Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auraya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auraya. Pokaż wszystkie posty

28 lip 2018

Od Aurayi do Ezequiela


               Siedziałam, w milczeniu wpatrując się w Eda, przetwarzając wszystko to, czego się dowiedzieliśmy. Nie chciałam się do tego przyznawać, ale ta sprawa w jakiś sposób była dla mnie ważna. Poruszyła we mnie coś, co od dawna starałam się zapomnieć.
Było jeszcze coś, czego nie chciałam powiedzieć. Symbol, który narysowała Christina. Z początku nic mi nie mówił. Zwykłe, przeplatające się bez ładu i składu linie nie wyglądały szczególnie interesująco. Dopiero na drugi rzut oka i w tym chaosie można było dostrzec symbolikę. Symbolikę, która nie oznaczała nic dobrego.
- Kiedy mam zacząć patrole?
- Musimy zacząć jak najszybciej, póki czują się jeszcze na tyle bezpiecznie, aby w swojej kryjówce nie obawiać się nalotu policji. Chciałbym, abyś zaczęła patrol jeszcze dzisiaj w nocy, a później noce będziesz wybierała losowo. Po południu pojedziemy do Myrtice po eliksiry. Tam się dowiesz wszystkiego o ich działaniu i zastosowaniu. Później możesz wrócić do domu. Obserwację i tak zaczniemy ze dwie, trzy godziny po zachodzie słońca, aby pod osłoną mroku było ci łatwiej się ukryć. Dzisiaj jeszcze zachowamy wszelkie środki bezpieczeństwa, jakie tylko się da.
- W porządku.
Plan wydawał się dopracowany. I bardzo ryzykowny. Przyznam, że nie spodziewałam się tego, że moja następna misja zacznie się już z takim przytupem. Przy poprzedniej akcja rozwijała się powoli i spokojnie.
               W knajpce spędziliśmy jeszcze z pół godziny. Przyznam, że wbrew pozorom było tu dość przyjemnie. Wszystkie kolory, choć na pierwszy rzut oka dobrane bez pomysłu, po dokładnym przyjrzeniu współgrały z sobą, tworząc przyjemny widok. Przez durze okna promienie światła oświetlały wnętrze i podkreślały tańczące na wietrze drobinki kurzu. Do otwarcia knajpki zostało jeszcze trochę czasu, dlatego było tutaj tak cicho i spokojnie. Może dlatego też tak mi się tutaj podobało. Nie lubię zatłoczonych miejsc, pełnych ludzi, którzy oceniali każdy twój ruch. Nie czułam się wtedy dobrze.
- Lepiej już jedźmy. Przed nami długa noc.
Kiwnęłam głową na znak zgody. Ed zostawił na stoliku kilka funtów, wyszliśmy i udaliśmy się do zaparkowanego niedaleko samochodu.
Droga jak zwykle upłynęła nam w milczeniu. Zauważyłam, że to już norma, jeżeli o to chodzi. I choć oboje z nas to widziało, nie chciało tego przerywać. Ed wiedział, że nie lubię za dużo mówić, a ja byłam mu wdzięczna za to, iż to rozumie i szanuje moją decyzję.
               Podróż nie zajęła nam zbyt wiele czasu. Weszłam po schodach do znanego mi już mieszkania. A jednak, choć byłam już tutaj wcześniej, stanęłam w progu drzwi zdziwiona tym, co zastałam. Po mieszkaniu nie walały się już kartony z nierozpakowanymi meblami oraz rzeczami osobistymi. Wszystko było już wykończone i poukładane. Pomimo tego, że było to to samo miejsce, od mojej ostatniej wizyty sporo się tutaj pozmieniało.
- Wszystko w porządku? – spytał Ed, uśmiechając się lekko z rozbawienia, widząc moją reakcję.
- Ty chyba nie marnujesz ani minuty w swoim życiu.
Mężczyzna wzruszył tylko ramionami i udał się do pokoju, gdzie znajdowała się Myrtice.
- Witaj znowu! – uśmiechnęła się do mnie promiennie znad księgi, którą właśnie przeglądała – właśnie kończę dla ciebie ostatni z eliksirów.
- Oboje nie marnujecie czasu. – mruknęłam lekko się uśmiechając.
- On nie dałby mi spokoju, jeżeli nie zrobiłabym ich dzisiaj.
- Brzmi to tak, jakby uważał, że sama sobie nie poradzę. – spojrzałam na mężczyznę z lekkim wyrzutem.
- Wolę mieć pewność, że dysonujesz wszelkimi środkami, które pozwolą ci zachować bezpieczeństwo.
- O nie nigdy nie można do końca zadbać.
- Ale zawsze można robić wszystko, aby zwiększyć jego szansę.
- Nieraz zwiększenie szans bezpieczeństwa prowadzi właśnie do jego straty.
- Długo zamierzacie się tak przedrzeźniać? – westchnęła kobieta i gdy tylko ucichliśmy, wróciła do przygotowywania ostatniego z eliksirów.
Przyglądałam się temu z zainteresowaniem. Zawsze fascynowały mnie istoty, które panowały nad swoimi mocami. Ja ze wzglądu na to, że jestem Aniołem takich umiejętności nie posiadałam. Moja moc była zależna od emocji. Jakkolwiek idzie to interpretować, ponieważ nigdy zbyt dobrze nie działała, jeżeli ktoś by mnie o to pytał.
- Skończone. – uśmiechnęła się kobieta, zamykając szklaną, niewielką fiolkę z zielonym płynem w środku. Wygląd zawartości raczej nie zachęcał do wypicia.
Kobieta podeszła do stołu, gdzie stały podobne fiolki, w których znajdowały się substancje chyba we wszystkich kolorach tęczy.
- Że niby ja to będę musiała wypić?
- Tak. Eliksiry tak właśnie działają.
- One tylko tak źle wyglądają – zaśmiał się Ed.
- Łatwo ci mówić, bo to nie ty będziesz musiał je wypić.
- Może przejdźmy do tego, co ważne. Wszystkie fiolki masz podpisane, ale powiem ci jeszcze na wszelki wypadek, która do czego służy. Ta zielona sprawi, że staniesz się niewidzialna. Jest jedną z ważniejszych mikstur do obserwacji. Tylko uważaj, działa godzinę, maksymalnie półtorej. Wystarczy jeden łyk. Dalej jest ta fioletowa. Druga z ważniejszych. Pozwoli ci na bezszelestne przemieszczanie się. Powinna działać mniej więcej tyle samo, co ta zielona, jednak z doświadczenia wiem, że bywa z tym różnie. Niebieska zmyli każdego. Nawet wilkołak nie będzie w stanie cię wytropić. Działanie ma ze dwie godziny, ale musisz tego bardzo pilnować. Kiedy już będziesz na miejscu, musisz ją regularnie przyjmować, pilnować tego, aby nawet na sekundę nie przestała działać, ponieważ to wystarczy bardziej wyczulonym nadnaturalnym na wytropienie cię. A tego nie chcielibyśmy. Ta czarna jest dodatkowa. W zasadzie w razie kłopotów. Pozwoli ci szybciej latać czy biegać. Mam jednak nadzieję, że nie będzie ci ona zbytnio potrzebna. To chyba na razie wszystko. Jakieś pytania?
- Jedno. Jak ja mam to przenieść razem ze sobą? Te fiolki są za wielkie.
- O to się nie musisz się martwić. Dostaniesz to w mniejszych opakowaniach, wystarczających, aby je przenieść i w odpowiedniej ilości, aby starczyły ci na całą noc.
Przez krótką chwilką przypatrywałam się fiolką z powątpiewaniem. Wiedziałam, że mają mi pomóc, a niektóre podczas tej obserwacji są niezbędne, jednak bardziej wolałam ufać swoim umiejętnością.
               U Eda spędziłam jeszcze trochę czasu. Myrtice zapakowała dla mnie wszystkie potrzebne rzeczy do odpowiedniej torby i jeszcze raz przypomniała, która służy do czego i przez jaki czas. Z Edem jeszcze pobieżnie omówiłam, jak będzie wyglądać obserwacja, choć szczegóły będziemy ustalać na miejscu, po zorientowaniu się w terenie i sytuacji.
Skoro wszystko, co miało być załatwione, takowe zostało, przyszła nieunikniona chwila powrotu do domu. Przyznam się, że gdy jechałam wraz z mężczyzną samochodem, siedziałam cała spęta. W duchu przygotowywałam się na kłótnię tysiąclecia. Wiedziałam, że James nie jest zadowolony z tego, że mam kolejną sprawę. To dal wyraźnie do zrozumienia podczas rozmowy przez telefon. Jednak jeżeli usłyszy, co teraz mam do zrobienia, będzie cudem, jeżeli nie spali połowy okolicy. Osobiście uważam, że trochę za bardzo dramatyzuje. Przez tyle lat żyłam w niebezpieczeństwie, bez niego i jakoś przeżyłam. Te sprawy to nic w porównaniu z tym, co kiedyś musiałam robić.
- Jesteśmy na miejscu – z zamyślenia wyrwał mnie głos Eda. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że od jakiegoś czasu stoimy pod moim domem. Westchnęłam tylko i otworzyłam drzwi.
- Dzięki – powiedziałam. – Ale lepiej odjedź, nim mój brat cię zobaczy, albo co gorsza, usłyszy, co mam robić dzisiejszej nocy.
Mężczyzna tylko zaśmiał się i ruszył w drogę powrotną.
Pewnym krokiem udałam się w stronę domu. Nie zdążyłam dobrze przekroczyć progu domu, a brat już stał przede mną.
- Dobrze, że łaskawie wróciłaś do domu.
- O co ci chodzi? Nie zdążyłam dobrze wejść do domu, a ty już masz jakiś problem.
- Oczywiście, że mam problem.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi. Poinformowałam cię o sprawie, wywiązałam się z umowy. Nie masz nic w tej sprawie do powiedzenia.
- Co to za sprawa?
- Morderstwo i porwanie. Prawie żadnych śladów. Jedynym świadkiem jest córka. Wiemy, że zamordował wilkołak.
Wzięłam głębszy oddech i pokrótce opowiedziałam, czego się dowiedzieliśmy do tej pory. Potem płynnie przeszłam do tematu tego, jakie zadanie będę miała teraz. Czekałam na reakcję mojego brata, szykując się do konfrontacji. Ostatnimi czasy był bardzo nieznośny.
- Mogłaś mi coś więcej o niej powiedzieć, aby wiedzieć czy możesz w niej brać udział.
- Zaraz, zaraz. Ty myślisz, że będziesz decydował o tym, w której sprawie mam uczestniczyć, a w której nie? Chyba żartujesz.
- Nie myślałaś chyba, że pozwolę ci brać udział w samobójczych misjach.
- W naszej umowie nic nie było o wybieraniu spraw! – krzyknęłam.
- Ale teraz będzie. To ty raczysz żartować, że weźmiesz udział w tych obserwacjach. – warknął
- Przecież nie będę walczyła! Mam tylko obserwować bandę kretynów, którzy myślą, że wszystko im wolno. I nic więcej. Jeżeli jakoś cię to pocieszy Ed załatwił mi eliksiry ułatwiające wszystko, a sam również tam będzie. Nie masz w tej sprawie nic do powiedzenia!
- Z nim też chyba będę musiał sobie porozmawiać. – mruknął. – posłuchaj. Doskonale wiesz, dlaczego nie chcę, abyś brała w tym udział. Nie chcę, abyś do tego wracała.
- Ale jeżeli tego nie powstrzymam, inni skończą tak samo. Wiesz, że jeżeli mam szansę to powstrzymać, zrobię to.
- Martwię się o ciebie. A jeżeli coś pójdzie nie tak? Nie chcę, abyś znów przez to przechodziła.
- Wielką wiarę masz w moje umiejętności. – burknęłam.
- Jesteś niemożliwa.
- A ty nieznośny. Jakbyś czegoś chciał, jestem w swoim pokoju. Wieczorem wychodzę.
Do czasu mojego ponownego opuszczenia domu, wraz z Jamesem omijaliśmy się szerokim łukiem. Oboje wiedzieliśmy, że jeżeli którekolwiek z nas odezwałoby się choć słowem, znów zaczęła by się kłótnia. Tylko, kiedy zbierałam się do wyjścia, brat podszedł do mnie i powiedział:
- Uważaj na siebie.
- Przecież za kilka godzin wracam. To naprawdę nic wielkiego.
On tylko spojrzał na mnie poważnie i wrócił do swojego pokoju. Lekko zaskoczona jego reakcją wyszłam czym prędzej z mieszkania, aby mu się nie odmieniło i wsiadłam do samochodu Eda.
- Gotowa?
- Oczywiście.
Siedziba gangu znajdowała się poza miastem, w starych opuszczonych koszarach usytuowanych nieopodal lasu. Było to idealne miejsce, ponieważ nikt tutaj się nie zapuszczał i aby się ukryć przed wzrokiem niepożądanych osób. Bacznie przyjrzałam się otoczeniu w poszukiwaniu dogodnych punktów obserwacyjnych. Niestety nie mogłam cały czas latać nad okolicą, ponieważ po pierwsze nie mam tyle sił, a po drugie, ruch skrzydeł wywoływałby nieco mocniejszy wiatr, co od razu by mnie zdradziło.
Wybrałam sobie kilka dogodnych miejsc, skąd nie będę widoczna, a z których będę miała dogodny widok na całą okolicę.
- Pamiętaj o niebieskim eliksirze. – szepnął Ed.
- Tak, tak, wiem. Daj spokój, nie musisz a tak się o mnie martwić. Dam sobie radę.
- Ostrożności nigdy za wiele.
Kolejny, który nie wierzy, że jestem w stanie zrobić coś dobrze – pomyślałam.
Zajrzałam do torebki i wyciągnęłam odpowiedni flakonik. Jak się okazało, mikstura wbrew wyglądowi nie miała żadnego smaku. Nie poczułam się po niej inaczej, w nic się nie zmieniłam. To chyba znaczy, że działa, prawda?
Udałam się do pierwszego z wypatrzonego przeze mnie punktu obserwacyjnego. Znajdował się on na dachu najwyższego budynku. Był on usytuowany na uboczu a cień drzew praktycznie spowijał cały domek. Schowałam skrzydła i położyłam się nieruchomo. Wiedziałam, że nawet najmniejszy ruch jest mnie w stanie zdradzić. A po co ściągać na siebie niepotrzebną uwagę? Idąc zasadą, że ludzie nigdy bez powodu nie patrzą w górę, mogłam czuć się tutaj bezpieczna przez kilka godzin, a kto wie, może nawet przez całą noc.
 Wyciszając się, bacznie zaczęłam się przyglądać temu, co dzieje się w dole. Oczywiście wraz z upływem czasu i coraz późniejszą porą, liczba członków uczestnicząca w dzisiejszym zebraniu rosła. Na środku rozpalili wielkie ognisko w metalowej beczce, dające im niewielką namiastkę ciepła oraz światła. Większość z nich miała również ze sobą butelkę piwa bądź paliła papierosa. Wyglądali na bardzo zadowolonych z siebie.
Przyjrzałam się im uważniej. Wśród zebranych udało mi się wypatrzeć kilka wampirów, ze trzy wendigo, jedną zmorę i dwa demony. Nawet znaleźli się jacyś półbogowie. Jednak ani jednego wilkołaka. Czy to możliwe, że mnie wyczuł? Albo dowiedział się o całej akcji? A może pomyliliśmy się i ten gang nie ma nic wspólnego z naszym śledztwem?
A może po prostu go dzisiaj nie ma?
To dopiero pierwsza noc obserwacji i drugi dzień po morderstwie. Nie bądź w gorącej wodzie kąpana – zganiłam się w myślach i wróciłam do dalszej obserwacji.

Ezequiel?
Wybacz, że tyle musiałeś czekać :(

Od Aurayi - event, części trzecia, grupa pierwsza


               Nie jestem do końca pewna, jak się tu znalazłam. W jednej chwili biegłam ulicami San Lizele, uciekając przed wszystkim i wszystkimi, a w szczególności przed moim nadopiekuńczym bratem, który akurat tego dnia postanowił mi utrudnić życie, a w następnej kłóciłam się z Aniołem i Łowcą gdzieś w starożytności. To przekraczało wszelkie granice normalności. Nawet jak dla mnie.
- Jeżeli chcesz biegać tutaj zupełnie nagi, proszę cię bardzo. Ja nie mam zamiaru robić z siebie widowiska. – odparowałam.
- Już je robisz, pokazując swoje skrzydła – skwitował Łowca.
- Masz coś do moich skrzydeł?
- Musimy zachować spokój – przerwał nam niepewnie Anioł – Mamy uratować świat, pamiętacie?
Razem z Łowcą popatrzyliśmy się na niego. Choć nie chcieliśmy tego przyznawać, to oboje zgadzaliśmy się z chłopakiem. Musieliśmy zawrzeć rozejm. Przynajmniej na czas misji. Nie podobało mi się to. Bardzo nie podobało. Nienawidziłam Łowców, zapewne jak każdy nadnaturalny. A do tego wolałam pracować sama. Nie przywykłam do zaufania wobec zupełnie obcych osób.
- Więc musimy coś wymyślić. – powiedziałam z lekkim trudem – Co nie obejmuje kradzieży i biegania po okolicy nago.
- W takim razie kończą nam się opcje.
- Może znajdziemy coś na obrzeżach miasta? Ludzie pozbywają się starych rzeczy, prawda?
- Chcesz, abyśmy grzebali w śmieciach?
- Panience znowu się coś nie podoba?
Już otworzyłam usta, aby odpowiedzieć, jednak przerwało mi nagłe zamieszanie niedaleko nas. Wiwatujący tłum ludzi szedł w naszym kierunku.
- Chyba musimy stąd iść – powiedział Cigno.
Razem z Eligiuszem kiwnęliśmy głową na zgodę i pobiegliśmy w najbliższą uliczkę.
               W drodze na obrzeża miasta przyglądałam się wszystkiemu z lekkim zainteresowaniem. Budowle zbudowane niechlujnie z gliny i słomy, które nie mogły zapewniać odpowiedniego schronienia. Wszystko tutaj wyglądało tak krucho i niepewnie. Byłam pod wrażeniem tego, jaki stanowi to kontrast do tego, co znam z naszych czasów.
- Wiecie cokolwiek na temat tego całego Aleksandra Wielkiego? – spytałam jakby od niechcenia. Z racji mojej przeszłości, nie chodziłam do szkoły. Nie wiem, co to znaczy mieć lekcje, prace domowe, uwagi i kary. Nie wiem, co to przyjaciele. Jednak oni nie musieli o tym wiedzieć.
- Był, znaczy, jest królem Macedonii. Znany jest ze swoich podbojów. Walczył w Gracji, Azji Mniejszej, pokonał Imperium Perskie i ruszył na Indie. Zbudował potężne państwo. – powiedział Anioł.
- No dobrze. Pytanie w takim razie, czy mamy uratować go przed śmiercią, czy do niej doprowadzić?
- Aleksander zmarł w wieku trzydziestu dwóch lat. Jedni twierdzą, że zmarł z powodu choroby. Inni, że został otruty.
- A więc może chodzi o jego podboje? Wiecie, gdyby nie on, to państwo nie byłoby takie potężne. – stwierdził Łowca.
- Czyli sądzisz, że chcą go zabić przed jego właściwą śmiercią? – spytałam.
- A masz jakieś inne pomysły?
Nie odpowiedziałam. Dalszą drogę w poszukiwaniu jakiegoś odzienia odbyliśmy w milczeniu.
               Nie spodziewałam się, że widok na obrzeżach miasta może być tak różny od tego, co widzieliśmy w centrum miasta. Tutaj domki ledwo stały. Stare, podniszczone, w większości nienadające się do zamieszkania budynki robiły za ostatnią szansę schronienia dla ludzi ubogich lub kalekich, wykluczonych ze społeczeństwa. W jakimś niewielkim stopniu rozumiałam ich i utożsamiałam się z nimi. Zapomnieni przez świat i ludzi, zdani sami na siebie, aby walczyć na tym okrutnym świecie.
- Myślicie, że uda nam się tutaj coś znaleźć? Ci ludzie wyglądają, jakby sami brali wszystko, co może pomóc im przetrwać. – powiedziałam, patrząc z politowaniem na otaczających nas ludzi.
- Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. Poczekajmy do wieczora. Pod osłoną nocy łatwiej będzie nam się nie rzucać w oczy. – powiedział Łowca i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź zagłębił się między kręte uliczki w poszukiwaniu schronienia do czasu zachodu słońca.
               Trwanie w bezczynności to chyba najgorsze, co może się zdarzyć na misji. Nie możesz nic zrobić, musisz cierpliwie czekać w jednym miejscu i starać się siedzieć cicho. A jeżeli to trwa kilka godzin idzie zwariować. Dlatego, kiedy tylko słońce schowało się za horyzont, a na uliczkach miasta nikogo już nie widzieliśmy, wyszłam jako pierwsza ze starej lepianki, w której się ukryliśmy.
- Będzie nam łatwiej szukać, jeżeli się rozdzielimy. – powiedziałam – Nie mamy zbyt wiele czasu, a szukanie ubrań nie może zajmować nam większej uwagi. Ludzie Jakmutambyło mogli już zacząć działać.
Wiedziałam, że Eligiuszem mógł być chętny do skomentowania tego, dlatego bez większej uwagi na to odwróciłam się i udałam w nieznane licząc, że może tam uda mi się coś znaleźć.
- Za godzinę w tym samym miejscu. – powiedziałam na odchodnym.
               Nie mogłam uwierzyć, że marnuję czas na szukanie ubrań, ponieważ kradzież nie podobała się jakiemuś Aniołkowi. Wiem, że to było złe i wiem, że nie powinno się tak robić. Ale jeżeli mam wybierać między kradzieżą a uratowaniem całego świata, to wolę wybrać tą drugą opcję. Dlatego postanowiłam znaleźć pierwszą lepszą rzecz, wrócić na miejsce zbiórki i zacząć naprawdę działać.
Zagłębiłam się w zaśmiecone i śmierdzące uliczki licząc na to, że znajdę tutaj cokolwiek. Udało mi się to dopiero po dłuższej chwili. Długa biała, podziurawiona szmata, wyglądająca jak niedopasowany obrus, to jedyne, co udało mi się znaleźć. No nic, wygląd to akurat najmniejsza rzecz, którą muszę się martwić. Narzuciwszy ją na siebie byle jak i schowawszy własne ubrania do torby wróciłam na miejsce spotkania, gdzie obydwaj mężczyźni już na mnie czekali.
- Dłużej ubierać się nie dało?
- Wybacz, nie umiałam się zdecydować na kolor szmatki. – odparowałam. – Dobra. Sprawę ubrań mamy załatwioną. Wreszcie. Co dalej?
- Chyba dobrym pomysłem było by jakimś cudem dostać się w pobliże otoczenia Aleksandra Wielkiego. – powiedział nieśmiało Cigno.
- Jakieś pomysły, jak mamy to zrobić?
- Może udajmy się do pałacu i z nim porozmawiamy?
- Jasne i co wtedy zrobimy? Powiemy mu, że przybywamy z przyszłości, aby go uratować przed ludźmi człowieka, który chce zdobyć władzę, a przy tym zniszczyć świat?
- Może nie będziemy musieli z nim rozmawiać, aby się do niego zbliżyć?
- Co masz na myśli? – spytałam zaintrygowana.
- Słuchajcie. On jest królem. Mieszka w pałacu. Wyrusza na liczne wojny i ucztuje zwycięstwa. Na pewno potrzebuje jakiejś służby i wojowników. A gdybyśmy po prostu zaciągnęli na służbę u niego?
- Mamy walczyć w jego boku, aby go chronić? Zabijać ludzi, aby zwiększyć jego Imperium? Świetny pomysł, ale my razem z Cigno nie możemy zabijać, tak w ramach przypomnienia.
- Ty i tak nie walczyłabyś.
- A to niby dlaczego? Uważasz, że nie potrafię walczyć?
- Nie. Uważam, że jesteśmy w starożytności, a tutaj kobiet-wojowniczek nie było. Tutaj kobieta miała inną rolę.
- Chyba wolę nie pytać jaką. W takim razie jakim cudem ja mam się dostać do pałacu?
- Jako służąca.
- Mam robić wszystko, na co wy będziecie mieć ochotę? Bez żadnego prawa głosu? Chyba sobie żartujesz.
- A widzisz jakieś inne wyjście?
Nic nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że miał rację. A jednak perspektywa usługiwania i spełniania każdego życzenia wszystkich nie była zbyt zachęcająca.
- No dobrze. A jak go przekonamy, aby nas przyjął?
- Tym będziemy się martwić już w pałacu. Chodźmy.

<Cigno, Eligiusz?>

7 kwi 2018

Od Aurayi do Ezequiela


               Jazda była niesamowitym uczuciem, choć otwarcie tego nie powiem. Zawsze słyszałam, że jeździectwo ma w sobie coś z wolności, można poczuć magię, kiedy galopuje się przez zielone łąki czy kwieciste wzgórza. Byłam przekonana, że jest mi to niepotrzebne. Ja swoją wolność miałam, kiedy wznosiłam się w powietrze, kiedy czułam wiatr we włosach i pomiędzy skrzydłami. Sądziłam, że jest to ten sam rodzaj wolności. Myliłam się. Co prawda na razie nie galopowałam, a jedynie wolnym truchtem jeździłam w kółko, nie zmienia to faktu, że było to coś dla mnie niezwykłego. Niecodziennego. Coś, o czym mogłam jedynie marzyć.
Zanim odpowiedziałam Edowi, spojrzałam jeszcze raz w kierunku klaczy, w jej wielkie i ufne oczy. Miałam wrażenie, że ona mnie rozumie. Co było absurdalne, bo to nie jest możliwe.
- Nie tak bardzo, jak sądziłam – odpowiedziałam w końcu, wracając spojrzeniem na mężczyznę – Ale nie wiem, czy chcę to kontynuować.
- Dlaczego?
- To dopiero początek. Już z samym wsiadaniem miałam problem. Naprawdę uważasz, że mogę być dobrym jeźdźcem? Ja w to raczej nie wierzę.
- To była dopiero pierwsza lekcja. Nie możesz wszystkiego oceniać po pierwszym razie. – mężczyzna skarcił mnie spojrzeniem. Podziwiam to, że wierzył, iż naprawdę mogę nauczyć się jeździć konno. – Chodź, odstawimy Miracle.
Ed znów kazał mi prowadzić klacz, dlatego z lekką niepewnością złapałam za jej wodzę. Bez żadnego więcej słowa udałam się za mężczyzną w kierunku wyjścia.
               Kiedy dochodziliśmy do stajni zaczął dzwonić mi telefon. Nie musiała patrzeć na wyświetlacz, aby domyślić się, kto dzwoni. Wiedziałam, że na dzisiaj koniec nauki, ale naprawdę w tym momencie byłam w stanie zgodzić się wsiąść jeszcze raz na siodło, niż wracać do domu. Wiedziałam, co mnie tam będzie czekać.
-Ed… - zaczęłam niepewnie. – Nie ma czegoś jeszcze do zrobienia? Nie wiem. Zdjąć to wszystko z klaczy, umyć ją. Cokolwiek.
Spojrzał na mnie lekko zaskoczony i zdzwiony.
- A co?
- A uwierzysz mi, jak ci powiem, że chce się dalej uczyć?
Mężczyzna już otworzył usta, chcąc zapewne prosić o jakieś wyjaśnienia, kiedy komórka znów mi zadzwoniła. Nie było potrzeba niczego więcej, aby zrozumiał, o co chodzi.
- W zasadzie, jeżeli chcesz, możesz się nią zająć. Będziecie ze sobą dość sporo czasu spędzać, więc nawet na dobre to wyjdzie. – stwierdził Ed i podszedł do mnie, aby wziąć ode mnie wodzę i poprowadził klacz przed stajnię i przywiązał ją do tego samego słupka, do którego była przywiązana, kiedy do niej przyszliśmy.
- Poczekaj tutaj. Wezmę tylko odpowiednie przybory i zaraz wracam.
Kiedy mężczyzna zniknął mi z pola widzenia, niepewnie podeszłam do Miracle, nie wiedząc, co innego mogę ze sobą zrobić. Klaczka zarżała cicho i potrząsnęła głową. Nie do końca będąc świadomą, co robię, pogłaskałam ją po nozdrzach.
- Po tym wszystkim, co przeszłam, przeraża mnie jazda konna. Uwierzysz mi? – szepnęłam cicho, rozglądając się dookoła, aby upewnić się, że nikt mnie nie zauważy. Rozmawianie z końmi, to chyba nie jest normalne.
Każdy ma swoją historię – zdawały się mówić jej oczy.
- Chyba powinnam ci podziękować za to, że mnie dzisiaj nie zrzuciłaś – uśmiechnęłam się – i, że byłaś taka wyrozumiała, jeżeli chodzi o moją toporną naukę jazdy.
Delikatnie zaczęłam gładzić ją po grzywie, a klacz wydawała ciche rżenie zadowolenia, domagając się więcej pieszczot. Zaśmiałam się na ten widok.
- Widzę, że zaczynacie się dogadywać. – nie musiałam patrzeć w kierunku Eda, żeby wiedzieć, że jest rozbawiony całą tą sytuacją. Mam tylko nadzieję, że nie słyszał, jak rozmawiam z koniem.
- Jeżeli dalej zamierzasz mnie zmuszać do nauki, to musimy jakoś się porozumieć, prawda? – odparowałam.
Mężczyzna nadal lekko się uśmiechając, zaczął mi pokazywać, jak zdjąć poszczególne elementy ekwipunku. Kiedy wszystko zostało odpowiednio uprzątnięte, sprawdzone i odłożone na miejsce, zabraliśmy się za czyszczenie klaczy. Naprawdę starałam się to robić najwolniej, jak tylko mogłam.
- Jak wrażenia po pierwszej jeździe?
- Dobrze.
- Tylko tyle? Nic więcej?
- Było znacznie lepiej, niż się spodziewałam. To chciałeś usłyszeć? – mimowolnie się uśmiechnęłam
- Później będzie jeszcze lepiej.
- Jeżeli będzie jakiekolwiek później.
- O to nie musisz się martwić.
Między nami znów zapadła cisza. Oboje skupiliśmy całą swoją uwagę na czyszczeniu konia. Niestety długo taki stan racji nie trwał. Niezmącony spokój znów przerwał mój telefon, a ja zapragnęłam go w tym momencie rozwalić. Fakt, mogłam odebrać i to przerwać. Jednak w głębi chciałam odegrać się na Jamesie za to, co robił przez ostatni tydzień. Powiedziałam mu, dokąd idę, ja mam czyste sumienie.
- Jak po rozmowie z bratem? Chyba nie wszystko zakończyło się tak, jak chciałaś – zagadnął Ed.
Tak szczerze, to nie chciałam o tym mówić. Nie jestem z tych, co wdają się w ploteczki i opowiadają, co tam u nich słychać. Jednak zmusiłam go do nadprogramowego oporządzania konia. Zasługiwał na małe wyjaśnienia.
- Jest jeszcze gorzej. Kontroluje mnie na każdym kroku. Pilnuje drzwi przez całą dobę. Cudem jest, że dzisiaj wyszłam. No i chce, abym to rzuciła. Twierdzi, że jest to zbyt niebezpieczne. No i nienawidzi cię za to, że mnie w to wciągnąłeś. Chyba jeszcze nigdy się tak nie pokłóciliśmy.
Mężczyzna przez chwilę przetrawiał informacje.
- Daj mu trochę czasu. To normalne, że się martwi. Chce cię chronić, jak to bracia.
- Tyle, że ja nie potrzebuję ochrony. Umiem sama o siebie zadbać. Przez tyle lat walczyłam na… - w ostatniej chwili ugryzłam się w język, nim powiedziałam zbyt wiele. Jak mogłam być tak nieostrożna? Te telefony tak bardzo wytrąciły mnie z równowagi, iż szybciej mówiłam, niż myślałam o tym, co chce powiedzieć.
Ed spojrzał na mnie zaciekawiony. Już słyszałam pytania, które kłębią mu się w głowie. Zaczęłam panikować. Doszło to do tego stopnia, że zaczęłam się modlić o jakiś drobny cud. To nie był temat do rozmów. Nikomu o tym nie mówiłam i nie zamierzam w dalszym ciągu poruszać tego tematu.
               Nie uwierzycie. Chyba po raz pierwszy w życiu zostałam wysłuchana. W momencie, kiedy Ed zaczął już formułować pierwsze pytanie, zadzwonił telefon. Tyle, że tym razem jego. Z konsternacją spojrzał na wyświetlany numer. Odebrał natychmiast. Po krótkiej wymianie zdań, rozłączył się i spojrzał na mnie poważnie.
- Chyba właśnie skończył się nasz czas wolny.
- Kolejna sprawa? Tak szybko?
- Morderstwo i zaginięcie. Musimy jechać, Blair już na nas czeka. Zawołam tylko Alexa, aby zabrał Miracle i możemy jechać.
               Gdy Ed oddalił się, poszłam szybko się przebrać. No i tym razem nie mogłam uniknąć rozmowy z bratem. Słowo to słowo. A jeżeli chciałam dalej w tym działać, musiałam być uczciwa wobec niego. Zwlekałam z tą chwilą jak najdłużej, bo wiedziałam, co usłyszę.
- Kolejne morderstwo? Nie za szybko? Kto to?
- Wszystkiego się dowiem na miejscu.
- Gdzie to?
- Nie wiem. Ed ma wszystkie informacje.
- Wracaj do domu.
- Nie ma mowy. Mieliśmy umowę. Ja cię informuję o sprawach. Ty pozwalasz mi działać.
Rozłączyłam się jak najszybciej. Powiedziałam mu o sprawie, dotrzymałam słowa. Nie ma prawa mnie powstrzymywać. Wiedziałam, że z kolei on pożałował tego, że się w ogóle na to zgodził. Nawet przez telefon czułam jego wściekłość.
               W drodze na miejsce zbrodni niewiele rozmawialiśmy. Ed tylko przekazał mi wszystko, czego dowiedział się od Blaira. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, co tym razem się wydarzyło. Kto był sprawcą. No i jak potoczy się całe śledztwo. Skoro poprzednie sprawiło tylko kłopotów, pytanie czy to nie okaże się jeszcze trudniejsze.
               Po niespełna półtoragodzinnej podróży dotarliśmy w końcu na przedmieścia San Lizele. Okolica była cicha i spokojna. Wszystko dookoła było pokryte różnego rodzaju roślinami. A w centrum tego wszystkiego stał jeden, jedyny, samotny dom. Ten widok był piękny i zarazem przerażający. Mieszkanie było niewielkie, jak na domek jednorodzinny. Jedno piętro, trzy pokoje. Wszystko skromnie urządzone. Kiedy przekroczyłam próg domu, uderzył we mnie minimalizmy wystroju. I to, że było tu strasznie dużo roślinności. Jakby właściciele chcieli zrobić sobie osobisty ogród w mieszkaniu.
Choć zazwyczaj pewnie panował tu ład i spokój, dzisiaj było znacznie inaczej. Wszędzie dookoła kręcili się śledczy, zbierający dowody i robiący zdjęcia.
- Wreszcie jesteście. – podszedł do nas starszy mężczyzna i ręką pokazał, abyśmy poszli za nim.
Skierował nas do salonu, gdzie na środku leżał martwy mężczyzna. Wszędzie dookoła była krew, a z racji tego, że leżał na plecach, mogłam spojrzeć w jego puste, martwe oczy. Aż dreszcz mnie przeszedł. Wyglądało to co najmniej przerażająco.
- Co wiadomo?
- Ofiara jest na całym ciele podrapana. Rany są dość głębokie. Jednak zginął od podcięcia gardła. Sposób działania wskazuje na istotę nadnaturalną, prawdopodobnie wilkołaka. Jego żona gdzieś zniknęła. Facet był człowiekiem, żona najprawdopodobniej to driada. Córka twierdzi, że sprawca ją zabrał.
- Córka?
- Tak. Mała schowała się w szafie, kiedy wszystko się zaczęło. Jest jedynym świadkiem.
Spojrzałam w kierunku, gdzie dziewczynka się znajdowała. Miała może siedem-osiem lat. Na pewno nie więcej. Stała przerażona w kącie pokoju, co chwila zerkając na swojego nieżyjącego już ojca. W głębi duszy jej współczułam. Była taka młoda, a już została sama. Co gorsza, widziała śmierć jednego ze swoich rodziców. A teraz jest zdana sama na siebie. Westchnęła smutno. Doskonale wiedziałam, jak się teraz czuje. Doskonale wiedziałam, co ją teraz czeka. I dlatego jeszcze bardziej postanowiłam sobie znaleźć sprawcę tego wszystkiego i wymierzyć sprawiedliwość.
- Widziała sprawcę? – spytałam
- Tylko przez chwilę. I do tego w momencie, kiedy stał tyłem. Niestety tu mamy nie za wiele informacji.

Ed? Przepraszam za tak długo. No i tak chaotycznie. Chyba wyszłam z wprawy pisania :/

6 lis 2017

Od Aurayi do Arona

               Noc była nieprzyjemna. Z racji tego, że jesień zaczęła się już na dobre, a listopad postanowił nas nie oszczędzać, noc była naprawdę chłodna. Otuliłam się najmocniej, jak tylko mogłam bluzą od chłopaka, a dodatkowo opatuliłam się skrzydłami. Wiedziałam, że wyglądam tak idiotycznie, ale przynajmniej zatrzymywałam części ciepła dla siebie.
Lecz nie tylko chłód i wilgoć mi doskwierały. Noce rzadko są dla mnie łaskawe. Raczej większość z nich spędzam na budzeniu się co godzinę, wyrywana z koszmaru minionych lat.
Te wszystkie czynniki połączone razem sprawiły, że w nocy nie spałam za wiele. Jeszcze przed świtem porzuciłam ostatnią nadzieję o spokojnym śnie i po prostu postanowiłam poleżeć i przeanalizować wydarzenia minionego dnia. Chciałam sprawdzić, w którym dokładnie momencie wszystko się posypało i poszło w bardzo złym kierunku.
               Dzień przecież zaczęłam jak zwykle. Jakimś cudem, wolę się nie zagłębiać, jak wielkim, udało mi się wstać przed moim natrętnym bratem i wymknąć się z domu, nim ten zorientuje się, co się tak właściwie dzieje. Poranek był chłodny, choć pojedyncze promienie słońca robiły wszystko, aby choć trochę nadać mu temperatury. Niestety jego próby nie skończyły się na pozytywnym wyniku.
Nie wiem dokładnie, kiedy zorientowałam się, że Łowcy mnie śledzą. Nie do końca wiedziałam jednak, dlaczego uparli się akurat na mnie. Co prawda Ed coś wspominał, że może mieć to coś wspólnego z Jamesem. Ale skoro miało to związek z moim bratem, to dlaczego tak kurczowo uczepili się mojej osoby?
               Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak właściwie jeszcze tu jestem. Mogłam spokojnie wrócić do siebie. I nie słuchać jego ciągłych porad i tego, jaki od to nie jest doświadczony w tego typu sytuacjach. Prawda jednak jest taka, że, choć nigdy przed nikim się do tego nie przyznam, miał trochę racji. Ci Łowcy jeszcze przez najbliższe dni będą przeczesywać pobliskie tereny w poszukiwaniu nas. A jeżeli to nie jest jego pierwsza taka ucieczka, to jego tym bardziej będą szukać.
Dlatego też nie możemy zostać w tej rozpadającej się ruderze zbyt długo. Nie powiem, że jest to dobre miejsce, aby ukryć się przed światem i w normalnych okolicznościach pewnie często bym tu przebywała. Jednak jest ono zbyt blisko miejsca, gdzie zgubiliśmy pościg i prędzej czy później Łowcy tutaj trafią. A wtedy lepiej, żebyśmy my byli już daleko.
Mężczyzna coś wspominał o swoim znajomym. Jednak chyba nie muszę mówić, jak kiepskim pomysłem mi się to wydaje. I tu nie chodzi o to, że nienawidzę poznawać nowych ludzi. No dobra, właściwie o to właśnie chodzi.
A na domiar złego nie wzięłam ze sobą telefonu z domu. Nie miałam jak się skontaktować z kimkolwiek. Oczami wyobraźni już widziałam zamartwiającego się Jamesa, a potem awanturę, którą zacznie, kiedy już wrócę do domu.

               Z rozmyślań wyrwało mnie poruszenie obok mnie. Towarzysz tej niedoli właśnie się budził. Nie wiem, co dokładnie zdradziło, że coś jest nie tak. Ciągłe kichanie mężczyzny? A może dreszcze, które co chwilka wstrząsały jego ciałem. Jednak już wtedy wiedziałam, że nasza ucieczka dalej będzie jeszcze bardziej skomplikowana, niż miała być z początku.
Dlaczego to zawsze na mnie musi trafić? Dlaczego choć raz nie mogę mieć ułatwionego zadania?
- Wszystko w porządku? – spytałam jakby od niechcenia. Jednak w tej chwili to pytanie było kluczowe, a odpowiedź była ważniejsza, niż można się spodziewać.
- Chyba nie. – ledwie może wydusić z siebie słowa.
Podchodzę do niego niepewnie. I już na pierwszy rzut oka widać, że dzisiejsza noc odcisnęła na nim swoje piętno. Było dla niego zdecydowanie za chłodno, co spowodowało popsucie się zdrowia. Zaklęłam w duchu na niego i na siebie. Za to, że dał mi tą przeklętą bluzę i za to, że ja ją os niego przyjęłam.
Wiecie, ile to nam sprawi kłopotu? Wiem, że może ciągle narzekam. Ale to nie pomoże nam obojgu. A myślę, że oboje chcemy przeżyć.
- Dasz radę wstać?
Widzę, jak próby chłopaka kończą się na niczym. Ledwo może się podnieść, a co dopiero iść dalej.
- Musisz dać radę. Łowcy będą tu najpóźniej jutro.
Kolejne próby powstania kończą się tak samo – powolnym upadkiem z powrotem na ziemię. Myślę gorączkowo nad tym, co by teraz zrobić. Najgorsze jest to, że ja nawet nie znam tej okolicy. Nie wiem, gdzie mogłabym się udać.
- Nie dam rady. – wychrypiał.
Spojrzałam w stronę miasta, a potem na mężczyznę. No przecież nie mogę go tu tak zostawić. Bądź co bądź trochę mi pomógł. Mogłam to sama lepiej rozegrać, ale… z drugiej strony to on zabrał mnie tutaj, aby ukryć się przed Łowcami. Mimo wszystko jestem mu coś winna.
Czy tak samo postąpiłabym, gdyby to była przypadkowa osoba?
Chciałabym móc powiedzieć, że tak. Chciałabym wierzyć, że jestem z tych dobrodusznych. Jednak nie jestem w sobie w stanie na tyle zaufać.
- I co teraz? – spytałam lekko zirytowana, przestraszona, zniecierpliwiona i zaciekawiona. Naprawdę nie wiedziałam, co mam robić.
Z racji tego, że jestem Aniołem, nie miałam takich problemów. My zwyczajnie prawie nie chorujemy. Zdarza się to w skrajnych przypadkach.
- Ja nigdzie nie pójdę. Nie dam rady.
A ja niestety nie dam rady pomóc mu iść wystarczająco długo. A nawet jeżeli, co tylko pogorszyłabym jego stan. Co robić, co robić…
- Jest coś, co mogłabym zrobić? Na pewno coś można. Coś, co nie będzie wymagało zbyt wiele czasu, którego i tak mamy niewiele.
W normalnych okolicznościach już bym była w drodze do miasta. Jeżeli nie sprowadziłabym jakiegoś lekarza, to przynajmniej mogłam pójść po zwykłe lekarstwa. Bo to się robi, kiedy ludzie chorują, prawda? Jednak nie powinnam się pokazywać w mieście, chociażby na chwilę.
- Nie ma w pobliżu żadnego podobnego budynku czy czegokolwiek? – pytałam dalej.
- Niestety najbliższe miejsce, gdzie moglibyśmy się zatrzymać jest oddalone o kilometry.
Jest coraz lepiej…
- To co nam pozostaje? – przysięgam, że w tej chwili jestem w stanie zrobić już wszystko.

Aron?

2 lis 2017

Upadły, który zmienia zdanie częściej niż skarpetki - Event Halloweenowy. Temat 1.

               Nie zawsze bycie Aniołem ma swoje dobre strony. Widzicie… nadnaturalność bywa uciążliwa. Ciągłe ukrywanie się, ucieczka, strach przed nadejściem następnego dnia. Ale Anioły mają gorzej. Mają świadomość swojej odmienności. Wiedzą, że skrzydła mogą przynieść im zgubę. Jedno ich rozwinięcie może kosztować cię życie. To dlaczego, skoro mogą być przyczyną ich zguby, tak je szanują?
Ponieważ gorsze od posiadania skrzydeł, jest ich brak.
Nigdy wcześniej nie spotkałam Upadłego. Obawiałam się tego spotkania. Wiedziałam, że Anioły, które straciły skrzydła mogą popaść w obłęd, depresję, nienawiść. A nienawidzą w szczególności tych, którym te skrzydła udało się utrzymać.
To nie jest tak, że są źli czy przynoszą tylko zniszczenie. Oni kierują się żalem. Wyobrażacie sobie to? Nadal masz swoją moc, ale nie posiadasz tego, co cię określa. Ja tego nie potrafię.
               Nigdy nie potrafiłam zrozumieć tego, dlaczego Łowcy nam to robią. Wolą odciąć nam skrzydła i pozwolić nam żyć z tą świadomością, niż nas po prostu zabić. Uwierzycie, że urządzają sobie zawody, który zbierze więcej skrzydeł? To staje się coraz bardziej popularne zwłaszcza wśród młodych Łowców.
               Nigdy nie pragnęłam poznać Upadłego. Nawet nie chciałam go spotkać. Można powiedzieć, że Upadli są cieniem wszystkich moich obaw – o to, że stracę skrzydła. A je chyba cieniłam najbardziej ze wszystkiego na tym świecie. Są częścią mnie. Stałe, niezmienne, odwieczne. I pragnę, aby takie pozostały. Obawiałam się spotkać Upadłego Anioła, ponieważ mógł być symbolem mojej przyszłości, która być może kiedyś nadejdzie.
Bądź co bądź bardzo współczułam tym istotą. Wiedziałam, że ja nie wytrzymałabym utraty skrzydeł. Wolałabym tortury, ciągłe walki, ukrywanie się, a nawet śmierć. Ale nie utratę skrzydeł. Możecie usłyszeć to od każdego Anioła.
               Halloween to właśnie czas, kiedy Upadli wychodzą z ukrycia. Nikt nie wie dokładnie dlaczego. Po prostu upodobały sobie ten termin i już. Choć jest jedna teoria. Trzydziesty pierwszy października to święto upiorów i potworów. Upadli właśnie są za takich uważani. Sami też się tak nazywają. Niegodni pokazywać się za dnia, pojawiać w towarzystwie Aniołów, przegrani i złamani. Są traktowani jak nic.
I to jest chyba ta jedna rzecz, która mnie z nimi łączy.
Bo każdy Anioł ma coś z Upadłego i każdy Upadły ma coś z Anioła.
Niektórzy mniej, niektórzy więcej.
               Przyznam, że pierwotnie w planach nie miałam wychodzenia dzisiejszego dnia. Miałam poczucie, że ludzie tym świętem kpią sobie z nas, nadnaturalnych. Dla nich przebieranie się za potwory było zabawą. Dla nas to była codzienność.
Dlaczego więc zmieniłam zdanie?
Oczywiście z tego samego powodu, co przez ostatnie tygodnie – przez natarczywego brata. Dzisiaj musiałam dosłownie wymknąć się z domu. W Halloween zawsze robił się nerwowy. Wiedział, że pomimo tych wszystkich zabaw, śmiechów i ozdób kryje się niebezpieczeństwo. Niektórzy z nas nie zwracali na to uwagi. Czuli się wtedy choć trochę normalni. I to było ich zgubą. Łowcy tylko czekali.
Tego roku jednak uważałam, że Łowcy są mniejszym złem, niż przebywanie w jednym pomieszczeniu z moim bratem. Dlatego też wykorzystując chwilę jego nieuwagi czym prędzej opuściłam mieszkanie.
Było jeszcze dość wcześnie, jednak jak na tę porę roku przystało, już zaczynało się ściemniać. Na ulicy było tłoczno. Grupki dzieci, pod okiem dorosłych, biegały od drzwi do drzwi i z radością krzyczały „cukierek albo psikus”. Muszę przyznać, że z lekką melancholią i żalem przyglądałam się temu wszystkiemu. Mi nigdy coś takiego nie było dane. Moje dzieciństwo zostało zabrane i już nigdy go nie odzyskam.
Z lekką frustracją i wściekłością naciągnęłam na siebie kurtkę jeszcze mocniej, wbiłam wzrok w ziemię i udałam się tam, gdzie mnie nogi poniosą. Nie zwracałam uwagi na nic. Chciałam się po prostu znaleźć jak najdalej od tego gwaru. Od radości i zabawy. Od wszystkiego, co zawsze pragnęłam mieć, a nie mogłam. To było nierozsądne. Ale czułam, że jeżeli spędzę tam choćby jeszcze chwilę dłużej, nie wytrzymam.
A jeżeli bym pokazała, że jestem Aniołem, ściągnęłabym na siebie kłopoty. Wszyscy nadnaturalni wiedzą, że w takie święta, jak Halloween Łowcy są bardziej czujni. Wszyscy wiedzą, że w takie dni jest zabijanych najwięcej takich, jak ja.
Gdy znalazłam się na obrzeżach miasta, gdzie cisza aż szumiała w uszach, dopiero odważyłam się rozwinąć skrzydła i wzlecieć na dach budynku. Było tutaj cicho i spokojnie. Byłam sama i mogłam rozkoszować się widokiem z góry na niczego nie spodziewających się ludzi.
I po raz kolejny nawiedziła mnie myśl, że naprawdę pragnęłam takiego życia. Spokojnego, zwyczajnego. Jako ktoś, kto nie musi się obawiać dnia następnego. Wiedziałam, że James robi wszystko, aby dać mi choć namiastkę normalnego życia. Ale to za mało. Może i jestem egoistką, ale pragnę więcej, choć nie powinnam, choć nie mogę, choć jest to niemożliwe.
Ludzie nie doceniają tego, co mają. A mają niezwykle wiele i nie potrafią tego dostrzec.
Nie wiem, ile czasu minęło, ile siedziałam tak pogrążona w ponurych myślach i zapatrzona w migotliwe neony. Sekundy stapiały się w minuty, minuty łączyły się w godziny, a godziny wydawały się trwać w nieskończoność. Wiedziałam, że powinnam już wracać. Wiedziałam, że robi się coraz później i, że coraz więcej upiorów wychodzi na ulice. Ja jednak nie potrafiłam się poruszyć. Nie chciałam się stąd ruszać.
- Dama nie powinna przebywać o tej porze sama na zewnątrz. Nawet jeżeli jest zjawiskowym aniołem. – usłyszałam głęboki, melodyjny głos. – co tutaj robisz, Aniele?
Gwałtownie wstałam i odwróciłam się do nieznajomego, jednocześnie sięgając po sztylet.
- Kim jesteś? – spytałam, starając się jednocześnie przyjrzeć tajemniczej postaci. Co niestety nie było takie łatwe, ponieważ skryła się ona w cieniu. Wiedziałam jedynie, że jest to postać ludzka. I że jest to mężczyzna. Wśród ciemności mogłam również dostrzec głęboko błękitne oczy, które sprawiały wrażenie, jakby zaglądały w głąb mnie.
Nie podobało mi się to.
- Kimś, kto chciał trochę pobyć w samotności, a nie był jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł. – odpowiedział, jakby od niechcenia, robiąc krok w moją stronę.
- I ze wszystkich budynków w mieście wybrałeś przez przypadek ten, na którym jestem i ja? Masz mnie za idiotkę?
- Mój wybór nie był bynajmniej przypadkowy. Widziałem, jak tutaj wlatujesz. Byłem po prostu zaciekawiony, więc postanowiłem przybyć tutaj za tobą. Choć zajęło mi to znacznie więcej czasu niż tobie, niestety.
Dalej przyglądałam mu się uważnie, a on nie był mi dłużny. Żałowałam, że nie mogę wyczytać nic z wyrazu twarzy nieznajomego. Nie wiedziałam o nim nic i to mnie lekko niepokoiło.
- Spytam jeszcze raz. Kim jesteś?
Mężczyzna jakby zesztywniał i cały napięty zaczął się do mnie zbliżać powolnym krokiem.
- Kimś podobnym tobie. Cieniem z twojej przeszłości i wizją twojej przyszłości. Wygnanym. Poległym. Upadłym. – spojrzał w dal, a w jego oczach jakby na chwilę zagościł żal, wspomnienie minionych lat. – Odpowiedziałem na twoje pytanie. Pora, abyś ty odpowiedziała na moje pytanie.
- Znasz odpowiedź. Sam jej udzieliłeś. Chciałam pobyć sama.
Nie wiem dlaczego w ogóle wdawałam się z nim w dyskusję. Powinnam w tej chwili stąd się zmywać. Jednak coś mnie od tego powstrzymywało.
- Dzisiejszego dnia wiele złego wydostaje się na ulice. Kiedyś to było prawdziwe Halloween. A teraz? Zjawy, widma, upiory. To dla nich najlepszy czas. A oni nie zwracają uwagi czy spotykają ludzi, czy nadnaturalnych. Zadowolą się każdym. A wtedy lepiej nie być tam, gdzie oni.
- Nie znasz mnie. Nie wiesz, co potrafię.
- A więc pokaż, co potrafisz, wojownicza Wysłanniczko Niebios.
Przysięgam, że mnie kusiło. Oj bardzo kusiło.
- Może innym razem.
- Więc innym razem nie przedstawiaj swoich umiejętności, jeżeli nie umiesz poprzeć swoich słów czynami. – nieznajomy wydawał się rozbawiony całą tą sytuacją.
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Porozmawiać. Przestrzec. Dać radę.
- Niby dlaczego miałabym cię słuchać?
- Niektóre Anioły się prawdziwymi ignorantami. Jestem Upadłym. O czym mogę rozmawiać z kimś takim, jak ty?
W jego słowach było coś staroświeckiego, dawnego. Miał w sobie coś z czasów, które już dawno przeminęły. Sprawiały, że człowiek naprawdę chciał słuchać.
- Słucham.
- Opowiem ci o twoich skrzydłach. I o tym, jak ważne jest, aby je chronić.
Nie należałam do tych naiwnych dziewczynek, które dostają lizaczka od nieznajomego i idą za nim wszędzie. Nie ufałam ludziom. A jednak w tym mężczyźnie było coś, co sprawiało, że chciało się go słuchać. Choć wyglądał na około dwudziestu lat, mógł mieć również i setki, co widać było również w jego oczach.
Opowiedział mi o utracie skrzydeł. Ale nie o samej sytuacji, w której je stracił. O samym fakcie i emocjach. Coś tu nie grało, jednak byłam na tyle rozkojarzona, aby nie skupić się na ym jednym cichym głosiku, który mnie ostrzegał.
- Mówi się, że podczas odcinania naszych skrzydeł, stają się one czarne. A kiedy już zostają odcięte, po paru sekundach znikają. Nie jesteś nawet w stanie się z nimi pożegnać. Nie do końca wiesz, co się dzieje. A kiedy w końcu to do ciebie dociera, jest już za późno – mówi, ale jego oczy zdradzają, że jest gdzieś indziej. W przeszłości. Wszystko w nim mówi o bólu minionych dni i tych, które zaraz potem nastąpiły.
Nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani słowa. Nie potrafiłam znaleźć odpowiednich liter, słów, zdań, aby wyrazić to, jak bardzo mu współczuję. Choć nie jestem w sanie zrozumieć tego bólu. Nigdy nigdy nigdy nie chcę doświadczyć takiego bólu.
- Przykro mi – udaje mi się tylko wydusić.
- Niepotrzebnie. Teraz mam ciebie i twoje skrzydła.
Patrzę na niego oszołomiona, a on tylko czekał na ten moment. Zaatakował mnie w mgnieniu oka. Na szczęście moje ciało zareagowało szybciej niż umysł. Moje ruchy były automatyczne i nim się zorientowałam, nieznajomy znajdował się pode mną.
- Co ci odbiło?! – warknęłam – Czego ode mnie chcesz?!
- Tego, czego może pragnąć Upadły. – odparł i jakimś cudem udało mu się mnie zrzucić z siebie.
- Nie myśl, że ci się to uda.
- Och. Ja to wiem. Co może potrafić taka głupiutka ignorantka, jak ty?
- Przekonasz się, kiedy skopię ci zadek.
Uśmiechnął się, najwidoczniej rozbawiony całą tą sytuacją i mnie zaatakował. Wymienialiśmy cios za ciosem i z wielką niechęcią muszę przyznać, że mężczyzna był całkiem dobry w tym.
Kiedy na chwilę udało mu się rozproszyć moją uwagę, przygwoździł mnie do podłogi. Nachylił się i szepnął mi rozbawiony do ucha:
- Coś ci nie idzie kopanie mojego zadka, skarbie.
Wkurzyłam się. Gość sobie na zbyt wiele pozwalał.
Moje ruchy stały się coraz bardziej desperackie. Tu już nie chodziło o to, aby wygrać walkę. Jedyne, czego pragnęłam, to się jakoś stąd wyrwać.
- Dlaczego to robisz?
- A dlaczego nie? Anioły takie, jak ty mają mnie za śmiecia. Za mięczaka, który stracił swoje skrzydła. Dla was jestem niczym. Dlaczego więc ja miałbym okazać miłosierdzie tobie?
Bo kiedyś byłeś taki, jak ja – pomyślałam – Bo nadal masz w sobie coś z Anioła. Ponieważ byłam traktowana jak śmieć przez całe życie i wiem, jak to jest.
Nie pytajcie się jak, ale jakimś cudem udało mi się wyrwać z uścisku mężczyzny. Odskoczyłam czym prędzej od niego i rozwinęłam skrzydła, aby wzbić się w górę.
- Będziesz uciekać?
- Sam mówiłeś, że śmierć jest lepsza. Dlatego wybieram najbezpieczniejszą drogę. – opowiedziałam i nim nieznajomy zdążył jakkolwiek zareagować, odleciałam jak najdalej potrafiłam.
Znacie to uczucie, kiedy los postanawia sobie z was zakpić? Kiedy cieszycie się z małego sukcesu, a życie już po pięciu sekundach postanawia wam go zepsuć? Tak właśnie było w moim przypadku. Nie zdążyłam nawet dobrze odetchnąć po ucieczce z dachu, kiedy grupka Łowców mnie otoczyła.
Nie no, to już są jakieś żarty. Ja rozumiem, że dzisiaj jest Halloween, ale to już lekka przesada. Nawet ja nie mogę mieć takiego pecha.
Niestety najwidoczniej mogłam.
- Aniołek nam się trafił – zarechotał jeden – Halloween się mu zachciało.
- Zobaczymy, jak mocne jest jej przebranie. – zawtórował drugi.
- Najpierw kochana oskubiemy cię z piórek.
Wiedziałam, że tym razem nie uda mi się uciec. Zachciało mi się wychodzenia z domu. Zachciało mi się święta Upiorów. No to miałam. Na atrakcje dzisiejszego wieczoru nie mogłam narzekać. Oczami wyobraźni widziałam już siebie, z plecami całymi we krwi. I kiedy już zaczynałam godzić się z myślą, że tym razem przegrałam, usłyszałam ten sam arogancki i pewny siebie głos.
- Panowie. Dama najwyraźniej nie chce przebywać w waszym towarzystwie. Lepiej się stąd wynoście, póki jestem spokojny.
- Chyba sobie żarty robisz. – wszyscy trzej ryknęli śmiechem.
Czy ja już mam halucynacje?
Mężczyzna posłał im złośliwy uśmiech. Ale kryło się pod nim coś złego, mrocznego i pradawnego. Nawet ja się cofnęłam kilka kroków do tyłu.
W oczach Łowców zobaczyłam czysty obłęd. Nic z tego, ni z owego uciekli z krzykiem.
- Co się…
- Sprowadziłem na nich szaleństwo. Pokazałem kilka nieprzyjemnych obrazów i przekonałem do ucieczki.
Teraz bałam się go jeszcze bardziej. A jednak…
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Bo nie chcesz mieć odciętych skrzydeł. Nie wytrzymasz takiego bólu. Jesteś za słaba.
- Ale ty sam chciałeś…
- Wiem. Nie zamierzam za to przepraszać. Zrozum. Minęło tak wiele lat, a ja nadal nie mogę się z tym pogodzić. Dlaczego nierozsądne Anioły jakimś cudem nadal mają swoje skrzydła, a ja nie mogę ich mieć? I nawet nie mów, że ci przykro. Od tego nie robi się chyba nikomu lepiej.
Pokiwałam jedynie na znak, że rozumiem. Mój gniew na nieznajomego trochę osłabł. Jakby na to nie patrzyć uratował mnie. Uratował przed czymś gorszym niż śmierć.
- Dbaj o swoje skrzydła, bo to największy dar, jaki mogłaś otrzymać. Ja będę się zbierał. Do zobaczenia. Może jeszcze kiedyś się spotkamy. – uśmiechnął się zawadiacko i odwrócił się do mnie plecami. Niby chciałam, aby już sobie poszedł. Było jednak coś, co mnie do niego ciągnęło. Z jednej strony był pewny siebie i arogancki, z drugiej zaś tajemniczy i wyniszczony.
- Zaczekaj! – nie wierzę, że to robię – Powiedziałeś, że teraz nie ma już tego Halloween, co kiedyś. Może… może pokażesz mi jak to wyglądało dawniej?
Mężczyzna spojrzał na mnie, jakbym co najmniej postradała rozum. A ja wiedziałam, że w ten sposób choć na chwilę mogę odwrócić jego myśli od tego, co utracił.
- A mogę poznać przynajmniej imię damy?
- Auraya. Auraya Herondale.
- Garnet William Van Allen.
Uśmiechnął się lekko i razem ruszyliśmy wzdłuż drogi ozdobionej różnego rodzaju upiornymi świecidełkami.


Może ktoś chce przygarnąć Upadłego jako postać? XD
(Nie, ja wcale się nie ogłaszam. To nie tak Wysoki Sądzie)

31 paź 2017

Od Aurayi do Ezequiela

Ten tydzień był dla mnie koszmarem. Co prawda minął mi w miarę szybko, dzięki wszystkim Aniołom na niebie, lecz niestety nie sprawili, że był choć trochę łatwiejszy. Oczywiście każdy dzień zaczynałam od spotkania mojego natarczywego brata w kuchni. Przysięgam, że jeszcze nigdy, przez te wszystkie lata, nie wstawał wcześniej ode mnie. I tu muszę nadmienić, że w tym tygodniu specjalnie wstawałam jeszcze wcześniej. Niestety tym razem mi się nie udało. Jakimś cudem przez te siedem dni zawsze był przede mną. I to zawsze z powodu tego jednego i samego powodu:
- Dokąd wychodzisz? – zaczęło się na początku tygodnia.
Stał jak gdyby nigdy nic, niedbale oparty o blat kuchenny, z kubkiem parującej kawy w dłoni. Jeszcze nie do końca rozbudzony, co zdradzały jego roztrzepane włosy i zaspane oczy.
- Ciebie również miło widzieć. Coś ciekawego masz zamiar dzisiaj robić, że wstałeś o tak nieludzkiej dla ciebie godzinie? – odparowałam, przechodząc obok niego.
I mogę przysiąc, że w tamtej chwili temperatura w pokoju jakby wzrosła. Nienawidzę go i tych jego mocy.
- Nie zmieniaj tematu. Pytałem, gdzie idziesz.
- Przejść się. Jak każdego innego, normalnego dnia.
Wpatrywał się we mnie przez chwilę uważnie, jakby myślał, że może odczytać moje myśli.
- Tylko tym razem nie pakuj się w jakieś kłopoty – odpowiedział. I nim zdążyłam to jakoś skontrować, udał się do swojego pokoju.
Następnego ranka nie było wcale lepiej. Wstałam jeszcze wcześniej, niż dnia poprzedniego. Teraz już można by było to uznać za noc. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu i tym razem James był w kuchni.
- Gdzie tym razem? Na imprezę? Jest prawie środek nocy. – mruknął lekko zaspany.
Byłam na niego wściekła, ale z lekkim zadowoleniem odkryłam, że jest zirytowany faktem, że musiał wstać o takiej godzinie. Sam tego chciał.
- Tym razem na randkę – odparowałam
- Jasne. A ja jestem Najwyższym Wysłannikiem Niebios. Nie żartuj sobie ze mnie.
- Ja ci nie wypominam faktu, że jesteś feniksem. 
- Baw się dobrze. Zadzwonię do ciebie za jakiś czas.
I tym razem szybko zniknął w odmętach swojego pokoju.
W połowie tej naszej codziennej schadzki rano stwierdziłam, że to wszystko i tak nie ma sensu, więc po prostu postanowiłam zostać w pokoju i unikać mojego brata przez cały dzień. Szkoda tylko, że on nie miał w planach unikania mnie. Dlatego też wczesnym porankiem wparował do mojego pokoju jak gdyby nigdy nic.
- Nie nauczyli cię pukać? – spytałam, przekręcając się na drugi bok.
- Tylko sprawdzam, co u ciebie.
- Nie. Sprawdzasz, czy nie uciekłam przez okno. To jest różnica. – prychnęłam.
- Przygotowałem śniadanie. Pewnie jesteś głodna.
- Dzięki. Dzisiaj zrezygnuję z twojej uprzejmości i tutaj zostanę. A jeżeli jeszcze raz wejdziesz do tego pokoju bez pukania, poleje się krew.
Pod koniec tygodnia to wszystko się trochę uspokoiło. W ten weekend postanowiłam pozostać w domu. Co prawda gdzieś na obrzeżach mojego umysłu dźwięczało przypomnienie o tym, że Ed chciał się podjąć dzielnego zadania uczenia mnie jazdy konnej, ale nie brałam tego zbyt poważnie. Na poły dlatego, że naprawdę wolałam o tym nie myśleć. Trochę obawiałam się nauki od podstaw jazdy konnej. Choć nie przyznam tego otwarcie przed nikim. No i oczywiście dlatego, że z doświadczenia wiem, że ludzie najpierw coś mówią, a potem o tym „zapominają”. Przecież na pewno plany na weekend, zwłaszcza tak słoneczny jak dzisiaj, mogą być znacznie lepsze niż uczenie topornej anielicy, jak nie uciec przed koniem, kiedy ten się do niej zbliża.
Dlatego też zdziwiło mnie, kiedy podczas przeglądania porannych wiadomości (nabrałam takiego nawyku po pierwszej akcji. Codziennie przyglądałam informacje i szukałam czegoś ciekawego, jak na przykład morderstwa – nie, to nie chodzi o to, że nadal nie ufam temu, że mam współpracować z Edem [no dobra, może trochę]) kiedy nagle zadzwonił mój telefon. Z lekkim zaskoczeniem spojrzałam na wyświetlany numer.
Odebrałam.
- Hej, Aurayo, jak tam? Masz dzisiaj czas?
- Być może – odpowiedziałam.
- Świetnie. W takim razie czekam na dole. Pora nauczyć się jeździć konno. – koniec rozmowy.
Podeszłam niepewnie do okna, aby na własne oczy przekonać się, że Ed rzeczywiście siedzi w samochodzie i na mnie czeka.
Pół sekundy później zbierałam się do wyjścia. Nie, żebym jakoś entuzjastycznie podchodziła do tej całej nauki. Po prostu miałam się wyrwać stąd jak najszybciej.
Najciszej, jak tylko potrafiłam wyszłam z pokoju i udałam się do wyjścia z mieszkania… przy którym czekał już na mnie James.
- Żarty sobie robisz? Pilnujesz tych drzwi całą dobę?
- Gdzie idziesz? – spytał bez owijania w bawełnę. Przyglądał mi się uważnie, znowu, tym swoim spojrzeniem „jestem tym starszym. Nawet nie dyskutuj”
- Wychodzę.
- Tyle już zauważyłem. Gdzie?
- To ważne?
- Znów jakaś misja?
- Umówiliśmy się, że o tym będę ci mówiła.
- Jasne.
- Nie wierzysz mi?
- On tam jest? – zmrużył oczy i spojrzał tak, jakby właśnie złamał jakąś trudną łamigłówkę.
- A co ci do tego?
- Bo może powinienem z nim porozmawiać.
- Nie jestem małą dziewczynką. Umiem sama o siebie zadbać. A poza tym wydaje mi się złym pomysłem, aby dwóch facetów, których nie można zabić i którzy władają ogniem, spotkało się.
- Nawet na rozmowę?
- W twoim przypadku? Nawet na rozmowę.
- To po co z nim idziesz?
- Bo chce się nauczyć czegoś pożytecznego – ze zdziwienia uniósł jedną brew – jazdy konnej, zadowolony? A teraz mnie wypuść.
Odsunął się od drzwi niechętnie, z lekką konsekracją na twarzy. Wiem, że wiele osób powiedziało by, że mam wspaniałego i troskliwego brata. Może i tak jest. Ale przez ostatni tydzień czułam się jak w klatce. Nic nie mogłam zrobić bez jego wiedzy.
Pospiesznym krokiem udałam się w kierunku samochodu, aby mieć pewność, że James się nie rozmyśli i jednak nie postanowi uciąć sobie krótkiej pogawędki.
- Mam nadzieję, że wiesz, iż nadal uważam to za kiepski pomysł – powiedziałam, wsiadając do samochodu.
- To naprawdę nie jest takie trudne, na jakie wygląda. A tobie powinno być łatwiej ze względu na to, że…
- Nawet tego nie kończ – przerwałam mu. – Jak dla mnie to kiepski argument.
Spojrzał na mnie lekko zaskoczony, ale już nic więcej nie powiedział.

Prawie cała droga do jego rezydencji minęła nam w milczeniu. Przerywane było ono jedynie przez jakąś krótką wymianę zdań. Kiedy wreszcie byliśmy na miejscu, poczułam, że się trochę denerwuję. Zaś gdy szliśmy już w kierunku stajni, serce biło mi jak oszalałe. Gdyby ktoś zapytał się o powód tego wszystkiego, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Albo zwaliłabym winę na cało, które się w tym momencie postanowiło opowiedzieć przeciwko mnie. Choć rzeczywistość była taka, że trochę obawiałam się tej nauki. Nie znosiłam poznawać nowych rzeczy. Wiele lat temu, gdy słyszałam „Jest coś nowego” nigdy nie kończyło się to dla mnie zbyt dobrze.
Podeszliśmy do jednego z boksów, w którym rezydował kary koń. Wyglądał majestatycznie w całej swej postaci, co wydawało się surrealistyczne w takim miejscu. Raczej sprawiał wrażenie kogoś szlachetnego, kto nie ma zamiaru się słuchać nikogo i niczego. Pragnie podążać własnymi ścieżkami, być sobie panem.
Spojrzałam  w jego duże, ciemne i głębokie oczy. I nagle przede mną stanęła mała dziewczynka, może pięcioletnia, która pierwszy raz w życiu zobaczyła tak szlachetne zwierzę i od razu się w nim zakochała. Która od tego czasu marzyła, aby choć raz dosiąść konia i poczuć to uczucie wolności i szczęścia, o których tyle słyszała.
Potrząsnęłam głową, starając się odpędzić niechciane wspomnienia.
- To się nie uda. – powiedziałam.
- Niby dlaczego?
- Jak to sobie wyobrażasz? Podejdę do niego, pokażę skrzydła, a on wielkodusznie pozwoli mi na siebie wsiąść? Zrzuci mnie przy pierwszej lepszej okazji.
- Ja jakoś daję radę.
- Nie każdy jest tobą.
Przez chwilę słychać było jedynie ciche rżenie konia, który z niecierpliwością przebierał kopytami w swoim boksie, jakby nie mógł się doczekać chwili, kiedy go opuści.
- Zobaczysz, to nie jest takie trudne.
Chyba będzie potrzebował czegoś więcej, aby mnie przekonać do swoich słów.

Ezequiel?

4 wrz 2017

Od Aurayi do Ezequiela

               Zanim weszłam do domu, stałam i czekałam jeszcze przez jakiś czas przed drzwiami. Dla obserwatorów musiałam wyglądać jak jakaś wariatka. Właściwie na co ja czekałam? Byłam już prawie w domu, czyż nie? Właśnie tutaj chciałam się znaleźć. Tutaj powrócić. Nie powinnam się wahać.
A jednak. Wiedziałam, co będzie, jak wejdę do środka. Potrafię nawet przewidzieć reakcję James’a. Normalnie zamknęłabym się w pokoju i zakończyła temat na zwykłym: „Nieważne”. Tym razem jednak chciałam, aby mnie wysłuchał. Nawet jeżeli będzie wściekły. A będzie.
Dlatego, nim wejdę do domu, sama muszę sobie poukładać najpierw wszystko, co się wydarzyło przez minione dni. Może sama w to niedowierzałam? Czy możliwe, że po prostu jest to realistyczny sen? Czy człowiek może tak długo śnić?
Rany... ostatnio zadaje sobie zbyt wiele pytań. Zbyt często się waham. Zastanawiam. To wszystko wydaje się mi być obce… inne.
               Jeszcze jeden, ostatni głęboki wdech i otwieram drzwi, aby pewnym krokiem wkroczyć do domu.
- Auraya? – Słyszę głos mojego brata, a zaraz potem pośpieszne kroki.
Kiedy znajduje się w polu mojego widzenia, na końcu korytarza, wymieniamy się spojrzeniami. Wygląda, jakby nie dowierzał w to, co widzi. Ja również musiałam zamrugać kilka razy, aby upewnić się czy dobrze widzę. Jego ramię… jest ranny. Coś się stało, kiedy mnie nie było.
Nim udaje mi się jednak zadać jakiekolwiek pytanie, James podchodzi do mnie szybkim krokiem i nie pozwalając mi nawet wykonać choćby jednego ruchu obronnego, zamyka mnie w żelaznym uścisku.
Zawsze był pierwszy do przytulania. Do okazywania wszelakich emocji, których ja byłam pozbawiona. Choć nie powiem tego nikomu, naprawdę mu tego zazdrościłam. Był otwarty na ludzi, a przynajmniej bardziej, niż ja. Każdy mógł liczyć na jego pomoc. I wiem również, że był gotowy poświęcić się dla innych. Czy ja też byłabym na to gotowa?
Kiedyś uważałam, że nie.
Słyszałam to od każdego tak długo, iż sama zaczęłam w to wierzyć.
Zaczęłam się wiercić, aby choć trochę poluzował uścisk, a ja mogłabym się z niego wydostać.
- Gdzie byłaś? Co się stało? Martwiłem się!
- Jak mnie nie udusisz i mnie wypuścisz, to może ci wszystko opowiem – odparłam, a chłopak na te słowa szybko ode mnie odskoczył.
- Zaraz, zaraz… żadnego: „Nieważne”, „Idź sobie”, „Nie twoja sprawa”? Kim jesteś i gdzie jest moja siostra? – zaczął mi się przyglądać podejrzliwie.
- Jeżeli nie chcesz tego wysłuchać, to mogę sobie iść do pokoju i cię tu zostawić. – powiedziałam i ruszyłam w kierunku pomieszczenia, które jeszcze mogłam nazywać pokojem.
- Zaczekaj! I tak mi wszystko opowiesz i tak. Jesteś cała we krwi! MUSISZ mi wszystko opowiedzieć. Dlaczego nie dzwoniłaś? Przecież bym ci pomógł! – tryb „troskliwa mamusia” właśnie się załączył.
- Nie tylko ja mam historię do opowiedzenia – wskazałam na jego obandażowane ramię.
- Historia za historię.
- Niech ci będzie. – westchnęłam. Jednak kiedy James odwrócił wzrok, uśmiechnęłam się lekko.
Nie sądziłam, że może mi brakować rodzinnego zacisza. Złośliwych uwag mojego brata.
Coś się zmieniło. Czy na dobre?
Chciałabym móc powiedzieć „tak”
Udaliśmy się do większego z pokoi i usiedliśmy na krzesełkach naprzeciwko siebie. Oczywiście wywiązała się mała sprzeczka na temat tego, kto ma opowiadać pierwszy. Jak było do przewidzenia przegrałam. Nie do wiary, prawda? Jednak mój brat był na tyle uparty, i chyba coraz bardziej zły, iż musiałam w pewnym momencie odpuścić. Oczywiście nie bez małych złośliwości.
               Zaczęłam opowieść od samego początku. Owszem, mogłam pominąć niektóre fragmenty. Tym razem jednak czułam, iż powinien poznać całą opowieść. Niezależnie od tego, jak wielkie kłopoty będę z tego powodu miała.
Powiedziałam mu o postrzelonym mężczyźnie w zaułku, a moim zdziwieniu na dźwięk huku wystrzału i o tym, co zrobiłam, kiedy już dotarłam na miejsce. Oczywiście tutaj już pojawił się pierwszy komentarz mojego brata, iż kiedy tylko usłyszałam dźwięk strzału, powinnam stamtąd uciec, bo przecież mógł to być łowca.
Nawet nie spodziewał się, że to coś znacznie gorszego.
Potem płynnie przeszłam do tego, jak spotkałam Eda, który poprosił mnie o zaprowadzenie na miejsce przestępstwa.
- Pokazał odznakę.
- Tak.
- Była prawdziwa?
- Popadasz już w paranoję!
Potem mniej pewnie opowiedziałam mu o tym, jak to wpadłam na genialny pomysł, że chcę również uczestniczyć w śledztwie. A zaraz po tym zaprowadziłam, jeszcze wtedy nieznanego mi mężczyznę, do naszego domu, gdzie tam on perfidnie mnie uśpił.
- Oszalałaś?! Nie znałaś go! Mógł ci coś zrobić.
- Siedzę, oddycham i rozmawiam z tobą. Nic mi się nie stało.
- Ale mogło.
Nie wdając się w dalszą dyskusję na ten temat, płynnie przeszłam do tego, jak to postanowiłam sama się zabrać za to śledztwo i jak fatalnie mi szło. Powiedziałam mu również o tym, jaki szok przeżyłam, jak zobaczyłam tegoż mężczyznę następnego dnia przed drzwiami naszego domu z bukietem kwiatów. Oczywiście nie omieszkałam mu powiedzieć, jak zareagowałam.
- Dziwię się, że nie rzuciłaś w nim nożem. Nawet bym ci wtedy przyklasnął.
- Przyznam, że sama się sobie wtedy dziwiłam.
- Może jeszcze nie jest za późno?
- James!
- Tak tylko mówię.
Opowiedziałam mu dalej o naszym powolnym dochodzeniu do tego, kto może być sprawcą i jaki plan wymyśliłam, aby zwabić naszych morderców.
- Wystawiłaś się im na cel? Czy ty do resz…
- Słuchaj dalej.
Aby trochę rozluźnić atmosferę, opowiedziałam również o mojej, jakże cudownej, podróży do centrum handlowego na zakupy mojego życia.
Nawet się nie uśmiechnął.
Zrezygnowana przeszłam do tej najmniej przyjemniej części. Jednym tchem, starając się jak najszybciej mówić, opowiedziałam mu dalsze wydarzenia. Jak to udałam się z Edem do kasyna, zaciągnęłam niewyobrażalny dług, pojechaliśmy razem do jego willi, w oczekiwaniu na ruch morderców, o tym, jak to Szablastozębny zaskoczył mnie w ogrodach i o tym, jak Ed go zabił, jak najszybciej opowiedziałam mu o naszej małej potyczce w ogrodach jego willi. A później powoli przeszłam do tego, że dostałam propozycję współpracy. I że się zgodziłam.
James wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jeszcze długo po zakończeniu historii nic nie mówił. Wiedziałam, że lada chwila nastąpi wybuch.
- Nie będziesz tam pracowała. Nie zgadzam się. A jak tego gościa choć raz zobaczę, zamorduję. Przysięgam.
O, nie. Tak rozmawiać nie będziemy. Nie będzie mi dyktował, co ma robić. Teraz to ja byłam wściekła.
- Sama będę o sobie decydować. A Eda zostaw w spokoju. To był mój pomysł. I jeżeli miałabym to zrobić jeszcze raz, zrobiłam bym to.
- Nie rozumiesz, że prawie zginęłaś?! – wrzasnął
- I co z tego?! Przez piętnaście lat, dzień w dzień mogłam zginąć! Nie praw mi teraz morałów! To jest jedyna szansa, abym w końcu mogła o tym zapomnieć!
- Nie w taki sposób!
- To będzie moja decyzja! Ja ją pojęłam i będę się jej trzymać!
- Jestem twoim starszym bratem!
A teraz powiem coś, czego naprawdę będę żałować. Ale sam się o to prosił.
- Dopiero od pięciu lat! Znamy się pięć lat, a ty chcesz za mnie wszystko robić! Wcześniej radziłam sobie sama!
Mój brat spojrzał na mnie lekko zaskoczony i urażony. W jego oczach widziałam jednak głęboki żal i ból.
Między nami zapanowała cisza. Niektórzy w tym momencie zlinczowaliby mnie za te słowa. W końcu mój brat chciał dla mnie jak najlepiej. Troszczył się o mnie. Bał. Po prostu… przemawiały przez niego te więzy rodzinne, których ja nie potrafiłam w sobie odnaleźć.
I czułam się z tym potwornie.
- James…
- Martwię się o ciebie. Zrozum to. Nie chcę cię znów stracić. Nie po to odzyskałem cię te pięć lat temu. – powiedział w końcu. Jego głos był wyprany z emocji. Nie wiedziałam czy jest wściekły, czy załamany.
- Wiem… Ale nie możesz chronić mnie przez całe życie.
- Ale wybrałaś taki kierunek… A jeżeli na którejś akcji ci się nie powiedzie? Co wtedy?
- Tak mało wiary masz we mnie? – zaśmiałam się gorzko.
- Dobrze wiesz, że nie o to chodzi.
- To co niby mam zrobić? I zanim odpowiesz, nie, nie zrezygnuję z tego.
Mężczyzna westchnął ciężko. Znów zapanowało między nami milczenie. Mój brat chyba przetwarzał informację. Albo zastanawiał się, jak zamknąć mnie w pokoju, abym siedziała w nim grzecznie, bez możliwości wydostania się.
- O każdej akcji masz mnie informować. Jak będą kłopoty, masz dzwonić, jasne.
- Będziesz mnie kontrolował?!
- Albo się zgadzasz, albo zapomnij o tej całej współpracy.
- Jesteś okropny!
- Jeżeli uznam, że sobie radzisz, zdejmę te zasady. Zrozum, martwię się o ciebie.
Stłumiałam chęć przewrócenia oczami. To mogłoby znów pogorszyć moją sytuację. Postawiłam więc na neutralne pytanie.
- A tobie co się stało? Kolej na twoją historię.
James zaczął powoli i bez entuzjazmu opowiadać swoje przygody z minionych dni. Dowiedziałam się o jego nowej znajomości.
- Kiedy ślub? – zapytałam zgryźliwie
- Nawet nie zaczynaj…
Potem przeszedł do spotkania z Łowczynią i do walki z nią. Potem było coś o jakimś domu, prowizorycznym opatrunku, kolejnej walce i o szpitalu. Ja jednak zatrzymałam się na samym temacie walki.
- Zaraz, zaraz. Ty mi prawisz morały na temat narażania się, a sam co zrobiłeś?!
- Jestem starszy, nie dyskutuj.
- Ale…
- Nie dyskutuj.
Reszta wieczoru upłynęła nam na dalszych kłótniach, złośliwych uwagach, przekomarzaniu się, przedrzeźnianiu się i tych wszystkich rzeczach, które robi razem rodzeństwo.
Pierwszy raz czułam się tak dobrze.
Tak, jakbym miała rodzinę. Jakbym kogoś obchodziła.
Choć jedną osobę z całego świata.


Ezequiel? Coś mi się udało nawet naskrobać XD

2 wrz 2017

Od Aurayi do Ezequiela

               W powietrzu miedzy nami zapanowała cisza, przerywana jedynie przez ciche głosy ludzi znajdujących się na dole. Żadne z nas zaś nic nie mówiło. Bo było coś do mówienia? Ed czekał na moją odpowiedź, nie poganiał mnie. Siedział i cierpliwie czekał, jakby wiedział, że ta decyzja wcale nie jest taka łatwa.
Choć jakby na to nie patrząc, właśnie taka powinna być. W niedalekiej przeszłości jeszcze sama o tym myślałam. To dlaczego teraz się waham? Czy powodem są te ciała na dole? Nie… wiele razy już byłam zmuszana do oglądania podobnych widoków. Więc może chodzi o ryzyko utraty życia? Nie, to na pewno też nie. Przez lata walczyłam na śmierć i życie. Takie potyczki już przestały mnie ruszać. Więc o co chodzi?
O brak zaufania. Nie potrafisz zaufać, nawet po tym wszystkim.
Choć z ciężkim sercem, musiałam się z tym zgodzić. Naprawdę pierwsze, o czym pomyślałam po usłyszeniu propozycji mężczyzny, było, iż jest to okrutny żart. Do tego stopnia, iż na początku przyglądałam się  mężczyźnie w niepewnym oczekiwaniu, aż ten wybuchnie śmiechem i powie, że to był tylko żart, a ja byłam na tyle głupia, iż uwierzyłam w coś tak nieprawdopodobnego.
Nadal w to nie do końca wierzyłam.
No bo w zasadzie dlaczego miałam w to wierzyć? Po pierwsze, nikt nigdy nie chciał ze mną współpracować. Każdy ode mnie uciekał, jakby bał się nawet przebywać w moim towarzystwie. Po drugie mężczyzna powiedział, iż wolałby się samemu poświęcić. Jak w TO miałam wierzyć? Od zawsze ludzie byli gotowi mnie zabić, aby samemu przetrwać. Ludzie, którym ufałam, których odważyłam się nazywać przyjaciółmi, zdradzali mnie dla własnych korzyści.
- Mówisz poważnie? – spytałam, spoglądając na mężczyznę kątem oka, lekko podejrzliwie.
- Najwidoczniej.
- Nie żartujesz?
- Raczej nie jestem znany z robienia dowcipów.
- To nie jest żaden podstęp?
Mężczyzna spojrzał na mnie. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał, jakby chciał odkryć jakąś tajemnicę. Albo przynajmniej powód mojego ciągłego upewniania się, czy to aby na pewno jest realne.
- Mam rozumieć, że te pytania prowadzą do odpowiedzi na „tak”?
- Naprawdę chcesz ze mną współpracować?
- To już ustaliliśmy. Zdecydowałaś się? – brzmiał trochę na rozbawionego całą tą sytuacją.
- Ja… chciałabym z tobą współpracować. – powiedziałam to w końcu.
- W takim razie chodź na dół. Dostaniesz całą papierkową robotę. – wstał, strzepał spodnie i ruszył w kierunku zejścia.
- Zejdź sam. Ja zaraz do was dołączę.
Ed nie zadawał żadnych pytań. Skinął jedynie głową i zniknął w odmętach willi. A ja znów pozostałam sama na szczycie budynku, spoglądając na wszystko z góry. Chciałam mieć jeszcze chwilę dla siebie, aby trochę ochłonąć i przetworzyć informację z przeprowadzonej przed chwilą rozmowy.
Odetchnęłam kilka razy głęboko, aby uspokoić jeszcze lekko drżący oddech i dokładnie otarłam łzy, aby nie było ich już więcej widać. Naprawdę byłam na siebie wściekła za to, iż mężczyzna widział mnie we łzach. To była oznaka słabości. Ja nie płaczę.
Oprócz doprowadzania się do w miarę normalnego stanu, chciałam również raz jeszcze przeanalizować tę całą propozycję. Czy dalej nie wierzyłam, iż jest to realne? Niestety trochę tak. Pomimo zapewnień mężczyzny miałam pewne wątpliwości. A nawet jeżeli jest to prawda, to jaka jest szansa na to, że ja się tutaj utrzymam? Skąd mam wiedzieć, że po następnej akcji, jeżeli w ogóle jakaś będzie, nie stwierdzą, że to był jednak błąd, aby mnie przygarnąć i najzwyczajniej w świecie się mnie pozbędą? Choć ciężko mi się do tego przyznać przed samą sobą, bałam się. Bałam się, że naprawdę ich zawiodę, że również pozbędą się mnie, tak jak wszyscy inni. Czy chciałam się w to dobrowolnie pakować, skoro wiedziałam, iż istnieje ryzyko, że tak to właśnie się zakończy?

Kiedy stwierdziłam, że nie ma sensu tego wszystkiego więcej przedłużać, wstałam i wolnym, trochę niepewnym krokiem zeszłam z dachu i udałam się w kierunku dwójki rozmawiających mężczyzn.
- Aurayo, poznaj Blaira Tachera, komendanta policji w San Lizele. – powiedział Ed, kiedy tylko zauważył, że się zbliżyłam.
Skinęłam głową na powitanie, nie do końca będąc pewną jak właściwie powinnam zareagować.
- Z tego, co słyszałem, to zdecydowałaś się na współpracę. Świetnie. Zaraz dam ci odpowiedne dokumenty do wypełnienia. Najlepiej, abyś wypełniła je jak najszybciej. A, jeszcze chciałem podziękować ci za uratowanie dupy temu tutaj – wskazał palcem na Eda. – Zawsze najpierw robi potem myśli.
Stłumiłam uśmiech cisnąć mi się na usta. Chyba w takiej sytuacji nie wypadało się śmiać, prawda?
- Em… To nic wielkiego. – powiedziałam pierwsze, co przyszło mi do głowy.
I na moje szczęście nie musiałam nic więcej mówić, ponieważ mężczyznę, jako komendanta policji wzywały obowiązki. Każdy czegoś od niego chciał, a wszystko wymagało jego interwencji. Dlatego już po chwili zostawił nas samych pośrodku pola trupów.
Rozglądałam się dookoła po poległych. Jednak byłam na tyle zmęczona, że nie byłam w stanie dłużej czuć żalu i smutku wobec nich. Jedyne, o czym teraz marzyłam, to powrót do domu. Zapewne James się martwi, a jak wrócę, będę mieć szczegółowe przesłuchanie. Ale tym razem mi to nie przeszkadzało. Tym razem było inaczej. Chciałam, aby wysłuchał mojej historii.

Ezequiel? Emerytura coraz bliżej...

7 sie 2017

Od Aurayi do Ezequiela

               Jeździec bez głowy. Ed był jeźdźcem bez głowy.
Potrzebowałam dokładnie dwóch sekund, aby ta informacja choć w części do mnie dotarła. Był moment, kiedy przyglądałam mu się z lekką fascynacją. Na płomienie otaczające jego i jego wierzchowca. Na broń, którą również pochłoną ogień, a który później przechodził na wrogów nią ugodzonych. Był majestatyczny w całej okazałości, nie do zatrzymania przez nikogo.
O jeźdźcach słyszałam jedynie z historii i legend. Była to rasa w zasadzie owiana tajemnicą. Praktycznie na wymarciu.
Przyznam, że zawsze się ich obawiałam. W końcu to oni ścigają grzeszników, osoby niegodne chodzić po tym świecie. Czy ja na to zasługiwałam? Przez całe swoje życie uważałam, że nie. Istna ironia, prawda? Anioł, istota czysta, stworzona ze światła nie jest na tyle godna, aby żyć.
A więc kto w takim razie jest?
               Z moich myśli wyrwał mnie świst pocisku, który przeleciał tuż obok mojego ucha. Zaklęłam pod nosem i uskoczyłam przed drugim pociskiem, precyzyjnie wymierzonym w moje serce. Przynajmniej połowa z tych ludzi była wyszkolona do walki z nadnaturalnymi. Nie obawiali się nas. Ba. W swej istnej naiwności, bądź głupocie, nacierali to na mnie, to na Eda. Naprawdę wierzyli, że mogą wygrać.
Nie dawałam im zbyt dużych szans. W końcu kto może równać się z jeźdźcem bez głowy, którego dosłownie nic nie może powstrzymać, i z aniołem, który ma jedynie dwa słabe punkty. Choć jeżeli mam być szczera, nienawidziłam siebie za te słabości.
Tak, cóż. Zdanie zmieniłam, kiedy poczułam rozdzierający ból w prawym ramieniu. Tylko jedna rzecz na świcie mogła spowodować, że czułam się, jakbym płonęła, a moje siły od razu spadły.
Wszelkiego rodzaju pociski czy jakakolwiek ich broń. Wszystko zawierało w sobie krew demona.
Dobra. Odwołuję to, co mówiłam. Przygotowali się do walki z nami.
Kiedyś, dawno temu,  byłam przyzwyczajona do bólu. Zwłaszcza do tego rodzaju bólu. Zwykła broń nie robiła mi praktycznie żadnych szkód. Cięcia mieczem, rany kłute, dokładnie wszystko goiło się niemal natychmiast po zadaniu obrażenia. Dlatego, jak to określał mój niby „tata”, byłam tak bardzo dla niego opłacalna. Powtarzał mi setki razy, jaki to on nie jest genialny, iż w tak młodym wieku posłał mnie na Arenę. W końcu miałam czas na praktykę i naukę fachu. Przy czym nic nie mogło mi się stać. Niemal zaczął tańczyć, kiedy wygrałam swoją pierwszą walkę. Dla niego nie było istotne to, że później przez tydzień dochodziłam do siebie, ponieważ nie byłam na to przygotowana. On pierwsze co zrobił po tej walce, to poszedł policzyć pieniądze.
Gorzej było, kiedy po raz pierwszy na Arenie pojawiła się broń wytopiona w krwi demona. Pierwsza moja walka przeciwko takiej broni nie zakończyła się zbyt dobrze. Przez miesiąc nie mogłam walczyć. Znaczy… przez dwa, ale „tatuś” powiedział, że wszystko jest dobrze, i żebym przestała udawać.
Rany te były bardzo nieprzyjemne. Nie chciały się goić, przynosiły ze sobą wyłącznie ból i cierpienie. Nic nie może równać się z tym bólem.
Kolejne kule leciały w moją stronę z zatrważającą prędkością. Miałam wrażenie, że z każdą mijaną sekundą było ich coraz więcej. Jak to możliwe, że oni nadal mieli jakiekolwiek pociski w magazynku, skoro ja już dawno wyrzuciłam wszelaką broń palną, jaką udało mi się znaleźć przy pasie od Eda. Jedyne, co teraz miałam do dyspozycji, to jakieś sztylety, które na dobrą sprawę nie przydadzą się na dalszą odległość. Cholera, muszę coś wymyślić i to jak najszybciej.
Albo… poczekać aż dwa głupki podejdą do mnie w przypływie pewności siebie. Ci dwaj zdecydowanie byli zbyt zarozumiali, aby choć przez sekundę pomyśleć, że do anioła, którego nadal nie idzie pokonać, podchodzić jak gdyby nigdy nic. Choć w zasadzie ja akurat nie powinnam narzekać. Myślę, że nawet im podziękuję. Od razu przyjęłam pozycję do obrony, stałam  nieruchomo, uchylając się jedynie przed nadlatującymi pociskami, czekając na pierwszy ruch przeciwnika. Młodszy z nich wykonał go pierwszy, zapewne chciał pokazać starszemu koledze, że on również coś potrafi, a może nawet, że jest lepszy. Szkoda tylko, że z tą myślą będzie musiał udać się na drugą stronę.
Zareagowałam natychmiast. Złapałam go za wyciągniętą w moją stronę rękę i przerzuciłam przez plecy, powalając go tym samym na ziemię i wbijając mu sztylet w serce.
Starzec widząc całą tą sytuację z okrzykiem złości zaczął do mnie biec. Chciał mnie zaatakować od tyłu. Amator. Jakby od niechcenia uderzyłam go łokciem w brzuch, odwróciłam się w jego stronę i kopnięciem posłałam go na ziemię. Gdy przy nim klęknęłam, aby zabrać mu jego broń, zobaczyłam przerażenie w jego oczach.
Po sekundzie wahania zostawiłam go, zwijającego się na ziemi z bólu i zajęłam się kolejnymi śmiałkami, którzy już pędzili w moją stronę.
Zagłębiłam się w szał bitewny. Czułam się, jakby nikt i nic nie mogło mnie zatrzymać. Szkoda, że nie miało to przełożenia na rzeczywistość. Tak naprawdę robiło się coraz gorzej. Nigdzie nie mogłam dojrzeć Eda. Ludzi Kopciuszka cały czas przybywało. Na moim ciele pojawiało się coraz więcej ran, które coraz bardziej mi doskwierały i osłabiały. Przy czym traciłam już siły na jakiekolwiek działanie. Lecz mimo wszystko, pomimo całego wyczerpania, nie miałam zamiaru się poddać. Nie dam im zwyciężyć. Może i jest źle, może i nie widać, aby miałoby się to dla nas skończyć szczęśliwie, ja będę walczyć do końca.
Kiedy myślałam, że gorzej już być nie może, zauważyłam podjeżdżający samochód z karabinem maszynowym.
Oni sobie chyba żartują…
Już miałam biec w tamtym kierunku, kiedy moją uwagę rozproszyła poruszająca się ściana ognia. Ed w swej pełni mocy pędził na spotkanie niszczycielskiej maszynie, aby jednym sprawnym ruchem ją zniszczyć. A gdy wyskoczył w górę wydawało się, że nic go nie może powstrzymać.
Wydawało się, ponieważ zaraz po lądowaniu spadł z konia i znów wrócił do postaci człowieka.
- ED! – krzyknęłam szczerze przerażona.
Nie zwracając uwagi na otaczających mnie przeciwników, torując sobie drogę śmiercionośnymi machnięciami sztyletów, ruszyłam w stronę mężczyzny.
Oby nic mu nie było.
Nikt nie zamierzał ułatwić mi dotarcia do niego. W zasadzie usłyszałam krótki okrzyk triumfu i zaraz wszyscy zaczęli zbierać się wokół mnie i mężczyzny. Przez nich nie widziałam, co się z nim dzieje. Walczy? Daje radę? Jest ranny?
Byłam tak przerażona i  wściekła, że po raz pierwszy od wieków poczułam na swojej skórze przepływ mocy. Było to dla mnie tak niespodziewane, że musiałam chwilę zastanowić się nad tym dziwnym uczuciem nowej energii. Oraz nad tym, że zaczęła otaczać mnie dziwnie jasna poświata.
Bo widzicie. Anioły nie panują nad swoją mocą. Ja nie mogę, tak jak na przykład wilkołak, wampir, czy chociażby zwykła zmora przywołać jej na zawołanie. Trenowałam przez lata, żeby choć w stopniu zacząć nad nią panować. Nic z tego. Wszystko zależało od… jak to szło? Od moich uczuć i emocji.
A więc wiadomo, dlaczego przez praktycznie całe życie nie mogłam jej używać…
Garniaki będąc równie zaskoczeni, co ja, zaczęli się trochę cofać. Oni również potrzebowali chwilki, aby oswoić się z nową sytuacją. Czyżby nikt im nie powiedział, że anioły, choć z rzadka, również mają moce? No nic. Jedyne, co teraz mogłam zrobić, to wykorzystać ich chwilowe zmieszanie, aby szybciej dostać się do Eda. Z jeszcze większą determinacją zaczęłam przeciskać się pomiędzy nimi.
Gdy do niego dotarłam, przeraziłam się jeszcze bardziej. Ed leżał na ziemi nieprzytomny. Zauważyłam, że prawe udo ma ranne. Ale dookoła rany nie było krwi. Wszystko było… zamrożone? Usłyszałam ciche, niespokojne rżenie wierzchowca. Kręcił się zaniepokojony w pobliżu swojego właściciela. Najpierw podeszłam do niego, złapałam go za uzdę i zmusiłam, aby spojrzał w moim kierunku. Naprawdę nie miałam zbyt wiele czasu, ponieważ garniaki już zaczynały strzelać w naszym kierunku, a jeżeli mam pomóc Edowi, potrzebowałam chwili spokoju.
- Uspokój się. Nic mu nie będzie. Ale ja potrzebuję twojej pomocy. Jeżeli mam pomóc Edowi, ty musisz jakoś powstrzymać tych, którzy mu to zrobili. – powiedziałam najspokojniej, jak tylko potrafiłam. Kiedyś wyczytałam, że anioły mają dobry kontakt ze zwierzętami. Ciekawe, czy to prawda. – Mogę liczyć na twoją pomoc?
Koń zarżał lekko i ruszył galopem na osoby znajdujące się najbliżej nas.
- Tylko uważaj na siebie i nie daj się trafić! – krzyknęłam za nim.
Nie tracąc ani sekundy, szybko uklękłam przy mężczyźnie. Oddychał, ciężko i z coraz większym trudem, ale przynajmniej oddychał. Żył. Mogłam mu jeszcze jakoś pomóc. Szkoda tylko, że nie wiedziałam jak.
- Ed! Wstawaj! Nie poradzę sobie sama! – potrząsałam nim w rozpaczliwym geście. – Musisz z tym walczyć! No wstań!
Czułam, że ogarnia mnie przerażenie. To było dla mnie nowe uczucie, lecz wiedziałam, że nie jest najlepszym kompanem podczas walki. Wzięłam głęboki wdech, aby się uspokoić.
Myśl, nie ma czasu…
I wpadłam na jeden pomysł. Nie wiem, na ile mi to wyjdzie, ale chyba spróbować mogę. Muszę. Nie pozwolę mu zginąć.
Anioły posiadają pewną, właściwą tylko im moc, której jednak nie kontrolują.
Pochylam się nad Edem i skupiam na nim całą swoją moc, która postanowiła wspomóc mnie w tej walce. Po raz pierwszy od dwudziestu czterech lat.
Jej używanie zależy od ich emocji i uczuć.
Jestem wściekła. Jestem zła. Jestem przerażona. Lecz wiem, że nie wolno mi się teraz poddać. Jestem również silna. Radziłam sobie z niejedną przeciwnością losu. Choć nie zawsze było łatwo.
Mimo braku kontroli, starsze osobniki są niezwykle potężne, w skrajnych wypadkach potrafią nawet uratować kochaną osobę przed śmiercią.
Choć raz niech będzie tak, jak ja chce. Niech choć raz świat stanie po mojej stronie. Nie pozwolę nikomu więcej umrzeć. Nie komuś, kto przebywał w moim otoczeniu, kto musiał znosić moją obecność, bo byłam zbyt uparta, by odpuścić. To wszystko moja wina. Może i nie zgadzaliśmy się w ogóle. Może i nie dogadywaliśmy się wcale. Non stop się kłóciliśmy. Ale on przynajmniej wytrzymał ze mną trochę dłużej, niż inni. Przy czym nie traktował mnie jak wybryk natury.
Poczułam, jak moja moc w końcu postanawia działać, jak wtapia się w ciało mężczyzny, jak spowija go jasne światło.
Czuję, jak resztki energii mnie opuszczają, a moja moc znika razem z nimi. Spoglądam na Eda, który nadal leży nieprzytomny.
- Masz wstać! – krzyczę i, choć zabrzmi to absurdalnie w obecnej sytuacji, uderzam go.
A wtedy on otwiera gwałtownie oczy i siada, łapiąc łapczywie powietrze.
Czuję niewyobrażalną ulgę.
- Wstawaj, Śpiąca Królewno. Ja i twój koń nie będziemy za ciebie całej roboty odwalać. – mówię.
Nie czekając na jego odpowiedź, dając mu chwilkę na dojście do siebie, wstaję i na powrót zagłębiam się w pole walki.
Na nasze szczęście zostało ich już niewielu. Znaczy można tak to powiedzieć. Została nieco mniej niż połowa ludzi. Większość uciekła ze strachu przed tym, że nie idzie nas zatrzymać. Reszta nie wiedziała co ze sobą począć. Po śmierci Kopciuszka i Szablastozębnego nie było ani jednej osoby, która wydawałaby im polecenia.
Kątem oka dostrzegłam, że Ed wstaje i na powrót zaczyna walczyć.
- Miło, że wróciłeś. – powiedziałam, spoglądając w jego stronę i posyłając serię pocisków w ludzi, którzy podążali w jego kierunku. Trzy na pięć trafień. Niech to szlag.
Z jeźdźcem bez głowy u boku bitwa już nie była taka straszna. Mężczyzna po krótkim czasie znów się przemienił i zaczął siać pogrom między siłami wroga. Moja moc zaś postanowiła znów przejść w stan spoczynku, no jasne…, więc musiałam zadowolić się bronią, którą udawało mi się zdobyć od poległych. A i jej było coraz mniej, ponieważ większość ludzi wykorzystała już całą swoją amunicję. Choć były i tego plusy. Nie mieli już czym nas osłabić. Ja już i tak miałam w sobie wystarczającej ilości krwi demona. Rany cięte również coraz bardziej mi doskwierały. Muszę przyznać, że zazdrościłam Edowi tego, iż nie jest w stanie go praktycznie nic zatrzymać.
Żeby było zabawniej. Wszyscy dookoła mnie jednogłośnie stwierdzili, że lepiej będzie, jeżeli razem skrzykną się przeciwko mnie. To w zasadzie można by było uznać za ich ostatni akt desperacji, jedyna nadzieja, której się chwycili. Szkoda tylko, że ta nadzieja miała szansę się udać. Ja byłam uziemiona, nie miałam nawet jak się wzbić w powietrze przez ranę w skrzydle. Problemy w bronieniu się również zaczynałam mieć coraz większe. No i nie miałam broni. A ci po prostu mnie otoczyli, z bronią wycelowaną we mnie. Spięłam wszystkie mięśnie, przygotowując się na to, co może nadejść. Miałam przy sobie jedynie dwa pistolety. Bez żadnych naboi.
Myślicie, że tania sztuczka wystarczy na nich?
Może się udać.
Gdy tylko usłyszałam głuchy dźwięk wystrzału, padłam na ziemię. I już o połowę zredukowała się liczebność otaczającej mnie grupy. Reszta była w szoku tym, co się wydarzyło na tyle, aby nie zauważyć na czas, że przeszłam do kontrataku.
Zawsze wydawało mi się, że koniec jakiejś walki powinien wyglądać spektakularnie. No wiecie, na tych wszystkich filmach, które widziałam, a do których obejrzenia zmusił mnie James, walki kończyły się w jakiś ciekawe sposób.
Tutaj wszystko było zwyczajne. Ludzie Kopciuszka w pewnym momencie zaczęli już uciekać, pozostawiając po sobie jedynie poległych towarzyszy.
Zewsząd zaczęły otaczać mnie trupy. Fakt, nie raz byłam świadkiem śmierci. Na Arenie walki na śmierć i życie były powszechne. Czy to możliwe, że po tylu latach oglądania takich widoków stałam się obojętna? Bezduszna? Przecież powinnam mieć choć trochę wyrzutów sumienia. Tylko potwory ich nie mają.
- Auraya? Wszystko w porządku?
- Chyba tak. – odpowiadam beznamiętnie.
- Chodź do domu. – mówi, a ja tylko kiwam głową i ruszam za nim.
Siedzieliśmy w salonie i opatrując sobie rany, czekaliśmy na przyjazd policji. Po wejściu do domu Ed od razu wykonał telefon do swojego biura i powiedział o całej sytuacji. Teraz czekaliśmy tylko na ludzi, którzy posprzątają i zaprotokołują cały ten bałagan, który narobiliśmy.
- Czyli to już koniec?
- Kopciuszek i jego ludzie nie żyją. Na to wygląda.
Powinnam się cieszyć z tego powodu. W końcu wrócę do domu, do normalności. Do samotności. A jednak z jakiegoś powodu czułam żal. Spodobała mi się ta praca. Dawała mi swoistego rodzaju poczucie choć niewielkiego odkupienia. Kiedyś to ja krzywdziłam ludzi. Teraz takim ludziom wymierzałam sprawiedliwość. Jednak bałam się o tym powiedzieć Edowi. Wiedziałam, że by się nie zgodził. Już teraz był zły, że musiał ze mną współpracować.
A może dałoby radę załatwić to tak, by się nie dowiedział?
Gdy mężczyzna poszedł wszystko załatwiać, ja zajęłam się bandażowaniem ran. Nie sądziłam, że odniosłam ich tak wiele. Oczywiście część z nich, na szczęście, już zaczęła się goić. To nie potrwa długo. Do wieczora powinny zniknąć. Z ranami zadanymi bronią z krwią demona już nie było tak przyjemnie. Nadal krwawiły, powodując, że nowe warstwy bandaży szybko przesiąkały i zmieniały swój kolor na czerwony.
Lecz niedługo to minie i będą mogły goić się w spokoju. To dlaczego ta myśl mnie nie cieszy? Może dlatego, że wiem, co mnie czeka po ich zagojeniu. Jeszcze więcej szpecących mnie blizn. Nienawidziłam się za nie. Czułam się z nimi okropnie. Czułam się jeszcze większym dziwadłem. To je zawsze staram się przed wszystkimi ukryć. To one kierują tym, że nigdy nie założę swobodniejszych ubrań, przerażona myślą, że mogą ujrzeć światło dzienne.
Nie powinnam się tym przejmować. Nie powinnam o tym myśleć. Nie potrafiłam jednak się powstrzymać.

Kiedy udaje mi się doprowadzić do względnego porządku, nie wiedziałam, co mam zrobić. Mężczyzna poszedł załatwiać coś z tymi, którzy przyjechali, a ja pozostałam sama sobie. Nie widziało mi się wychodzić na zewnątrz do tych wszystkich ludzi. A w zasadzie jedyne, czego teraz pragnęłam, to pobyć sama. I nawet wiem, gdzie będzie idealne miejsce. O ile jest do tego miejsca jakakolwiek droga. Niestety przez uszkodzone skrzydło mam trochę ograniczone możliwości.
A jednak, po długich poszukiwaniach i małym wywiadzie, udało mi się jakoś odnaleźć drogę na dach. Gdy poczułam chłodny wiaterek na twarzy, od razu poczułam się lepiej. Podeszłam do krawędzi dachu i usiadłam. Miałam świetny widok na wszystko, co działo się w dole. Widziałam, jak ludzie wywożą poległych w czarnych workach. Nawet z tej odległości potrafiłam powiedzieć, którzy zmarli byli moimi ofiarami. Czy czułam się z tym dobrze?
Oczywiście, że nie.
Nie czułam wyrzutów sumienia. Jedynie żal. Żal dla poległych. Czy to źle o mnie świadczy?
Oczywiście nie żałuję Kopciuszka czy Szablastozębnego. Oni zasługiwali na śmierć. To ludzi im posłusznych było mi szkoda. Wybrali nie tę drogę, którą trzeba i przyszło im zapłacić za ten wybór najwyższą cenę.
Tyle lat temu, na Arenie, również nie mogłam się z tym pogodzić. Nadnaturalni, tacy jak ja, byli tam sprowadzani wbrew swojej woli. I ginęli, bez podjęcia własnej decyzji. Ku uciesze ludzi.
Zaśmiałam się na myśl, że anioły mają przynosić nadzieję. Moje śnieżnobiałe skrzydła miały symbolizować czystość i dobroć. Ja natomiast zastanawiałam się, jak po tylu latach przelewania krwi nadal były białe.
Otoczyłam się szczelnie dookoła skrzydłami. Robiło się coraz chłodniej, a ja chciałam się osłonić i przed chłodem, i przed światem.
Widziałam, jak słońce zniża się nad linię horyzontu, aby po prostu się za nią schować, zabierając ze sobą wszystkie wspomnienia dzisiejszego dnia.
Dziś wstanie Krwawy Księżyc.
Gdyby Ed mnie teraz zobaczył, pewnie by się ze mnie nabijał. W końcu byłam wojowniczką. Przeżyłam tysiące takich walk. Ale to nie walka mnie tak poruszyła. Może nawet i nie sama śmierć. Tylko to, że ci ludzie zginęli bez sensu. Ślepo podążali za Kopciuszkiem. Wiedzieli, co może ich spotkać. Sami podjęli taką decyzję. A jednak te myśli nie sprawiały, że czułam się lepiej.
Na Anioła, jaka ja musiałam być żałosna.
Przestaję się dziwić, że mężczyzna chciał się mnie pozbyć z tej sprawy.

Ezequiel?