by pomóc jej pozbierać rozsypane owoce.
- Dziękuję - mruknęła, robiąc się jeszcze bardziej czerwona.
Posłałem jej słaby uśmiech. Na nic więcej nie miałem siły.
- Niech go pani pilnuje na przyszłość. Jakaś wiewiórka mogłaby przypłacić taką eskapadę życiem - tym razem uśmiechnąłem się trochę szczerzej.
Nie bądź dupkiem, Luciel.
- Postaram się - odpowiedziała lekkim uśmiechem.
- Luciel - rzuciłem, zupełnie bezsensownie.
Dzień i tak miałem już koszmarny, rozmowa z kimś, kto nie jest moim szopem, nie mogła mu już zaszkodzić.
- Coleen - odparła.
- Miło było cię poznać - dodałem odruchowo.
- Wcale nie.
Uniosłem brwi, zaskoczony.
- Przynajmniej tutaj się zgadzamy. Ale mogę ci pożyczyć szczerze miłego dnia.
Skinęła mi głową na pożegnanie. Przypiąłem szopa do smyczy i ignorując poszczekiwanie psa, ruszyłem w drogę powrotną.
***
- Daj mi spokój, Nico - warknąłem, próbując odgonić natarczywe zwierzę.
Szop jednak nie dawał za wygraną i dręczył mnie dopóki nie wstałem. Rzuciłem mu mordercze spojrzenie.
- Nienawidzę cię, mała cholero.
Odpowiedział mi zirytowanymi piskami. Jeszcze śmie pyskować. Kłócąc się ze zwierzakiem, przygotowywałem sobie śniadanie. Zrobiłem je też Nico.
Razem ruszyliśmy na spacer, kierując się w stronę parku. Tam spuściłem go ze smyczy, by mógł sobie robić, cokolwiek tam szopy robią. Usiadłem na ławce, wystawiając twarz do słońca.
Na ścieżce zobaczyłem znajomą postać. Przez momencik łączyłem fakty, by rozpoznać w niej dziewczynę od psa o imieniu Makaron. Ona była chyba... Coleen. Możliwe. Tym razem nie była na spacerze z miniaturowym mordercą, ale z innym psem.
Gdy złapała mój wzrok, pomachałem jej.
Coleen?
5 mar 2017
Od Luciela do Louise
Wraz z upływem czasu, udało mi się zbliżyć do Louise na tyle, by zaczęła traktować mnie niemal jak przyjaciela. Na więcej nie oczekiwałem, nie w tak krótkim czasie. Wszystko układało się podejrzanie dobrze, a jeśli cokolwiek tak idzie, to musi się spieprzyć. Prawo, cholera, Murphy'ego.
Louise zachorowała, przez co zmuszona była zostawać w mieszkaniu. Jeśli nie wychodziła, nie miałem co ze sobą zrobić. Uporządkowanie informacji zajęło chwilę, potem zacząłem się nudzić. A nuda przynosiła ze sobą złe przyzwyczajenia. Rodzinka jak zwykle wszystko wyczuła i któregoś popołudnia wpadła całą gromadą. Jakim cudem udało im się zebrać w tak krótkim czasie?
Z drzemki, trwającej co prawda ostatnie kilka dni, obudził mnie ostry dźwięk dzwoniącego telefonu. Odebrałem, od razu słysząc znajomy, szorstki głos.
"Otwieraj, cholero jedna."
Świetnie. Uchyliłem drzwi, spoglądając na zewnątrz, zaspany, by zostać odepchniętym przez tabun ludzi wchodzących do środka. Ostatni wszedł Michael, rzucając mi ostre spojrzenie i zamykając za sobą drzwi.
- Co jest...?
Nie dokończyłem, gdy Mary rzuciła mi się na szyję. Przytuliłem ją, ignorując rozradowane paplanie i spojrzałem pytająco w stronę Leah, która jako jedyna nie rozgościła się jeszcze w moim mieszkaniu.
- Nie odzywałeś się, więc mama zmusiła nas, żebyśmy zobaczyli, czy żyjesz. Mamy alkohol, Uriel załatwił ziółka, a ty nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie.
Jęknąłem, uwalniając się z uścisku jasnowłosej siostry. Gdy wchodziłem do salonu, w twarz uderzyła mnie najpierw poduszka, a zaraz po niej dostałem w brzuch ciężkim pudełkiem. Spojrzałem na nie, gdy uderzyło o podłogę. Scrabble... Proszę, nie.
***
- Modacyjny to nie słowo, panie uczony - usłyszałem wściekły głos Leah. Zaraz potem na moją głowę posypały się pionki od chińczyka.
- Oszukujesz! Dostałeś 5 kroków, nie 6! - mój najmłodszy braciszek z całą pewnością ma słabe nerwy.
Leżałem na podłodze, gdzieś w morzu poduszek, koców i Bóg wie czego, przyniesionych przez moje rodzeństwo. Na moim ramieniu przysypiała Mary, mamrocząc coś, kompletnie upalona.
Leah i Michael grali już kolejną (byle ostatnią) kolejkę w piekielne Scrabble, obrzucając się wyzwiskami i niewinnym jedzeniem. Pod stolikiem, przy którym grali schował się Nico, widocznie zadowolony z przypływu darmowych przekąsek.
Wyciągnięty nie wiadomo skąd chińczyk pochłonął natomiast jedynego trzeźwego w towarzystwie Uriela. Gabriel zdążył się już zdrowo upić, więcej uwagi poświęcał próbom zadzwonienia do swojej ex, niż grze. Zablokowałem jego telefon, nim zdążył cokolwiek jej wysłać. Biedna kobieta. Apropos kobiet, to przyjaciółka, którą wzięła ze sobą Leah skończyła imprezę na dziś z połową ciała na sofie, natomiast drugą na podłodze. Dlaczego, nie mam pojęcia. Chyba paliła z Mary i Gabrielem, a to samo w sobie wiele wyjaśnia.
Nie wiem, jakim cudem całe towarzystwo zdołało znaleźć się w takim stanie jedynie po kilku godzinach. Słysząc dzwonek do drzwi, podniosłem się, zwalając z siebie Mary. Nie obudziła się.
Wstałem i lekko chwiejnie podążyłem ku drzwiom. W ciemnym korytarzu potknąłem się o ktosia. Ktoś jęknął tylko głucho i przeturlał się w stronę kuchennych drzwi. Niech leży, to chyba był przyszły niedoszły partner Uriela. Głowy to chłopak nie ma.
Otworzyłem drzwi, ku swojemu zaskoczeniu widząc Louise. Chwila, chwila, czy ona nie była chora?
- Um... Cześć - odezwałem się, przecierając oczy.
- Cześć. Wpadam, bo... Czy wszystko w porządku? - spytała.
Nic dziwnego, z salonu dobiegł nas bowiem męski krzyk bólu, a zaraz potem następny, tym razem kobiecy. Chyba ktoś obudził Mary.
- Tak, tak, świetnie, moje rodzeństwo stwierdziło, że to świetny pomysł na odwiedziny.
- Ooooh... Kto to, Lucy? - drobna blondynka nagle ważyła chyba z tonę, gdy uwiesiła się mojego ramienia, spoglądając zamglonymi oczami na Lou.
- Mary, to Louise, sąsiadka - uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Mary, najmłodsza siostra tego idioty i prawie całej gromady w środku - rzuciła moja siostra z nieodłącznym entuzjazmem.
- Dołączysz do nas, no nie? - posłała Lou szczenięce spojrzenie, a zaraz potem zniknęła w środku mieszkania. Kolejny głuchy jęk oznaczał, że nastąpiła na chłoptasia Uriela.
- Teraz nie masz wyjścia. Inaczej będę się musiał jutro spotkać ze skacowaną, poważną i agresywną panią architekt. A to oznacza śmierć.
Cofnąłem się do środka, nie dając jej czasu na zastanowienie i odwróciłem się, zostawiając ją w korytarzu.
- Uważaj, żebyś się nie potknęła. Gdzieś tu leży chłopak mojego brata - odparłem, słysząc jak zamyka za sobą drzwi. Skierowaliśmy się do kuchni.
Po drodze faktycznie napotkałem nieszczęśnika, ale z zaspaną miną zmierzał właśnie do salonu.
- Napijesz się czegoś? I lepiej ci już? - zapytałem, błądząc wzrokiem po bałaganie panującym w kuchni.
Okrzyki rozgorzały na nowo, najwyraźniej Gabriel dodzwonił się do kogoś. Mary wołała, żeby powiedział jej, jaką suką jest (o ile dodzwonił sie do właściwej osoby), a Uriel próbował wyrwać mu telefon.
Louise?
Louise zachorowała, przez co zmuszona była zostawać w mieszkaniu. Jeśli nie wychodziła, nie miałem co ze sobą zrobić. Uporządkowanie informacji zajęło chwilę, potem zacząłem się nudzić. A nuda przynosiła ze sobą złe przyzwyczajenia. Rodzinka jak zwykle wszystko wyczuła i któregoś popołudnia wpadła całą gromadą. Jakim cudem udało im się zebrać w tak krótkim czasie?
Z drzemki, trwającej co prawda ostatnie kilka dni, obudził mnie ostry dźwięk dzwoniącego telefonu. Odebrałem, od razu słysząc znajomy, szorstki głos.
"Otwieraj, cholero jedna."
Świetnie. Uchyliłem drzwi, spoglądając na zewnątrz, zaspany, by zostać odepchniętym przez tabun ludzi wchodzących do środka. Ostatni wszedł Michael, rzucając mi ostre spojrzenie i zamykając za sobą drzwi.
- Co jest...?
Nie dokończyłem, gdy Mary rzuciła mi się na szyję. Przytuliłem ją, ignorując rozradowane paplanie i spojrzałem pytająco w stronę Leah, która jako jedyna nie rozgościła się jeszcze w moim mieszkaniu.
- Nie odzywałeś się, więc mama zmusiła nas, żebyśmy zobaczyli, czy żyjesz. Mamy alkohol, Uriel załatwił ziółka, a ty nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie.
Jęknąłem, uwalniając się z uścisku jasnowłosej siostry. Gdy wchodziłem do salonu, w twarz uderzyła mnie najpierw poduszka, a zaraz po niej dostałem w brzuch ciężkim pudełkiem. Spojrzałem na nie, gdy uderzyło o podłogę. Scrabble... Proszę, nie.
***
- Modacyjny to nie słowo, panie uczony - usłyszałem wściekły głos Leah. Zaraz potem na moją głowę posypały się pionki od chińczyka.
- Oszukujesz! Dostałeś 5 kroków, nie 6! - mój najmłodszy braciszek z całą pewnością ma słabe nerwy.
Leżałem na podłodze, gdzieś w morzu poduszek, koców i Bóg wie czego, przyniesionych przez moje rodzeństwo. Na moim ramieniu przysypiała Mary, mamrocząc coś, kompletnie upalona.
Leah i Michael grali już kolejną (byle ostatnią) kolejkę w piekielne Scrabble, obrzucając się wyzwiskami i niewinnym jedzeniem. Pod stolikiem, przy którym grali schował się Nico, widocznie zadowolony z przypływu darmowych przekąsek.
Wyciągnięty nie wiadomo skąd chińczyk pochłonął natomiast jedynego trzeźwego w towarzystwie Uriela. Gabriel zdążył się już zdrowo upić, więcej uwagi poświęcał próbom zadzwonienia do swojej ex, niż grze. Zablokowałem jego telefon, nim zdążył cokolwiek jej wysłać. Biedna kobieta. Apropos kobiet, to przyjaciółka, którą wzięła ze sobą Leah skończyła imprezę na dziś z połową ciała na sofie, natomiast drugą na podłodze. Dlaczego, nie mam pojęcia. Chyba paliła z Mary i Gabrielem, a to samo w sobie wiele wyjaśnia.
Nie wiem, jakim cudem całe towarzystwo zdołało znaleźć się w takim stanie jedynie po kilku godzinach. Słysząc dzwonek do drzwi, podniosłem się, zwalając z siebie Mary. Nie obudziła się.
Wstałem i lekko chwiejnie podążyłem ku drzwiom. W ciemnym korytarzu potknąłem się o ktosia. Ktoś jęknął tylko głucho i przeturlał się w stronę kuchennych drzwi. Niech leży, to chyba był przyszły niedoszły partner Uriela. Głowy to chłopak nie ma.
Otworzyłem drzwi, ku swojemu zaskoczeniu widząc Louise. Chwila, chwila, czy ona nie była chora?
- Um... Cześć - odezwałem się, przecierając oczy.
- Cześć. Wpadam, bo... Czy wszystko w porządku? - spytała.
Nic dziwnego, z salonu dobiegł nas bowiem męski krzyk bólu, a zaraz potem następny, tym razem kobiecy. Chyba ktoś obudził Mary.
- Tak, tak, świetnie, moje rodzeństwo stwierdziło, że to świetny pomysł na odwiedziny.
- Ooooh... Kto to, Lucy? - drobna blondynka nagle ważyła chyba z tonę, gdy uwiesiła się mojego ramienia, spoglądając zamglonymi oczami na Lou.
- Mary, to Louise, sąsiadka - uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Mary, najmłodsza siostra tego idioty i prawie całej gromady w środku - rzuciła moja siostra z nieodłącznym entuzjazmem.
- Dołączysz do nas, no nie? - posłała Lou szczenięce spojrzenie, a zaraz potem zniknęła w środku mieszkania. Kolejny głuchy jęk oznaczał, że nastąpiła na chłoptasia Uriela.
- Teraz nie masz wyjścia. Inaczej będę się musiał jutro spotkać ze skacowaną, poważną i agresywną panią architekt. A to oznacza śmierć.
Cofnąłem się do środka, nie dając jej czasu na zastanowienie i odwróciłem się, zostawiając ją w korytarzu.
- Uważaj, żebyś się nie potknęła. Gdzieś tu leży chłopak mojego brata - odparłem, słysząc jak zamyka za sobą drzwi. Skierowaliśmy się do kuchni.
Po drodze faktycznie napotkałem nieszczęśnika, ale z zaspaną miną zmierzał właśnie do salonu.
- Napijesz się czegoś? I lepiej ci już? - zapytałem, błądząc wzrokiem po bałaganie panującym w kuchni.
Okrzyki rozgorzały na nowo, najwyraźniej Gabriel dodzwonił się do kogoś. Mary wołała, żeby powiedział jej, jaką suką jest (o ile dodzwonił sie do właściwej osoby), a Uriel próbował wyrwać mu telefon.
Louise?
20 lut 2017
Od Luciela do Louise
Uśmiechnąłem się pogodnie.
- Przynajmniej możesz się swobodnie nazwać artystką.
Louise uniosła brwi.
- A ty nie? Jesteś skrzypkiem, coś tworzysz - przekrzywiła głowę, odpowiadając mi uśmiechem.
Potrząsnąłem głową, śmiejąc się cicho.
- Nie, nie. Aż tak daleko nie zaszedłem. Rzadko komponuję, raczej odtwarzam. A i to mógłbym robić lepiej, nie wdałem się w artystyczną część rodziny.
Kobieta rzuciła mi pytające spojrzenie. Zabawne, jak szybko praca potrafiła mnie zmienić, w "cywilu" zrezygnowałbym z niezobowiązującej konwersacji, jeśli nic nie wnosiła. Jednak teraz pracowałem, więc rozmowa sprawiała mi przyjemność.
- Mój starszy brat jest fotografem, natomiast siostra aktorką. Gra w teatrze, czasami zdarzało mi się jej akompaniować. Niestety, musisz wiedzieć, że reszta mojej rodziny to ścisłowcy.
Zrobiłem zbolałą minę, wywołując uśmiech na twarzy Louise.
- Duża rodzina? - spytała.
- Mam szóstkę rodzeństwa. W tym tylko dwóch starszych braci, w dodatku bliźniaków. Nadal nie wiem, jakim cudem to przetrwałem. Drugi ze starszych braci, Michael, jest lekarzem, ciągle zrzędzi, że za dużo piję, że za dużo palę.
Przewróciłem oczami.
- Nie zanudzam cię? Mówienie o rodzinie raczej nie jest zbyt ciekawe.
Zaprzeczyła z delikatnym uśmiechem, głaszcząc psa, nieśmiało wychylającego się i łypiącego przy tym na mnie.
- Mój młodszy brat, Raphael, jest programistą, bez okularów kompletnie nic nie widzi. Najmłodszy z naszej siódemki jest Uriel, jeszcze studiuje. Poza tym mam też dwie młodsze siostry, Leah i Mary. Leah wiecznie nie ma w domu, jeździ ze swoimi sztukami. A Mary to architekt. Przeprojektowała dom rodziców już tysiące razy.
- Twoi bracia mają... ciekawe imiona.
Westchnąłem.
- Rodzice wpadli na genialny pomysł nazwania nas wszystkich imionami aniołów. Moje siostry też noszą biblijne imiona. W szkole nie było zbyt ciekawie.Na szczęście moje rodzeństwo uczy się na błędach, ich dzieciaki nazywają się zupełnie zwyczajne.
Uśmiechnąłem się do siebie na myśl o Ann.
Spojrzałem na Louise nieśmiało.
- Muszę się już niestety zbierać. Nico nie lubi zostawać sam w nowym miejscu.
- Nico?
- Mój szop.
Wstałem, omiatając szybko pomieszczenie wzrokiem. Odruch, który wielokrotnie zapewnił mi bezpieczeństwo.
- Mam nadzieję, że cię nie zanudziłem. Miłego dnia - pożegnałem ją szybko i wyszedłem.
Plan na dziś zaliczony. Czas wracać do Nico. Może obejrzymy Planetę Skarbów po raz tysięczny?
Louise?
- Przynajmniej możesz się swobodnie nazwać artystką.
Louise uniosła brwi.
- A ty nie? Jesteś skrzypkiem, coś tworzysz - przekrzywiła głowę, odpowiadając mi uśmiechem.
Potrząsnąłem głową, śmiejąc się cicho.
- Nie, nie. Aż tak daleko nie zaszedłem. Rzadko komponuję, raczej odtwarzam. A i to mógłbym robić lepiej, nie wdałem się w artystyczną część rodziny.
Kobieta rzuciła mi pytające spojrzenie. Zabawne, jak szybko praca potrafiła mnie zmienić, w "cywilu" zrezygnowałbym z niezobowiązującej konwersacji, jeśli nic nie wnosiła. Jednak teraz pracowałem, więc rozmowa sprawiała mi przyjemność.
- Mój starszy brat jest fotografem, natomiast siostra aktorką. Gra w teatrze, czasami zdarzało mi się jej akompaniować. Niestety, musisz wiedzieć, że reszta mojej rodziny to ścisłowcy.
Zrobiłem zbolałą minę, wywołując uśmiech na twarzy Louise.
- Duża rodzina? - spytała.
- Mam szóstkę rodzeństwa. W tym tylko dwóch starszych braci, w dodatku bliźniaków. Nadal nie wiem, jakim cudem to przetrwałem. Drugi ze starszych braci, Michael, jest lekarzem, ciągle zrzędzi, że za dużo piję, że za dużo palę.
Przewróciłem oczami.
- Nie zanudzam cię? Mówienie o rodzinie raczej nie jest zbyt ciekawe.
Zaprzeczyła z delikatnym uśmiechem, głaszcząc psa, nieśmiało wychylającego się i łypiącego przy tym na mnie.
- Mój młodszy brat, Raphael, jest programistą, bez okularów kompletnie nic nie widzi. Najmłodszy z naszej siódemki jest Uriel, jeszcze studiuje. Poza tym mam też dwie młodsze siostry, Leah i Mary. Leah wiecznie nie ma w domu, jeździ ze swoimi sztukami. A Mary to architekt. Przeprojektowała dom rodziców już tysiące razy.
- Twoi bracia mają... ciekawe imiona.
Westchnąłem.
- Rodzice wpadli na genialny pomysł nazwania nas wszystkich imionami aniołów. Moje siostry też noszą biblijne imiona. W szkole nie było zbyt ciekawie.Na szczęście moje rodzeństwo uczy się na błędach, ich dzieciaki nazywają się zupełnie zwyczajne.
Uśmiechnąłem się do siebie na myśl o Ann.
Spojrzałem na Louise nieśmiało.
- Muszę się już niestety zbierać. Nico nie lubi zostawać sam w nowym miejscu.
- Nico?
- Mój szop.
Wstałem, omiatając szybko pomieszczenie wzrokiem. Odruch, który wielokrotnie zapewnił mi bezpieczeństwo.
- Mam nadzieję, że cię nie zanudziłem. Miłego dnia - pożegnałem ją szybko i wyszedłem.
Plan na dziś zaliczony. Czas wracać do Nico. Może obejrzymy Planetę Skarbów po raz tysięczny?
Louise?
11 lut 2017
Od Luciela do Louise
Ludzie z reguły nie znoszą robić niczego wbrew ich woli. Z tego powodu po latach wypalają się nawet ci, którzy z początku kochali swoją pracę. Tak twierdzą psycholodzy, z którymi zdarzyło mi się rozmawiać, ale jestem zdania, że pieprzą głupoty. Otóż, uwielbiam wracać do pracy. Kocham ten moment, kiedy po tygodniach bezczynności widzę na wyświetlaczu numer Agencji. Mogę wtedy odebrać, wysłuchać tego, co mają mi do powiedzenia i powiedzieć, że spojrzę na szczegóły. I wyjść z ciasnej klitki, którą nazywam mieszkaniem, ale nigdy domem. Wyjść bez zewnętrznego przymusu, z własnej woli. Miłe uczucie.
Przejście w tryb pracujący to ciekawy moment. Jakbym wynurzał się z wody, nareszcie mogąc odetchnąć. To już chyba jest uzależnienie. Ale cholera z tym. Nie tylko mnie robi się lepiej, gdy dostaję zadanie. Nico ożywia się, widząc, że wstaję z Kociej Kanapy (zwykła sofa, siedzę na niej zawinięty w miliony koców i oglądam seriale, przysypiając) i zaczynam kręcić się po mieszkaniu. Szop, zamiast drzemać pod doniczką z podsychającym fikusem, wstaje i drepcze za mną, mrucząc coś do siebie, a ja odpowiadam mu mamrotaniem. Również do siebie. I tak robimy kilka rundek, dopóki nie wyglądam wyjściowo, a Nico pomrukuje z większym zadowoleniem. Dopiero wtedy zapinam go w szelki, do szelek dopinam smycz i wychodzimy. Na podbój wszechświata, czy coś takiego.
Zamiast jednak podbijać galaktykę jedziemy do domu moich rodziców. Mama zawsze patrzy na mnie uważnie, potem daje po głowie i użala się nad Nico, że zagłodzę zwierzaka, że schudł, że jakiś taki smutny. Nico, oczywisty zdrajca, stara się wyglądać jak najgorzej, bo wie, że czeka go dodatkowa porcja jedzenia. Sprytna szuja. Kiedy u rodziców są dzieciaki, próbują nakłonić mnie do wspólnej zabawy. Anna kopie mnie w kostkę, kiedy mówię do niej księżniczko, bo ona nie jest księżniczką tylko Supermanem, dinozaurem czy innym tajnym agentem. Thomas przynosi kolejny model samolotu, który zrobił, zasypując mnie przy tym informacjami na jego temat. Dzieciak uwielbia samoloty. I pociągi. I statki. Rickon przybiega zaraz za bratem, ale trzyma dystans. Zawsze jest trochę nieśmiały, podchodzi jednak, by pogłaskać Nico. Lubią się nawzajem i szop ląduje w ramionach chłopca. Wychodzę, kiedy tata zaczyna mówić o swoich uczniach. Nie, że tego nie lubię, ale on potrafi gadać godzinami o tym, co się dzieje w jego szkole. Tyle czasu nie mam.
Potem jadę do miasta, do siedziby Agencji, gdzie zazwyczaj dostaję informacje o zleceniu. Jeżeli potrzebuję ich więcej, spotykam się z klientem twarzą w twarz. Potem wypijam trzecią już kawę i rzucam się w wir obowiązków. Załatwiam wszystko sam, jeśli taką mam ochotę, lecz jeżeli nie daję rady, przedstawiam listę rzeczy do zrobienia Meredith. Kobieta była tam już kiedy dołączyłem i wszyscy najemnicy stwierdzają to samo. Nie wiadomo jakie ma nazwisko, czy ma jakąś rodzinę lub nawet ile ma lat. Jakby nie istniała. Nikomu to zbyt bardzo nie przeszkadza, większość z nas to duchy. Potrafimy zacierać ślady.
***
Agencja zadzwoniła jakieś trzy tygodnie po ostatnim zadaniu. Możliwe, że straciłem rachubę czasu. Wygrzebałem się spod koców i wszystko potoczyło się jak zwykle. Tym razem Anna była Batmanem, Tommy uczył się do sprawdzianu, a Rickon próbował oswoić półdzikie kocięta, które przybłąkały się wczoraj.
Meredith zrobiła mi kawę, wręczyła plik dokumentów i zostawiła samego. Jak zawsze nie skomentowała ciemnych cieni pod oczami i błędnego wzroku. W dokumentacji, którą otrzymałem znajdowały się dosyć szczegółowe informacje, dotyczące niejakiej Louise. Klienci zażądali prywatnej rozmowy, ale ta przyda się również i mi. Zlecenie nie wydawało mi się szczególnie interesujące, ale wystarczająco dobrze płatne, by zechcieć je przyjąć, ze względu na kłopoty finansowe rodziców i nadchodzący czynsz. Umówiłem termin rozmowy, najbliższy możliwy. Wymknąłem się z siedziby Agencji, zostawiając dokumenty Meredith, cudem unikając rozmowy z Emmą. Emma ma jakieś siedemnaście lat i prześladuje mnie szczenięcym wzrokiem za każdym razem kiedy mnie spotka. Najczęściej także zagaduje, śmiertelnie nudna w swoim stylu bycia. Bywa przydatna, kiedy chcę coś szybko załatwić, a sekretarki nie ma pod ręką, ale, na litość boską, nie potrzebuję swojej fangirl.
***
Odchyliłem się do tyłu na krześle, obserwując wychodzących klientów. Trochę się pomyliłem. Tylko kobieta - matka, chciała chronić tę dziewczynę. Powiedziała mi to, gdy wychodzili, tak by jej mąż nie usłyszał. On chciał tylko informacji o swojej córce. Cóż, ich sytuacja rodzinna mnie nie interesuje, póki mam z tego pieniądze. Proste zadanie, śledziłem już bardziej podejrzanych ludzi. Lokalizacja także mi sprzyjała. San Lizele leży stosunkowo niedaleko Exeter, a biorąc pod uwagę fakt, że moje ostatnie zlecenie przypadło na jakąś zapadłą wieś na Węgrzech, to naprawdę blisko, kiedy mieszka się w samym Exeter.
Zadowolony z przebiegu rozmowy, wyszedłem z kawiarni. Piję stanowczo za dużo kawy, ale kto by zrezygnował z napoju bogów. Wsiadłem do auta (Chevrolet Camaro z '69, moje cudeńko, kosztowało stanowczo za dużo), napotykając zirytowane spojrzenie Nico.
- Przepraszam, futrzaku, taka praca. Czeka nas wycieczka do San Lizele - powiedziałem.
Szop fuknął i zatupał niecierpliwie. I jak tu z nim dyskutować?
Spakowanie swoich rzeczy z mojego mieszkania nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Może dlatego, że zazwyczaj trzymam większość zapakowaną. Wszystko wepchnąłem na tył auta, tylko skrzypce zajęły dostojne miejsce z przodu, razem z Nico. Zwierzak kompletnie je ignorował, śpiąc na siedzeniu. Od Meredith otrzymałem adres mieszkania, które mi załatwiła. Niezły metraż, trochę gorzej z umeblowaniem, ale sobie poradzę. Za czynsz miałem płacić sam, ale to akurat nie problem, przynajmniej tymczasowo.
Na miejsce dotarliśmy późno, bo wypakowaniu bagaży i zorientowaniu się w okolicy marzyłem jedynie o materacu. Łóżkiem nie dysponowałem. Albo chociaż o dużym kubku kawy. Moją ambrozję pominąłem na rzecz snu. Każdy kiedyś musi. Następny dzień spędziłem na łażeniu za moim celem i zorientowaniu się w jej planie dnia. Przy okazji lepiej poznałem miasto. Rozlokowanie przeróżnych elementów zawsze jest przydatne, to zrozumiałem już po roku czynnej pracy. Nigdy nie wiadomo, czy coś pójdzie nie tak, a wtedy trzeba się ewakuować.
W nocy piekłem ciasteczka, sen jest dla amatorów. O ile nie budzisz się rano umazany zaschniętym, surowym ciastem we włosach twoich i szopa. Nico wydawał się niezadowolony, ale kto go tam wie. Tajemnicza z niego istota, lubi gapić się na wirujące w pralce pranie. Czasem siadam obok niego i oglądamy razem. Pogłębianie więzi z pupilem, polecam każdemu właścicielowi zwierzaka. Gdy tylko mój cel wrócił do domu zacząłem misję "Przyjaciel do wzięcia". Nazwa do niczego, nigdy nie byłem w tym mistrzem. Może dlatego Nico nazywa się Nico. Ładnie zapakowałem wyprodukowane wczorajszej nocy ciastka i poszedłem zapukać do drzwi Louise. Kiedy otworzyła uśmiechnąłem się, najbardziej nieśmiało jak potrafiłem. Trudne zadanie.
- Um... Cześć! Luciel Merch, wprowadziłem się niedawno i stwierdziłem, że dobrze byłoby znać chociaż jednego sąsiada - wymamrotałem, wyciągając ciastka w stronę kobiety, jakby miały mnie oparzyć.
Stwierdziłem, że zagranie całkowitej lamy wyjdzie mi na korzyść. Kto nie lubi lam? Tacy faceci są zazwyczaj obdarzani przez dziewczyny o matczynym instynkcie przymiotnikiem "uroczy". Sam określiłbym to mniej cenzuralnie i stanowczo mniej miło.
Louise?
Przejście w tryb pracujący to ciekawy moment. Jakbym wynurzał się z wody, nareszcie mogąc odetchnąć. To już chyba jest uzależnienie. Ale cholera z tym. Nie tylko mnie robi się lepiej, gdy dostaję zadanie. Nico ożywia się, widząc, że wstaję z Kociej Kanapy (zwykła sofa, siedzę na niej zawinięty w miliony koców i oglądam seriale, przysypiając) i zaczynam kręcić się po mieszkaniu. Szop, zamiast drzemać pod doniczką z podsychającym fikusem, wstaje i drepcze za mną, mrucząc coś do siebie, a ja odpowiadam mu mamrotaniem. Również do siebie. I tak robimy kilka rundek, dopóki nie wyglądam wyjściowo, a Nico pomrukuje z większym zadowoleniem. Dopiero wtedy zapinam go w szelki, do szelek dopinam smycz i wychodzimy. Na podbój wszechświata, czy coś takiego.
Zamiast jednak podbijać galaktykę jedziemy do domu moich rodziców. Mama zawsze patrzy na mnie uważnie, potem daje po głowie i użala się nad Nico, że zagłodzę zwierzaka, że schudł, że jakiś taki smutny. Nico, oczywisty zdrajca, stara się wyglądać jak najgorzej, bo wie, że czeka go dodatkowa porcja jedzenia. Sprytna szuja. Kiedy u rodziców są dzieciaki, próbują nakłonić mnie do wspólnej zabawy. Anna kopie mnie w kostkę, kiedy mówię do niej księżniczko, bo ona nie jest księżniczką tylko Supermanem, dinozaurem czy innym tajnym agentem. Thomas przynosi kolejny model samolotu, który zrobił, zasypując mnie przy tym informacjami na jego temat. Dzieciak uwielbia samoloty. I pociągi. I statki. Rickon przybiega zaraz za bratem, ale trzyma dystans. Zawsze jest trochę nieśmiały, podchodzi jednak, by pogłaskać Nico. Lubią się nawzajem i szop ląduje w ramionach chłopca. Wychodzę, kiedy tata zaczyna mówić o swoich uczniach. Nie, że tego nie lubię, ale on potrafi gadać godzinami o tym, co się dzieje w jego szkole. Tyle czasu nie mam.
Potem jadę do miasta, do siedziby Agencji, gdzie zazwyczaj dostaję informacje o zleceniu. Jeżeli potrzebuję ich więcej, spotykam się z klientem twarzą w twarz. Potem wypijam trzecią już kawę i rzucam się w wir obowiązków. Załatwiam wszystko sam, jeśli taką mam ochotę, lecz jeżeli nie daję rady, przedstawiam listę rzeczy do zrobienia Meredith. Kobieta była tam już kiedy dołączyłem i wszyscy najemnicy stwierdzają to samo. Nie wiadomo jakie ma nazwisko, czy ma jakąś rodzinę lub nawet ile ma lat. Jakby nie istniała. Nikomu to zbyt bardzo nie przeszkadza, większość z nas to duchy. Potrafimy zacierać ślady.
***
Agencja zadzwoniła jakieś trzy tygodnie po ostatnim zadaniu. Możliwe, że straciłem rachubę czasu. Wygrzebałem się spod koców i wszystko potoczyło się jak zwykle. Tym razem Anna była Batmanem, Tommy uczył się do sprawdzianu, a Rickon próbował oswoić półdzikie kocięta, które przybłąkały się wczoraj.
Meredith zrobiła mi kawę, wręczyła plik dokumentów i zostawiła samego. Jak zawsze nie skomentowała ciemnych cieni pod oczami i błędnego wzroku. W dokumentacji, którą otrzymałem znajdowały się dosyć szczegółowe informacje, dotyczące niejakiej Louise. Klienci zażądali prywatnej rozmowy, ale ta przyda się również i mi. Zlecenie nie wydawało mi się szczególnie interesujące, ale wystarczająco dobrze płatne, by zechcieć je przyjąć, ze względu na kłopoty finansowe rodziców i nadchodzący czynsz. Umówiłem termin rozmowy, najbliższy możliwy. Wymknąłem się z siedziby Agencji, zostawiając dokumenty Meredith, cudem unikając rozmowy z Emmą. Emma ma jakieś siedemnaście lat i prześladuje mnie szczenięcym wzrokiem za każdym razem kiedy mnie spotka. Najczęściej także zagaduje, śmiertelnie nudna w swoim stylu bycia. Bywa przydatna, kiedy chcę coś szybko załatwić, a sekretarki nie ma pod ręką, ale, na litość boską, nie potrzebuję swojej fangirl.
***
Odchyliłem się do tyłu na krześle, obserwując wychodzących klientów. Trochę się pomyliłem. Tylko kobieta - matka, chciała chronić tę dziewczynę. Powiedziała mi to, gdy wychodzili, tak by jej mąż nie usłyszał. On chciał tylko informacji o swojej córce. Cóż, ich sytuacja rodzinna mnie nie interesuje, póki mam z tego pieniądze. Proste zadanie, śledziłem już bardziej podejrzanych ludzi. Lokalizacja także mi sprzyjała. San Lizele leży stosunkowo niedaleko Exeter, a biorąc pod uwagę fakt, że moje ostatnie zlecenie przypadło na jakąś zapadłą wieś na Węgrzech, to naprawdę blisko, kiedy mieszka się w samym Exeter.
Zadowolony z przebiegu rozmowy, wyszedłem z kawiarni. Piję stanowczo za dużo kawy, ale kto by zrezygnował z napoju bogów. Wsiadłem do auta (Chevrolet Camaro z '69, moje cudeńko, kosztowało stanowczo za dużo), napotykając zirytowane spojrzenie Nico.
- Przepraszam, futrzaku, taka praca. Czeka nas wycieczka do San Lizele - powiedziałem.
Szop fuknął i zatupał niecierpliwie. I jak tu z nim dyskutować?
Spakowanie swoich rzeczy z mojego mieszkania nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Może dlatego, że zazwyczaj trzymam większość zapakowaną. Wszystko wepchnąłem na tył auta, tylko skrzypce zajęły dostojne miejsce z przodu, razem z Nico. Zwierzak kompletnie je ignorował, śpiąc na siedzeniu. Od Meredith otrzymałem adres mieszkania, które mi załatwiła. Niezły metraż, trochę gorzej z umeblowaniem, ale sobie poradzę. Za czynsz miałem płacić sam, ale to akurat nie problem, przynajmniej tymczasowo.
Na miejsce dotarliśmy późno, bo wypakowaniu bagaży i zorientowaniu się w okolicy marzyłem jedynie o materacu. Łóżkiem nie dysponowałem. Albo chociaż o dużym kubku kawy. Moją ambrozję pominąłem na rzecz snu. Każdy kiedyś musi. Następny dzień spędziłem na łażeniu za moim celem i zorientowaniu się w jej planie dnia. Przy okazji lepiej poznałem miasto. Rozlokowanie przeróżnych elementów zawsze jest przydatne, to zrozumiałem już po roku czynnej pracy. Nigdy nie wiadomo, czy coś pójdzie nie tak, a wtedy trzeba się ewakuować.
W nocy piekłem ciasteczka, sen jest dla amatorów. O ile nie budzisz się rano umazany zaschniętym, surowym ciastem we włosach twoich i szopa. Nico wydawał się niezadowolony, ale kto go tam wie. Tajemnicza z niego istota, lubi gapić się na wirujące w pralce pranie. Czasem siadam obok niego i oglądamy razem. Pogłębianie więzi z pupilem, polecam każdemu właścicielowi zwierzaka. Gdy tylko mój cel wrócił do domu zacząłem misję "Przyjaciel do wzięcia". Nazwa do niczego, nigdy nie byłem w tym mistrzem. Może dlatego Nico nazywa się Nico. Ładnie zapakowałem wyprodukowane wczorajszej nocy ciastka i poszedłem zapukać do drzwi Louise. Kiedy otworzyła uśmiechnąłem się, najbardziej nieśmiało jak potrafiłem. Trudne zadanie.
- Um... Cześć! Luciel Merch, wprowadziłem się niedawno i stwierdziłem, że dobrze byłoby znać chociaż jednego sąsiada - wymamrotałem, wyciągając ciastka w stronę kobiety, jakby miały mnie oparzyć.
Stwierdziłem, że zagranie całkowitej lamy wyjdzie mi na korzyść. Kto nie lubi lam? Tacy faceci są zazwyczaj obdarzani przez dziewczyny o matczynym instynkcie przymiotnikiem "uroczy". Sam określiłbym to mniej cenzuralnie i stanowczo mniej miło.
Louise?
6 lut 2017
Wszyscy kończymy jako historia. Jedyne, co możemy zrobić, to stać się dobrą opowieścią.
31 lat | Mężczyzna | Zmora
Głos: Tom Ellis
Opis: Luciel zawsze chciał prowadzić własną kawiarnię, skierowaną głównie do nadnaturalnych. Przynajmniej tak mówi. Brzmi to jak marzenie nastolatki, a nie parającego się trudnym i krwawym zawodem mężczyzny po trzydziestce. Najemnik wydaje się być dość prostym człowiekiem. Jest realistą z zachwianiami w kierunku optymizmu, uwielbia dobre jedzenie, alkohol, auta i kobiety. Cieszy się życiem, bo, jak mawia, szkoda czasu na bycie poważnym gburem. Lucy to miła osoba, zawsze uprzejma i pełna swoistego uroku, typowy chłopak z sąsiedztwa. Lubi ludzi, lgną do niego dzieci, chociaż te młodsze wyczuwają czasem jego mroczniejszą naturę zmory. Uwielbiają go zwierzęta, a on darzy wielką miłością szczególnie mopsy i koty. Zatrzyma się, by pogłaskać psa na spacerze i poniesie staruszce zakupy. Jak więc ktoś taki skończył jako jeden z czołowych i najdroższych najemników pod opieką Agencji? Czy kryje się za tym tragiczna historia?
Otóż, muszę was rozczarować, zupełnie nie. Jest trzecim z siedmiorga dzieci pary - ludzkiej kobiety i mężczyzny kitsune. Jako jedyny nie odziedziczył nadnaturalnego genu, a jego przemiana w zmorę była zupełnie przypadkowa. Jako niemowlę znalazł się wraz ze swoją matką w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Większych krzywd nie odniósł. Pomimo swojej niezwykłości wiódł szczęśliwe życie beztroskiego dziecka. Nie musiał się martwić o pieniądze, chociaż w domu nigdy nie było luksusów. Nie narzekał na brak uczucia, jego rodzeństwo zawsze było gotowe stanąć za nim murem, podobnie rodzice. Nauka nie sprawiała mu problemów, szczególnie lubił uczyć się języków, a gdy rodzina stanęła finansowo na nogi, okazało się, że ma niezwykły talent w kwestii gry na różnych instrumentach. Szybko przeszedł przez flet do gitary, potem pianino, a kiedy skończył dziesięć lat odkrył skrzypce. Zakochał się w grze. Skończył szkołę muzyczną, by potem szkolić się pod okiem prywatnego nauczyciela. Osiągnął kilka sukcesów w wielkim świecie, by rzucić skrzypce, gdy zrozumiał, że póki nie jest sławny, nie ma szans na tym odpowiednio dużo zarobić, by wspomóc rodziców, którzy wypuszczali w świat jego młodsze rodzeństwo. Wtedy zgłosił się do Agencji. Miał dwadzieścia lat i wydawało się, że cały świat mógł znaleźć się u jego stóp. Szybko okazało się, że Agencja zapewnia różne kontrakty. Od prywatnego nauczyciela i przy okazji ochroniarza dla syna właściciela ogromnej kancelarii adwokackiej po zlikwidowanie kilku niewygodnych członków przestępczej grupy. Dostawał jedynie małe zlecenia, które go nie satysfakcjonowały, zawsze był ambitny. Pojął, że jeśli chce zarabiać prawdziwe pieniądze i coś osiągnąć w hierarchii Agencji, musi wyjść z bezpiecznego kącika mało znanego skrzypka. Wiedział, że w tym świecie liczą się umiejętności. Podejmował się wielu kursów, zresztą robi to nadal, by móc dopisywać coraz więcej umiejętności do swojego CV. Nauczył się wielu, pozornie niepotrzebnych rzeczy. Umiał posługiwać się różnorodną bronią palną, chociaż brakowało mu trochę do mistrzostwa, ale prócz tego nauczył się także szermierki czy kilku sztuk walki. I o ile to mogłoby wydać się logiczne, to nauka na przykład tańca klasycznego, już nie. Jednak, im więcej umiał, tym większe szanse miał na zdobycie wartościowych zleceń. Uczył się języków, gotowania, znajomości win czy robienia na drutach. Wspinał się uparcie po szczeblach drabiny Agencji, by znaleźć się niemal na jej szczycie. Co zaskakujące, nigdy nie ukrywał swojego zawodu przed rodziną. Wiedzą oni, czym się zajmuje Luciel, lecz nie mają pojęcia o tym, jak brudna bywa jego robota. Wspierają go, chociaż martwią się także o niego.
Darzy większość ludzi ciepłą uprzejmością, jednak niewielu ludziom ufa, szczególnie w jego branży. Równie niewielu zasłużyło sobie na jego szacunek. Jednym z takich ludzi jest założyciel Agencji i, prócz rodziny Lucy'ego także jego starsi rangą koledzy po fachu. Raczej nie miewa przyjaciół, trzyma ludzi na dystans. Uważa, że nie ma na to czasu ani ochoty, jego relacje z innymi są zresztą dosyć upośledzone, jeśli nie robi tego do pracy. Z tego powodu unika także stałych związków.
Luciel poważnie podchodzi do swojej pracy, nie zdarza mu się zawodzić klientów. Wykonując zadanie wyzbywa się sumienia i skrupułów. Nie ma problemu ze strzeleniem do dziecka czy kobiety, jeśli mogliby mu zaszkodzić. Świetny aktor, odgrywanie swojej roli na potrzeby zlecenia nie sprawa mu kłopotów. Najemnik z niego idealny, ale w życiu prywatnym jest kompletnie inny. Nie interesują go ludzie, woli spędzać całe dnie w łóżku, śpiąc czy oglądając seriale. Z letargu wyciąga go jedynie rodzina i jego szop, Nico.
Otóż, muszę was rozczarować, zupełnie nie. Jest trzecim z siedmiorga dzieci pary - ludzkiej kobiety i mężczyzny kitsune. Jako jedyny nie odziedziczył nadnaturalnego genu, a jego przemiana w zmorę była zupełnie przypadkowa. Jako niemowlę znalazł się wraz ze swoją matką w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Większych krzywd nie odniósł. Pomimo swojej niezwykłości wiódł szczęśliwe życie beztroskiego dziecka. Nie musiał się martwić o pieniądze, chociaż w domu nigdy nie było luksusów. Nie narzekał na brak uczucia, jego rodzeństwo zawsze było gotowe stanąć za nim murem, podobnie rodzice. Nauka nie sprawiała mu problemów, szczególnie lubił uczyć się języków, a gdy rodzina stanęła finansowo na nogi, okazało się, że ma niezwykły talent w kwestii gry na różnych instrumentach. Szybko przeszedł przez flet do gitary, potem pianino, a kiedy skończył dziesięć lat odkrył skrzypce. Zakochał się w grze. Skończył szkołę muzyczną, by potem szkolić się pod okiem prywatnego nauczyciela. Osiągnął kilka sukcesów w wielkim świecie, by rzucić skrzypce, gdy zrozumiał, że póki nie jest sławny, nie ma szans na tym odpowiednio dużo zarobić, by wspomóc rodziców, którzy wypuszczali w świat jego młodsze rodzeństwo. Wtedy zgłosił się do Agencji. Miał dwadzieścia lat i wydawało się, że cały świat mógł znaleźć się u jego stóp. Szybko okazało się, że Agencja zapewnia różne kontrakty. Od prywatnego nauczyciela i przy okazji ochroniarza dla syna właściciela ogromnej kancelarii adwokackiej po zlikwidowanie kilku niewygodnych członków przestępczej grupy. Dostawał jedynie małe zlecenia, które go nie satysfakcjonowały, zawsze był ambitny. Pojął, że jeśli chce zarabiać prawdziwe pieniądze i coś osiągnąć w hierarchii Agencji, musi wyjść z bezpiecznego kącika mało znanego skrzypka. Wiedział, że w tym świecie liczą się umiejętności. Podejmował się wielu kursów, zresztą robi to nadal, by móc dopisywać coraz więcej umiejętności do swojego CV. Nauczył się wielu, pozornie niepotrzebnych rzeczy. Umiał posługiwać się różnorodną bronią palną, chociaż brakowało mu trochę do mistrzostwa, ale prócz tego nauczył się także szermierki czy kilku sztuk walki. I o ile to mogłoby wydać się logiczne, to nauka na przykład tańca klasycznego, już nie. Jednak, im więcej umiał, tym większe szanse miał na zdobycie wartościowych zleceń. Uczył się języków, gotowania, znajomości win czy robienia na drutach. Wspinał się uparcie po szczeblach drabiny Agencji, by znaleźć się niemal na jej szczycie. Co zaskakujące, nigdy nie ukrywał swojego zawodu przed rodziną. Wiedzą oni, czym się zajmuje Luciel, lecz nie mają pojęcia o tym, jak brudna bywa jego robota. Wspierają go, chociaż martwią się także o niego.
Darzy większość ludzi ciepłą uprzejmością, jednak niewielu ludziom ufa, szczególnie w jego branży. Równie niewielu zasłużyło sobie na jego szacunek. Jednym z takich ludzi jest założyciel Agencji i, prócz rodziny Lucy'ego także jego starsi rangą koledzy po fachu. Raczej nie miewa przyjaciół, trzyma ludzi na dystans. Uważa, że nie ma na to czasu ani ochoty, jego relacje z innymi są zresztą dosyć upośledzone, jeśli nie robi tego do pracy. Z tego powodu unika także stałych związków.
Luciel poważnie podchodzi do swojej pracy, nie zdarza mu się zawodzić klientów. Wykonując zadanie wyzbywa się sumienia i skrupułów. Nie ma problemu ze strzeleniem do dziecka czy kobiety, jeśli mogliby mu zaszkodzić. Świetny aktor, odgrywanie swojej roli na potrzeby zlecenia nie sprawa mu kłopotów. Najemnik z niego idealny, ale w życiu prywatnym jest kompletnie inny. Nie interesują go ludzie, woli spędzać całe dnie w łóżku, śpiąc czy oglądając seriale. Z letargu wyciąga go jedynie rodzina i jego szop, Nico.
Ma około 185 centymetrów wzrostu, przy wadze 80 kilogramów. Wysportowana sylwetka to efekt genów (szczęściarz!) i godzin spędzonych na aktywności fizycznej. Luciel, kiedy nie zalega w łóżku przed kolejnym filmem, lubi biegać. Jego ciemne włosy to najczęściej twórczy nieład, współgrający z wiecznie nieogoloną twarzą. Lucy twierdzi, że zarost dodaje mu uroku, ale, mówiąc szczerze, po prostu zbyt bardzo lubi się lenić, by marnować cenne minuty snu na golenie. Kolor jego oczu zależy od oświetlenia, mają specyficzny odcień niebieskawej zieleni, skrywają się jednak zazwyczaj za przeciwsłonecznymi okularami. Te stanowią niemal nieodłączny element stroju Luciela. Mężczyzna lubi ubierać się z właściwym sobie smakiem, ma słabość do koszul i skórzanych kurtek. Najlepiej czuje się w dżinsach, nosi je także w domu.
Stosunki:
Stosunki:
- Gabriel Merch - najstarszy brat, fotograf, 35 lat
- Michael Merch - starszy brat, lekarz, 35 lat
- Raphael Merch - młodszy brat, programista, 29 lat
- Leah Merch - młodsza siostra, aktorka teatralna 27 lat
- Mary Daniels - najmłodsza siostra, architekt 26 lat
- Uriel Merch - najmłodszy brat, student, 21 lat
- Emily Merch - matka, właścicielka stadniny, 55 lat
- Tobias Merch - ojciec, nauczyciel języka francuskiego, 58 lat
- Thomas i Rickon - bratankowie Luciela, synowie Michaela, 10 i 8 lat
- Anna - siostrzenica Luciela, córka Mary, 5 lat
Pupil:
Nico
Ciekawostki:
- Świetnie zna angielski i francuski, ponieważ w tych językach zwracali się do niego od urodzenia rodzice. W szkole nauczył się rosyjskiego, a potem zakochał się w kulturze Japonii i nauczył także i tego języka. Dogadałby się także mniej więcej w suahili i po włosku.
- Uwielbia taniec towarzyski i łyżwiarstwo.
- Jego hobby to spanie i robienie kiepskich zdjęć domowym zwierzętom.
- Pije absurdalne ilości kawy i najchętniej jadłby tylko jogurty owocowe.
- Wolne wieczory spędza na oglądaniu filmów Disneya i zasypianiu przed 22.
- Nie znosi sportów drużynowych, jeśli chcesz obejrzeć z nim mecz czegokolwiek, licz się ze zniszczeniami.
- Dobrze gotuje, ale nie potrafi przygotować podstawowych potraw jak jajecznica czy naleśniki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


