Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ella. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ella. Pokaż wszystkie posty

16 lut 2018

Od Elli do Willa

Potrząsnęłam głową, stając przed lustrem. Całe moje życie byłam raczej drobna, ot - takie geny. Może dlatego już czułam się jak wieloryb, a z tego co powiedział mi internet, najgorsze miało dopiero nadejść - to był dopiero 6 miesiąc. Znaliśmy płeć już na pewno, poszłam na badania tydzień po tym, jak Basil powiedział nam, że to prawdopodobnie dziewczynka. Od tego czasu minęły już trzy miesiące, a ja czułam się coraz gorzej. Lekarz wpychał we mnie suplementy, bo podobno nie przybierałam na wadze tak jak powinnam. Ta, akurat.
Na ostatniej wizycie zaprosił Willa do gabinetu i tam rozmawiał z nim sam na sam. Zostałam wystawiona na korytarz, jako ta mniej odpowiedzialna. Kiedy William wyszedł, miał nieciekawą minę. Próbowałam się dowiedzieć, o co chodzi, ale nie bardzo chciał mi powiedzieć. I od tamtej pory traktował mnie jak dziecko, nie dorosłą kobietę, która potrafi o siebie zadbać.
- Nie będę tego jeść - jęknęłam, patrząc wilkiem na marchewkę z groszkiem.
- Ella, musisz, słonko.
Założyłam ręce na piersi i wydęłam dolną wargę, spoglądając na niego błagalnie.
- Nie zwiedziesz mnie tym. Masz się zdrowo odżywiać, dużo leżeć i najlepiej się nie stresować - powiedział po raz tysięczny od pechowej wizyty.
- Jak na razie to ty się stresujesz. I chcę mój dżem.
Will westchnął ciężko, kładąc głowę na stole i przesuwając słoik w moją stronę. Uśmiechnęłam się promiennie.
***
- Myślę, że boli mnie brzuch - wymamrotałam, przewracając kolejną stronę czytanej książki.
Will poderwał się tak gwałtownie, że przestraszona Pepper zeskoczyła z łóżka.
- Co? Czekaj, gdzie? Mam dzwonić do lekarza? - ze spokojem obserwowałam jego panikę.
- Boli mnie już jakiś czas, uspokój się - odparłam, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
- Czemu nic mi nie mówisz? Czy ty zwariowałaś? Nie możesz tak po prostu tego ignorować! Wstawaj, jedziemy do lekarza.
Zdążył się poderwać, ale nie miałam najmniejszego zamiaru wstawać. Ból zazwyczaj ustawał, chociaż tym razem było inaczej. Westchnęłam. Miałam już dosyć tej ciąży. Kiedy się podniosłam, coś się stało i to coś bardzo mi się nie spodobało. Mianowicie, lepkość, pomiędzy nogami, w chwili, w której nie powinno jej tam być. Gorzej, to była krew.
- Will... - jęknęłam, zadziwiająco jak na mnie słabym głosem.
To przykuło jego uwagę. Jego wzrok przez chwilę błądził. A potem złapał mnie, zanim zdążyłam się przewrócić.
Wszystko dalej pamiętałam jak przez mgłę - jazdę do lekarza, czyjeś głosy, ktoś, kto kazał mi się uspokoić. Potem był szpital, dużo szpitala.
Will ze wzrokiem pełnym lęku towarzyszył mi gdziekolwiek mógł. Wysłał Deana, który zjawił się tak szybko, jak mógł, po moje ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Bolało diablo i nie rozumiałam za grosz tego, co próbowali mówić do mnie ludzie. Stało się coś, czego się obawiali, bla, bla... Mam być spokojna, wszystko będzie dobrze, sytuacja opanowana, chociaż ich zachowanie wcale na to nie wskazywało. W końcu zostałam zapakowana do szpitalnego łóżka, a Dean sterroryzował pielęgniarki na tyle, by te pozwoliły Willowi zostać ze mną. Nie chciałam, by tu był, próbowałam mu wmówić, że ktoś musi się zająć zwierzakami, ale wtrącił się Dean, że już wszystko ma opanowane. Czułam się, jakbym Willa zawiodła, w jakiś chory sposób, który nigdy wcześniej nie przeszedł mi przez myśl. Po raz pierwszy poczułam się także tak naprawdę związana z dzieckiem, które już prawie osiem miesięcy nosiłam pod sercem. Wcześniej sama myśl o posiadaniu go wydawała mi się odległa, a teraz omal go nie straciłam. Szanse na to, by mogło przeżyć jako wcześniak, były niewielkie, miałam raczej słabe geny. 
Rano obudziłam się w pachnącej antyseptykami szpitalnej sali, z Willem drzemiącym na krześle, w bardzo niewygodnej pozycji. Zamrugałam, próbując wyczuć swoje ciało. Wszystko wydawało się być dobrze, ale jak na razie wolałam się nie ruszać. Przetarłam tylko oczy i spróbowałam dosięgnąć mojego telefonu. Zrzuciłam go tylko na podłogę, co wybudziło Willa. Uśmiechnął się tym pięknym, ciepłym uśmiechem, który był zawsze tylko dla mnie i pogłaskał moje włosy.
- Jak się czujesz? - spytał cicho, podnosząc telefon z podłogi.
- Nieźle. Nudzę się tylko - rzuciłam, robiąc do niego minę.
Uśmiechnął się znowu.
- Dean przyjdzie później. Podjedzie do nas i nakarmi zwierzaki - powiedział, wciąż nie zdejmując ręki z mojej głowy.
Chwilę siedzieliśmy w ciszy. W międzyczasie ktoś przyniósł śniadanie, na które nie miałam apetytu, ale Will wmusił we mnie niemal połowę. Gryzła mnie jedna rzecz, której nie potrafiłam zidentyfikować. Odnalazłam ją po dłuższym czasie, gdy William zajął się przerzucaniem gazety.
- Will?
- Hmm? - natychmiast oderwał wzrok od magazynu, zaalarmowany.
Uśmiechnęłam się.
- Spokojnie. Chciałam tylko zaproponować, żebyśmy wymyślili dla niej imię. Bo wiesz, nie może być Nią przez wieczność - wyjaśniłam.

Will?

6 lut 2018

Od Elli do Willa

Kiedy po raz tysięczny nerwowo poprawiłam kolejną rzecz, która absolutnie nie wymagała poprawienia, Will złapał mnie za ramię.
- Spokojnie - mruknął, pociągając mnie w swoją stronę i przytulając mocno.
- Tobie łatwo mówić spokojnie. A jeśli się zeżrą? A jeśli będą na mnie wściekli? I co to był w ogóle za pomysł z robieniem sobie dziecka? Przecież ja je zabiję, nie umiem w dzieci! Mój pies żyje tylko dlatego, że Dean o niego dba - panika narastała we mnie coraz bardziej.
Od kilku dni byłam znerwicowana, co poskutkowało tym, że większość czasu spędzałam leżąc, bo gdy tylko wstawałam kręciło mi się w głowie. Ku rozpaczy Willa odmówiłam również jedzenia, za to cały stres wyładowywałam, grając w LoLa.
- Spokojnie - powtórzył, głaszcząc moje włosy - Nikt cię nie zje. Jeśli będą robili coś nie tak, po prostu ich wyrzucę. Nie ma problemu.
Roześmiałam się cicho, na myśl o Willu, który wyrzucałby kogokolwiek z mieszkania. A potem przyszło mi do głowy, że zdenerwowany, mógłby to nawet zrobić. Kiwnęłam więc tylko szybko głową, spoglądając na niego z wdzięcznością. Nie wiedziałam, jakim cudem jeszcze nie zwariował, mając na głowie psa, kota i kobietę, która zwariować już zdążyła.
- Damy sobie radę, nie? - spytałam, chwytając go za rękę.
- A moglibyśmy nie? - odparł, pochylając się nieco, by mnie pocałować.
Dzwonek do drzwi wyrwał nas z przyjemnej chwili. Znajome już zdenerwowanie powróciło. Will spojrzał na mnie pytająco, ale zdobyłam się na tyle pewności siebie, by sama te cholerne drzwi otworzyć. O dziwo, gdy zobaczyłam Basila, poczułam niewymowną ulgę. Najwyraźniej bardziej bałam się reakcji Deana. Brat spojrzał na mnie dziwnie, gdy przeszedł obok mnie. Wciągnął głęboko powietrze, przypatrując mi się podejrzliwie.
- Wszystko dobrze? - spytałam, zamykając drzwi.
Wzruszył ramionami i podał Willowi rękę. Wyglądał lepiej, niż wtedy, kiedy ostatnio go widziałam. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, zwiedzając razem wszystkie miejsca, w których było dobre jedzenie. Ostatnim razem wydawał się być zmęczony i jakby nieco wymięty. Zrzucił to wszystko na karb szczeniaków, które pojawiły się w watasze i nie dają nikomu spać. Cóż, najwyraźniej ja dorzucę mu kolejnego.
Baz zdążył się dobrać do jedzenia i rozłożyć na kanapie. Kawałkami mięsa zdobył przychylność Pepper, na tyle, że przestała marszczyć nos za każdym razem, gdy znalazła się blisko niego. Ernesta znalazłam w najdalszym kącie mieszkania, zajętego czyszczeniem się. Gdy położyłam przed nim miseczkę z gotowanym kurczakiem, spojrzał na mnie i łaskawie zjadł. Uznałam to za znak pokoju. Może nie nasika nikomu do butów.
Dzwonek nie zadzwonił po raz kolejny, Dean po prostu wpakował się do mieszkania. Zmieszał się nieco na widok Basila, ale po zadziwiająco twardym spojrzeniu Willa, żaden z nich nie protestował co do obecności drugiego. Usiedli tylko jak najdalej od siebie i obaj skupili się na swoim jedzeniu. Odetchnęłam z ulgą, dopóki konwersacja skupiała się na temacie tak zajmującym jak pogoda. Niestety, mój kochany braciszek, postanowił zepsuc wszystko swoim pytaniem. Najwyraźniej psucie go cieszyło.
- Można wiedzieć, po co nas tu zebraliście? Nie, że coś, ale trochę mi się spieszy - mruknął.
Will poruszył się nerwowo, najwyraźniej zamierzając jakoś rozpocząć rozmowę, ale spanikowałam. A spanikowana Ella podejmuje bardzo szybkie decyzje.
- Jestem w ciąży - wypaliłam, po czym usiadłam na podłodze, czekając na reakcje.
Dean zakrztusił się swoim jedzeniem, jakimś cudem dając radę rzucać przy tym gniewne spojrzenia Willowi.
- I to tyle? Serio? Ja już wiem. Mogę iść? - spytał Basil, przeciągając się.
Spojrzałam na niego jak na debila. Dean w tym czasie nadal wściekle się krztusił. Will zbladł jak ściana i przez chwilę nawet chciałam mu zaproponować, żeby sobie usiadł.
- Pachniesz inaczej. Chcecie znać rasę? - przekrzywił głowę.
Potwierdziłam bez namysłu.
- Jak nic wilkołak. Prawdopodobnie dziewczynka, ale nie jestem pewien - Will wciągnął powietrze tak gwałtownie, że wszyscy na niego spojrzeliśmy.
- Zabiję cię - wykrztusił wreszcie z siebie Dean.
- Dean, spokojnie... - zaczęłam, ale nie dał mi skończyć.
- Czy wy zwariowaliście? Dziecko to cholerna odpowiedzialność! A ani jedno, ani drugie nie potrafi samo o siebie zadbać! Po Elli się tego spodziewałem. Nawiasem, jestem bardzo dumny, słonko - zdążył wstać i pogłaskać mnie po głowie.
- Ale ty! Ty! Tyyyyy! - skończyły mu się słowa.
Podniosłam się z ziemi, stając na wszelki wypadek między nimi. Ku mojemu zdumieniu, dołączył do mnie Basil, po tym, kiedy Will się odezwał.
- Zamierzam być odpowiedzialny. Nie masz prawa oceniać ani mnie, ani Elli - rzucił zimno.
Westchnęłam ciężko. Dean wyglądał na wściekłego.
- Jak masz kogoś bić, to mnie, Dean. Oni mają w tym momencie dość stresu - słowa Basila zdumiały mnie jeszcze bardziej.
Obaj mężczyźni spojrzeli na niego nieprzytomnie.
- Co?
- To. Nie mów mi, że nie chcesz zostać wujkiem. To... w twoim stylu - Baz uśmiechnął się krzywo.
- No właśnie. Chodź tu, debilu - mruknęłam, wyciągając do niego ręce.
Dean przytulił mnie bez zastanowienia, wtulając twarz w moje włosy.
- A spróbuj tylko ją zostawić samą, to cię znajdę i rozszarpię - warknął jeszcze do Willa, nim zdążyłam dziobnąć go w bok.

Will? Tylko się nie pozabijajcie.

14 lis 2017

Od Elli do Williama

- Co zrobiłeś?! - wrzasnęłam, rzucając się z furią w stronę Deana.
Gdyby Will mnie nie przytrzymał, zaatakowałabym go.
- Przespałeś się z moim bratem?! Do reszty cię popieprzyło?!
- To on zaczął, dobra? - odwarknął.
Wiedziałam, że czuł się winny, ale to jeszcze bardziej mnie drażniło.
- Ja idę go znaleźć, a ty masz w pysk - warknęłam, wypadając z domku biegiem.
A wszystko przez to, że Basil uciekł, nim zdążyliśmy pogadać. Dean zrobił się markotny i wyjaśnił nam, co takiego się stało. A co się stało - Basil jest gejem, Simon był jego chłopakiem, a mój najlepszy przyjaciel na dzień przed walką uznał za genialny pomysł przespanie się z nim.
Dlatego musiałam znaleźć Baza. Cokolwiek by o nim nie mówić, nadal był moim bratem i nie mogę pozwolić mu na zrobienie czegoś głupiego.
***
- Will! Bądź w mieszkaniu! Jadę cię zabić! - wrzasnęłam do telefonu, po tym jak ledwo wyszłam z gabinetu ginekologa.
Nim jakkolwiek mógł się odezwać, rozłączyłam się i z furią przeszłam przez korytarz i poczekalnię. Dopiero w samochodzie trochę się opamiętałam. Usiadłam i pochyliłam głowę, kładąc ją na kierownicy.
- W co ja się wpakowałam? W co ja wpakowałam ciebie, mała istoto? - mruknęłam do siebie, gapiąc się na swój brzuch i delikatnie kładąc na nim rękę.
Byłam wściekła na Willa, chociaż zdawałam sobie sprawę, że to nie do końca jego wina. Wpadki się zdarzają, tylko czemu akurat nam. Byliśmy najbardziej nieodpowiedzialną parą, jaką dałoby się utworzyć. Nie nadawaliśmy się na rodziców.
Zirytowana, odpaliłam auto, z zamiarem dojechania do mieszkania Willa i skopania mu tyłka. W połowie drogi zmieniłam zdanie - najpierw kupię jedzenie, potem skopię mu tyłek. Brzmi rozsądnie.
Do jego mieszkania dotarłam z wielkim pudełkiem pizzy, kubełkiem frytek i dwulitrowym opakowaniem sorbetu o smaku mango. Kiedy otwierał mi drzwi, nawet tego nie kwestionował, jedynie wziął ode mnie pudła. Wpakowałam się do środka i jak gdyby nigdy nic przystąpiłam do spożywania posiłku. Wyglądał żałośnie i co chwila rzucał mi szczenięce spojrzenia, przepraszając za jeszcze nie wiedział co.
- Ellie, jesteś pewna, że to dobry pomysł? - spytał, gdy zamoczyłam frytkę w sorbecie.
- O tak, najlepszy - wymamrotałam.
Nieśmiało przeżuwał swój kawałek pizzy, gapiąc się na mnie jak cielę na malowane wrota. Nie zwracałam mu uwagi, zbyt zajęta jedzeniem.
- Chciałaś mi o czymś powiedzieć, kochanie? - spytał wreszcie.
- Hmm? - spojrzałam na niego znad pudełka lodów.
Dopiero po chwili mi się przypomniało.
- A, tak, miałam. Jestem w ciąży - powiedziałam, ze spokojem wracając do jedzenia.
Fajna sprawa, jak człowiek przestaje być głodny, to nagle robi się jakoś tak mniej rozdrażniony.  

Will?

2 lis 2017

Dynie, Batman i Wonder (Wo)man? Wella na cukierkowaniu - Event Halloweenowy, temat 2

Ciemnowłosa kobieta cofnęła się, słysząc podekscytowane piski i tupot nóg. Słusznie, bo jej własna mała armia właśnie zbiegała ze schodów, z takim hałasem, jakby było ich tysiące, nie zaledwie czwórka. W sumie szóstka, bo pędziły za nimi jeszcze psy.
- Wszyscy gotowi? - Ella musiała przekrzykiwać wrzawę.
Po raz kolejny tego dnia zadała sobie pytanie, co ją podkusiło, by zakładać rodzinę.
- Prawie wszyscy! Tylko taty nie widać - Charlie uciszyła rodzeństwo jakimś cudem.
Zirytowana Ella ruszyła na górę, tupiąc po schodach. Weszła do sypialni jej i Willa, by ochrzanić mężczyznę, ale straciła ochotę, widząc jak wyglądał.
- Wyglądasz... ciekawie - uśmiechnęła się lekko.
- Nic nie mów - odwarknął.
Nic dziwnego, zdążył zaplątać się w pelerynę. Ella nie wytrzymała i zaczęła się histerycznie śmiać.
 - Uwielbiam nasze dzieciaki - pisnęła.
- Oczywiście To nie ciebie wrobiły w rolę jakiegoś rycerza.
Prychnęła.
- Ja mam tamburyn i sukienkę. Fajnie jest - rzuciła.
- Powiedz mi, że to ostatnie takie Halloween...
Ella potrząsnęła głową, śmiejąc się.
- W przyszłym roku zamiast Febusa i Esmeraldy z Dzwonnika, będziemy zapewne kimś z kolejnej bajki Disneya. I tym razem ty robisz za księżniczkę.
Kiedy wychodziła z sypialni poleciał za nią plastikowy miecz i uderzył w drzwi.
***
Widok, jaki napotkali tego wieczoru sąsiedzi, musiał być ciekawy. Z niewielkiego domku wysypały się bowiem dwie małe dynie, Batman, Wonder Woman, Esmeralda i Febus. Towarzyszyły im kurier UPS na czterech łapach i śmiesznie podskakująca baletnica.
- Czy naprawdę musieliśmy przebierać psy? - cicho spytał Will - Febus.
- Sophie się uparła. A nie przeżyłabym gdyby znowu zmieniła zdanie i nie zechciała być dynią - odszepnęła Ella - Esmeralda.
Szli kilka kroków za swoją armią, obserwując dzieciaki czujnym okiem. Wiedzieli lepiej niż ktokolwiek, co może czyhać w ciemnościach. Psy również okrążały maluchy, co w przypadku Jelly, przebranej za kuriera, wyglądało zupełnie naturalnie. Kurierzy bowiem często gubili się w okolicy.
Charlie szła na samym przodzie, z uczepionym jej ręki Dannym. Mały przechodził ostatnio fazę uwielbienia kolejnego członka rodziny i tym razem przyszła kolej jego starszej siostry. Pani Batman nie wyglądała na szczególnie tym zachwyconą, ale dzielnie znosiła lepką już od cukierków dłoń.
W pielgrzymce do kolejnych drzwi, kolejność pozostała zmieniona. Naprzód wysuwał się zawsze Max - Wonder Woman i podsadzał Sophie, by ta dosięgnęła dzwonka. Pozostała dwójka czekała z tyłu, by po ich otwarciu z pokazowymi uśmiechami wystawić do przodu swoje koszyczki.
- Salt kradnie im uwagę - uśmiechnęła się ze złośliwością Ella.
Rzeczywiście, borderka wybiegała przed dzieciaki, uciekając się do pokazowego numeru. Stawała na tylnych łapach i podskakiwała śmiesznie.
- To wina Sophie. Nam nic do tego - odparł z kamienną miną Will.
Okazało się, że cukierkowanie było zbyt wyczerpujące dla dwójki małych, czteroletnich dyń i ich nóżek. Skończyło się więc na tym, że Ella niosła Sophie, a Will Daniela, podczas gdy psy, Max i Charlie biegli z przodu. Kobieta z ulgą odstawiła córkę na ganku ich domu, by otworzyć kluczem drzwi.
- Dobra, ferajna, przebierajcie się, Dean będzie tu po was za kilkanaście minut.
Nawet Soph i Danny ożywili się na tę wieść i podążyli za rodzeństwem, przecierając śpiące oczy. Ella opadła na kanapę z westchnieniem i odrzuciła tamburyn na podłogę.
- Borze zielony, jak dobrze, że następny raz dopiero za rok - jęknęła, wyciągając przed siebie nogi.
- Mi to mówisz? Następnym razem nie zmusisz mnie, żebym wciskał się w jakikolwiek kostium.
Wzruszyła ramionami.
- Nie będę musiała. Dzieciaki zrobią to za mnie.
Z przyjemnego odrętwienia wyrwał ich dźwięk otwieranych drzwi i przeraźliwy dźwięk wycia. Po chwili dołączyły do niego trzy inne głosy.
- Na bogów - wymruczał Will, chowając twarz w poduszkę.
Ella wstała, by sprawdzić, czy cała banda zapakowała wszystko co potrzebne. Zignorowała Deana i włochate uszy na czubku jego głowy, czy fakt, że próbował polizać jej rękę.
- Dobra, dzieciarnia, my lecimy, dajmy waszym rodzicom chwilę dla siebie - Dean uśmiechnął się do Elli, poruszając sugestywnie brwiami.
Gdy tylko drzwi zdążyły się zamknąć, a w domu zapadła przyjemna, acz niecodzienna cisza, Ella spojrzała na Willa uważnie, podchodząc do niego cicho.
- Idziemy spać, no nie? - rzuciła, wyciągając rękę.
- Jak dobrze, że pytasz - odparł.

(żadnych seksów, zdziwieni?)

16 wrz 2017

Od Elli do Williama

Piekliłabym się dalej, gdyby nie Dean, który wtrącił się nieśmiało.
- Ella, on cię nie rozumie.
Och... Fakt.
- Mówiłam, że co ty sobie myślisz, dam sobie radę - skróciłam znacznie swoją tyradę. I ocenzurowałam.
- Ale...
Prychnęłam, odwracając się do Basila.
- Żadnych ale. Mogę sobie zostać przynętą, nawet jeśli wpadnę, nie zabiją mnie zbyt szybko.
Tym razem prychnięcie pochodziło od Willa.
- Ostatnim razem omal cię nie zabili, nie pamiętasz? Pokazowo połamali ci palce i zglanowali.
- To taka mała wpadka.
Basil wydawał się zniecierpliwiony.
- Skończcie już swoje małżeńskie kłótnie. Od chemii wiszącej w powietrzu mnie mdli, a nie chce widzieć tego, co przyjdzie w jej wyniku.
- Spadaj, braciszku.
- Bardzo chętnie.
Usiadłam ponownie, odprowadzana ciężkim wzrokiem Willa. Pokazałam mu język. Dorośle, nie ma co.
- W każdym razie, Ella, jeśli wszyscy zgadzamy się, że możesz zostać przynętą, czy możemy przejść do dalszej części planu? - Dean odezwał się wreszcie.
- Myślę, że powinniśmy. Więc, pokręcę się po mieście, dam się zauważyć i przyjadę tutaj?
Przyjaciel skinął głową.
- Tak, ale nie możesz za długo zwlekać. I będziesz koniecznie musiała nas zawiadomić, kiedy zaczną cię śledzić. My też musimy się przygotować. Przyjeżdżasz, wysiadasz, dajesz się złapać. I próbujesz nie wzbudzać podejrzeń.
- Uh huh... Tylko wytłumacz to proszę Willowi, zanim zdąży rzucić się na kogoś jeszcze w obronie swojej damy - rzucił z przekąsem Basil.
- Wszystko zrozumiałem - odpyskował William.
- Will... Daj spokój. Po pierwsze, na wszystkich bogów, w jakich sobie tam wierzysz, nie reaguj, nawet jeśli ktoś ją uderzy. Idziemy zgodnie z planem. Po drugie, żadnych głupich sztuczek, żadnego bohaterowania. My mamy doświadczenie, ty nie.
Wszystko wyjaśniliśmy, chociaż z chmurnej miny Willa wnioskowałam, że średnio mu się to wszystko podobało. Umówiliśmy się, że ja i Will zostaniemy w domku na noc, a Dean i Basil pojadą jeszcze do mojego mieszkania, nakarmią zwierzaki i tam spędzą noc.
- Nie gniewaj się - mruknęłam, wpychając się pod ramię Willa.
Z trudem mieściliśmy się razem na ciasnym materacu.
- Nie gniewam się, tylko martwię. Nie rób nic głupiego, proszę - pocałował mnie w czoło.
- Wiem. Mam się nie narażać, być ostrożna, bla bla bla. Jestem już dużą dziewczynką, Will.
- Z tym mógłbym polemizować.
Rzuciłam mu groźne spojrzenie, co nie wypadło zbyt przerażająco, z racji faktu, że właśnie przylegałam do niego prawie całym ciałem. W domku było cholernie zimno.
- Chyba mam mały pomysł, na to, co mogłoby cię pocieszyć - uśmiechnęłam się szelmowsko.
- Ella, błagam cię, za kilka godzin mamy otrzeć się o śmierć, a ty chcesz uprawiać seks?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie to nie. Przynajmniej nie umrzesz prawiczkiem.
- Spadaj.
 ***
 Wsiadłam do auta i odpaliłam silnik, patrząc w lusterko. Nadal tam byli, właśnie pakowali się do swojego samochodu. Jeden trzymał w ręku telefon. Ruszyłam z miejsca, pisząc jednocześnie szybkiego SMSa do Deana.
"Zaczynamy"
Obejrzałam się po raz ostatni i przyspieszyłam. Przygodę czas zacząć.

Will?

27 sie 2017

Od Elli do Williama

- Basil, proszę, musimy działać wspólnie - odezwałam się po raz kolejny.
Brat spojrzał na mnie znużony.
- Serio? Nie możecie mi po prostu załatwić auta? - spytał.
Na szczęce miał siniak i nie wyglądał za dobrze. Dean zresztą podobnie, najwyraźniej chłopcy postanowili sobie coś wczoraj wyjaśnić. Kiedy spróbowałam zapytać, przyjaciel tylko mnie zbył, a brat udał, że nie słyszy.
- Tyle razy ci to tłumaczyłam. Nie możemy, bo dojdą po tobie do mnie. Jeśli dojdą do mnie, to Marcus mnie zabije. Dosłownie.
Wilkołak przewróciłam oczami.
- Więc? - Will wyglądał na znużonego monotonną dyskusją.
Westchnęłam ciężko, grzebiąc w swoim talerzu z chińską zupką. Zrobiłam ją wcześniej, powodując tym samym dziki wybuch śmiechu Willa, gdy zobaczył całe dwie szafki pełne gotowego jedzenia.
- Musimy to jakoś rozwiązać. Jesteś pewien, że nie dałoby się pokojowo? Baz, nadal nie wiemy, o co chodzi z twoim konfliktem z tym Simonem.
- Uwierz mi, rozwiązanie pokojowe nie wchodzi w grę. Ale...
- Ale co? - Dean spojrzał na Baza z nadzieją.
Przerwało nam pojawienie się Pepper, która zaatakowała nogawkę Basila.
- Pep, nie wolno - mruknęłam, łapiąc psicę na ręce.
Rzuciła mojemu bratu wściekłe spojrzenie. Obrażona, zwinęła się w kłębek na moich kolanach. Pogładziłam ją po zmierzwionym, szarym futerku.
- Wracając, jeśli zabiłbym Simona, przestaliby mnie atakować. Simon wszystkiemu przewodzi, to on ich wciąż podburza. Jeśli zabiłbym alfę, formalnie zostałbym nowym. Tego nigdy by nie zaakceptowali, ale przynajmniej mielibyśmy spokój.
- To już coś. Jeden trup za miast kilkudziesięciu - zauważył Dean.
- Tak, ale jak się do niego dobrać?
Wróciłam do jedzenia, myśląc.
- Nie mamy za wiele rozwiązań. Możemy przyjść do nich albo dać im się znaleźć - westchnął Dean.
- To może  być cholernie niebezpieczne - odparł Will.
Wzruszyłam ramionami, wstając, by odłożyć miskę do zlewu. Pepper zeskoczyła na podłogę i podreptała do Deana.
- Na pewno będzie. Ale Dean ma rację, nic innego nie możemy zrobić. A moim zdaniem, bitwa na naszym terenie może się okazać łatwiejsza. Z tym, że nie możemy sprowadzić ich do żadnego z naszych mieszkań.
- To fakt i nie będzie z tym problemu. Trochę się rozejrzę i załatwię nam jakieś lokum. Potem trochę trzeba je będzie przerobić, ale powinniśmy dać radę - rzucił Dean.
Skinęłam głową.
- Przez ten czas macie się nie wychylać. Szczególnie ty, Baz. I nie chcę słyszeć głupich wymówek - warknęłam w stronę brata. 
- Aye, aye, kapitanie - odmruknął.
Uśmiechnęłam się chłodno.
- Skoro już wszystko załatwione, to nie wiem jak wy, ale ja mam zamiar wrócić do pracy. Pieniądze same się nie zarobią.
Po tych słowach wyszłam z kuchni, zostawiając chłopaków samych. Pepper ruszyła za mną, podnosząc dumnie ogonek. Pochyliłam się, by ją pogłaskać, po czym włączyłam laptopa. Dałam znać Marcusowi, że przyjmuję zlecenie i zabrałam się do pracy.

Will?

19 lip 2017

Od Elli do Williama

Westchnęłam.
- Pomyślmy - mruknęłam niechętnie.
- Ale może przenieśmy się na kanapę, tu jest twardo.
Myślenie zajęło nam kilka dobrych godzin. Wyszliśmy z niczym, bo każdy pomysł, który został podany przez któreś z nas, zostawał natychmiast obalany przez następne - czy to z powodu zbyt dużego ryzyka, liczby przeciwników, zbyt małej ilości broni.
Dean wyszedł, zabierając ze sobą Basila. Stwierdziliśmy, że tam będzie trudniej go znaleźć. Łowca przystał na plan niechętnie, rzucając w stronę mojego brata mordercze spojrzenia. Will został, tego się zresztą spodziewałam. Dużo się ostatnio działo.
Leżałam z głową na jego kolanach, wyciągnięta na kanapie. Delikatnie gładził moje włosy, wcześniej je rozpuszczając. Wolał je takie, a ja nie protestowałam.
- Baz był podejrzanie spokojny - powiedziałam cicho, zamyślona.
Zamknęłam oczy, czując tylko dotyk na kosmykach moich włosów.
- Nic dziwnego. Wataha musi być dla niego jak rodzina. A teraz jeszcze jest zdany na osoby, którym nie ufa, ani nawet nie lubi.
Otworzyłam oczy, unosząc brwi i patrząc prosto w oczy Willa.
- Powinien być nam wdzięczny za to, że mu pomagamy. Sporo ryzykujemy.
William uśmiechnął się ciepło. Kochałam ten uśmiech, chociaż wciąż wydawał mi się trochę zbyt naiwny. Chciałam go chronić.
- Co się takiego stało, że tak go nie znosisz, Ellie?- spytał.
Przewróciłam oczami. Podniosłam się, tym razem zwalając się na Willa całym ciałem. Ujęłam jego twarz w dłonie.
- Powiem ci  - uśmiechnęłam się najładniej jak tylko umiałam.
Pocałowałam go lekko, po czym odsunęłam się, zeskakując na podłogę, tym samym znajdując się poza zasięgiem jego rąk.
- Ale będziesz mi musiał opowiedzieć o sobie. Wymiana.
Spoważniałam.
- Bo tak naprawdę to nic o sobie nie wiemy. Nie znamy swoich rodzin, mało co wiemy o przeszłości.
Will też patrzył na mnie poważnie.
- Rozumiem. To byłoby dobre, gdybyśmy wiedzieli więcej. I uczciwe.
Skinęłam głową.
- Mogę zacząć. I nie musisz mówić mi tego dzisiaj, Will. Nie wszystko jest łatwe do wyznania, wiem o tym.
Odchrząknęłam nieco zakłopotana. Podreptałam z powrotem do kanapy i usiadłam, po mnie Will. Wdrapałam się na jego kolana, szukając bliskości. Nie chciałam też patrzeć mu w oczy, więc oparłam policzek na jego piersi.
- Moi rodzice są wilkołakami. Porzucili mnie i Basila gdy byliśmy mali. Może nie tyle porzucili, co podrzucili. Oddali nas babci, ale ta nie bardzo chciała się nami zajmować. Wychowywaliśmy się na ulicach, nikt się o nas nie troszczył, ale mieliśmy przynajmniej siebie. Zdarzało się, że nie jadłam, że nie miałam gdzie spać, gdy staruszka zapominała o zostawieniu otwartych drzwi. A potem umarła i zostaliśmy przekazani do Domu Dziecka. Basil był wtedy świetnym bratem, pilnował mnie, uspokajał, miałam wtedy spore zaburzenia psychiczne.
Uśmiechnęłam się do siebie, do własnych wspomnień.
- Śpiewał mi nawet kołysanki. Obiecywał, że nigdy mnie nie zostawi, że nie pozwoli nikomu mnie skrzywdzić. Powtarzał uparcie, że jak trafimy do jakiejś rodziny, to razem. A potem odszedł. Wróciła po niego wataha rodziców. Mnie nie chcieli wziąć. Ale on z nimi poszedł. Byłam zawiedziona, przerażona i samotna. Ale potem zjawił się Marcus, mój adopcyjny ojciec. Zadbał o mnie. Potem był Dean, Cale i teraz jesteś ty - dotknęłam ustami linii jego szczęki.
- Poznasz kiedyś Marcusa. Powinniście się polubić - uśmiechnęłam się.
Wtuliłam się w Williama. Nie powiedziałam mu o hakerstwie, bo za bardzo go kochałam. Gdyby wiedział, naraziłabym go na niebezpieczeństwo. 

Will?
Wystarczająco fluffowato?

14 lip 2017

Od Elli do Williama

Nie zamierzałam spać. Powoli, metodycznie spakowałam swoje rzeczy. Wszystko, co mogłoby się przydać, broń, trochę jedzenia, ciepły koc i apteczkę, gdyby Basil okazał się ranny. Przygotowałam tez awaryjne posłanie, wykładając na zapasowym materacu stary koc, który dotąd pokrywały plamy krwi, których nie zdołałam doprać.
Jeśli Baz miał duże kłopoty, to ja też je miałam. Jakimś cudem, mimo tylu lat, wrogowie moi czy jego dochodzili do tego, że jesteśmy rodzeństwem i coś powinno nas łączyć. I, niestety, łączyło, przynajmniej z mojej strony. Chociaż starałam się mówić sobie inaczej, wciąż troszczyłam się o brata. To prawda, żywiłam do niego urazę za sprawy z przeszłości, ale zachowałam w swoim sercu uczucie dla niego. Problem w tym, że nie jestem pewna, czy on zrobił to samo.
Nim przybyli William i Dean, zdążyłam jeszcze zrobić sobie herbatę. Dean przywiózł ze sobą Pepper.
- Zostajesz w domu, skarbie - mruknęłam do sznaucerki, tarmosząc ją za ucho.
Machnęła ogonem, podskakując. Urocza, ale nie lubiła Basila, poza tym miewała za dużo energii i plątała się tam, gdzie nie trzeba. Dałam Willowi torbę z moimi rzeczami.
- Dean, ty prowadzisz.
Nie protestował, tak jak nie skomentował mojej nagłej zmiany podejścia w kierunku Willa. Możliwe, że już to sobie wyjaśnili.
- Bardzo prawdopodobne, że Basil będzie ranny, więc miej broń w pogotowiu. Robi się wtedy niebezpieczny.
Trafiliśmy do motelu bez zbędnego trudu. Problem pojawił się, kiedy już znaleźliśmy się w środku. W zaimprowizowanej recepcji stał nieszczególnie chętny do pomocy mężczyzna.
- Szukamy mężczyzny, podobny do tej pani tutaj, tylko dużo wyższy - rozmowę zaczął Dean.
Recepcjonista rzucił mu tylko jedno spojrzenie przekrwionych oczu.
- Nic mi nie wiadomo. My tu nie zdradzamy klientów - odwarknął.
Westchnęłam, pocierając skronie. Miałam tego dosyć. W motelu śmierdziało, a ja byłam niewyspana i rozdrażniona. Poza tym, na miłość boską, mój brat mógł gdzieś tam zdychać na jakimś parszywym łóżku.
Podeszłam, jednym, szybkim ruchem zgarnęłam mężczyznę za przód brudnej koszuli, tak że znalazł się na moim poziomie.
- Gadaj, gdzie jest. Ja nie mam czasu.
Nóż pojawił się w moim ręku i został przytknięty do szyi mężczyzny, przecinając skórę.
- Radziłbym mówić. Nasza przyjaciółka robi się niecierpliwa.
Słowa Willa wreszcie zadziałały, połączone z coraz większym naciskiem ostrza.
- Dziewiąty pokój - wysyczał mężczyzna.
- Macie piętnaście minut - dodał, gdy już go puściłam.
- Tyle wystarczy - odwarknęłam.
Ruszyliśmy do dalszej części tego zapchlonego motelu. Znalazłam dziewiątkę i bez ostrzeżenia nacisnęłam klamkę. Były otwarte, ale gdy tylko postąpiłam krok do środka, zostałam wciągnięta i rzucona na łóżko, patrząc prosto w lufę rewolweru.
- Spokojnie, Basil - usłyszałam głos Deana.
Brat wyglądał koszmarnie. Był nieogolony, jego ciuchy śmierdziały mułem, a włosy kleiły się do spoconego czoła. Wciągał także ostro powietrze przez zaciśnięte zęby. Nie puścił mnie, ale opuścił broń.
- Przyszliście dokończyć dzieła? Szczeniak Apolla, łowca i moja piekielna siostrzyczka.
Prychnęłam.
- Zaraz sam się wykończysz. Przyszliśmy ci pomóc.
Uniósł brwi.
- Skąd ta nagła chęć?
- Powiedziałabym ci, ale bardzo nie podoba mi się to, jak mnie trzymasz.
Puścił, Will pomógł mi się podnieść i przytrzymał obronną dłoń na moim biodrze, gdy się do niego przysunęłam.
- Porwali mnie ciekawi ludzie. I ci ciekawi ludzie porwali mnie, bo szukali ciebie, braciszku. A znalezienie ciebie, kiedy już się wydostałam, nie było problemem.
Wzruszył ramionami, ale natychmiast skrzywił się.
- Powiedzmy, że ci wierzę. Ale nadal nie sądzę, żebyś tak zupełnie bezinteresownie chciała mi pomóc. Bo kłopoty mam, faktycznie - wyglądał na wyczerpanego, chwiał się na nogach.
Westchnęłam. A więc to nie pomyłka. Świetnie, po prostu cudownie, znów w coś się wplątał.
- Powiedzmy, że będziesz miał u mnie dług. Twoje kłopoty są zagrożeniem także dla mnie, więc wolałabym mieć cię na oku.
Basil nie dał się długo przekonywać. Musiał być w naprawdę kiepskim stanie. Dean i William jakoś dotaszczyli go do auta, a stamtąd wystarczyło już tylko dostać się do mojego mieszkania.
Dopiero tam obejrzałam go dokładnie. Zero ran postrzałowych, za to jego prawy bark wyglądał okropnie. Poszarpały go kły, z pewnością należące do wilkołaka. Poza tym sporo siniaków i niepokojące zgrubienie na żebrach. Jedno z nich musiało być złamane. Opatrzyliśmy ranę i pozwoliłam mu spać, gdy tylko doprowadził się do względnego porządku.
- Na wyjaśnienia musimy poczekać do jutra - rzuciłam, wchodząc do kuchni, w której czekali Dean i Will.
- Myślę, że możecie wracać do siebie, panowie.
Dean przyjrzał mi się zaniepokojony.
- Jestes pewna, że nie zamorduje cie w czasie snu?
Przewróciłam oczami.
- Aktualnie jestem jego jedyna gwarancją bezpieczeństwa. Jest wyczerpany, niedożywiony i w bardzo złym stanie. Nie próbowałby niczego tak głupiego.
Jakoś wygoniłam ich z mojego mieszkania. Dopiero wtedy położyłam się do łóżka. Na wszelki wypadek jednak zablokowałam drzwi i zabrałam ze sobą Pepper.

Will?

20 cze 2017

Od Elli do Williama

Kochałam go? Śmieszne. Mogłabym napisać poradnik "Jak nie prowadzić związków" i "Kiedy twój związek jest toksyczny". Kiedy przyznawałam przed sobą, że rzeczywiście kogoś kocham i zależy mi na nim, to zazwyczaj wtedy wszystko się pieprzyło. A Will, jakkolwiek potrafił popłynąć, kiedy niosły go emocje, był wrażliwy. Mogłabym go zranić, skrzywdzić. Dlaczego wybrał mnie? Dlaczego był aż taki głupi, by wybrać mnie?
Nie spostrzegłam, kiedy zasnęłam. Obudziło mnie ciepło, które powoli zaczynało mi przeszkadzać. Otworzyłam zaspane oczy, by spojrzeć przez okno. Ciemno. Czyli nie przespaliśmy całej nocy. Zrzuciłam z siebie ramię wciąż śpiącego Williama i wstałam. Czułam się paskudnie, dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Skoro nie zamierzam z nim być, to dlaczego pozwoliłam mu się wziąć? Bo chciałam, prosta odpowiedź, wywołująca jeszcze więcej poczucia winy. Egoistyczne podejście - dla mnie seks mógł nic nie znaczyć, podczas gdy Will tak łatwo nie pozwoli sobie zapomnieć.
Wcisnęłam się w porzucone gdzieś na krześle ubrania i podreptałam do łazienki. Dopiero wyszorowana, tak, by zmyć z siebie ślady jego zapachu, poszłam do kuchni. Omal nie poparzyłam się wodą, gdy zalewałam herbatę. Z westchnieniem oparłam czoło o szafkę wiszącą nad blatem. Drgnęłam, gdy poczułam ręce oplatające mnie w pasie.
- Puść mnie - warknęłam.
Agresja i wycofanie się - jedyne formy obrony, jakie znam. Jedyne jakie działały.
- Nie.
Zaskoczył mnie. Nie miał w głosie tego ognia, który najprawdopodobniej zawdzięczał genom przekazanym przez Apollo, nie był pod wpływem emocji.
- Puść mnie, co ty sobie myśl-
Zaczęłam się wyrywać. Puścił, kiedy go kopnęłam.
- Ella - westchnął tylko cicho, nadal stojąc blisko mnie, na tyle, bym musiała podnieść głowę, by spojrzeć mu w twarz.
- Nie musisz już uciekać. Naprawdę. Wiem, że się boisz.
- Wiesz? Ty? Nie rozśmieszaj mnie!
Chciałam go uderzyć, szarpnąć, sprawić ból. Wszystko, byle przestał patrzeć na mnie takim wzrokiem.
- Wiem. Wiem, bo też tego nie rozumiem. Powinniśmy to wszystko zrobić inaczej - jego palce przebiegły po siniaku na moim obojczyku. Nie uciekłam przed dotykiem.
- Nie powinniśmy robić nic - zacisnęłam wargi w linię.
Uśmiechnął się smutno.
- Dobrze. Powiedz mi, w takim razie, że coś źle zrozumiałem. Że się pomyliłem i popełniłem błąd. Że nic do mnie nie czujesz.
Zacisnęłam powieki, nie mogąc spojrzeć mu w oczy.
- Więc? Nie pomyliłem się? Kochasz mnie?
Przytłaczał mnie, bo znał już odpowiedź, mógł być jej pewien.
- Kocham. Kocham, zadowolony? - pchnęłam go w pierś.
Uśmiechnął się promiennie, nawet jeśli musiał się cofnąć.
- Nie widzę problemu.
- Oczywiście, że nie widzisz. Nie jestem dobra, Will. Chciałam cie zranić, nawet tą sytuacją z Calem. I nawet mi nie mów, że to dlatego, że się boję. Pewnie, że się boję. Nie umiem prowadzić normalnej relacji, a na taką zasługujesz.
Nagle się roześmiał.
- I co cię tak bawi?
- El, ty nie widzisz jednej ważnej rzeczy. Ty tez zasługujesz na prawidłowa relację, a ja chcę ci pomóc, bo mi na tobie zależy. I to moja decyzja. Chcę cię, z całym arsenałem problemów, bo ja też je mam. Uświadom sobie, że cię kocham.
Gapiłam się na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Nagle zupełnie z niczego, poczułam, że zaczynam się czerwienić, jak trzynastolatka przy pierwszym chłopcu, a nie dorosła kobieta.
- Jest stanowczo za wcześnie na takie rozmowy - wymamrotałam, nadal wściekle czerwona i zawstydzona.
- To znaczy, że-
Prychnęłam, przechodząc obok niego.
- To znaczy, że ja wracam do łóżka, a ty idziesz pod prysznic. I jeśli się nie rozmyślisz, to potem możesz do mnie dołączyć.

Will?

13 cze 2017

Od Elli do Wiliama

Przypatrywałam się Williamowi ostrożnie. Wyglądał jakoś dziwnie, pomijając fakt, że przed chwilą przeżył teleportację.
- To może zrobię herbaty, panowie? - spytałam.
Cale odpowiedział mi entuzjastycznie, ale prychnęłam tylko na propozycję pomocy.
- Sama sobie poradzę. Idźcie do sypialni, powinno być w miarę czysto.
Cale ruszył oczywiście pierwszy, znał drogę, już tu kiedyś był. Spojrzenie Willa stwardniało wtedy jeszcze bardziej, ale udałam, że nie widzę.
Pepper została ze mną w kuchni, machając radośnie ogonem i kręcąc się pod nogami.
- I co ja mam teraz zrobić? Oby się nie pozabijali - wymruczałam półgłosem.
Ustawiłam szklanki na tacy i podniosłam ją. Cisza dobiegając z sypialni była odrobinę niepokojąca. Weszłam do pomieszczenia, by zobaczyć tylko, jak patrzą na siebie wilkiem.
Postawiłam tacę na biurku, po czym usiadłam na łóżku, obok Cale'a. Will usiadł na odstawionym od biurka krześle.
- Wydaje mi się, że to dobry czas, żeby ci to wszystko wyjaśnić.
Cale drgnął niespokojnie.
- Jesteś pewna, Els?
Przewróciłam oczami.
- Jeśli zaczęłam, to znaczy, że jestem pewna. I nie przerywacie mi, dopóki nie skończę.
Wzięłam głęboki wdech.
- Więc... Basil to mój brat - zdumienie na twarzy Willa sprawiło, że się roześmiałam.
- Tak, tak, nawet takie potworki jak ja mają rodziny. Ale spokojnie, mam tylko brata.
Zaczęłam ponownie.
- Tylko szkoda, że takiego. Basil jest wilkołakiem i po pewnej sytuacji jeszcze z dzieciństwa i kilku potem nie łączą nas najlepsze stosunki. Spotkałeś go już dwa razy, Will. To z nim wyszłam, kiedy byliśmy w leśniczówce i przez niego wróciłam poobijana. Kiedy się pojawia, zwiastuje kłopoty. Najczęściej mi je przynosi. Przychodzi do mnie tylko, by prosić o pomoc. Udzielam jej dlatego, że taką mamy umowę. Ja pomagam jemu, on mi, poza tym, nic nas nie łączy. Niewiele wiem o jego obecnym życiu. Jest w jakiejś watasze, może nawet odwala tam jakąś ważną fuchę. I najwyraźniej wplątał się w kłopoty. Znowu.
Skończyłam, wzdychając ciężko i położyłam się, opadając plecami na łóżko.
- Tutaj zaczyna się moja rola. Współpracowałem ostatnio z jakimś człowiekiem z otoczenia Basila. Nic dużego, można powiedzieć, że prywatna sprawa. Z tego co wiem, coś nawywijał tak mocno, że nastąpił rozłam w watasze. Baz miał za mało zwolenników i musiał zdezerterować. Dowiedziałem się, że będą przez niego szukać ciebie. Dotarłem w odpowiednie miejsce po kilku błędach.
Cale rzucił mi swój uśmiech "Kochaj mnie i uwielbiaj". A może jednak go zatrzymać? Chociaż na trochę? Może zabije cokolwiek czuję do szczeniaczka po drugiej stronie pokoju. Tak byłoby najlepiej.
- Dzięki, Cale - mruknęłam, dyskretnie chwytając jego dłoń i ściskając lekko.
Podniosłam się, gdy nachylił się w oczywistym celu. Nie byłabym aż tak okrutna. Will trochę odchoruje i mu przejdzie szczeniackie uczucie do mnie, podobnie jak i mnie, ale nie mam zamiaru łamać mu serca.
- Bardzo cię przepraszam, Will. To sprawa między mną a bratem i nie powinnam cię do tego mieszać - westchnęłam, wstając i podchodząc do niego.
- Byliśmy w gorszych sytuacjach - wymamrotał.
Wyglądał jakoś niewyraźnie. Może lepie-... Szlag, Ella, nie myśl o nim. Masz się odkochać, a nie zakochiwać.
***
Cale był równie dobry, jakim go zapamiętałam. Zrobiłam sobie wolne na czas jego pobytu. Z miejsca oświadczył mi, że nie ma czasu na nic stałego i odpowiedziałam mu, że ja też nie. Tak było lepiej. Wyszliśmy kilka razy z Deanem w ciągu tych pięciu dni. Tematu Willa starannie unikałam.
Nie byłam zdziwiona, kiedy piątego dnia oświadczył mi, że musi już wracać. W moim mieszkaniu zostawił swój ślad, chociaż na moment przestało być bezosobowe, czułam tam jego zapach, zresztą ja też skutecznie przesiąkłam jego zapachem. Jako anioł zostawiał wyraźną aurę dla kogoś mojej rasy, między innymi dotykając kogoś, a mnie dotykał sporo.
Wyszłam przed budynek, by go pożegnać. Nie widziałam ludzi, więc zdecydowałam się wyjść tak, jak stałam - w jego koszulce sięgającej mi niemal kolan, pomiętej bluzie i z rozwichrzonymi włosami. Stanęłam na palcach, by go pocałować.
- Miło było - rzucił tylko.
- Jak zwykle - odparłam.
- Jak zwykle.
I tyle. Pięć dni bliskości drugiej osoby skończyło się bezosobowym "Miło było".
Nie patrzyłam jak odjeżdża, nie odwróciłam się, by mu pomachać. Wróciłam do budynku, marząc już jedynie o ciepłym łóżku. Ciepłym łóżku, w którym był ktoś przed chwilą. Ale przyzwyczaiłam się, że potem wracam zawsze do pustego mieszkania i zwyczajnie zignorowałam ból samotności. Tak powinno być.

Will?

11 maj 2017

Od Elli do Wiliama

Nie pamiętałam, jak nas zaszli. Ale to zupełnie normalne, silne środki obezwładniające mogą powodować dziury w pamięci, które potem zapełniają się wspomnieniami. Obudziłam się w zacienionym pomieszczeniu, z potwornym bólem głowy i światłowstrętem. Dręczyło mnie pragnienie i senność, lecz nie mogłam się jej poddać. Rozejrzałam się dookoła, z trudem utrzymując się w pionie, nawet siedząc oparta o ścianę.
Pomieszczenie było niewielkie, lecz nie widziałam go dokładnie, jedynym źródłem światła było bowiem niewielkie okienko, umieszczone niemal pod sufitem. Nie znajdowaliśmy się w mieście, nie słyszałam jego gwaru. Poza moim nierównym oddechem, w pomieszczeniu panowała cisza.
Przerwał ją cichy jęk i moja uwagę przykuło poruszenie się po drugiej stronie. Will. Mężczyzna poruszył się niespokojnie, ale nie obudził się jeszcze. Musiał dostać większą dawkę. Spojrzałam na niego z niepokojem. Był niewinny. Czy ci, kimkolwiek oni są, zamierzają go skrzywdzić? Mnie mieliby prawo, prawdopodobnie sobie zasłużyłam.
Stężałam, widząc, jak drzwi się otwierają. Uderzył mnie znajomy zapach mokrego futra - wilkołaki. Zmarszczyłam nos, przypatrując się dwójce obcych mężczyzn.
- Ktoś tu się obudził - wyszczerzył się niższy z nich.
- Jak widać. Chcecie czegoś konkretnego, czy to takie hobby? - spytałam.
Spróbowałam się podnieść, nie byłam spętana. Nie wyszło mi jednak, nogi miałam jak z waty.
- Ostrożnie, lalka, bo się poobijasz.
Prychnęłam.
- Chcemy jednej małej informacji. Malutkiej - paskudnie wyszczerzył się kurdupel.
- Gdzie jest Basil? - warknął zniecierpliwiony wyższy.
- Basil? - zdobyłam się tylko na głupią minę
Niespodziewanie znalazłam się w pionie, bowiem ten wysokie z rozmachem szarpnął mnie w górę i uderzył o ścianę.
- Nie każ mi cię krzywdzić. Możemy się bez tego obejść.
Mierzyliśmy się wzrokiem, kiedy ciszę przerwało szuranie i nieprzytomny głos Willa.
- Ella?
Urocze, że pierwsze co wtrąca po nieplanowanym porwaniu, to moje imię, ale skarbie, nie teraz.
- Och, chłoptaś. Nie chciałabyś, żeby coś mu się stało.
- N-nie - wykrztusiłam.
Szlag. No to mamy problem. Braciszek nie odzywał się do mnie od ostatniej przysługi, która mu wyświadczyłam. A oni takiej odpowiedzi nie przyjmą. 
- Nie mam pojęcia gdzie jest Basil. Nie rozmawialiśmy ju-
Mężczyzna szarpnął mnie i posłał na stolik stojąc pod przeciwległą ścianą. Łupnęłam ciężko w twarde drewno, które zaskrzypiało podejrzliwie. Osunęłam się na podłogę, czując jak ktoś wymierza mi potężnego kopniaka w odsłonięte żebra. Krzyknęłam z bólu, gdy kopnięcie powtórzyło się. Kolejny raz i kolejny. Potem mężczyzna nadepnął mi na rękę, łamiąc palce ciężkim butem.
Ze skowytem bólu zwinęłam się w kłębek, starając się sprzeciwić, gdy brutalna ręka schwyciła mnie za kark i pociągnęła w górę tak, że wisiałam wyprężona. Cały lewy bok promieniował bólem, mieszając mi w głowie.
- I co ty na to? - spytał ten niższy, który mnie trzymał.
Splunęłam pomieszaną ze śliną krwią.
- Nie mam pojęcia, gdzie jest Basil - wyszeptałam.
Nie miałam odwagi spojrzeć w stronę Willa, modląc się w duchu, by ten nie poruszył się, nie odezwał, nie zwracając na siebie uwagi. 
- A ja sądzę, że doskonale wiesz. Tylko chronisz tyłek braciszka.
Puścił mnie i uderzyłam o podłogę, nieprzygotowana na kolejną falę ciosów. Nagle ustały, sprawiając, że otworzyłam jedno oko, ignorując zalewającą je krew. Will.
Cholera jasna. Mężczyzna stał na własnych nogach, nawet się nie chwiał i przyglądał się przeciwnikom. Tyle, że niewiele by mu to dało, bo był osaczony i bezbronny. Na chwilę złapałam jego wzrok, bezgłośnie prosząc go o to, by przestał, nie próbował.
Jednak, nim ktokolwiek zdołał go chociaż dotknąć, drzwi otworzyły się z hukiem i w ciasnym pomieszczeniu rozbrzmiał miękki odgłos kroków. Wysokie blondyn, o przenikliwych niebieskich oczach patrzył na oprawców z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
- Dziewczyna mówi, że nie wie. To znaczy, że nie wie.
- A kto ty jesteś, do kurw...
Nie zdążył, bo ostrze świsnęło w powietrzu, wbijając się czysto w oko. Kolejny z prześladowców został uniesiony w górę.
- Zmiataj teraz do swojego alfy i powiedz mu, że Ella nic nie wie, Basil wykorzystał ja i więcej się nie pojawił. Będę wiedział, kiedy mówisz prawdę - blondyn mówił cały czas ze spokojem, tym bardziej przerażający.
Niższy z mężczyzn wybiegł, potykając się, gdy tylko anioł postawił go na ziemi.
- Cale, mój Boże - jęknęłam, zanosząc się kaszlem.
Zrobił krok w moją stronę, ale drogę zagrodził mu Will. Cale spojrzał na niego z uśmiechem.
- Spokojnie, rycerzyku, chcę jej pomóc. Znamy się z Ellą.
- Sam mogę jej pomóc.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Apollo, hm?
Z trudem skinęłam głową. Will podszedł do mnie, kładąc ciepłą dłoń na zakrwawionym czole. W jego oczach widziałam troskę i gniew.
 Gdy przymknął oczy, przeszyło mnie znajome ciepło. William już kiedyś składał mnie do kupy, kiedy połamałam sobie rękę, w walce z jakimś cholerstwem. Nie wiem, ile to zajęło, ale ból mijał, zastępowany niezbyt przyjemnym mrowieniem. Wiedziałam, że zostaną ślady, jego moc usuwała urazy, nie tak drobne rzeczy jak siniaki.
Will otworzył oczy i delikatnie pogłaskał mnie po policzku.
- Przepraszam.
- Nie twoja wina - szepnęłam, pozwalając się przytulić.
Utonęłam w morzu znajomego zapachu i ciepła.Przez moment wszystko było dobrze, ale to uczucie napełniło mnie przerażeniem.Odkryłam, jak kurewsko się wkopałam, jak beznadziejnie zakochana byłam w Willu.
- Nie chciałbym przerywać, ale musimy się stąd wynosić - usłyszałam głos Cale'a.
Chwiejnie, przy pomocy Willa podniosłam się na nogi.

Will?

6 maj 2017

Od Elli do Wiliama

Obudziłam się jak zwykle, czując mokry nos Pepper na twarzy. Zepchnęłam sznaucerkę z łóżka i przecierając oczy, zerknęłam na zegarek.
6:27
Czas zacząć dzień. Podniosłam się, zeskakując z łóżka. Marcus specjalnie wyszukał szczególnie wysokie łóżko, meblując to mieszkanie, mogę się założyć. Dla osoby normalnego wzrostu nie sprawiałoby ono problemów, ja jednak musiałam się na nie wspinać, podskakując. I zawsze czując się jak debil. Pepper też musiała robić rozbieg, nim zdołała na nie wejść.
Potykając się o tańczącego pod nogami psa, poczłapałam do łazienki. Tam przebrałam się w ciuchy do biegania i z trudem odnalazłam smycz i szelki Pepper. Jakoś udało mi się ją w nie wcisnąć, nie mordując ani siebie ani jej. Razem robimy sobie godzinną przebieżkę połączoną ze spacerem. Kiedy wracamy ja wyglądam jak przeciągnięta przez wodospad, a Pep nadal ma siłę kicać dookoła. Wzięłam szybki prysznic i z niechęcią poszłam szukać czystych ubrań. Koszulka z komiksowym sznaucerem goniącym za motylkiem i ukradziona Deanowi bluza brzmiały nieźle.
W kuchni zaczęłam od zrobienia śniadania sobie. Owsianka z mikrofali i grzanki z dżemem jagodowym, czyli wtorkowy zestaw. To śmieszne, ale wyrobiłam sobie taką rutynę, że jadłam te same posiłki w te same dni tygodnia. Pepper dostała swoją karmę. Cholerstwo kosztowało więcej niż moje tygodniowe zakupy spożywcze, ale podobno dobre. Psica w każdym razie zjadała z prędkością światła, podczas gdy ja niemrawo przeżuwałam swoje śniadanie.
Po posiłku zmyłam talerz i spoglądając tęsknie w stronę łóżka, zabrałam do pracy. W mieszkaniu głośno rozbrzmiewały dźwięki nowej płyty Eda. Telefon zostawiłam w kuchni, skutecznie unikając tym samym Deana, któremu obiecałam na dziś maraton filmów grozy. Będzie mnie męczył, czy może nie wolę filmów akcji. Tchórz.
Skończyłam projekt, przegapiając przy okazji minimum dwa posiłki. Przetarłam bolące oczy. Zegarek wskazywał godzinę 21:42, czyli była już spóźniona. Jęknęłam cicho, podrywając się z krzesła.
- Chodź, Pepper, jedziemy do Deana - zawołałam.
Psica pojawiła się jakby znikąd, podskakując radośnie. Wpakowałam ją w szelki, potem do auta. U Deana byłyśmy po kilkunastu minutach.
- Dzień dobry, panowie - rzuciłam, widząc na kanapie także Willa.
- Jesteś spóźniona - Dean rzucił we mnie poduszką.
Zamiast mnie trafił jednak Pepper, która na moment zrobiła głupią minę, po czym wyrwała mi się, by pognać w stronę łowcy. Złapał ją, wciągając na swoje kolana.
- Wiem. Pracowałam - mruknęłam, opadając na miejsce pomiędzy Willem a Deanem.
- Za dużo pracujesz - westchnął Will.
Przewróciłam oczami.
- Sama tego chciałam. Co oglądamy?
- Rec. Chyba.
Wyciągnęłam nogi, gdy Dean przestał maltretować sznaucerkę i wreszcie włączył film. Na początku było w miarę, ale wraz z upływem czasu, zamiast coraz bardziej przestraszona, robiłam się senna. Pozwoliłam sobie oprzeć głowę na ramieniu Willa.
- Ella, nie śpij, przegapisz kulminacyjny moment - Dean szturchnął mnie, wybudzając z płytkiej drzemki.
- Nie śpię, nie śpię - wymamrotałam niewyraźnie.
Zakończenie przegapiłam, tym razem jednak nie usnęłam, poszłam tylko zrobić herbatę. W lodówce odkryłam dżem, więc spędziłam w kuchni dłuższą chwilę.
- Nie widzę sensu oglądania horrorów, jeżeli na nich zasypiasz, a potem wychodzisz w trakcie zakończenia - Dean zrobił obrażoną minę.
Wzruszyłam ramionami, przeciągając się.
- Daj mu wybrać ten film, El, bo będzie marudził przez cały wieczór - jęknął Will.
- No dobra... Ale jeden. I bez głupich pościgów i wybuchów.
Dean szukał czegoś gorączkowo w wyszukiwarce, chwilę tę poświęciłam na delektowanie się swoją herbatą.
- Kingsman?
- Dean, mopsie, widzieliśmy to już tyle razy. Zabrałeś mnie na ten film na pieprzoną pierwszą randkę.
Wyszczerzył się wrednie.
- Oblałaś mnie wtedy colą, bo powiedziałem, że idziemy na coś innego.
- Należało ci się.
Łowca rzucił Willowi pseudo porozumiewawcze spojrzenie.
- Rada na przyszłość, uważaj na co idziesz z nią do kina.
Przyłożyłam mu w głowę.

Will?

29 kwi 2017

Od Elli do Williama

Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem dotarłam do domu po ostatnim wieczorze. Obudziłam się zwinięta w kłębek na swoim łóżku, z potwornym kacem i czymś ciepłym przytulonym do moich pleców. Pustynia w ustach, łupiący ból głowy i nienawiść do świata. Otworzyłam oczy z jękiem, silne światło nasiliło ból. Pomacałam wokół siebie, nieświadomie natrafiając na czyjeś ciało, które nie okazało się Pepper. O szit. Spojrzałam gwałtownie w stronę trafionej osoby.
Obok mnie leżał Will. Gorzej, wcisnęłam się jakoś obok niego. Nadal spał, ignorując całkowicie moją próbę uwolnienia się. Plus był taki, że to nie jakiś losowy facet, bo i to się zdarzało. Westchnęłam ciężko. Nie chciałam go budzić, ale gwałtowna potrzeba napicia się wody przeważała. Nie reagował na swoje imię, ani na delikatne klepnięcie w ramię. Dopiero kiedy porządnie szturchnęłam go łokciem w żebra, ocknął się. Otworzył oczy, przez moment patrząc na mnie nieprzytomnie.
- Można wiedzieć, co robisz w moim łóżku? - spytałam, ciężko podnosząc się do pozycji siedzącej.
Will prychnął.
- Sama mnie tu zaprosiłaś. Chociaż bardziej uwiesiłaś się mojego ramienia i nie pozwoliłaś wyjść, twierdząc, że nie mogę zostawić damy w potrzebie. Tak się przyczepiłaś, że nie mogłem wyjść, kiedy zasnęłaś - odparł, najwyraźniej nie mogąc się oprzeć pokusie podręczenia mnie.
Jęknęłam, podciągając kolana pod brodę i chowając twarz w złożonych na nich przedramionach.
- Naprawdę? - spytałam, nie podnosząc głowy.
- Naprawdę. A jeszcze wcześniej...
Strzeliłam go na oślep w ramię.
- Nie chcę wiedzieć. Więcej nie piję. Przynajmniej nie przy tobie.
Will uśmiechnął się wrednie, gdy tylko w końcu na niego spojrzałam. Widziałam jednak, że jest równie zażenowany sytuacją, co ja.
- Co ty na jakieś śniadanie? - spytałam, próbując powrócić do normalności.
Na dźwięk mojego głosu skądś przyleciała Pepper, ciesząc się jak szalona. Gdy wstałam, kicając, nie omieszkała poskakać po Willu. Nie protestowałam, niech ma za swoje, wredota jedna.
Gdy tylko weszłam do kuchni, ochota na jakiekolwiek jedzenie przeszła mi gwałtownie. Zrobiłam jedynie herbatę i wypiłam szklankę elektrolitów.
- Jak coś chcesz, to sam sobie rób - zawołałam do Willa.
Minęłam go w korytarzu, drepcząc do łazienki. Spojrzałam w lustro z niechęcią.
- I na co ci to było, Ella? - westchnęłam do siebie.
Ogarnęłam się z szybkością ślimaka. Wyczłapałam z łazienki, wyglądając lepiej, aczkolwiek wcale lepiej się nie czułam. Minęłam kuchnię, weszłam do sypialni i rzuciłam się na łóżko.
- Ella, minęło południe, powinnaś wstać.
Rzuciłam w Willa poduszką. Na chwilę zamknął się, niestety nie przewidziałam niecnego planu. Nagle bowiem Pepper wylądowała ciężko na moich plecach i zaczęła po mnie skakać, szarpiąc za włosy.
- Ty zdrajco - warknęłam w stronę Willa, opędzając się od psa. 
- Mówiłem, żebyś wstała.
Podniosłam się, z jego pomocą.
- Jeszcze mi za to zapłacisz - mruknęłam, stając tak blisko, że musiałam zadrzeć głowę, by na niego patrzeć.
- Wyglądasz niezwykle groźne w tej chwili - uśmiechnął się.
Pchnęłam go w pierś, ale nawet się nie ruszył, roześmiał tylko.
- Rusz się, odprowadzę cię z Pepper.
***
Wbiłam spojrzenie w psa, gdy szliśmy obok siebie.
- Zastanawiam się, co z Deanem - powiedział Will, przerywając niewygodną ciszę.
Rzuciłam mu rozbawione spojrzenie spod szerokiego kaptura.
- Pewnie odchorowuje już wczorajsze ekscesy.
Pepper nagle pociągnęła smycz z taką siłą, że potknęłam się. Spojrzałam na sznaucerkę, ciągnącą mnie w stronę wielkiego mastifa, idącego z właścicielem naprzeciwko. Natychmiast skróciłam smycz, przez co Pep uderzyła w Willa. Rzuciła mu spojrzenie. Mastif przeszedł obok nas, nie zaszczycając podskakującej psicy nawet jednym machnięciem ogona.
- Pepper, nie bądź taka nachalna - rzuciłam z rozbawieniem do psa, gdy wreszcie wyrównaliśmy tempo.

Will?

23 kwi 2017

Od Elli do Williama

Nie wiedziałam co powiedzieć. Postąpiłam pod wpływem chwili, kompletnie nie myśląc nad tym, co robię. Tyle, że nie powinnam była. Will jest dobrym chłopcem, a to nie mój typ. Od czasu Deana przestałam się plątać w poważne związki, a mogłam mieć pewność, że William chciałby czegoś poważnego. Czas przejść z tym do porządku dziennego i postarać nie skrzywdzić go bardziej, niż muszę. Nie myślałam o swoich uczuciach, bo już dawno przestałam się w nich odnajdywać.
- Will... Dlaczego twoja ręka świeci? - spytałam, bo to było pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Zrobił głupią minę i spojrzał na swoją rękę. W tym momencie zjawił się Dean i uratował sytuację. Spojrzał na nas i kazał przestać się migdalić, bo czuje się samotny. Zrobił przy tym żałosną minę mopsa, więc dyskusja była zakończona. 
Roześmiałam się beztrosko, zabierając Pepper do domku, by móc się przebrać. Dean rzucił mi poważne spojrzenie, gdy go mijałam. Ostrzegał. Pewnie przestrzeże przede mną Willa. I słusznie. Nie jestem kobietą dla niego.Niezależnie od tego, jaki by nie był uroczy, gdy nie bardzo wiedział co zrobić z rękami i... 
- Przestań, kretynko - warknęłam do siebie, zaskakując siedzącą obok mnie Pepper. 
Tego wieczoru zabraliśmy się już do miasta. 
***
- Nie możesz go wiecznie unikać - głos Deana wybudził mnie z drzemki.
Oboje byliśmy wstawieni na podobnym poziomie, ale alkohol powodował u mnie senność, podczas gdy Deana nastawiał sentymentalnie. Robił się pieprzonym filozofem. 
- Mogę. Robię to już tydzień  - wymamrotałam, sięgając po swoją whisky. Obrzydliwe.
- Ale nie możesz tak. Poczuje się zraniony. I co zrobisz? - spytał.
Wzruszyłam ramionami, czując jednak bolesne ukłucie w sercu.
- Zrobię to co powinnam, czyli zachowam się jak suka.
- Nie kopiuj moich zachowań.
Prychnęłam, znowu kładąc głowę na barze. Barman miał nas gdzieś, urabiał właśnie jakąś blond dziewczynę. 
- Więc dzwoń po niego. To nie Czerwona, nie zgubi się. 
Faktycznie tym, razem bawiliśmy się w centrum Południa. Zamknęłam oczy, słuchając jak słowa Deana, tłumaczącego drogę Willowi mieszają się z głośną muzyką. 
Obudziło mnie klepnięcie w plecy. Drgnęłam niespokojnie, omal nie przykładając Deanowi w twarz łokciem. 
- O, Will - rzuciłam elokwentnie. 
Dean prychnął, po czym zamówił naszej trójce po piwie, ignorując wzbraniającego się Willa.
- Rano będziemy żałować mieszania, Dean - mruknęłam. 
- To będzie rano. Teraz pij. 
- Co tam u ciebie, Will? - spytałam jeszcze bardziej elokwentnie niż wcześniej.
Jego odpowiedź utonęła w gwarze. Możliwe, że byłam bardziej pijana niż sądziłam. Ups.
Przyjrzałam się mu uważnie. Był trochę nieśmiały, jak zwykle i unikał mojego wzroku. Za to uważnie obserwował mnie, kiedy tylko zaczynałam patrzeć gdzie indziej. Pewnie bał się, że zlecę ze stołka. To było nawet prawdopodobne. 
- W każdym razie Dean i ja mamy pełne ręce roboty, no nie? - chciałam trzepnąć przyjaciela, ale okazało się, że już go tam nie ma. 
Spojrzałam na puste miejsce skonfundowana. 
- Uciekł kilka minut temu. Wydaje mi się, że mówił coś o mocnych dziewiątkach - powiedział Will, a w jego głosie dźwięczało rozbawienie. 
- Niech go szlag - jęknęłam. 
- Czemu? Zazwyczaj przecież tak robicie. 
Prychnęłam, rzucając temu ignorantowi wredny uśmiech.Odpowiedział swoją charakterystyczną miną niewiniątka. 
- Miał mnie pilnować. Żebym nie obudziła się w czyimś łóżku.
Zapadło milczenie.
- Will?
- Hmm?
- Wyszłabym stąd. Jesteś za?
Skinął głową.Podjęliśmy ambitną decyzję zobaczenia fontanny w parku, bo żadne z nas nie widziało jej nocą. Dreptałam obok Willa, gapiąc się w chodnik. Chłodne powietrze pomogło mi nieco otrzeźwieć. Co nie zmieniało faktu, że świat wydawał się jakby bardziej weselszy niż zazwyczaj. 
***
- Will, ukradli fontannę! - jęknęłam, przyglądając się pustym kamiennym płytom, z których zazwyczaj tryskała woda. 
Podeszłam bliżej, przyglądając im się zdumiona. 
- Ukradli cholerną fontannę! Jakim cudem? - dodałam, dotykając zimnego kamienia. 
Chwilę jeszcze kręciłam się dookoła nich z czystym zdumieniem wypisanym na twarzy, gdy przerwał mi śmiech Willa.
- I z czego się śmiejesz? Jak oni tam wsadzą wodę z powrotem? - rzuciłam nadąsana. 
Śmiał się jeszcze mocniej. 
- Ellie, ta fontanna jest po prostu wyłączona na noc - wykrztusił wreszcie. 
Rzuciłam niedoszłej fontannie jeszcze jedno podejrzliwe spojrzenie i również zaczęłam się śmiać. A gdy już śmialiśmy się oboje, to nie mogliśmy przestać. 
Obok przeszła jakaś para, patrząca na nas dziwnie. Uspokoiliśmy się dopiero po dłuższej chwili. 
- Naprawdę myślałaś, że ukradli fontannę?
Wzruszyłam ramionami. Miałam odpowiedzieć, gdy rozproszył mnie nagły ruch tuż przed moim nosem. 
- Patrz, ćma! - rzuciłam, natychmiast goniąc za owadem. 
Motyl przysiadł na moment, dając mi okazję do pogapienia się na niego. 
- Jaka futrzasta - wymamrotałam z zachwytem w głosie. 
Wyciągnęłam palec, chcąc pogłaskać ćmę, ale ta odleciała. Pogalopowałam za nią, ku uciesze Willa, który ze śmiechem obserwował moje poczynania. 
Nagle pojawiła się druga ćma i już nie wiedziałam, za którą biec. Skończyło się tym, że odleciały obie.
Zrobiłam pokazową smutną minę do Willa, który wreszcie zjawił się obok. 
- Nie dręcz zwierząt. 
- Ale były takie puchate... - pociągnęłam nosem. 
Will usiadł, pociągając mnie za sobą.
- Jesteś pewien, że możemy deptać trawę? - spytałam głupio.
- Myślę, że możemy. 
Zdjęłam okulary, żeby je przetrzeć. Jakoś mozolnie mi to szło.
- Patrz, myślisz, że moglibyśmy znaleźć jakieś gwiazdozbiory? - Will brzmiał na zadumanego.
Spojrzałam w niebo.
- Kompletnie nie widzę o czym mówisz.
- Powinnaś założyć te okulary - westchnął.
Zrobiłam to i nagle świat nabrał ostrości. 
- Faktycznie, są gwiazdy. Ale kompletnie nie znam się na astronomii. 
Położyłam się na trawie, gapiąc się bezmyślnie w niebo. Z tego co pamiętałam ze szkoły, to, co widzimy to martwe już gwiazdy, bo odległość czy coś. Ironicznie, zachwycamy się czymś, co już od dawna jest martwe. Człowiek to dziwne stworzenie, kocha rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia. Bo jakie znaczenie mają martwe gwiazdy?  
Spojrzałam w stronę siedzącego Willa. Nagle zrobiło mi się smutno. To nie ja powinnam tu z nim siedzieć. Inna kobieta byłaby dla niego lepsza. Odwrócił głowę, łapiąc moje spojrzenie i uśmiechnął się lekko. To nie na mnie powinien tak patrzyć ani nie mnie obdarzać takim uśmiechem. Odwróciłam więc wzrok, ponownie patrząc w niebo, chociaż wiedziałam, że on wciąż mnie obserwuje. 

Will?

15 kwi 2017

Od Elli do Williama

Poklepałam Willa po ramieniu pocieszająco. Prawdopodobnie mówił prawdę z tym wilkiem. Dean też tak uważał, poszedł sprawdzić wszystkie zabezpieczenia. Basil. Jak mnie tu znalazł? Nie, podstawowe pytanie, po co? Po co przyszedł w środku nocy, ale obudził tylko Willa. Czemu nie wywołał zamieszania? Czemu nie próbował zabić żadnego z nas? To byłoby w stylu Baza.
Śniadanie jadłam zamyślona, nie zauważając kompletnie, co jem. Pepper była nieswoja, nie tryskała zwykłą energią, od kiedy tylko podeszłam do drzwi. Warknęła wtedy ostrzegawczo, podbiegając do mnie i obszczekując. Nigdy tak nie robiła, nigdy nie używała głosu.
- Widzicie, mówiłem, że wilk tu był - rzucił Will.
- Załóżmy, że był.  Dlaczego więc nas nie pozabijał? Sama Pepper by go nie przestraszyła - odezwał się Dean.
Will wyglądał na skonfundowanego. Na to odpowiedzi nie miał.
- Dobrze, to wy sobie obmyślcie psychikę zwierząt, a ja pójdę na spacer.
- Chwila, chwila, chwila, nie możesz wyjść sama, jeżeli wilk tu był - nadnaturalny rzucił mi poważne spojrzenie.
- Tutaj go popieram. Nawet jeżeli wilk nie istnieje, to spójrz na pogodę, Ellie.
Wyjrzałam za okno i rzeczywiście, zbierało się na burzę.
- To oznacza, że... - Dean mi przerwał.
- Że spędzisz cudowny dzień w naszym wesołym towarzystwie.
- To się źle skończy - jęknął Will.
Rzuciłam się z powrotem na kanapę.
- Ej, co ty robisz? Mieliśmy robić coś ciekawego! Ella!
- Idę spać - wymruczałam w poduszkę.
- Nie mooożeeesz! - zaczął ciągnąć mnie za nogę.
Pepper ożywiła się, dołączając się do potyczki. Skończyłam na podłodze, zwijając się, gdy Dean trzymał mnie, a Will łaskotał.
- Dosyć! - zawyłam, krztusząc się własnym śmiechem.
- Poddajesz się, blada twarz?
- Poddaję - wysapałam, gdy wreszcie mnie puścili.
Dean wyszczerzył się, widząc moją minę.
- Sadyści - prychnęłam, lekko kopiąc Willa.
Rozpuściłam rozczochrane włosy, pozwalając im opaść swobodnie. Nie zbierałam się z podłogi, chociaż Dean wstał już i poszedł zorganizować nam coś do picia.
Uśmiechnęłam się do Willa, kopiąc go ponownie, tym razem mocniej. Pepper przyszła do mnie, ciągając za włosy dla zabawy. Roześmiałam się, udając, że ją łapię.
***
Obudziłam się w nocy, czując jak coś zimnego dotyka mojej łydki. Wymruczałam coś niezbyt inteligentnego, chowając nogę pod kocem i przysuwając się w stronę Deana. Ocucił mnie dopiero głuchy warkot Pepper. Natychmiast otworzyłam oczy, podnosząc się do pozycji siedzącej.
Basil. Stał obok kanapy, która tej nocy dzieliłam z Deanem, patrząc na mnie wielkimi ślepiami. Gapiliśmy się na siebie dłuższą chwilę. Spojrzałam w stronę Willa, ale ten się nie poruszył. Jego spokojny oddech wskazywał na to, że się nie obudził. Dean także jeszcze spał. Uspokoiłam Pepper, dotykając jej lekko.
Baz zmienił postać, stając się znów mężczyzną, którego zapamiętałam. Pociągnął mnie za rękę, niemo wskazując na drzwi. Czegoś ode mnie chciał. Kusiło mnie, by go zignorować, ale nie ryzykowałby spotkania z łowcą bez powodu. Wstałam cicho, czujnie obserwowana przez Pep, sięgnęłam po bluzę.
Założyłam ją na śmieszną, długą koszulkę z nadrukiem w mopsy (prezent od Deana) i czarne leginsy, które nosiłam jako piżamę, by nie deprawować Willa chodzeniem bez spodni.
Basil złapał mnie za rękę, bym nie przewróciła się w ciemnościach. Jak najciszej wydostaliśmy się na zewnątrz. Dopiero tam wyrwałam dłoń z uścisku brata. Tak, brata. Biologicznie jesteśmy rodzeństwem, ba, bliźniętami. Ludzie zwykli mówić, że jesteśmy podobni, że różni nas tylko wzrost. Gówno prawda.
- Czego chcesz? - syknęłam.
- Spokojnie, nie planuję zrobić ci krzywdy. Ani twoim znajomym.
Prychnęłam.
- Jakbyś mógł.
- Ella, nie utrudniaj. Chcę prosić cię o pomoc. To ważne - wyglądał na zmęczonego, to widziałam nawet w ciemnościach.
- Ja utrudniam? Basil, zjawiasz się w środku nocy, dajesz się zobaczyć osobie nieupoważnionej - przerwał mi.
- Ciekawe określenie, na osobę z którą sypiasz.
Strzeliłabym go w twarz, gdyby nie złapał mojej ręki.
- Proszę, El. Pomożesz mi i znikam. Nie zobaczysz mnie przez długi czas. Obiecuję.
Wzięłam głęboki oddech, wypuszczając go powoli przez nos.
- Obiecujesz?
Skinął głową.
***
Pozwoliłam się poprowadzić wgłąb lasu, wiedząc, że nie mam już odwrotu. Nie ufałam bratu, lecz nie sądziłam, by zaryzykował zabicie mnie. Nasza relacja nie była najzdrowsza, staraliśmy się wzajemnie unikać, gdy żadne nie mogło wybaczyć drugiemu.  Nie pozabijalibyśmy się jednak bez wyraźnego powodu. Dlatego też szłam za nim, w lesie, który z pewnością należał nocą do niego. W międzyczasie wyjaśnił mi sytuację.
- Do mojej watahy przyłączyła się kobieta z nastoletnim chłopcem. Nie przemieniał się dotychczas, ale jest wilkołakiem z urodzenia, więc czekaliśmy na to. Udało mu się nas zaskoczyć. Wiesz, jak to jest, kiedy umysł jeszcze nie nadąża pomiędzy różnicami w ciałach. Nie możemy go wydostać z wilczego stanu. Gorzej, jest niebezpieczny dla otoczenia. Tylko tobie mogę zaufać na tyle, by cie do niego dopuścić.
- A co ze mną? Może mnie, cholera jasna, pożreć - warknęłam.
Roześmiał się paskudnie.
- Będę tam.
- To mnie nie pociesza.
Dotarliśmy do obozowiska Basila. Powitało nas warczenie, głośniejsze, im bliżej podchodziliśmy. Młody wilka rzucał się na krótkim łańcuchu, przytwierdzonym do drzewa. Jego łapy były skrępowane, co nie przeszkadzało mu w podrygiwaniu i kłapaniu szczękami.
Spojrzałam na brata niepewnie.
- Po prostu go przemień.
Westchnęłam cicho, podchodząc bliżej coraz mocniej rzucającego się wilkołaka. Ostrożnie wyciągnęłam rękę, na co zjeżył się jeszcze bardziej. Spróbowałam ponownie, ale uciekł ciałem. Zirytowana, przyklęknęłam, by nie mógł mi uciec. Wykorzystał to, rzucając się nagle w moją stronę. Więzy puściły, a kły dosięgły mojego ramienia, rozrywając bluzę i sięgając ciała. Krzyknęłam, czując porażający ból, ale moja moc się tym nie przejęła. Zadziałała prawidłowo i gdy Basil odciągał mnie, na ziemi nie leżał już wściekły potwór a drżący nastolatek  o oczach błyszczących od łez i gorączki.
Dotknęłam ramienia, czując na placach lepką krew.
- Niech cię szlag, Basil. Niech się szlag.
Brat myślał szybciej niż ja. Opatrzył ugryzienie, mówiąc, że będzie wymagało szycia. Przestało krwawić, lecz wciąż piekielnie bolało. Wolałam jednak dostać się do leśniczówki przed wschodem słońca.
- Nie odprowadzę cię, młody wymaga opieki. Dziękuję, Ellie.
Rzuciłam mu tylko długie, ciężkie spojrzenie i wyruszyłam w drogę powrotną. Miałam nadzieję, że się nie zgubię. Mniej więcej wiedziałam, w którym kierunku iść.
Nastrój miałam niezły. Dopóki nie zaczęła się burza, którą przepowiadał Dean.
***
Wróciłam po wschodzie słońca, przemoczona i chwiejąc się na nogach. Dean był na zewnątrz, z Pepper.
- Cóż to za poran-... El?
Przewróciłabym się, gdyby mnie nie złapał. Jak najszybciej wyjaśniłam mu wszystko, mówiąc cicho.
- Znowu krwawisz. Poprawię opatrunek i będziesz mogła się przebrać - mruknął.
- Uważaj na Willa. Wolałabym, żeby się nie dowiedział o Basilu - odparłam.
Rzeczywiście, moment później Dean wrócił na werandę z apteczką. Opatrzył mnie szybko, niestarannie zakładając szwy.
- Dobra. Dopiero wróciłaś, poszłaś na spacer, wszystko jest dobrze.
Skinęłam głową, wstając.
Dean poszedł pierwszy.
- Patrz, kto się znalazł, Will! Trochę lepiej nawodniona, ale w jednym kawałku. I na co ci te spacery, El?
Przewróciłam oczami, rzucając Willowi przepraszający uśmiech.
- Trochę się oddaliłam i nie zdążyłam przed deszczem.

Will?  

10 kwi 2017

Od Elli do Williama

Rozeszliśmy się niedługo po tym. Poczłapałam do domu, biorąc potem Pepper na spacer. Psica wyczuła moją nerwowość i również węszyła dookoła, niespokojnie przebierając łapkami szybciej niż zazwyczaj. Reagowała tak na zapach wilkołaków. Było już kompletnie ciemno, gdy wracałyśmy i czułam na plecach czyjś wzrok. Nie odwróciłam się, wiedząc, kto mnie śledzi. Miałam także pewność, że mnie nie skrzywdzi. Jeszcze nie teraz.
Wróciłam do domu bez większych przeszkód. Wilkołak zostawił mnie, gdy weszłam na podwórze kamienicy. Pepper także się uspokoiła.
Nucąc, kręciłam się po mieszkaniu, przygotowując kolację.
- Będziemy miały problem, jeśli to naprawdę on - odezwałam się do Pepper, podążającej za mną po kuchni. Machnęła ogonem, pocieszająco trącając mnie nosem.
Myliłam się, myśląc, że Basil ujawni się szybko. Jakiekolwiek ślady obecności wilkołaka zniknęły po kilku dniach. Nie zmartwiło mnie to szczególnie, jest dużym chłopcem, musi sobie poradzić.
Zmobilizowałam chłopaków do wyjazdu za miasto. Dusiłam się w nim zbyt długo. Wzięliśmy ze sobą Pepper i wybraliśmy się do okolicznego lasku. Znaliśmy tam leśniczego, a ten chętnie udzielał nam pokojów w leśniczówce, gdy akurat wyjeżdżał. Nieopodal znajdowało się także niewielkie jezioro. Leśniczy miał problemy z kłusownikami, więc niewiele osób tu przyjeżdżało na wypoczynek.
Po południu rozłożyliśmy się na starym molo, którego deski trzeszczały niepokojąco, gdy się po nim szło. Ułożyłam się na kocu, wystawiając twarz do promieni słońca. Dean bawił się z Pepper, rzucając do wody jej zabawki, a ona wskakiwała do niej, chlapiąc na mnie.
Will usiadł gdzieś dalej i bazgrał coś, nie odzywając się do nas. Podniosłam się, by zajrzeć mu przez ramię. Speszył się, ale nie zasłonił rysunku, na którym, ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłam siebie. Prychnęłam, szturchając go w ramię i odbierając mu szkic.
- Nie było wdzięczniejszego modela? - spytałam, spoglądając jeszcze raz na kartkę.
Wzruszył ramionami.
- Obawiam się, że ubogo tu w ładne dziewczęta. Musiałaś mi wystarczyć ty.
Ta zniewaga krwi wymaga. Niewiele myśląc, skorzystałam z nieuwagi Willa i wepchnęłam go do wody. Parsknęłam śmiechem, widząc jego minę, gdy już się wynurzył. Rysunek odłożyłam na bok, by sięgnąć po ręcznik i przezornie odsunąć się od krawędzi mola, jednak nie zdążyłam. Silne ręce złapały mnie za nogę i pociągnęły za sobą do wody. Pisnęłam, czując zimną ciecz.
Odzyskując równowagę, chlapnęłam Willowi w twarz wodą, by zetrzeć mu ten wredny uśmieszek. Nasza drobna potyczka zamieniła się w prawdziwą wojnę, do której przyłączył się także Dean i niecodziennie rozszczekana Pepper. Przemoczona wydostałam się wreszcie na pomost, wyławiając przy okazji psicę. Cała mokra, przypominała bardziej szczurka niż psa, trzęsła się zresztą podobnie. Zawinęłam ją w ręcznik, wycierając energicznie.
- Panowie, ogłaszam zawieszenie broni - powiedziałam ostrzegawczo, widząc, że Dean zmierza w moim kierunku.
Jęknął, przewracając oczami.
- Sama zaczęłaś, El. Teraz mi zimno, twoja wina. Przeziębię się i umrę - narzekał mi nad uchem Will, siadając obok na wilgotnych deskach.
Westchnęłam.
- Jak dzieci - wymamrotałam.
Zarzuciłam mu na głowę jego ręcznik i zaczęłam wycierać, podobnie jak wcześniej Pepper, ignorując protesty, gdy z zadowoleniem natarłam mu uszy.
- Lepiej? - wyszczerzyłam się w szelmowskich uśmiechu, gdy uwolniony i cały czerwony ściągnął ręcznik z głowy.
- Jesteś straszna.
- Mówiłem, że nie należy lekceważyć karzełków - zawołał Dean, bezpieczny na drugim końcu pomostu.
Posłałam mu więc mordercze spojrzenie i z rozbrykaną Pep u boku ruszyłam w kierunku leśniczówki.
- Chciałam tylko powiedzieć, że mamy ograniczoną ilość jedzenia - rzuciłam, widząc, że nie spieszą się do powrotu.
Od razu przyspieszyli. Zaśmiałam się cicho, gdy pierwszy dogonił mnie Dean.
- Co jemy? - tego pytania mogłam się spodziewać.
- Odmawiam jedzenia czegokolwiek, co zawiera dżem jagodowy. Mam go całą lodówkę - dodał Will, idąc po mojej drugiej stronie.
- Przynajmniej coś w niej masz, niedoszły artysto - odgryzłam się.
- Zrobimy ognisko. Jak zwykle, kiedy tu jesteśmy - Dean nie przyłączył się do ataku na moją osobę.
Wzruszyłam ramionami.
- Może być. Ale jeśli zachowujemy tradycję, potrzebuję czyjejś bluzy, robi się cholernie zimno.
- To dlatego, że jesteś cała przemoczona, geniuszko - Will uniósł brwi, przyglądając mi się z rozbawieniem.
- Jakbym nie zauważyła.
Przebrałam się w rekordowym tempie. Dean zdążył rozpalić już rozpalić ognisko. Pepper kicała wokół niego, trzymając bezpieczną odległość. Już kiedyś się oparzyła. Wzięłam ze sobą napoje i usiadłam przy ognisku, czekając na chłopaków. Zamyślona, popijałam colę z puszki, gdy na moje ramiona opadło coś miękkiego. Zaskoczona spojrzałam w górę. Will rzucił mi swoją bluzę. Założyłam ją, gdy usiadł obok mnie.
- Wyglądasz komicznie - uśmiechnął się, gdy zarzuciłam kaptur na wilgotne włosy.
- Trudno żeby nie, mógłbyś w tym zmieścić słonia. Ale przynajmniej ciepłe. 
Sznaucerka podbiegła do nas. Wpadła na Willa, łasząc się do niego i próbując polizać go po twarzy. Uśmiechnął się, próbując podrapać za uszami skaczącego psa.
- Dobra, gołąbeczki, czas na jedzenie.
Drgnęłam, zaskoczona nagłym pojawieniem się Deana. Pacnął mnie w tył głowy, w zamian pokazałam mu język. Pepper  na słowo "jedzenie" zostawiła Willa w spokoju, by rozpocząć atak na Deana. Rzucił w małą furię kiełbaską, co na moment ją zdezorientowało.

Will?

1 kwi 2017

Od Elli do Williama

Straciłam wątek po trzecim odcinku. W międzyczasie zdołałam podłączyć telefon, dzięki czemu mogłam odczytać wszystkie wiadomości Deana. Większość zawierała pytanie, czy żyję, potem wyzwiska i na koniec prośbę, bym odezwała się, kiedy wrócę do świata żywych. Westchnęłam ciężko.
wszystko ok. praca. jak Pep?
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.
nadal szukam wyłącznika, prawie pogryzła jakiegoś dobermana. na razie umieramy.
Uśmiechnęłam się ciepło.
Po chwili przyszło także zdjęcie Pep, rozciągniętej na łóżku Deana.
dla mnie nie ma miejsca 
Prychnęłam. Dean uwielbiał Pepper.
Will rzucił mi pytające spojrzenie.
- Napisałam do Deana. Żeby nie myślał, że jednak umarłam i dostaje moje graty.
- Nie rozumiem, dlaczego dał ci się tak zapracować. Zna cię dłużej, powinien zareagować - mężczyzna szturchnął mnie palcem w ramię.
Przewróciłam oczami. Oddałam szturchnięcie, tyle że mocniej.
- Auć. Widać, że ci przechodzi - mruknął pocierając ramię.
Wyszczerzyłam się w uśmiechu.
- Szybko dochodzę do siebie, jeśli tylko poświęcę sobie trochę uwagi. Co do Deana, faktycznie, znamy się długo. On wie, jak ja funkcjonuję. To nie pierwszy taki raz.
Przeciągnęłam się nieco, nie omieszkując kopnąć przy tym Willa.
- Dziwne, że jeszcze żyjesz. Założę się, że to wina psa. Inaczej zaległabyś przed komputerem na wieki - prychnął.
Roześmiałam się.
- Masz mnie. Pepper to prezent od Deana. Kupił mi ją, kiedy znalazłam się w szpitalu, bo byłam zbyt zmęczona, by zauważyć jadące auto. Dzięki niej nawet kiedy pracuję, muszę robić sobie przerwy, by wyprowadzić ją na spacer i nakarmić.
- Wpadłaś pod auto? Współczuję kierowcy.
Szturchnęłam go jeszcze mocniej.
- Nie takie rzeczy się robiło. Mam ładną kolekcję blizn. Chcesz zobaczyć? - poruszyłam sugestywnie brwiami.
Will jęknął teatralnie.
- Proszę nie.
- Z takim nastawieniem zostaniesz prawiczkiem do końca życia - rzuciłam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu na widok jego miny.
- Czekam na tę jedyną - mruknął.
- Niestety, Williamie, ale muszę cię rozczarować. Hiyori nie istnieje naprawdę.
Posłał mi mordercze spojrzenie. Tymczasem House diagnozował kolejny przypadek.
- Sądzisz, że to toczeń? Może wreszcie się sprawdzi. Albo ten guz mózgu, to hipoteza w każdym odcinku - mruknęłam, przerywając ciszę.
- To nigdy nie jest toczeń. Pamiętam ten odcinek, facet ma padaczkę i nieodpowiednie leki.
- Nie spoileruj!
Przewrócił oczami, widząc moje oburzenie.
- Widziałaś wszystkie odcinki.
- Ale tego nie pamiętałam. Psujesz zabawę. Nieładnie.
- I kto tu psuje zabawę. Nie pozwolisz mi nawet zrobić dobrego żartu - wydął wargi.
Parsknęłam śmiechem, unosząc się, by poczochrać mu włosy.
- Błagam cię, Will, to było tak nie w twoim stylu, że pijanej nastolatki byś na to nie nabrał. Nie umiesz flirtować, co dopiero udawać, że chcesz kogoś przelecieć.
- Nie jestem aż taki zły - mruknął bez przekonania.
- Tak, tak, oszukuj się dalej. Współczuję twojej przyszłej kobiecie. Będzie się musiała napracować.
Dogryzanie sobie nawzajem stało się między nami równie naturalne, co między mną i Deanem. Czasem go to drażniło. Dotychczas był dla mnie jedynym tak bliskim przyjacielem. Miewałam znajomych, ale trzymałam ludzi na dystans. Z Willem pozwoliłam sobie na coś poza zwykłą znajomością, może dlatego, że był półbogiem i mogłam być pewna, że nawet jeśli Dean lub ja przyniesiemy ze sobą jakieś niebezpieczeństwo, nie będzie on w beznadziejnej sytuacji.
Zasnęłam, w połowie kolejnego odcinka, zwijając się w kulkę. Rzadko sypiałam z kimś w łóżku.
Obudziłam się dopiero następnego dnia. Will spał w przedziwnej pozycji i nie poruszył się nawet, gdy zwlekłam się z łóżka. Jak najciszej pozbierałam swoje szpargały. Po drodze napotkałam Ernesta, więc przystanęłam na moment, by kota pogłaskać. Nie czułam się szczególnie dobrze, ale prowadzić już mogłam. Zostawiłam Willowi karteczkę z podziękowaniem i mizernie narysowanym serduszkiem. Serio, nawet to mi nie wychodzi. Jak można być tak kompletną lamą w rysowanie.
Wyszłam z mieszkania, cicho zamykając za sobą drzwi. Podjechałam do Deana, budząc go i zabierając mu zadowoloną i trochę podtuczoną Pepper.
***
Spotkaliśmy się dopiero kilka dni później, gdy znowu byłam zdrowa, a Will zdecydował się zaryzykować wyjście z nami do pubu. Znajdował się w tej samej dzielnicy, co Czerwona, ale kilka ulic dalej. Zamówiliśmy piwo i przez dłuższy czas wykłócałam się z Deanem o to, czy powinien załatwić sobie psa czy nie.
- Nie umiałbym się dogadać z nowym psem. Kompletnie nie nadaję się na właściciela.
Trzepnęłam go w ramię.
- Gdybyś wreszcie miał swojego zwierzaka, przestałbyś podkradać mi Pepper.
- To ty mi ją podrzucasz!
Usłyszałam stłumiony śmiech i rzuciłam Willowi mordercze spojrzenie.
- Przychodzisz do mojego mieszkania o piątej nad ranem i bębnisz w drzwi tylko po to, by zabrać mojego psa na spacer. Znajdź sobie dziewczynę, Dean.
- Nie miałbym co wtedy zrobić z tobą. Myślisz, że jakbym jej wytłumaczył naszą relację zwykłej śmiertelniczce?
- Normalnie, to jest moja była, w zasadzie to tylko się przyjaźnimy. I nic więcej nie trzeba.
Dean uniósł jedną brew.
- Zapomniałaś chyba o części, "Polujemy razem na potwory" i "Może ci w szczegółach wyjaśnić jakim gównianym facetem byłem".
- O tym drugim mogłabym napisać referat. Esej nawet - wyszczerzyłam się we wrednym uśmiechu. 

Will?

28 mar 2017

Od Elli do Williama

Rzuciłam kolejną zużytą chusteczką w psa.
- Pepper, przestań hałasować, pracuję - odwróciłam się ze złością na krześle.
Problem w tym, że psa tam nie było. Nic dziwnego, skoro oddałam Pep Deanowi na przechowanie, tydzień temu, dzień po zabiciu zmory. Tyle, że słyszałam jak piesa stuka pazurkami o podłogę, jak to miała w zwyczaju.
Przeszły mnie dreszcze, owinęłam się jeszcze mocniej kocem. Jeszcze momencik, dwie strony kodu i mogę odpocząć. Oszukiwałam tak samą siebie, od kiedy zaczęłam pracę nad zleceniem. Wtedy też dopadło mnie przeziębienie, spowodowane najpewniej wychłodzeniem podczas polowania. Nieleczone i zignorowane zamieniło się w grypę. Szarpana dreszczami oraz kaszlem, z wysoką gorączką, odwodniona nadal pracowałam, wiedząc, że spóźniona dostawa oznacza kłopoty. Nie marnowałam czasu na zrobienie sobie pełnoprawnego jedzenia, żywiłam się więc herbatą, dżemem i lekami przeciwgorączkowymi. Nie odzywałam się do nikogo, nie wychodziłam z domu.
Ostatnie zmiany, momencik, jeszcze zgrać... Gotowe! Z westchnieniem ulgi patrzyłam jak moja praca przesyła się do klienta. Odchyliłam się na krześle, masując skronie, czując łupiący ból w czaszce. Wstałam i zakręciło mi się w głowie. Złapałam się oparcia, odzyskując stabilność. Drepcząc dostałam się do łazienki i doprowadziłam do porządku. Potem rozpoczęłam poszukiwania telefonu. Był, oczywiście, rozładowany. Odszukałam ładowarkę i wepchnęłam ją do leżącego na łóżku plecaka. Czas odebrać Pepper. Nie uśmiechała mi się jazda samochodem w takim stanie, szczególnie, że skończyły mi się leki. Zdecydowałam, że zahaczę o mieszkanie Willa, Pan Odpowiedzialny powinien coś mieć.
Dwa razy musiałam się wrócić, bo za pierwszym zapomniałam o plecaku, a za drugim, zamknąć drzwi. Kluczyki od auta na szczęście znalazłam w plecaku.
Dopiero jadąc, zrozumiałam, jak głupio postąpiłam. Świat od czasu do czasu wirował i prowadzenie auta w takim stanie było ogromną trudnością. Jakimś cudem dostałam się do parkingu niedaleko mieszkania Williama, a jakimś cudem nie zabijając nikogo po drodze.
Wdrapałam się po schodach, przeklinając w myślach ich ilość. Przed drzwiami musiałam się zatrzymać i o nie oprzeć, bo straciłam równowagę. Skutkiem tego, gdy Will je otworzył, omal nie wpadłam do środka, w zamian wpadając na Willa.
- Dzień dobry - wymruczałam, pociągając nosem.
- Dzień dobry? Można wiedzieć, dlaczego nie odzywałaś się cały tydzień? Dean stawiał na to, że coś cię pożarło - chyba go zirytowałam.
Przykro mi, kolego, ale kot na horyzoncie, musisz poczekać.
Pochyliłam się, żeby pogłaskać Ernesta. Usiadłam na podłodze, miziając kota z zadowoloną miną.
- Pracowałam w tym tygodniu. Musiałam skończyć zlecenie - odparłam przepraszającym tonem, czując na sobie baczne spojrzenie Willa.
- Tak szczerze, to jestem tu, bo chyba się przeziębiłam i leki mi wyszły - dodałam.
Uniósł brwi, po czym bezceremonialnie przyłożył mi rękę do czoła. Zrobiłam głupią minę.
- Przeziębiona? Masz minimum 39 stopni. I fatalny kaszel - dodał, gdy rzeczywiście znów wstrząsnął mną atak kaszlu, płosząc kota.
- Jak się tu dostałaś w takim stanie? Przecież ty ledwo żyjesz.
Zrobiłam jeszcze głupszą minę.
- Autem? Muszę jeszcze jechać do Deana, po Pepper.
- Samochodem? Idiotko.
- Bez takich, nikogo nie zabiłam! - odwarknęłam, starając się podnieść, z marnym skutkiem.
Westchnął ciężko, po czym odezwał się tonem, jaki zazwyczaj stosuje się do upartych dzieci.
- Ella, wyglądasz okropnie, masz wysoką gorączkę i z pewnością nie nadajesz się do prowadzenia auta. Powiedz mi, kiedy ostatnio jadłaś coś normalnego i spałaś?
Zmarszczyłam brwi.
- Nie, dżem jagodowy i godzina snu się nie liczą.
Spuściłam wzrok.
- Może... Przed rozpoczęciem zlecenia przespałam dwanaście godzin. I jadłam jakiś obiad. Chyba.
Nadnaturalny potrząsnął głową z dezaprobatą.
- Zostajesz tutaj. Nie możesz się jak na razie stąd ruszyć bez auta, a na to nie ma szans.
Nim zorientowałam się w sytuacji, zostałam usadzona na kanapie, otulona kocem i napojona herbatą. Will dał mi też jakieś leki, które po prostu wzięłam, nawet nie pytając, co to takiego. Zmęczenie zaczynało brać górę i skupienie się na czymkolwiek stało się coraz trudniejsze.
Ernest wrócił, po chwili pieszczot wcisnął się w kokon z koca i ułożył mi na piersi, moszcząc się wygodnie. Spojrzałam na kota z rozbawieniem, głaszcząc miękkie futro. Will gdzieś się zapodział albo go nie zauważyłam. Obecność Ernesta pomogła mi porzucić walkę ze zmęczeniem i odpłynąć.

Will?

21 mar 2017

Od Elli do Williama

Wpakowałam się w kłopoty. Apollo krzyczał na tyle głośno, bym słyszała go i w łazience. Rozejrzałam się dookoła, czując znajome liźnięcie nadchodzącej paniki, podnoszącej żołądek do gardła. Zamknęłam oczy, oddychając głęboko. Spokojnie, Ella, tylko spokojnie. Nic ci nie będzie, on nie może cię skrzywdzić. Drgnęłam niespokojnie, gdy coś dotknęło moich nóg. Ernest. Pochyliłam się, by pogłaskać kota, jego bliskość powoli mnie uspokajała. Miałam jednak świadomość, że jeśli nie wydostanę się z tego pomieszczenia, do którego dochodził wciąż gniewny głos boga, atak paniki będzie nieunikniony.
Nie mogłam wyjść normalnie, to wiązałoby się z przymusem stawienia czoła Apollo i Willowi, a na to nie byłam gotowa. Przeniosłam wzrok na okno. Małe, ale może się nada. Podeszłam bliżej, po czym otworzyłam je i wyjrzałam. W dole nie było dosyć miejsca, ale mogłabym przenieść się na prostopadłą ścianę, przechodząc po parapetach. Na niej, zgodnie z moją wiedzą, znajdowały się balkony, a po nich potrafiłabym już bezpiecznie zejść na ziemię.
Poszło zgodnie z planem. Ba, nawet wyłapałam na moment Willa w oknie, by móc mu pomachać. Z zejściem po balkonach również wiele problemów nie miałam. Bardziej bałam się tego, że ktoś to zobaczy. Mój strach nie zniknął, lecz zmalał nieco, może pod wpływem fizycznego wysiłku i poczucia wolności. Na ostatnim balkonie wyczułam Willa, co mnie zdekoncentrowało. Poślizgnęłam się i nie wylądowałam zbyt szczęśliwie. Pomógł mi się podnieść.
- Co ty tam odwaliłaś?
Chyba go zmartwiłam. Uśmiechnęłam się, próbując maskować strach. Nie chciałam, by na mnie patrzył. Nie, kiedy mogłam spanikować w każdym momencie. Zamiast tego przytuliłam się do niego. Robimy postępy, tym razem nie wystraszył się specjalnie. Odsunęłam się, gdy w miarę udało mi się pozbierać.
- Wracaj do siebie, Will - ponownie się uśmiechnęłam.
- Ale...
Potrząsnęłam głową, dźgając go palcem w pierś.
- Żadnych ale. Rozwiąż sprawę z ojcem. Może on po prostu się o ciebie troszczy?
Will nachmurzył się wyraźnie.
- Gdzie był, kiedy rzeczywiście go potrzebowałem? Chyba nie zamierzasz mnie zabić.
Spuściłam wzrok. Zabić nie, ale kto wie, czy cię nie skrzywdzę.
- On ma rację. I ja i Dean jesteśmy niebezpiecznymi ludźmi. Trzymanie się nas wpędzi cię w kłopoty.
Prychnął, zirytowany. Kto by pomyślał, to Will potrafi się irytować?
- Myślisz, że ja nie jestem niebezpieczny? Też przynoszę kłopoty. Ale to moja decyzja, z kim spędzam swój czas, a jemu nic do tego.
Nadal mówił spokojnym tonem, nie podnosząc głosu. Prawdopodobnie powiedziałabym coś głupiego, gdyby nie melodia z Do I Wanna Know, którą ustawiłam jako dzwonek telefonu. Dzwonił Dean. Odebrałam.
- Tak?
- Mam cholerny problem. Musisz przyjechać, kolonia za miastem, ta, o której ci opowiadałem. Byle szybko.
I się rozłączył.
- Co jest? - Will przyglądał mi się zaniepokojony.
- Dean ma kłopoty. Muszę jechać - rzuciłam tylko, szukając w kieszeni kluczyków.
- Jadę z tobą.
Przerwałam nerwowe poszukiwania, patrząc na niego uważnie.
- Okay - rzuciłam tylko - Ale nie zostawaj z tyłu.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę parkingu, na którym zostawiłam swoje auto. Mazda MX - 5, oczywiście w ciemnoszarej wersji. Marcus załatwił mi ją, gdy okazało się, że potrzebuję nowego samochodu. Zapłaciłam już sama.
Wsiadłam, z zadowoleniem stwierdzając, że nie zapomniałam wciągnąć dachu dziś rano.
***
Na miejscu znaleźlibyśmy się szybciej, ale zaparkowałam wóz dalej. Nie chciałam zostać zauważona. W aucie obróciłam się, sięgając po walizkę na tylnym siedzeniu. Otworzyłam ją, nie zwracając uwagi na spojrzenie Willa. W środku znajdowały się bezpiecznie rozłożone i rozładowane dwa Walthery, standardowe 9 milimetrów. Wyjęłam jeden i złożyłam do kupy, biorąc ze sobą także nóż bojowy.
- Mówiłam, że nie jestem grzeczną dziewczynką - uśmiechnęłam się do Willa szelmowsko.
Wysiedliśmy, po dziesięciu minutach byliśmy już na miejscu. Dom nie wyglądał na stary, ale z pewnością nikt już w nim nie mieszkał. Drzwi wisiały smętnie, a okna zostały pozabijane deskami, najwyraźniej wybite. Na linii drzew, ukrytego za sporej wielkości jodłą spotkaliśmy Deana. Nie wyglądał za dobrze. Na twarzy miał ślady krwi, ewidentnie rozbity łuk brwiowy i nos. Jego koszula była z boku w strzępach, ale rana nie krwawiła już.
- Cześć - wyszczerzył się do Willa - Chrzest bojowy?
Przewróciłam oczami.
- Wyglądasz okropnie. Co cię tak poturbowało?
- Demon. A raczej jego piekielny kundel. Już po nim, ale w tamtym budynku mamy jeszcze zmorę.
- Ukrywa się tam? 
Dean skinął głową. Pochylił się, wygrzebując z roboczej torby srebrny sztylet, odpowiednio pozłacany. Podał go Willowi.
- Tylko się nie potnij, słoneczko - rzucił.
- Może dam radę.
- Też mam taki nożyk. Jedyną osobą bez broni jest Ella, więc pilnuj jej pleców. El, wchodzisz pierwsza, postaraj się szybko złapać to cholerstwo. Kiedy zmieni w człowieka, Will lub ja ją dobijemy. Celuj w gardło lub oczodół, chyba, że nie dasz rady, wtedy staraj się ją po prostu zranić. Macie jeszcze latarki.
Skinęłam głową, przyjmując przedmiot.
- Nie używajcie ich, jeśli nie będzie konieczności. Światło ją spłoszy.
Ruszyłam pierwsza, tuż za mną poszedł Will. Nie zdziwiłam się tym, że Dean w żaden sposób nie zaoponował na jego obecność. Przyda nam się pomocna dłoń.
Ostrożnie otworzyłam drzwi, wchodząc do środka. Znaleźliśmy się w pokrytej kurzem kuchni. Widziałam odrobinę kiepsko, lecz to musiało wystarczyć. Postąpiłam kilka kroków naprzód. Dean poszedł prawdopodobnie z drugiej strony. Coś zaszurało i pod moimi nogami przemknął się kot. Drgnęłam wystraszona. To wystarczyło, bym się rozproszyła i wszystko poszło źle. W jednej chwili zmora w formie przypominającej dymnego, olbrzymiego człowieka miotnęła Willem o ścianę. Poleciał na zakurzone szafki.
Przesunęłam się w jego stronę, widząc, jak oszołomiony zbiera się z ziemi, gdy doszedł mnie krzyk Deana.
Zmora ewidentnie go miała. Miotał się w uścisku, osłaniając ranę na boku. Dotyk zmory byłby wtedy dla niego śmiertelny.
Odnalazłam latarkę, a zaskakująco jasny strumień światła przeszył widmowe ciało nadnaturalnego. Przeraźliwy wizg rannego stworzenia zadźwięczał boleśnie w moich uszach. Puściła Deana, ten jednak nie miał sił ani czasu, by zareagować na to, co stało się następne. Łowca nie miał bowiem racji, zmora się nie spłoszyła. Przeciwnie, jedynie odwróciłam jej uwagę i rozwścieczyłam. Światła latarek zgasły z trzaskiem. Przeciwnik dopadł mnie z gniewną siłą. Pchnięta nią na kolana, przytłoczona ogromem ciemności, na moment zapomniałam zupełnie, że jestem cholerną antynadnaturalną, znów byłam jedynie małą dziewczynką, wiele, wiele lat temu, która przerażały cienie w jej pokoju. Ocknęłam się dopiero słysząc głosy przyjaciół. Wróciła mi świadomość, a wraz z nią moc. Wystarczyło jedno dotknięcie, by potwór zmienił postać, stając się ogromnym posturą, ale zdezorientowanym człowiekiem.
Will był najbliżej i to on dokończył robotę, wbijając sztylet po samą rękojeść w szyję naszego przeciwnika. Cofnęłam się aż pod ścianę, by nie zostać ochlapana krwią. Dopiero tam zaległam, podciągając kolana pod brodą, wstrząsana dreszczami. Zmora nie zostawiła trwałych obrażeń, jedynie wychłodzenie.
- Wszyscy cali? - spytał Dean, wlokąc się w naszą stronę.

Will?

19 mar 2017

Od Elli do Williama

Pół drogi do mieszkania Willa paplałam radośnie o Pepper i mopsach. Temat niespecjalnie wymagający, ale biedak już się dosyć stresował. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale każdy ma swoje problemy. Mnie czasem dopadała skrajna panika, teraz sytuacja się uspokoiła, ataki dopadały mnie sporadycznie.
- Omójborze, jest jeszcze lepszy niż myślałam - westchnęłam na widok Ernesta, który przyszedł zobaczyć, któż to zakłóca jego spokój.
Opadłam na kolana jeszcze w korytarzu, zniżając się niemal do poziomu kota.
- Witam szanownego pana - mruknęłam, ostrożnie wyciągając dłoń w jego stronę, tak, by mógł ją obwąchać. 
Zwierzak otarł się o nią, po drobnej chwili namysłu.
- Jaki cudowny - zwróciłam się w stronę Willa, miziając kota za uchem.
Mężczyzna przyglądał nam się z dziwnym wyrazem twarzy. Potem ominął nas i wszedł dalej. Z żalem pogłaskałam kota po raz ostatni, by podążyć za Willem.
Znowu się denerwował. Odwrócił się do mnie przodem, gdy weszliśmy do kuchni.
Nieoczekiwanie złapałam jego dłonie. Zauważyłam jak drgnął niespokojnie. Nieciekawa przeszłość, kolego?
- Um... Ella?
- Znowu robisz to coś z palcami - odpowiedziałam z najbardziej uroczym uśmiechem, na jaki było mnie stać, po czym puściłam go.
 - Tak, może, faktycznie. Tik nerwowy. Chcesz może... chipsa? - wziął z blatu najbliższą leżącą rzecz, która okazała się paczką chipsów.
- Ocet? Nie próbowałam.
Spojrzał na mnie tak, jakbym stwierdziła, że ziemia jest płaska, a Batman nosi czerwoną pelerynę.
- Niezłe - rzuciłam. - Ale czegoś im brakuje. Masz może dżem? Najlepiej jagodowy. 
Przyjrzał mi się dziwnie, po czym wyciągnął z lodówki dżem, dodatkowo podając mi łyżkę.
- Jagodowy. Ale nie wiem, co ty chcesz... - nie dokończył, gapiąc się w milczeniu.
Posmarowałam chipsa dżemem i zjadłam z wyraźnym zadowoleniem.
- Od razu lepiej - uśmiechnęłam się ciepło.
- Jak... Dlaczego...
Przewróciłam oczami.
- Wszystko z dżemem jagodowym jest lepsze. To chyba oczywiste.
Momencik milczenia.
- Tooo... może obejrzymy film? - błyskawiczna zmiana tematu, słonko.
- Świetnie, a jaki? Tylko nie horror, proszę - skrzywiłam się.
Odepchnął się od blatu i ruszając w kierunku drzwi.
- A co, boisz się? - w jego głosie usłyszałam rozbawienie.
- Nie. Wcale - mruknęłam, kłamiąc w sposób oczywisty.
- Tylko ich nie lubisz.
- Właśnie.
 Potuptałam za nim, rozglądając się po mieszkaniu. No, jaskinia to to nie była, nie było tak źle.
- A... może... jakiś sensacyjny?
- O, może być. Zaproponowałabym anime, ale pewnie większość z nich mogłeś widzieć.
Drgnęłam, czując wibracje. SMS. 
"Masz robotę"
I tyle. Marcus nigdy nie owijał w bawełnę.
- Will? Muszę już iść. Praca wzywa - posłałam mu przepraszający uśmiech.
Nerwowo skinął głową, chociaż wewnętrznie prawdopodobnie odetchnął z ulgą. Odprowadził mnie do drzwi, przed którymi zatrzymałam się na moment.
Odwróciłam się, by szybko go przytulić. Znowu wykonał dziwny ruch, ewidentnie zaskoczony. Puściłam go i odsunęłam się, otwierając drzwi i wychodząc.
- Pożegnaj ode mnie Ernesta - powiedziałam - Do zobaczenia, Will!
Odpowiedzi już nie usłyszałam, bowiem szybko zbiegłam po schodach. Czas wrócić do pracy.

Will?