Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samuel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samuel. Pokaż wszystkie posty

6 paź 2017

Od Sama cd. Ashlynn

Świętując moje małe zwycięstwo, uśmiechnąłem się do Ashlynn mimo, że raczej nie darzyła mnie chociażby naparstkiem sympatii. Teoretycznie nie powinienem zadawać się z łowcą, który dzień wcześniej trzymał nóż na moim gardle, ale to już inna sprawa. W ty momencie raczej nie planowała w głowie sposobu, w jaki odbierze mi życie, bynajmniej taką miałem nadzieję.
Mogłaby wykazać chociaż odrobinę wdzięczności za uratowanie jej syna, bo centrum miasta - bynajmniej dzisiaj - nie było dla niego zbyt bezpiecznym miejscem. Nie chciałem i nie zrobiłem nic złego, no może poza wybiciem okna, ale w słusznym celu! Inaczej pewnie błądziłaby teraz wśród ludzi, wypytując wszystkich o małego chłopca, albo słusznie udałaby się na policję, w momencie gdy ten był całkowicie bezpieczny w swoim domu.
- Nie musisz mnie lubić - zacząłem, jednak zaraz mi przerwała.
- I nie zamierzam.
- W porządku, rozumiem. - Kiwnąłem głową. - Jedna kawa.
- Jedna kawa. - Powtórzyła, chcąc dać mi do zrozumienia, że mam nie liczyć na kolejną. W momencie, gdy chciałem coś jej odpowiedzieć, do pokoju wpadł szeroko uśmiechnięty Toby z dwoma plastikowymi samochodzikami w rękach.
- Sam! Pobawisz się ze mną jeszcze? - Podbiegł do mnie, podając mi jeden z pojazdów.
- A co jak znowu przegram wyścig? - Zrobiłem smutną minę, a chłopiec zaczął się śmiać.
- Musisz spróbować!
- Skarbie, Pan musi już iść. - Wtrąciła się Ashlynn.
- Ale dlaczego?
- Musi iść do pracy. Zaraz się z tobą pobawię. - Uśmiechnęła się ciepło, miała naprawdę ładny uśmiech, pod warunkiem, że uśmiechała się do swojego syna. Mi obrywało się raczej tymi ironicznymi, złośliwymi i uśmiecham się, ale zrób coś nie tak, to cię zabiję. 
- Ale ty jesteś dziewczyną - westchnął, opuszczając nisko ręce - Dziewczyny nie bawią się samochodami.
- Niektóre się bawią. - Wzruszyła ramionami i ukucnęła obok Toby'ego.
- Ale..
- Żadnego "ale" skarbie, zmykaj do pokoju i zaraz do ciebie przyjdę - powiedziała, a chłopiec podniósł wzrok na mnie.
- Saaaaam! Proszę! - Spojrzał na mnie, wyginając usta w podkówkę. Co ja mogłem zrobić, skoro Ashlynn chciała jak najszybciej pozbyć się z mnie z jej mieszkania? W sumie po części jej się nie dziwiłem, w końcu jakiś obcy facet przywiózł jej dziecko do domu, wybił szybę i teraz siedzi w jej kuchni.
- Może dasz nam pięć minut? - Zerknąłem na nią, marszcząc brwi. Wątpiłem, że się zgodzi, a nawet byłem tego pewny, jednak nie mogłem patrzeć na tą smutną minę. Ashlynn pokiwała przecząco głową, co najpewniej było już jej ostateczną decyzją, więc postanowiłem nie dyskutować na ten temat.
- Zróbmy szybki wyścig na stole, zgoda? - Spytałem Toby'ego. - Nie mogę spóźnić się do pracy.
- Dobra! Ja chcę niebieskie auto! - zawołał, podając mi czerwone i biegnąc na drugi koniec stołu.
- Czyj pierwszy spadnie, ten wygrywa?
- Taak! - krzyknął radośnie, przygotowując swój pojazd do wyścigu. Chłopiec policzył do trzech i głośno zakomunikował start. Mój samochodzik jechał na tyle wolno, że nawet nie spadł ze stołu i skazał mnie na przegraną.
- Wygrałem! - Podskoczył w miejscu, wyrzucając ręce w górę.
- Świetnie ci poszło. - Zawtórowałem i wyciągnąłem rękę, a Toby przybił mi piątkę.
- Nie martw się, następnym razem na pewno wygrasz. - Uśmiechnął się, podnosząc autko z podłogi. Ashlynn odchrząknęła głośno, jednocześnie zwracając na siebie uwagę i komunikując mi, że mam już stąd wyjść.
- Do zobaczenia, Toby. - Uśmiechnąłem się, czochrając krótkie włosy chłopca.
- Pobawimy się jeszcze kiedyś?
- Jasne, że tak. Teraz muszę iść do pracy, się obiecuję, że jeszcze się pobawimy. - Toby wykrzywił usta w szerokim uśmiechu, a ja wstałem z miejsca.
- Idź do pokoju, już do ciebie idę, dobrze? - Ashlynn zwróciła się do syna, który przystał na jej prośbę i zniknął gdzieś w swoim pokoju.
- Sobota, trzynasta, kawiarnia na Houston? - Uniosłem brwi, stając obok niej. - Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnisz do tego czasu.
- Jakże bym śmiała. - Uśmiechnęła się ironicznie, podchodząc i otwierając mi drzwi.
- Spokojnie, sam potrafię - zaśmiałem się.
- Nie wątpię - mruknęła pod nosem.
- Naprawdę zapłacę za tą szybę.
- Daj spokój, idź już - westchnęła.
- Więc, do zobaczenia, Ashlynn. - Uśmiechnąłem się i zawołałem jeszcze do małego. - Cześć, Toby!
- Pa! - Odkrzyknął, wybiegając na chwilę z pokoju.
~~*~~*~~
Przez resztę tygodnia byłem wręcz zawalony pracą. Nie miałem ani chwili wytchnienia, brałem na siebie naprawdę dużo i ledwo sobie z tym radziłem. Dwoje lekarzy z mojego wydziału zachorowało i zostałem sam, oczywiście znaleźli kogoś na zastępstwo, ale jest to chirurg z innego szpitala i ma małe problemy z odnalezieniem się w nowym miejscu oraz dogadaniem się z resztą naszego "zespołu".
Od jakiegoś miesiąca tak czy siak mam dwa, a nawet trzy razy więcej roboty i to nie ze względu na choroby moich współpracowników. Liczba wypadków różnego rodzaju gwałtownie wzrosła i niestety utrzymuje się na bardzo dużym poziomie. Mowa tu nie tylko o tych samochodowych, ale głównie o napadach z użyciem broni. Za około czterdzieści procent z nich odpowiadają nadnaturalni. Nie mam pojęcia co się dzieje, przecież to też po części ludzie, a niektórzy zaczynają zachowywać się jak zwierzęta. Bardzo często trafiają do nas łowcy i osobniki różnych ras, to coś jak narastająca wojna pomiędzy nimi. Zawsze jakaś była, ale z biegiem dni wzmaga ona na sile. Chcą nawzajem się wykończyć, a cierpią na tym również niewinni obywatele tego miasta. Sam nie czuję się do końca bezpieczny, nie mam tylu umiejętności, co większość nadnaturalnych, ale i tak całkiem dobrze sobie radzę.
Moja dzisiejsza zmiana trwała od godziny czwartej nad ranem do jedenastej. Kolejną zaczynałem jakoś przed osiemnastą i miała trwać ona do północy. Halo? Gdzie czas na sen? Gdzie czas na życie? Mam nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo i moi współpracownicy szybko wrócą, bo inaczej się wykończę. Dotarłem do domu kilkanaście minut przed południem i pierwsze co poszedłem wziąć prysznic. Oczywiście wcześniej wyciszyłem telefon, odrzucając od siebie możliwość wezwania do szpitala. Mają tylu lekarzy, a jak zwykle ciągają do wszystkiego mnie, bo wiedzą, że na pewno się zgodzę. Nie studiowałem medycyny z przymusu, robiłem to bardziej z przyjemności, coś w stylu "powołania". Uwielbiam tą pracę, mimo że jest bardzo męcząca, a w ostatnim czasie.. jest jeszcze gorzej. Świadomość, że wielu przypadkach ratuje się ludzkie życie jest nie do opisania. Zdarzają się przypadki, gdy pacjent umiera podczas operacji, to naprawdę oddziaływuje na ludzką psychikę, dlatego nie wszyscy nadają się do takiej pracy.
Przebrałem się i dopiero wtedy zetknąłem na wyświetlacz telefonu. Zero wiadomości, zero nieodebranych połączeń. Dzięki Bogu! Odnalazłem numer Ashlynn i napisałem do niej.
S: Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałaś.
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź, bo dostałem ją zaledwie po kilku sekundach.
A: Niestety, ale miałam nadzieję, że ty zapomnisz.
Pokręciłem z uśmiechem głową. I sprawdziłem zegarek. Było za piętnaście pierwsza, więc musiałem się pospieszyć, żeby się nie spóźnić i jeszcze zajść po drodze do kwiaciarni. Bez kwiatów się nie obejdzie! Do stajni nie zdążę już zajechać.. znowu. Mam nadzieję, że w niedzielę nic ważnego mi nie wypadnie i będę mógł spędzić tam większość dnia. Może wyłączę telefon?
Droga do kawiarni zajęła mi dosłownie 5 minut, a wizyta w kwiaciarni trwała zdecydowanie dłużej. Całe szczęście, że oba budynki były bardzo blisko siebie, więc nie musiałem się spieszyć z wyborem kwiatów. Ostatecznie postawiłem na nieduży bukiet złożony z róż i bzów. Orientując się, że zostały mi dokładnie dwie minuty, zapłaciłem i pospiesznie udałem się do umówionej kawiarni.
Ashlynn?

16 wrz 2017

Od Sama cd. Horacego

Odwinąłem ostrożnie bandaż i to, co zobaczyłem, nie świadczyło o niczym dobrym. Czarna maź, którą nie byłem pewny, czy można nazwać krwią, pokrywała wciąż niezagojoną ranę. Oznaczało to, że organizm walczy z trucizną, która została w organizmie, mimo usunięcia pocisku. Mężczyzna powinien znaleźć się w szpitalu, jednak wszyscy dobrze wiemy, że nikt nie powinien tego zobaczyć. Takiego zjawiska, nie może wyjaśnić ludzka medycyna, a tą inną znają nieliczni i na pewno nikt - poza mną - w naszym szpitalu, nie miałby pojęcia, co się dzieje. Nie wpłynęłoby to pozytywnie na.. w sumie na nic. Wywołaliby ogromną sensację, dziwnym zjawiskiem medycznym. Z czasem mogliby się domyślić o istnieniu istot innych niż zwyczajni ludzie, ale pewnie zajęłoby im to masę czasu i naprawdę wiele eksperymentów.
- I jak? - Usłyszałem za sobą głos Clark. Kobieta podeszła bliżej i sama zauważyła, co się dzieje. Opuściła kuchnię, kierując się w stronę łazienki i zaraz potem wróciła z miską pełną wody i dwoma ręcznikami.
- Chyba powinnaś zatrudnić się jako moja asystentka w szpitalu - mruknąłem pod nosem, odbierając od niej plastikową miskę.
- Szybko nauczyłam się czytać w twoich myślach. - Uniosła dumnie głowę. Największym marzeniem Clark od zawsze była umiejętność czytania w myślach, niestety nie było dane jej posiadanie takiej "mocy". Być może to i lepiej. To nie tyle co dar, a przekleństwo. Głosy w twojej głowie nie dają ci ani chwili spokoju, słyszysz wszystko, nawet to, czego nigdy nie chciałbyś usłyszeć. Znam takie osoby, a raczej powinienem powiedzieć, że znałem. Wszyscy zmarli bardzo młodo, popełnili samobójstwa. - Przestań, tylko żartuję.
Clark widocznie zrozumiała, że od razu o tym pomyślałem. Już kilkukrotnie starałem się odwieść ją od tego marzenia, którego i tak nie sposób spełnić. Skupiłem się ponownie na ramię mężczyzny, a raczej jej oczyszczeniu. Nie wyglądała najlepiej, ale też nie najgorzej. Od wczoraj znacznie się zmieniła, jej rozmiar zmniejszył się o połowę, jednak zaczęła się trochę "babrać".
- Musisz odpoczywać, straciłeś dużo krwi - odezwałem się, gdy skończyłem czyścić ranę. - Zacznie się goić, gdy organizm całkowicie wyprze truciznę, która musiała mieć naprawdę duże stężenie. Czy poza tym, coś ci dolega? Boli cię głowa? Masz zawroty głowy? Cokolwiek?
- Raczej nie. - Wzruszył ramionami. - Mogę wrócić do siebie?
- Wolałbym nie. Gdyby pojawiły się jakieś inne dolegliwości, trzeba będzie zareagować jak najszybciej.
Nie ukrywam zdziwienia, że Clark go tu przyprowadziła. Nie należała raczej do osób, przyjaźnie nastawionych do kogokolwiek, a tym bardziej do nieznajomych. Co prawda, pomógł jej i jednocześnie uratował życie. W takich momentach ludzie bardzo się zmieniają.
- Już dawno powinno się zagoić - mruknęła Clark, zajmując miejsce na jednym z krzeseł.
- Pocisk z trucizną - westchnąłem, zauważając, że kompletnie mnie nie słucha.
- Okej, co nie zmienia faktu, że powinien się regenerować.
- I regeneruje, ale bardzo wolno. Nie mam pojęcia, czego użyli, ale jest to naprawdę niebezpieczne dla takich jak wy.
Clark przez dłuższą chwilę siedziała w ciszy i zerkała na zegarek.
- Muszę iść do pracy, wyrzucą mnie jak znowu się spóźnię. Pomożesz mu, prawda?
- Zrobię tyle, ile będę w stanie.
Kobieta kiwnęła głową i bez słowa wyszła z domu. Pracuje akurat do godziny mojego dyżuru, więc nie będziemy musieli zostawiać Horacego samego.
- Co w sumie wydarzyło się tamtego wieczora? - Spytałem, biorąc do ręki filiżankę z kawą.
Horace?

10 wrz 2017

Od Sama cd. Horacego

- Clark. - Zmarszczyłem brwi, słysząc jej komentarz.
- Oj już nie przesadzaj. - Kobieta wywróciła oczami i ponownie umyła dłonie pod bieżącą wodą. Ja postarałem się tak delikatnie, jak tylko potrafiłem oczyścić ranę. Ból musiał być naprawdę ogromny, jednak jego organizm bez problemu powinien sobie z tym poradzić. Miejmy nadzieję, że ciało samo zacznie się regenerować, a pocisk nie był zbyt mocno czymś nasączony. Od razu domyśliłem się, że nie był on wykonany ze srebra, ani innego silnie trującego materiały, bo mężczyzny raczej już było tu z nami nie było. Dlaczego łowcy nie postarali się o bardziej śmiercionośną broń? Niektórzy chcą, by ich ofiary cierpiały. Trucizna, którą zawierał, najpewniej wykończyłaby go w kilka godzin. Organizm się nie leczył, a krwi ubywało coraz więcej, chcieli by cierpiał. Istnieje też druga, mniej prawdopodobna, opcja. Pocisk miał go tylko osłabić, by łowca własnoręcznie mógł go zabić. Dlaczego ta opcja jest mniej prawdopodobna? Łowcy w większości nie lubią brudzić sobie rąk, zazwyczaj zabijają z daleka.
Przyniosłem z domowej apteczki bandaż i ciasno owinąłem go na ranie. Przy ludziach postępuje się inaczej, najpierw konieczne byłoby szycie. U wilkołaka  najważniejsze, żeby pomóc organizmowi zatrzymać krwawienie, wtedy łatwiej poradzi sobie z uzdrowieniem. Zaczepiłem zapinkę na końcu bandaża i sprawdziłem, czy nie jest zbyt mocno związany.
- Nie przeszkadza ci w oddychaniu? - Spytałem, poprawiając go w niektórych miejscach.
- Nie - powiedział cicho, kręcąc głową. Na chwilę skupiłem swoją uwagę pocisku, który w tym momencie leżał na blacie. Wziąłem go do ręki i kilka razy okręciłem w palcach. W miejscach, gdzie spotykał się z moją skórą, pozostawało nieprzyjemne mrowienie, które musiało świadczyć, o jakiejś truciźnie. Nie mam pojęcia co to było i czy nie powinienem zrobić czegoś jeszcze, by pomóc mu się uleczyć.
Odłożyłem pocisk, a mrowienie ustąpiło po krótkiej chwili, co mogło świadczyć, że było zagrożeniem tylko w momencie styku z ciałem. Miejmy taką nadzieję.
- Powinien odpocząć - rzuciła Clark, chyba po raz trzeci myjąc dłonie.
- Ja tu jestem lekarzem. - Wywróciłem oczami.
- Ale na wpół śpiący. - Odgryzła się, wyjmując butelkę wody z lodówki.
- Niektórzy z nas bardzo ciężko pracują.
- A niektórzy wolą korzystać z życia. - Odpowiedziała, a ja machnąłem ręką na jej uwagę.
- Możecie tu zostać na noc, nie wiem jak szybko będzie się leczył, ale musi odpocząć i nabrać sił.
Pomogłem Clark zaprowadzić mężczyznę do pokoju gościnnego, a sam zaraz po tym poszedłem do siebie. Kobieta najpewniej położyła się w salonie, a mój wewnętrzny dżentelmen był zbyt zmęczony, by udostępnić jej coś innego.
~~*~~*~~
Wstałem bardzo wcześnie, bardziej z przyzwyczajenia niż z konkretnego powodu. Dyżur miałem dziś dopiero po południu, więc w końcu miałem okazję się wyspać, chociaż mój organizm zadecydował inaczej. Przyzwyczaiłem się do późnego chodzenia spać i bardzo wczesnego wstawania, co kiedyś mnie wykończy. Udało mi się zdrzemnąć jeszcze godzinę, ale nie potrafiłem już dłużej leżeć. Chyba faktycznie potrzebuję urlopu. Wstałem z posłania, a zaraz potem udałem się do łazienki, względnie ogarnąłem i przebrałem w coś wygodnego. Z kuchni od razu dobiegły mnie dziwne hałasy, więc głębiej się nad tym nie zastanawiając, poszedłem sprawdzić. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to burza blond loków, krzątająca się po pomieszczeniu.
- Clark? Czemu nie śpisz? - mruknąłem, pocierając dłonią kark.
- Robię nam śniadanie. - Wzruszyła ramionami. - Kiedy ostatnio robiłeś zakupy?
- Nie wiem, nie mam czasu - mruknąłem, siadając na jednym z krzeseł.
- Ledwo starczyło mi składników na omlety, a do tego naprawdę nie potrzeba dużo - mruknęła z wyrzutem. Faktycznie, rzadko robiłem zakupy. Zazwyczaj jadałem na mieście, bo w domu nie miałem nawet czasu, by cokolwiek przygotować.
Po chwili usłyszeliśmy ciche chrząknięcie dobiegające ze strony wejścia do kuchni. 
- Jak się czujesz? - spytałem, widząc, że bandaż mężczyzny jest przesiąknięty krwią. Miejmy nadzieję, że pod nim, nie ma już żadnej rany.

Horace? 

8 wrz 2017

Od Sama do Horacego

Kolejny dzień rutyny. Pobudka przed godziną szóstą, śniadanie, dyżur w szpitalu i powrót do domu jakoś przed ósmą, czy dziewiątą wieczorem. Powoli zaczyna mnie to męczyć i zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym był normalnym człowiekiem, padłbym z wycieńczenia. Praca chirurga nie jest łatwa pod względem psychicznym i fizycznym. Moment, w którym pacjent umiera na stole operacyjnym, jest okropnym obciążeniem dla umysłu. Sam wmawiasz sobie, że to twoja wina, mimo że od początku szanse na uratowanie nikłe. Ostatnimi czasy mam jeszcze więcej pracy. W mieście robi się coraz niebezpieczniej, a w efekcie przybywa pacjentów. Czasem nawet przyjmuję ich w mieszkaniu, a mowa tu bardziej o tych nadnaturalnych poszkodowanych. Mam wśród znajomych takie "istoty", często przyprowadzają do mnie kogoś, kto potrzebuje pomocy, a nie jest w stanie pójść do szpitala i wciąż zachować swoją inność w tajemnicy.
Wyszedłem ze szpitala późnym wieczorem, mając nadzieję, że tym razem nikt ani nic mnie nie zatrzyma. Miałem już dość takiego życia, jednak wiedziałem, jak bardzo jestem tu potrzebny i nie mogłem tego tak po prostu rzucić. Nie mogę narzekać na zarobki, bo to dość prestiżowy szpital, jeżeli można to tak nazwać, więc finansowo stoję bardzo dobrze, jednak moje samopoczucie coraz bardziej na tym cierpi. Chciałbym wziąć urlop, ale teraz nie jest to możliwe, bo kto się zajmie tymi wszystkimi ludźmi? Nie jestem tu jedynym chirurgiem, ale w tych czasach każdy lekarz jest prawie na wagę złota.
Wchodząc do mieszkania rzuciłem swoje rzeczy przy wejściu i od razu poszedłem wziąć prysznic. Jedyne o czym w tym momencie marzyłem, to położyć się spać. Już nawet na kolację nie miałem ochoty.
- Sam, Sam, Sam - westchnąłem pod nosem - Ty się wykończysz.
Taka była prawda, ale chciałem pomagać i niestety wychodziło to kosztem mojego zdrowia. Zaraz weekend, tym razem nie będę miał dyżurów w szpitalu, więc może uda mi się trochę odpocząć. Ledwo zdążyłem wyjść z łazienki i coś na siebie narzucić, a usłyszałem pukanie do drzwi. Nie sugerowało ono nic dobrego, bo po pierwsze było zdecydowanie zbyt późno na odwiedziny i ktoś, kto stał po drugiej stronie, musiał być bardzo zdenerwowany, bądź przejęty. Zachowując ostrożność, podszedłem bliżej, chociaż.. włamywacze chyba nie pukają, prawda? Złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi, pierwsze co zauważając Clark, przyjaciółkę mojego znajomego. Dopiero po chwili zauważyłem na wpół przytomnego i zalanego krwią mężczyznę, leżącego przy jej nogach.
- Zajmij się nim - odezwała się, próbując nabrać powietrze do płuc - Pomógł mi, gdy pojawili się łowcy. Nie może się uleczyć, bo go postrzelili.
- Okej, ale ty sprzątasz chodnik przed domem, jak sąsiedzi zobaczą krew, to się przestraszą.
Sąsiedzi widzą wszystko, w sumie to nie lubię żadnego, a raczej z nikim nie mam kontaktu. Pracuję od rana do wieczora, tylko czasem ktoś wścibski musi przyjść.
Schyliłem się, by wciągnąć mężczyznę do mieszkania. Chyba będę musiał zaopatrzyć się w stół operacyjny do pokoju, bo teraz pewnie będę musiał wykorzystać ten kuchenny. Całe szczęście, że pomyślałem, by zostawić trochę przydatnych narzędzi w domu, inaczej używałbym noża i kombinerek.
Udało mi się jakoś położyć go na stole, wcześniej wszystko z niego zrzucając.
- Wilkołak, próbuje się regenerować, ale kula utknęła w jego ciele i nie pozwala na to. - Wyjaśniła Clark, podchodząc do zlewu. Kobieta odkręciła wodę, by zmyć krew ze swoich dłoni.
Szybko poszedłem do jednego z pokoi, by zabrać potrzebne mi narzędzia i zaraz wróciłem do rannego mężczyzny. Gdy tylko odzyska w pełni świadomość, może chcieć mnie zaatakować, instynkt przetrwania, typowy dla wilkołaków.
- Przytrzymaj go, a ja spróbuję szybko wyjąć kulę. - Spojrzałem na Clark i szybkim ruchem rozciąłem koszulę mężczyzny.
Kobieta podeszła do stołu, od strony głowy i przytrzymała silnie jego ramiona. Muszę zrobić to szybko i dokładnie, potem może wystąpić silniejszy krwotok, który również muszę jak najszybciej zatamować, jednak najpewniej od razu zacznie się uleczać. Pocisk najpewniej nasączony był czymś, co spowolni ten proces, ale nie powinno już mu wtedy nic grozić.
Kula utkwiła głęboko w jego piersi, a wyjęcie jej nie należało do prostych, tym bardziej, że nie posiadałem całego potrzebnego mi sprzętu, pomieszczenie też nie było przystosowane do takich "zabiegów". Gdy wreszcie udało mi się ją wyjąć, przycisnąłem szybko dłoń do rany, czekając, czy sam zacznie się uleczać i jednocześnie mając nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy, żeby mnie zaatakować.


Horace? 

21 sie 2017

Od Sama do Ashlynn

Godzina osiemnasta, a ja dopiero opuszczam szpital. W każdą sobotę pracowałem od godziny siódmej rano do czternastej, był to jedyny dzień - poza niedzielą - w którym miałem odrobinę więcej czasu dla siebie. Dzisiaj planowałem wpaść na trochę do stajni i wybrać się na jakąś dłuższą przejażdżkę z Eclipse, jednak wątpię, że wystarczy mi na to siły i chęci. 
Pojawiło się wielu pacjentów z poważnymi obrażeniami. Grupa ludzi została zaatakowana przez wilki. Nonsens. W tych okolicach od wieków nie pojawiały się te zwierzęta, ale wilkołaki owszem. Mam już dość ataków istot nadnaturalnych na niczego nieświadomych i niewinnych ludzi. Codziennie do szpitala trafiają osoby poszkodowane ze względu na ich obecność. Wielu wylądowało na oddziale psychiatrycznym, bo widziały ludzi obrośniętych sierścią, z długimi pazurami i ostrymi kłami. Oczywiście nikt im w to nie wierzy. Nie mówię, że jestem święty, zabijałem, ale nigdy w  nie zaatakowałem niewinnej osoby. Nie byłem normalnym człowiekiem, ale zdecydowanie różniłem się od tych wszystkich istot. Rządza mordu całkowicie mnie ominęła, istniała we mnie tylko chęć do ochrony i ratowania życia.
Znam wampiry, wilkołaki, czy nawet przedstawicieli innych ras, którzy żyją w zgodzie z otaczającym ich otoczeniem. Nikogo nie atakują, chyba, że sami znajdą się w niebezpieczeństwie. Instynkt przetrwania. Czasem nie ma innego wyjścia.
Odwróciłem wzrok od niezbyt ciekawego widoku za oknem i wróciłem do poprzedniej czynności. Spakowałem wszystkie moje rzeczy do torby i gdy już miałem wyjść z gabinetu, ktoś gorączkowo zapukał do drzwi.
- Proszę - zawołałem, zarzucając na siebie skórzaną kurtkę.
Drzwi otworzyły się szeroko z delikatnym skrzypnięciem i pojawiła się w nich blond czupryna pielęgniarki. No nie. Jeżeli mam tu zostać dłużej, to chyba zaraz sam wyląduję na oddziale psychiatrycznym.
- Doktorze, przywieziono kolejnego pacjenta.
- Kolejne rany szarpane? - westchnąłem.
- Tym razem rana kłuta - odpowiedziała, a w jej głosie słychać było, że poszkodowany nie jest w bardzo złym stanie.
- Gdzie?
- Klatka piersiowa.
Pospiesznie zrzuciłem z siebie kurtkę, wiedząc, że w tym przypadku nie mamy zbyt wiele czasu. Torba wylądowała gdzieś na drugim końcu gabinetu, a sam wybiegłem z niego za pielęgniarką. Tu nie było czasu na zastanawianie się. Szybko założyłem na siebie odzież ochronną i zdezynfekowałem ręce, co było niezbędne, a niestety opóźniało rozpoczęcie działania.
- Claflin, tętno spada - zawołał jeden z lekarzy, którego w tym momencie nie byłem w stanie szybko zidentyfikować.
Kolejny lekarz również był w trakcie przygotowywania się, a pielęgniarki zajęły się pacjentem, a raczej pacjentką. Dopiero gdy podszedłem do stołu operacyjnego, zobaczyłem, że.. to Agnes. Żona mojego nieżyjącego już przyjaciela. Prosił mnie, abym się nią zaopiekował, bym nikomu nie pozwolił jej skrzywdzić. Po śmierci mamy, rozmawiałem szczerze tylko z nią, wspierała mnie i rozumiała, jak nikt inny. Kobieta była wilkołakiem, zawsze traciła kontrolę podczas pełni, która.. jest dzisiaj.
- Cholera - wymsknęło mi się, gdy ujrzałem nóż w jej klatce piersiowej.
Wokół ostrza sączyła się krew, mimo że ciągle tkwiło w ciele. Nie wyglądało na przypadkowe "skaleczenie", ktoś musiał ją zaatakować.
- Ostrze nie trafiło w serce? - Zmarszczyłem brwi, poprawiając rękawiczki na dłoniach.
- Trafiło w prawy przedsionek. To cud, że jeszcze żyje. Nie damy rady jej uratować.
Jeżeli ostrze nie było ze srebra, Agnes ma szansę przeżyć. Jeżeli był to łowca, na pewno postarał się o odpowiednią broń. Sam mogłem poczuć się zagrożony, podczas pełni byli jeszcze bardziej uważni niż zwykle. Jednak była pewna różnica. Mnie nie można było tak łatwo rozpoznać. Wyglądałem jak zwyczajny człowiek i nie inaczej się zachowywałem. Wydaje mi się, że to kim jestem i tak jest dużo bliższe ludziom, niż rasy takie jak wilkołak czy wampir.
Wyjęcie noża z klatki piersiowej Agnes, nie było takie proste, jakby się mogło wydawać. Pozbycie się ciała obcego, będzie skutkować jeszcze większym krwawieniem, a kobieta i tak straciła już naprawdę dużo krwi.
- Musimy spróbować.
~~*~~*~~
Operacja się nie udała. Ostrze było wykonane ze srebra, a nawet gdy dalibyśmy radę usunąć je z ciała, Agnes nie byłaby w stanie się zregenerować. Zawiodłem. Zawiodłem mojego najlepszego przyjaciela.
Zamknąłem się w gabinecie i padłem na kolana, zaraz przed oknem.
- Wybacz mi, przyjacielu - szepnąłem - nie udało mi się nią zaopiekować. Wybacz.
Byłem na skraju załamania, gdy do głowy zaczęły przychodzić mi wszystkie możliwe motywy mordercy Agnes. Pełnia. Najpewniej straciła kontrolę, ujawniła się, a łowcy tylko na to czekają. Niby chcą zapewnić bezpieczeństwo, a potrafią zabijać dobre istoty. Nie zważają na to, czy pomagasz ludziom, jesteś inny, nadnaturalny, nie powinieneś żyć.
Spokoju nie dawał mi nóż. Ciągle miałem go przed oczyma i domyśliłem się, że nie był jednorazowy. Zabójca musiał używać go częściej i dziwne było, że nie wyjął go od razu z ciała. Być może rzucił i musiał uciekać? Ktoś go zaatakował? Za bardzo się spieszył? Jedno jest prawie pewne, wróci po niego, a ja bardzo chętnie zaczekam.
Zebrałem swoje rzeczy i narzuciłem na siebie skórzaną kurtkę. Jeżeli znowu coś albo ktoś mnie zatrzyma przed wyjściem ze szpitala, obiecuję, że wyskoczę przez okno. Cisza. Złapałem torbę i wyszedłem z gabinetu. Jedyne co mi jeszcze pozostało, to odnieść nóż na recepcję, skąd zabierze go policja, by pobrać ewentualne odciski palców. Życzę im powodzenia, bo na pewno nic tam nie znajdą. Łowcy dbają o siebie. Wszedłem jeszcze raz na salę operacyjną i nikogo już tam nie zastałem. Ostrza także nigdzie nie było, więc najpewniej zabrał go już Dunbar.
Zbiegłem pospiesznie po schodach i po drodze natknąłem się na właśnie na tego lekarza.
- Claflin, zaniosłeś już nóż? Policja zaraz będzie.
- Nie było go na sali, myślałem, że ty go zabrałeś. - Zmarszczyłem brwi.
- Nonsens. Wychodziłem ostatni, pielęgniarek też już nie było i wiem, że od razu wyszły ze szpitala, skończyła się ich zmiana.
- W takim razie gdzie jest nóż?
Cholera jasna! Czyżby łowca wrócił po swoją broń?
- Wracamy na salę i pokażesz mi, gdzie go zostawiłeś - rzuciłem, wchodząc z powrotem na górę.
Po nożu nie został nawet ślad i na pewno nie wziął go nikt z naszego personelu. Cholera! Tak blisko, od dopadnięcia mordercy Agnes... Teraz już nie mam żadnych szans, na znalezienie zabójcy. To była jedyna możliwość. Wiem, czym walczy, ale znalezienie go w tym momencie graniczy z cudem.
Świetny pomysł, Sam. Co wtedy zrobisz? Zabijesz go?
Nie jestem mściwy. Nie zabijam łowców, w końcu to też ludzie, ale.. chyba czas zacząć.
~~*~~*~~
Musiałem zostać dłużej w szpitalu, bo policja potrzebowała moich zeznać. Nie widzę w tym większego sensu, bo i tak już nic nie znajdą. Mojej pacjentki nie zabił seryjny morderca, ani żaden inny zwyczajny przestępca. Zabił ją łowca, nożem wykonanym ze srebra, w sam raz na uśmiercanie wilkołaków. Doskonale pamiętałem jak wyglądało ostrze i rękojeść, ale czy ta wiedza na coś mi się zda?
Ruszyłem w stronę wąskiej uliczki, znajdującej się pomiędzy blokami. Nie jeździłem do pracy samochodem, pieszo było zdecydowanie szybciej, aczkolwiek niebezpieczniej. W tych wszystkich zakamarkach uwielbiają czaić się złe istoty, ale... myślę, że potrafię się przed nimi obronić. Dzisiaj pełnia, a podczas niej wilkołaki zazwyczaj, albo ukrywają się w lesie, a te słabsze wychodzą na ulice z rządzą mordu. Nie mają zbyt wiele czasu, bo łowcy bez problemu ich przechwytują. Co chwila oglądałem się za siebie, mając przekonanie, że ktoś za mną podąża. Nie myliłem się. Wielkie zwierzę minęło mnie z ogromną prędkością i zatrzymało się kilka metrów przede mną, obnażając swoje ostre kły, zza których wydobywał się gardłowy charkot. Cóż, powiedziałbym o wilku mowa, ale jakoś w tym momencie nie było mi zbytnio do śmiechu... chociaż.
Zwierzę, a raczej człowiek w ciele zwierzęcia stał przede mną przygotowując się do ataku. Nie wyglądał na zbyt doświadczonego "zabójcę", inny od razu by zaatakował, bez jakiś przedstawień teatralnych.
- Już skończyłeś mnie straszyć? - Uniosłem brwi, rozglądając się za potencjalną bronią, jednak jedyne, co udało mi się zauważyć, to hydrant znajdujący się kilka metrów za nim.
Odpowiedziało mi kolejne groźne warknięcie. Wilkołaki maja to do siebie, że albo są dobre, albo nad sobą nie panują. Zazwyczaj nie są z natury nastawieni na zabijanie, ale.. ludzie są identyczni. Są ci dobrzy i są ci, którzy zbłądzili, bynajmniej tak jest w moim rozumieniu.
Mojemu przeciwnikowi chyba szybko znudziło się oczekiwanie na mój ruch. Pochylił się, by zaraz jednym susem doskoczyć do mnie i powalić na ziemię. Niestety mój plan wykorzystania hydrantu jako broń spełzł na niczym. Był nieczynny, nie było w nim wody. Czując na swojej twarzy oddech wilka, który tylko czeka, by swoimi ostrymi kłami rozwalić mi czaszkę, zaczynałem panikować. Fakt, nie byłem zwyczajnym człowiekiem, ale cholera jasna, czym ja mam się bronić?
Wilk swoją wielką łapą uderzył w moją brodę i odchylił moją głowę do tyłu, jakby chciał się wgryźć w krtań. W tym momencie zauważyłem wielki beczkowóz z wodą, stojący po drugiej ulicy. Nim wilkołak zdążył wykonać kolejny ruch, uderzył w niego silny strumień. Odbił go na kilka metrów w tył i uderzył nim z całej siły w mur. Celowałem dokładnie w jego nos, może go w ten sposób nie zabiję, ale chociaż trochę podtopię i będę miał czas, by się stąd jak najszybciej ulotnić. Chciałem odejść w przeciwną stronę, jednak w tym momencie usłyszałem strzał i ktoś zdecydowanym ruchem przyparł mnie do muru. Pierwsze co, poczułem chłodne ostrze przytknięte do mojego gardła, a dopiero potem zobaczyłem sprawcę. Przede mną z kamienną twarzą stała kobieta, niższa ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów. Miała blond włosy i zielone oczy.. na miłość boską.. Claflin! Ona trzyma ci nóż przy krtani, a ty opisujesz jak wygląda?
- To chyba nie jest najlepsze rozwiązanie. - Zmarszczyłem brwi i w tym momencie zwróciłem uwagę na studzienkę, znajdującą się pod jej nogami.
- Czym jesteś? - warknęła, ani na chwilę nie odrywając ostrza od mojej skóry.
- Niegroźną istotą, która wracając z pracy natknęła się na wilkołaka, chcącego odebrać mu życie. Może wyskoczymy na kawę? - spytałem, a kobieta spiorunowała mnie wzrokiem. - Nie sądzisz, że głupio zabić lekarza? Kogoś, kto służy społeczeństwu?
Przez cały czas byłem gotowy zaatakować. Pod nami znajdowały się jakieś kanały, a ja wiedziałem tylko, że jest w nich woda, całkiem sporo wody. Stopy łowcy stały idealnie na metalowej studzience. Miałem się jak obronić, ale na razie wolałem poczekać.
- Idź - kiwnęła głową w stronę drogi - zanim zmienię zdanie.
W tym momencie, gdy tylko odsunęła nóż od mojej szyi, zdołałem mu się przyjrzeć. To ten sam, którym została zabita Agnes.
- Czas ucieka - burknęła.
- Szybko pofatygowałaś się do szpitala, by odzyskać nóż. Świetna robota, ostrze jest ze srebra, prawda? Wspaniale ci poszło, ta kobieta zmarła. Zresztą, po co ci to mówię? Wy nie macie uczuć. Nie ważne, że miała rodzinę i nie chciała nikogo skrzywdzić. Była inna, więc trzeba było ją zabić.
- Nie wrzucaj wszystkich do jednego worka, skoro zginęła, musiała mieć coś na sumieniu. Musiała zaatakować człowieka.
Nie dam sobie tego wmówić. W jednej chwili ze studzienki wyleciał silny strumień, który wyrzucił łowcę na kilka metrów w górę.
Upadła na ziemię, jednak miałem pewność, że nic jej nie jest. Na miłość boską, robię nadgodziny w szpitalu, a w drodze do domu spotkają mnie takie niespodzianki. Instynktownie cofnąłem się o kilka kroków, ucieczka nie miała sensu. Gdyby chciała, to by mnie dogoniła, a poza tym nie będę uciekał przed kobietą.
- Chcesz się bawić, doktorku? Czy dla swojego dobra pójdziesz grzecznie do domu? - rzuciła, podnosząc się z ziemi.
- Skarbie, nie mam dziś ochoty na takie rzeczy. Jestem dość niegroźnym osobnikiem i jakoś humor mi nie sprzyja, by się bawić. - Zmarszczyłem brwi,a kobieta wyraźnie się zirytowała i zacisnęła mocniej palce na rękojeści noża. - Powiedz mi chociaż jak masz na imię, żebym wiedział kogo zapraszam na kawę. 
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że w każdej chwili mogę rzucić nóż i..
- ... i zabijesz mnie tak samo, jak zabiłaś Agnes - przerwałem jej - W porządku, nie przeszkadza mi to. Powiedz mi tylko jak masz na imię, a już mnie tu nie ma. 
- Loren - rzuciła krótko i odwróciła się.
To nie było jej prawdziwe imię. Nie przedstawiłaby się od tak, a poza tym kłamstwo czuć na kilometr, nawet takie drobne.
Czemu mnie nie zabiła? Nie wiem. Widocznie jest jednym z tych łowców, którzy nie mordują kogo popadnie. Na tym świecie są istoty nadnaturalne, które lepiej służą społeczeństwu niż zwykli ludzie, a niektórzy... i tak ich tropią. 
~~*~~*~~
W centrum miasta wybuchły jakieś zamieszki akurat w momencie, gdy planowałem zrobić zakupy. Nie wiem, o co dokładnie chodziło. Wcześniej planowane były jakieś protesty, ale nie wyglądało to zbyt bezpiecznie. Szybko zaczęły się bójki, przyjechała policja, jakieś strzały. Moim jedynym celem w tym momencie, było wydostanie się z tłumu. 
Gdy byłem już blisko, usłyszałem głośny płacz dziecka. Zlokalizowanie go, zajęło mi dłuższą chwilę, ale udało mi się go zauważyć. Chłopiec w wieku około pięciu, może sześciu lat stał w samym środku zamieszania, a ludzie nawet nie zwracali na niego uwagi i o mało go nie podeptali. Zbliżyłem się na tyle, ile było to możliwe i uklęknąłęm obok chłopca, nie chciałem go przestraszyć.
- Cześć, mały. Co tutaj robisz? Gdzie jest twoja mama? - spytałem, łapiąc z nim kontakt wzrokowy. 
- N-nie wiem - wydukał.
Rozejrzałem się, mając nadzieję, ze zauważę kogoś, kto wygląda jakby właśnie szukał dziecka, jednak jedyne co zobaczyłem, poza masą ludzi, był podejrzany mężczyzna, trzymający dłoń pod płaszczem. Miał broń. 
- Tutaj nie jest bezpiecznie, chodź, poszukamy twojej mamy - powiedziałem pospiesznie i wziąłem chłopca na ręce, by jak najszybciej wyjść z tłumu.
Wyjście stamtąd nie było takie proste, na jakie się wydawało. Sporo czasu zajęło mi przedostanie się w stronę parkingu, gdzie szybko odnalazłem swój samochód.
- Jak masz na imię?
- Tobias - powiedział i spuścił głowę - A Pan?
- Jestem Sam, możesz mi tak mówić. - Uśmiechnąłem się. - Gdzie mieszkasz? Pamiętasz swój adres? 
- Nie pamiętam, ale wiem jak tam dojechać - odezwał się cichutko. 
- Pokażesz mi? Na pewno ktoś tam na ciebie czeka i teraz się martwi.
- Mam tylko mamę, a mama jest gdzieś tam. - Wskazał w stronę centrum miasta. 
- Co się tam stało? Zgubiłeś się? 
- M-mama kazała mi uważać, a ja nie uważałem i się zgubiłem - szepnął i znowu zaczął płakać. 
- Chodź, pojedziemy do twojego domu i poczekamy na mamę. Na pewno tam wróci. Nie bój się. 
Pomogłem mu wsiąść do samochodu i mając nadzieję, że pamięta drogę, wyjechałem z parkingu. Czułem się... źle. Gdybym nie podszedł do niego.. coś mogłoby się stać. Był taki mały i taki ufny. 
- Daleko jeszcze? - spytałem, zatrzymując się przed pasami dla pieszych. 
- Tutaj - wskazał palcem 
Nie jechaliśmy zbyt daleko, może 5 kilometrów od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. 
- Jesteś pewny? 
- Wiem, gdzie mieszkam - powiedział, wpatrując się w budynek za szybą. 
- Jak nazywa się twoja mama?
- Ashlynn.
- Znajdziemy ją, nie martw się. A raczej ona znajdzie nas, jak tylko wróci do domu. - Uśmiechnąłem się, mając nadzieję, że jakoś go uspokoję.
Zatrzymałem się przy budynku, który wskazał mi chłopiec. Był to średnich rozmiarów domek, chyba czterorodzinny. Tylko w dwóch oknach wisiały firanki, więc domyśliłem się, że mieszka tu tylko Tobias ze swoją mamą.
Ledwo zgasiłem silnik, a chłopiec wysiadł z samochodu. Wysiadłem zaraz za nim i udaliśmy się w stronę wejścia.
- A jak mama nie wróci? - spytał smutno, stawiając jedną nogę na schodku.
- Na pewno wróci. - Uśmiechnąłem się, mając nadzieję, ze tak będzie. - Jeżeli nie przyjdzie, to pojedziemy na policję i wtedy szybko ją znajdą, zgoda?
Chłopczyk uśmiechnął się i pewniejszym krokiem wszedł po schodach. Jak na swój wiek był bardzo samodzielny i odważy, już nie wyglądał na przestraszonego. Był "na swoim terenie", czuł się bezpiecznie.
Usiadł przed drzwiami, a ja zająłem miejsce zaraz obok niego. Pozostało nam tylko poczekać na Ashlynn. Pewnie teraz szuka go w tym tłumie, ale gdy ludzie się rozejdą, będzie musiała wrócić do domu, chyba, że od razu pojedzie na policję.
- Nie znasz numeru telefonu swojej mamy, prawda? - spytałem dla pewności.
Chłopiec miał góra sześć lat, więc nie mogłem tego od niego wymagać, ale córka jednej z pielęgniarek ma 3 lata i potrafi odblokować jej telefon, hasło składa się z sześciu cyfr.
- Nie, ale mam w zeszycie. 
- A gdzie masz zeszyt? 
- W moim pokoju.
- Tak myślałem - westchnąłem.
Zacząłem się obawiać, że jego mama może faktycznie nie wrócić zbyt szybko. A jak pojedzie na policję? To niepotrzebne, nie dość, że niepotrzebnie zajmie funkcjonariuszom to na dodatek naje się więcej nerwów. 
- Twoja mama nie chowa gdzieś tutaj klucza do drzwi? 
- Nie. 
- Ech.. poczekaj tu chwilę, okej? Zaraz wrócę. 
Chłopiec kiwnął głową i grzecznie usiadł na schodku. Zbiegłem szybko na dół i udałem się na tyły domu z nadzieją, że uda mi się jakoś wejść do mieszkania. Zauważyłem balkon, jednak żadnej możliwości, by jakoś na niego wejść. Mógłbym spróbować po rynnie, ale nie jestem pewny, czy będzie to bezpieczne. Co mam do stracenia? Chyba nie mogę tak łatwo zginąć, chociaż...
Rynna okazała się całkiem wytrzymała, jednak gdybym musiał wspiąć się wyżej, wątpię, żeby mi się to udało. Powoli zaczynała się rozkazywać, ale... udało się. Został tylko jeden problem. Jak do cholery mam wejść do środka, gdy drzwi są zamknięte? Są szklane. Można je rozbić. 
Ech.. Claflin, robisz sobie same problemy. 
Normalny człowiek nie rozbiłby takiej szyby pięścią, ja nie jestem normalny, aczkolwiek nie wiem, czy to bezpieczne. Mam trochę więcej siły.. ej, przestań gdybać, po prostu to zrób. 
Zacisnąłem pięść i z całej siły uderzyłem w szklane drzwi. 
- O cholera. Udało się. - Uniosłem ze zdziwienia brwi. - Nawet bez rozlewu krwi. 
Wszedłem do wnętrza mieszkania i od razu udałem się do drzwi wejściowych. Przekręciłem zamek i otworzyłem je. 
- Zapraszam do środka. - Uśmiechnąłem się do chłopca. 
- Jak tam wszedłeś? - Spojrzał na mnie zdziwiony. 
- Kupię wam nowe drzwi, obiecuję - zaśmiałem się - Pokaż mi ten zeszyt, to zadzwonimy do twojej mamy. 
Chłopiec wszedł do środka i od razu pobiegł do jednego z pokoju. Przez krótką chwilę przeszukiwał szufladę i zaraz przyniósł mi kartkę, na której zapisane było dziewięć cyfr. Od razu wyjąłem komórkę i przepisałem numer, nie chciałem z tym zwlekać, bo jego mama pewnie się martwi. Po dwóch sygnałach odebrała. 
- Ashlynn? 
- Kto mówi? - spytała zniecierpliwiona. 
- Twój syn jest w domu, nic mu nie jest.
- Kim ty jesteś? Daj mi go do telefonu!
Podałem chłopcu telefon. 
- Cześć, mamo. Sam mnie przywiózł do domu, przepraszam, że cię nie słuchałem. 
- Kochanie, już jadę. Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? 
- Nie. 
- Zaraz będę w domu. 
Chłopak oddał mi telefon, a kobieta od razu się rozłączyła. Podejrzewam, że w tym momencie przejeżdża przez wszystkie czerwone, bo jej syn jest pod opieką nieznanego jej faceta. 
- Idź się pobawić, a ja tu posprzątam. Zostanę z tobą, dopóki mama nie przyjedzie, zgoda? 
- Zgoda. - Uśmiechnął się i wrócił do swojego pokoju. 
Odnalazłem zmiotkę, szufelkę i zabrałem się za sprzątanie rozbitego szkła. Było go dość dużo, ale bardzo szybko się z tym uporałem. Wyjąłem też worek na śmieci, by zakleić jakoś dziurę po szybie i zrobić prowizoryczną ochronę przed ewentualnym deszczem. 
- Hej, Tobias. Gdzie jest taśma? - zawołałem, przykładając worek do ramy.
Chłopiec zaraz przybiegł z małą rolką taśmy i nożyczkami.
- Chcesz mi pomóc? - spytałem, na co dumny pokiwał głową. 
Tobias odcinał mi kawałki taśmy, a ja przyklejałem je wzdłuż ramy, jednocześnie mocując worek. Nie wytrzyma to długo, ale lepsze to niż nic. Dołożyłem jeszcze dwie folie, tak na wszelki wypadek. 
- Dzięki za pomoc, przyjacielu - zaśmiałem się, przybijając mi żółwika. 
- Pobawisz się ze mną? - spytał.
- Jasne - odpowiedziałem i pozwoliłem zaprowadzić się do jego pokoju. 
Chłopiec miał całkiem sporą kolekcję samochodzików i klocków LEGO, więc zbudowaliśmy wielki tor wyścigowy. Rozłożyliśmy się na dywanie i ledwo zaczęliśmy wyścig, a ktoś wpadł do mieszkania, bo nie można tu powiedzieć o normalnym wejściu. Odwróciłem się, by mieć pewność, że to nie kto inny, jak matka chłopaka i zobaczyłem te znajome blond włosy i zielone oczy. 
- Loren - uśmiechnąłem się szeroko i nie ukrywam, że byłem cholernie zdziwiony - a raczej Ashlynn. Zapłacę za drzwi balkonowe, nie martw się. 


Ashlynn? 
3324 słowa, Sam szaleje XD

25 lip 2017

"Pozbierać jest się dziesięć razy trudniej, niż rozsypać"

KONTAKT: Zula270400@gmail.com
Nick na chacie: Wruk

Samuel George Claflin

24 lata | Mężczyzna | Półbóg | Posejdon
Głos: Sam Claflin 
OPIS:
 Sam mierzy niewiele ponad 1,8 m. Jego jasnobrązowe włosy przy odpowiednim świetle nabierają rudawego odcienia, jednak nie jest to aż tak bardzo widoczne. Zielone oczy również zmieniają delikatnie swój kolor za sprawą silnych emocji czy chociażby oświetlenie. Często widuje się go z kilkudniowym zarostem, już kiedyś zapuścił sobie dłuższą brodę, jednak nie wpłynęło to pozytywnie na jego wygląd. Ma wysportowane i umięśnione ciało, uwielbia spędzać masę czasu na aktywności fizycznej i robi to tylko i wyłącznie dla samego siebie, nie chce w ten sposób nikomu zaimponować. Najchętniej pływa, co wcale nikogo nie dziwi, zwłaszcza osób, które wiedzą kim jest. Potrafi przesiadywać całe dnie na basenie, czy plaży, byle tylko mieć kontakt z wodą.
Sam to osoba dość tajemnicza, trzeba go bliżej poznać, aby móc powiedzieć jaki jest. Niezbyt chętnie zawiera nowe znajomości, raczej typ samotnika, aczkolwiek jak już kogoś pozna, staje się o wiele bardziej towarzyski. Mężczyzna jest już zmęczony swoim życiem, które zamyka się głównie na pracy. Sam to znany i rozchwytywany w całym kraju lekarz. Specjalizuje się w chirurgii ogólnej i niewiele brakuje, by dopadł go pracoholizm, aczkolwiek za wszelką cenę stara się w niego nie popaść. Ma na swoim koncie bankowym całkiem pokaźną sumę, jednak nie mógłby siedzieć zbyt długo w miejscu i nie podejmować się żadnej roboty.
Jest wygadany, sarkastyczny, ale także niezwykle inteligentny. Wiele osób uważa go za wypranego z jakichkolwiek emocji człowieka, a on po prostu jest ciągle zmęczony. Praca nauczyła go innego podchodzenia do ludzi i ich życia, nie może zbyt bardzo się do nich przywiązywać, bo śmierć pacjenta wpływa na niego okropnie tzn. kiedyś wpływała, powoli zaczął przywykać do tego, że nie każdego można uratować.

Zawsze słucha swojej intuicji i do tej pory jeszcze ani razu go nie zawiodła. Czasem ciężko odgadnąć jego intencje i nie do końca wiadomo kiedy mówi prawdę.
Nie pamięta kiedy ostatni raz wyszedł z kumplami chociażby na piwo czy mecz, bo po prostu nie ma na to czasu. Jego codzienność przepełnia praca, praca i jeszcze raz praca, a w przerwach od pracy sen i ewentualnie walki toczone z nieprzyjaźnie nastawionymi nadnaturalnymi, którzy chcą wyrządzić komuś krzywdę. Jako nastolatek miał problemy z agresją, przez co został wyrzucony łącznie z trzech szkół. Wyniki w nauce miał wyśmienite, jednak charakter okropny. Do tej pory nie wie, jakim cudem udało mu się dostać na medycynę, ale poradził sobie świetnie. Nauka była dla niego bardzo ważna, chciał kiedyś przynieść dumę matce i wynagrodzić jej swój trudny charakter.
Sam dorastał w niepełnej rodzinie, wychowywała go jedynie matka, a poza nią nie miał nikogo więcej. Jego ojciec - Posejdon - opuścił ich zaraz po przyjściu na świat jego potomka. Tłumaczył, że nie chce ściągać na nich problemów, jednak Angelina nie była co do tego przekonana. Władca mórz i oceanów nie pomyślał, że jego syn może odziedziczyć po nim jakieś umiejętności. Uznał, że takie przypadki zdarzają się dość rzadko.. był jednak w błędzie. Sam od dziecka uwielbiał pływać i spędzać czas na plaży lub otwartej wodzie. Swoje moce odkrył dopiero w wieku 16 lat i na początku uznał to za swego rodzaju przekleństwo. Właśnie wtedy dowiedział się, kim był jego ojciec i po raz pierwszy się z nim spotkał. Wiele czasu zajęło mu wybaczenie Posejdonowi za to, że opuścił go i jego matkę, ale w końcu udało mu się zrozumieć jego intencje. Nie chciał sprowadzać na nich niebezpieczeństwa, jakie szło za urodzeniem się nowego potomka Posejdona. Jego wrogowie na pewno nie opuścili by takiej okazji, więc chciał zachować to w tajemnicy tak długo, na ile było to możliwe. Bardzo długo mieszkał z mamą, głownie ze względu na jej chorobę i fakt, że nie miała nikogo poza nim. Cała rodzina znajdowała się tysiące kilometrów stąd, a Angelina raczej niezbyt chętnie nawiązywała nowe znajomości. Miała kilka koleżanek-sąsiadek, jednak nie łączyły ich zbyt silne więzi. Sam nigdy nie kochał nikogo tak bardzo jak matkę, a sprawiała mu ona coraz większy ból. Przez chorobę zapominała kim jest jej syn, pewnego razu chciała zadzwonić na policję, bo bała się, że to ktoś obcy włamał się do jej mieszkania. Za każdym razem nieświadomie zadawała mu cierpienie. Nie radziła sobie z najprostszymi, codziennymi czynnościami i wymagała stałej opieki. Chorowała rok. Zmarła po długiej i męczącej walce o zdrowie i syna, którego kochała i dla którego była w stanie zrobić wszystko. Psychika Sama bardzo na tym ucierpiała, niewiele brakowało, a wpędziłby się w depresję. Utrata bliskiej osoby zawsze jest trudna, a utrata jedynej bliskiej osoby, była dla niego nie do przejścia.

Sam od zawsze interesował się medycyną. Nie widział co dokładnie chciał robić w przyszłości, jednak był przekonany, że coś co ma związek właśnie z tą dziedziną. Przez myśl przeszła mu stomatologia, ortopedia, dermatologia i chirurgia w bardzo szerokim zakresie. Wybranie konkretnego zawodu nastąpiło na chybił-trafił i jak widać wyszło mu to na dobre.
W przerwach od pracy lubi chodzić, naprawdę bardzo dużo chodzić. Kilkunastometrowy spacer to dla niego żadne wyzwanie, a prędzej codzienność. Jak już było wspomniane, interesują go wszelkie możliwe formy aktywności fizycznej. Trenował sztuki walki, taniec towarzyski, piłkę nożną, biegi oraz jeździł konno i w sumie wciąż jeździ. Każdą wolną chwilę spędza w pobliskiej stajni, w której przebywa jego własny koń. Sam nie miał czasu na odpowiednie utrzymanie zwierzęcia, więc umieścił go w pensjonacie, dzięki czemu zapewnił mu należytą opiekę. Odwiedza go zazwyczaj co drugi dzień, a na jazdę może pozwolić sobie głównie w weekendy.
W przyszłości chce rzucić pracę i poświęcić się bardziej swojej pasji. Wybudować dom na wsi, bądź na obrzeżach jakiegoś miasta, z niewielką stajnią, która spokojnie pomieści kilkoro koni.
PUPIL: Eclipse
STOSUNKI:
Angelina Claflin - matka chłopaka, śmiertelniczka i była partnerka Posejdona. Kobieta zmarła niedawno, a wcześniej długo chorowała na demencję, co silnie wpłynęło na Sama, był bardzo związany z mamą, nie miał żadnej rodziny poza nią - nie wliczając Posejdona, którego raczej nie chce znać mimo, że już dawno mu wybaczył.
Posejdon - władca mórz i oceanów, ojciec Sama. Opuścił Angelinę zaraz po tym, jak wydała na świat jego potomka. Nie chciał sprowadzać na nich problemów, ze względu na to kim jest. Nie utrzymuje bliskich kontaktów z synem, jednak wie o nim więcej, niż ten mógłby sobie wyobrazić.
Stiles Stilinski - poznali się kiedyś w pracy, mają podobne hobby, którym jest ciągła zmiana zainteresowań i pracodawców. Można powiedzieć, że się przyjaźnią, a Sam z nikim innym nie ma tak dobrych kontaktów, jak właśnie ze Stilesem.
CIEKAWOSTKI: 
- Jego ulubioną bronią jest trójząb. Normalni ludzie używają karabinów, pistoletów, czy chociażby noży, a on znalazł sobie trójząb. Często zdarza mu się korzystać też z toporków bądź specjalnych noży do rzucania.
- Gdy był młodszy, miał problemy z agresją. Został wyrzucony z dwóch szkół, za notoryczne wszczynanie bójek, a z trzeciej za celowe zniszczenie samochodu nauczyciela matematyki.
- Jeździ konno odkąd ukończył 13 lat, pomagało mu to panować nad agresją.
- Jest silnie uczulony owoce cytrusowe.
- Ma słabość do czekolady. Mleczna, gorzka, biała, z nadzieniem czy bez - to nie ma dla niego znaczenia, czekolada to czekolada, każda jest pyszna.
- Każdy dzień zaczyna od kawy, bez niej nie mógłby normalnie funkcjonować.