Uśmiechnęłam się w dokładnie ten sam wymuszony sposób, jak robiła to moja matka za każdym razem, kiedy usiłowałam opowiedzieć jej cokolwiek o teatrze szkolnym i wystawianej sztuce. Każdorazowo jej usta układały się w obraz pokazujący, jak bardzo chciałaby mnie zrozumieć i szczerze wspierać, ale poczucie rozżalenia związanego z porzuceniem przez jej jedyną córkę niemalże pewnej, świetlistej przyszłości nie pozwalało jej cieszyć się z sukcesów dziecka. Moich sukcesów. Nienawidziłam, kiedy jej twarz przyjmowała ten pozorny, w jej mniemaniu obojętny wyraz. Dlatego tym bardziej źle czułam się z faktem, że moja w tamtej chwili wyglądała podobnie.
- Nic się nie stało, i tak się zbierałam - starałam się utrzymać kąciki swoich ust ku górze i kamienny, niemal chłodny wyraz twarzy. Nie czułam się z tym komfortowo, ale miałam dziwne przeczucie, że jeśli go nie podtrzymam, przegram jakąś walkę. Zanim wyszłam z sali, odwróciłam się jeszcze na moment w stronę Octaviana. - Jeśli będziesz mógł, i chciał oczywiście oczywiście, daj mi znać, kiedy się wykurujesz.
Skinęłam znajomemu chłopaka na pożegnanie i żwawym krokiem ruszyłam ku wyjściu z budynku szpitala. Kyler miał pojawić się na parkingu dopiero za trzy kwadranse, toteż napisałam do niego szybką wiadomość, w której informowałam go, że wrócę do mieszkania pieszo. Miałam nadzieję, że długi spacer pomoże mi oczyścić myśli i zastanowić się nad całą tą sytuacją. A dokładniej dwiema. Co prawda ta druga była spowodowana głupotą Jareda, jednak coraz bardziej tęskniłam za naszą przyjaźnią i z każdą chwilą coraz bardziej skłaniałam się ku wyciągnięciu ręki na zgodę jako pierwsza. Z tego też powodu w drodze do domu wstąpiłam do cukierni, która momentalnie zdobyła moje serce nie tylko kolorowym, uroczym szyldem, ale i widokiem, jaki zastałam w środku. Miejsce to wyglądało dosłownie jak kraina słodyczy. Za szybą stała ogromna ilość przeróżnych ciast i ciasteczek, a ogromne słoiki wypełnione były kolorowymi cukierkami, lizakami i żelkami. Po długim namyśle i niezbyt przyjaznych dla mojego portfela zakupach, wyszłam ze sklepu z dwoma niewielkimi ciastami i całkiem sporym pudełeczkiem mieszkanki różnych słodyczy. Nazwałam to swoim planem B. Swoim drugim sposobem na pogodzenie się z Jaredem.
Jednakże kiedy weszłam do mieszkania, stanęłam jak wryta na widok przyjaciela, który w rękach trzymał bardzo podobny zestaw do tego, z którym przyszłam. W jego dodatkowo znajdowała się niewielka roślinka w doniczce.
- Przepraszam - rzuciliśmy jednocześnie. Szybko odłożyłam swoje paczki na stół, a kiedy Jared zrobił to samo, objęłam go w pasie.
- Wiedziałam, że za mną zatęsknisz - odparłam, kiedy się od siebie odsunęliśmy.
Chłopak zaśmiał się krótko,
- I dlatego tak się obkupiłaś?
- Och, to miała być forma zachęty - uśmiechnęłam się szeroko. - Ale sami tego nie zmieścimy, więc z łaski swojej leć po dziewczyny i Kylera, a ja to rozłożę na talerze.
Chłopak zasalutował, udając żołnierza i po chwili zniknął za drzwiami.
Odetchnęłam w duchu, przynajmniej jedną sprawę miałam z głowy. Czułam jednak, że z drugą nie pójdzie mi tak łatwo.
Octavian?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natasha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natasha. Pokaż wszystkie posty
20 kwi 2018
9 mar 2018
Od Natashy do Octaviana
Zmarszczyłam czoło, raz po raz czytając nadesłanego niedawno przez Octaviana smsa, który, co wywołało u mnie uczucie lekkiego rozdrażnienia, nie zawierał nic oprócz samej informacji o pobycie w szpitalu i sugestii, żebym wpadła go odwiedzić. Zrobiłabym to i bez jego delikatnej prośby.
- Watson - Kate klapnęła na sąsiednie miejsce, spoglądając mi przez ramię na wyświetlacz komórki. Szybko schowałam smartfona do kieszeni. Kiedy na nią spojrzałam, na jej twarzy malowała się nie tylko ciekawość, ale i lekkie współczucie. - Auć, co mu się stało?
Wzruszyłam ramionami, wbijając wzrok w swoje trampki.
- Chciałabym wiedzieć - odpowiedziałam z cichym westchnieniem. Jeszcze tylko tego brakowało. Nasza paczka po ostatniej kłótni przechodziła jeden z tych strasznych kryzysów, kiedy to zdania między jej członkami są podzielone i w grupie tworzą się własne, wewnętrzne kręgi, a teraz jeszcze Octavian wylądował w szpitalu. Zaczynałam mieć mocne podstawy do sądzenia, że uczepiło się mnie jakieś licho albo podpadłam bożkowi zajmującego się kwestiami fortuny i szczęścia.
- Więęęc, pójdziesz do niego? - chciała wiedzieć blondynka.
- Raczej tak. Miałam iść z Kylerem na zakupy, ale jeśli uda mi się zdążyć po nich, to na pewno wpadnę do szpitala - uśmiechnęłam się lekko, poprawiając koński ogon, z którego w czasie treningu wysmyknęło się kilka kosmyków, które teraz luźno opadały dookoła mojej twarzy. Do końca zajęć zostało jeszcze sporo czasu, a w czasie przerwy na lunch, czego byłam stuprocentowo pewna, nie zdążyłabym dojechać do szpitala i wrócić. A na tę chwilę nie zamierzałam przekładać niczego nad własną edukację i karierę.
Wiele osób uważa, że do osiągnięcia sukcesu w danej branży niezbędny jest przede wszystkich talent do robienia pewnych rzeczy. Kiedyś myślałam podobnie, ale nawet jeśli chodzi o przemysł muzyczny czy ogólnie artystyczny, talent stanowi niewielki procent na liście pożądanych cech lub umiejętności. Dajmy na przykład malarstwo, osoba o wyrobionym nazwisku dałaby radę sprzedać obraz nawet, gdyby tworzyłoby go tylko płótno pokryte jedną plamą. Dlaczego? Ponieważ umiał wypromować swój produkt. Aczkolwiek malarstwo i aktorstwo, łamane przez branża muzyczna, mają jedną, lecz ważną różnicę. W tym pierwszym nazwisk się nie zapomina. W drugim? Wypadniesz z okręgu, kończysz swoją pełną sukcesów karierę. Z pierwszych stron Vouge, Elle czy Cosmopolitana lądujesz na jednej czwartej kartki w niewielkim piśmie, którego praktycznie nikt nie czyta. Deczko przygnębiające.
Dlatego właśnie zamierzałam skupić całą swoją uwagę na własnym rozwoju, stawiając innych na niższym podeście.
Czy czuję się przez to gorzej?
Odpowiedź brzmi następująco; zdecydowanie nie.
Po skończonej próbie szybko przebrałam się w normalny strój - na który dzisiaj składała się trochę na mnie za duża pasiasta koszulka i zwykłe czarne dżinsy - i pognałam na sąsiadujący z uniwersyteckim teatrem parking, gdzie czekał już na mnie siedzący w swoim aucie Kyler. Na nosie miał założone okulary słoneczne, a w ręku telefon na którym nieustannie coś pisał. Nic dziwnego więc, że niezauważoną udało mi się podejść do samochodu. Dopiero kiedy otworzyłam drzwi chłopak zwrócił na mnie uwagę.
- Hej - uśmiechnęłam się na powitanie.
- Hej. Gotowa na wyprawę życia?
Zaśmiałam się krótko.
- Jeśli tak nazywasz robienie cotygodniowych zakupów.
- Odpowiedź na miarę A - pochwalił mnie żartobliwie, odpalając maszynę i ruszając w kierunku supermarketu.
Przez całą drogę samochód wypełniała cicha muzyka płynąca z radia, czasami ubogacana albo moim albo należącym do Kylera nuceniem. Cieszyłam się, że przynajmniej z nim mogę spędzić kilka miłych chwil zanim z powrotem wrócę do mieszkania, gdzie powietrze można by kroić nożem.
- Myślisz, że cztery kartony mleka nam wystarczą? - spytałam w sklepie, skacząc spojrzeniem od chłopaka do kolorowych pudełek, w które mleko było zapakowane.
- Raczej tak, ale może weź jeden w razie W?
- Okej - ostrożnie włożyłam odpowiednią ilość do wózka. Kiedy spacerowaliśmy pomiędzy alejkami z żywnością, zwróciłam się do Kylera. - Dziękuję, że zgodziłeś się zrobić ze mną zakupy. Wiem, że twoja kolej była tydzień temu, ale sam doskonale wiesz jak wygląda sytuacja z Jaredem. Chyba byśmy się tutaj pozabijali.
- Wiem - uśmiechnął się ciepło w moim kierunku, co od razu odwzajemniłam. - Niemniej powinnaś spróbować się z nim pogodzić, takie sprzeczki w grupie są męczące dla wszystkich.
- Wiem - ucięłam, widząc, że u Kylera uaktywnia się tryb 'doradca w sprawach sercowych' nazywany również 'Pan Psycholog Kyler'. Kiedy przechodziliśmy obok plastikowych pojemników z bukietami, chwyciłam jeden i dodałam do zakupów.
Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się ubłagać Kyle'a żeby podwiózł mnie do szpitala. Zwykle chłopak jest sceptycznie nastawiony do sytuacji, które znajdują się poza jego planem, ale dziś humor wyraźnie mu dopisywał i nie zostawił mnie na pastwę losu przed sklepem. Obiecał odebrać mnie po godzinie, dlatego pozbawiona jednego z problemów z lekkim uśmiechem na ustach szłam w kierunku recepcji, by dowiedzieć się, gdzie leży mój znajomy.
- Dzień dobry, szukam Octaviana Westbrooka - zwróciłam się siedzącej za ladą młodej kobiety, która na dźwięk mojego głosu podniosła wzrok znad dokumentów.
- Kim pani jest dla pacjenta? - okej, nie spodziewałam się takiego pytania.
- Siostrą.
Zmierzyła mnie szybko spojrzeniem, ale dzięki Bogu nie poprosiła o dowód.
- Korytarzem prosto, po schodach do góry i trzecie drzwi po lewej.
- Dziękuję - ruszyłam wyznaczoną trasą, powtarzając jednocześnie w głowie jej poszczególne elementy. Dwukrotnie pomyliłam drzwi, aż w końcu udało mi się trafić do odpowiedniej sali. Zacisnęłam mocniej dłonie na niewielkim bukieciku, składającym się z białych i pomarańczowych kwiatów i uśmiechnęłam się lekko.
- Cześć - przywitałam cię cicho, machając mu wolną ręką. Ruszyłam w kierunku jego łóżka, ale przystanęłam z lekkim zaskoczeniem na widok siedzącej obok kobiety. - Dzień dobry?
Octavian?
Wiele osób uważa, że do osiągnięcia sukcesu w danej branży niezbędny jest przede wszystkich talent do robienia pewnych rzeczy. Kiedyś myślałam podobnie, ale nawet jeśli chodzi o przemysł muzyczny czy ogólnie artystyczny, talent stanowi niewielki procent na liście pożądanych cech lub umiejętności. Dajmy na przykład malarstwo, osoba o wyrobionym nazwisku dałaby radę sprzedać obraz nawet, gdyby tworzyłoby go tylko płótno pokryte jedną plamą. Dlaczego? Ponieważ umiał wypromować swój produkt. Aczkolwiek malarstwo i aktorstwo, łamane przez branża muzyczna, mają jedną, lecz ważną różnicę. W tym pierwszym nazwisk się nie zapomina. W drugim? Wypadniesz z okręgu, kończysz swoją pełną sukcesów karierę. Z pierwszych stron Vouge, Elle czy Cosmopolitana lądujesz na jednej czwartej kartki w niewielkim piśmie, którego praktycznie nikt nie czyta. Deczko przygnębiające.
Dlatego właśnie zamierzałam skupić całą swoją uwagę na własnym rozwoju, stawiając innych na niższym podeście.
Czy czuję się przez to gorzej?
Odpowiedź brzmi następująco; zdecydowanie nie.
Po skończonej próbie szybko przebrałam się w normalny strój - na który dzisiaj składała się trochę na mnie za duża pasiasta koszulka i zwykłe czarne dżinsy - i pognałam na sąsiadujący z uniwersyteckim teatrem parking, gdzie czekał już na mnie siedzący w swoim aucie Kyler. Na nosie miał założone okulary słoneczne, a w ręku telefon na którym nieustannie coś pisał. Nic dziwnego więc, że niezauważoną udało mi się podejść do samochodu. Dopiero kiedy otworzyłam drzwi chłopak zwrócił na mnie uwagę.
- Hej - uśmiechnęłam się na powitanie.
- Hej. Gotowa na wyprawę życia?
Zaśmiałam się krótko.
- Jeśli tak nazywasz robienie cotygodniowych zakupów.
- Odpowiedź na miarę A - pochwalił mnie żartobliwie, odpalając maszynę i ruszając w kierunku supermarketu.
Przez całą drogę samochód wypełniała cicha muzyka płynąca z radia, czasami ubogacana albo moim albo należącym do Kylera nuceniem. Cieszyłam się, że przynajmniej z nim mogę spędzić kilka miłych chwil zanim z powrotem wrócę do mieszkania, gdzie powietrze można by kroić nożem.
- Myślisz, że cztery kartony mleka nam wystarczą? - spytałam w sklepie, skacząc spojrzeniem od chłopaka do kolorowych pudełek, w które mleko było zapakowane.
- Raczej tak, ale może weź jeden w razie W?
- Okej - ostrożnie włożyłam odpowiednią ilość do wózka. Kiedy spacerowaliśmy pomiędzy alejkami z żywnością, zwróciłam się do Kylera. - Dziękuję, że zgodziłeś się zrobić ze mną zakupy. Wiem, że twoja kolej była tydzień temu, ale sam doskonale wiesz jak wygląda sytuacja z Jaredem. Chyba byśmy się tutaj pozabijali.
- Wiem - uśmiechnął się ciepło w moim kierunku, co od razu odwzajemniłam. - Niemniej powinnaś spróbować się z nim pogodzić, takie sprzeczki w grupie są męczące dla wszystkich.
- Wiem - ucięłam, widząc, że u Kylera uaktywnia się tryb 'doradca w sprawach sercowych' nazywany również 'Pan Psycholog Kyler'. Kiedy przechodziliśmy obok plastikowych pojemników z bukietami, chwyciłam jeden i dodałam do zakupów.
Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się ubłagać Kyle'a żeby podwiózł mnie do szpitala. Zwykle chłopak jest sceptycznie nastawiony do sytuacji, które znajdują się poza jego planem, ale dziś humor wyraźnie mu dopisywał i nie zostawił mnie na pastwę losu przed sklepem. Obiecał odebrać mnie po godzinie, dlatego pozbawiona jednego z problemów z lekkim uśmiechem na ustach szłam w kierunku recepcji, by dowiedzieć się, gdzie leży mój znajomy.
- Dzień dobry, szukam Octaviana Westbrooka - zwróciłam się siedzącej za ladą młodej kobiety, która na dźwięk mojego głosu podniosła wzrok znad dokumentów.
- Kim pani jest dla pacjenta? - okej, nie spodziewałam się takiego pytania.
- Siostrą.
Zmierzyła mnie szybko spojrzeniem, ale dzięki Bogu nie poprosiła o dowód.
- Korytarzem prosto, po schodach do góry i trzecie drzwi po lewej.
- Dziękuję - ruszyłam wyznaczoną trasą, powtarzając jednocześnie w głowie jej poszczególne elementy. Dwukrotnie pomyliłam drzwi, aż w końcu udało mi się trafić do odpowiedniej sali. Zacisnęłam mocniej dłonie na niewielkim bukieciku, składającym się z białych i pomarańczowych kwiatów i uśmiechnęłam się lekko.
- Cześć - przywitałam cię cicho, machając mu wolną ręką. Ruszyłam w kierunku jego łóżka, ale przystanęłam z lekkim zaskoczeniem na widok siedzącej obok kobiety. - Dzień dobry?
Octavian?
13 lut 2018
Od Natashy do Octaviana
Stałam jeszcze przez chwilę w miejscu, analizując powoli i dokładnie, co się właśnie stało. Moje zmarznięte policzki nadal pokrywała szkarłatna czerwień, której źródłem wcale nie był zimowy chłód panujący na zewnątrz. Niemalże czułam jak te rumieńce palą moją skórę, w podobnym odczuciu jakby płomienie delikatnie lizały moją twarz. I było to tak dziwne uczucie, że zwyczajnie nie potrafiłam zrobić nic, by wyrwać się z tego dziwnego amoku
- Tash - dopiero szorstki ton Sherbourne'a wyrwał mnie z zamyślenia, jednocześnie sprawiając, że dotąd pozytywne uczucia szybko gdzieś zniknęły i zostały zastąpione przez dziwnego rodzaju złość. Nawet nie wiem, co ją spowodowało, bowiem dałam sobie spokój z denerwowaniem się na niego za tamtą akcję z Phoebe.
- Jared - obróciłam się w jego stronę, krzyżując ramiona na wysokości klatki piersiowej. - Co to miało być? Zachowujesz się jakbyś cierpiał na rozdwojenie jaźni - starałam się nie podnosić głosu, by nie zbudzić śpiących już pewnie sąsiadów. Było zdecydowanie za późno na kłótnie na środku chodnika, mimo że mieszkańcy naszego bloku byli zdecydowanymi fanami miejskich awantur.
- Natasha - zignorował moje poprzednie słowa, jednak na jego twarzy odmalował się wysiłek, jaki go to kosztowało. - Po prostu chodź do środka.
Zacisnęłam wargi, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
- Proszę - dodał, chcąc mnie udobruchać i wzdychając ciężko na widok mojej zaciętej miny. Nie lubiłam kłócić się z Sherbournem i nigdy tego nie robiłam. Przeważnie zgadzaliśmy się we wszystkim, a nawet jeśli pojawiały się jakieś różnice w naszych zdaniach, potrafiliśmy pójść na kompromis. Jednak teraz patrząc na jego złość kryjącą się pod maską skruchy i czując wściekłość gotującą się wewnątrz mnie wiedziałam, że tym razem zgoda przyjdzie nam z ogromną trudnością.
Przegryzłam wargę i ruszyłam niechętnie w kierunku wejścia do klatki schodowej, wkładając całą swoją silną wolę w to, by stamtąd nie czmychnąć.
Nagle przez myśl mi przeszło, że gdyby taka scena rozgrywała się w filmie w tle grałaby cichutka, lekko smutna, ale budująca napięcie muzyka klasyczna. Aczkolwiek dla mnie dużo bardziej pasowałby tutaj głośny refren Just Like Fire w wersji acapella albo akustycznej. Delikatny, ale klimatyczny dźwięk gitary oraz naturalny, lekko szorstki, jednak nadal przyjemny dla ucha głos P!nk.
Szurając podeszwami butów po kamiennej strukturze schodów, dotarłam na górę do naszego apartamentu, do którego drzwi otworzyłam z nieukrywaną złością, prawie zatrzaskując je przed nosem Jareda.
Przed pobiegnięciem do swojej sypialni powstrzymał mnie widok siedzącego na kanapie Kylera oraz stojących niedaleko niego Isabel i Joanne. Wszyscy mieli dziwne, niezbyt radosne miny, dlatego stanęłam jak wryta, skacząc wzrokiem od jednego do drugiego.
- Ktoś umarł? - wypaliłam bezmyślnie, a kiedy moje pytanie spotkało się jedynie z ponurymi spojrzeniami z nerwów zaczęłam wbijać sobie paznokcie w wewnętrzną część dłoni, by nie uciec stamtąd z płaczem. Ból ten, niezbyt intensywny, a jednak obecny, pozwalał mi kontrolować emocje. Nienawidziłam, gdy ludzie się tak we mnie wpatrywali. Z taką... rezygnacją.
Żeby na chwilę odwrócić się od ich wzroku, zaczęłam ściągać z ramion płaszcz, by móc odwiesić go na wieszak.
- To niezbyt rozsądne wychodzić o tak późnej porze z nieznajomym - słysząc głos zirytowanego Jareda, zagryzłam wargi, by na niego nie nawrzeszczeć.
- Phoebe ma ciebie dosyć, że zacząłeś się nagle martwić? - odwarknęłam, nie poświęcając mu nawet spojrzenia. Jestem pewna, że gdybym to zrobiła, skończyłoby się jeszcze gorszą kłótnią.
- Phoebe? - Jo zwróciła się do Sherbourne'a, który westchnął jedynie w odpowiedzi.
- Długa historia.
- Wcale nie taka długa - wtrąciłam się, z zadowoleniem pojmując, że mam szansę odwrócić sytuację na moją korzyść. - Poznałam Octaviana w kawiarni, gdzie poszłam z Jaredem. Kiedy jednak on stwierdził, że lepiej będzie zostawić mnie samą i pójść do słodkiej Phoebe, Octavian postawił mi kawę i zagadał.
- Zostawiłeś ją? - tym razem do rozmowy dołączył Kyler.
- Zapomniałem o spotkaniu z Phoe. Przeprosiłem.
- Wybaczcie ale zebraliście się tutaj, żeby dyskutować o moim wyjściu? Serio? - wsunęłam telefon do tylnej kieszeni spodni, krzyżując ramiona na piersi.
- Tak. Jared twierdzi, że ten facet jest jakimś szemranym typem.
- Co? - nie mogłam uwierzyć, że Sherbourne miał czelność tak perfidnie skłamać.
- Tash, przestań. Umówiłaś się z nim tylko dlatego, że chciałaś się na mnie zemścić za tamto wyjście. Ale nie możesz wykorzystywać swoich problemów z przeszłości po to, żeby ciągle trzymać nas obok. My też mamy swoje życie i... - Jared urwał nagle, widząc, jak moje ramiona zaczynają trząść się pod wpływem emocji.
- Nigdy nie wykorzystywałam moich problemów, żeby was przy sobie utrzymać - cedziłam powoli i wyraźnie każde słowo, jakby było osobnym, niepowiązanym z poprzednim wyrazem. Nie mogąc już dłużej znieść widoku Jareda, obróciłam się na pięcie i pognałam do sypialni, zamykając za sobą drzwi na klucz.
- Watson, spóźniasz obrót przy wejściu do refrenu - zauważyła stojąca za mną Kate. Zaklęłam pod nosem i odwróciłam głowę w jej stronę, by podziękować jej za tę uwagę. Przy kolejnej próbie w końcu udało mi się obrócić w odpowiedniej chwili.
- Dzięki - zwróciłam się do niej podczas przerwy na oddech.
- Nie ma sprawy, Watson - puściła mi oczko i wróciła do reżyserki, by zapytać ją o zmianę w scenariuszu.
Nasz wydział planował w tym roku wystawić teatralną wersję kultowego musicalu 'Mamma Mia', a mnie przydzielono rolę Sophie, córki głównej bohaterki Donny. Kate grała jedną z psiapsiół mojej postaci, toteż dużo czasu spędzałyśmy ostatnio razem. I z każdą chwilą z nią spędzaną byłam coraz bardziej przekonana, że mogłybyśmy zostać naprawdę dobrymi koleżankami.
Chwyciłam telefon i zaczęłam pisać sms do Octaviana.
O drugiej kończę próbę, masz ochotę na obiad?
Octavian?
- Tash - dopiero szorstki ton Sherbourne'a wyrwał mnie z zamyślenia, jednocześnie sprawiając, że dotąd pozytywne uczucia szybko gdzieś zniknęły i zostały zastąpione przez dziwnego rodzaju złość. Nawet nie wiem, co ją spowodowało, bowiem dałam sobie spokój z denerwowaniem się na niego za tamtą akcję z Phoebe.
- Jared - obróciłam się w jego stronę, krzyżując ramiona na wysokości klatki piersiowej. - Co to miało być? Zachowujesz się jakbyś cierpiał na rozdwojenie jaźni - starałam się nie podnosić głosu, by nie zbudzić śpiących już pewnie sąsiadów. Było zdecydowanie za późno na kłótnie na środku chodnika, mimo że mieszkańcy naszego bloku byli zdecydowanymi fanami miejskich awantur.
- Natasha - zignorował moje poprzednie słowa, jednak na jego twarzy odmalował się wysiłek, jaki go to kosztowało. - Po prostu chodź do środka.
Zacisnęłam wargi, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
- Proszę - dodał, chcąc mnie udobruchać i wzdychając ciężko na widok mojej zaciętej miny. Nie lubiłam kłócić się z Sherbournem i nigdy tego nie robiłam. Przeważnie zgadzaliśmy się we wszystkim, a nawet jeśli pojawiały się jakieś różnice w naszych zdaniach, potrafiliśmy pójść na kompromis. Jednak teraz patrząc na jego złość kryjącą się pod maską skruchy i czując wściekłość gotującą się wewnątrz mnie wiedziałam, że tym razem zgoda przyjdzie nam z ogromną trudnością.
Przegryzłam wargę i ruszyłam niechętnie w kierunku wejścia do klatki schodowej, wkładając całą swoją silną wolę w to, by stamtąd nie czmychnąć.
Nagle przez myśl mi przeszło, że gdyby taka scena rozgrywała się w filmie w tle grałaby cichutka, lekko smutna, ale budująca napięcie muzyka klasyczna. Aczkolwiek dla mnie dużo bardziej pasowałby tutaj głośny refren Just Like Fire w wersji acapella albo akustycznej. Delikatny, ale klimatyczny dźwięk gitary oraz naturalny, lekko szorstki, jednak nadal przyjemny dla ucha głos P!nk.
Szurając podeszwami butów po kamiennej strukturze schodów, dotarłam na górę do naszego apartamentu, do którego drzwi otworzyłam z nieukrywaną złością, prawie zatrzaskując je przed nosem Jareda.
Przed pobiegnięciem do swojej sypialni powstrzymał mnie widok siedzącego na kanapie Kylera oraz stojących niedaleko niego Isabel i Joanne. Wszyscy mieli dziwne, niezbyt radosne miny, dlatego stanęłam jak wryta, skacząc wzrokiem od jednego do drugiego.
- Ktoś umarł? - wypaliłam bezmyślnie, a kiedy moje pytanie spotkało się jedynie z ponurymi spojrzeniami z nerwów zaczęłam wbijać sobie paznokcie w wewnętrzną część dłoni, by nie uciec stamtąd z płaczem. Ból ten, niezbyt intensywny, a jednak obecny, pozwalał mi kontrolować emocje. Nienawidziłam, gdy ludzie się tak we mnie wpatrywali. Z taką... rezygnacją.
Żeby na chwilę odwrócić się od ich wzroku, zaczęłam ściągać z ramion płaszcz, by móc odwiesić go na wieszak.
- To niezbyt rozsądne wychodzić o tak późnej porze z nieznajomym - słysząc głos zirytowanego Jareda, zagryzłam wargi, by na niego nie nawrzeszczeć.
- Phoebe ma ciebie dosyć, że zacząłeś się nagle martwić? - odwarknęłam, nie poświęcając mu nawet spojrzenia. Jestem pewna, że gdybym to zrobiła, skończyłoby się jeszcze gorszą kłótnią.
- Phoebe? - Jo zwróciła się do Sherbourne'a, który westchnął jedynie w odpowiedzi.
- Długa historia.
- Wcale nie taka długa - wtrąciłam się, z zadowoleniem pojmując, że mam szansę odwrócić sytuację na moją korzyść. - Poznałam Octaviana w kawiarni, gdzie poszłam z Jaredem. Kiedy jednak on stwierdził, że lepiej będzie zostawić mnie samą i pójść do słodkiej Phoebe, Octavian postawił mi kawę i zagadał.
- Zostawiłeś ją? - tym razem do rozmowy dołączył Kyler.
- Zapomniałem o spotkaniu z Phoe. Przeprosiłem.
- Wybaczcie ale zebraliście się tutaj, żeby dyskutować o moim wyjściu? Serio? - wsunęłam telefon do tylnej kieszeni spodni, krzyżując ramiona na piersi.
- Tak. Jared twierdzi, że ten facet jest jakimś szemranym typem.
- Co? - nie mogłam uwierzyć, że Sherbourne miał czelność tak perfidnie skłamać.
- Tash, przestań. Umówiłaś się z nim tylko dlatego, że chciałaś się na mnie zemścić za tamto wyjście. Ale nie możesz wykorzystywać swoich problemów z przeszłości po to, żeby ciągle trzymać nas obok. My też mamy swoje życie i... - Jared urwał nagle, widząc, jak moje ramiona zaczynają trząść się pod wpływem emocji.
- Nigdy nie wykorzystywałam moich problemów, żeby was przy sobie utrzymać - cedziłam powoli i wyraźnie każde słowo, jakby było osobnym, niepowiązanym z poprzednim wyrazem. Nie mogąc już dłużej znieść widoku Jareda, obróciłam się na pięcie i pognałam do sypialni, zamykając za sobą drzwi na klucz.
- Watson, spóźniasz obrót przy wejściu do refrenu - zauważyła stojąca za mną Kate. Zaklęłam pod nosem i odwróciłam głowę w jej stronę, by podziękować jej za tę uwagę. Przy kolejnej próbie w końcu udało mi się obrócić w odpowiedniej chwili.
- Dzięki - zwróciłam się do niej podczas przerwy na oddech.
- Nie ma sprawy, Watson - puściła mi oczko i wróciła do reżyserki, by zapytać ją o zmianę w scenariuszu.
Nasz wydział planował w tym roku wystawić teatralną wersję kultowego musicalu 'Mamma Mia', a mnie przydzielono rolę Sophie, córki głównej bohaterki Donny. Kate grała jedną z psiapsiół mojej postaci, toteż dużo czasu spędzałyśmy ostatnio razem. I z każdą chwilą z nią spędzaną byłam coraz bardziej przekonana, że mogłybyśmy zostać naprawdę dobrymi koleżankami.
Chwyciłam telefon i zaczęłam pisać sms do Octaviana.
O drugiej kończę próbę, masz ochotę na obiad?
Octavian?
24 sty 2018
Od Natashy do Octaviana
Uśmiechnęłam się pod nosem, z wyraźnym zadowoleniem ignorując gderającego mi koło ucha Sherbourne'a, którego gadanie skutecznie zagłuszały słuchawki. Albo płynąca z nich muzyka. Wszystko jedno. Naprawdę miałam głęboko w nosie to, co chce mi przekazać, tym bardziej, że sprawa dotyczyła jego Phoebe. Można byłoby pochopnie stwierdzić, że jestem zazdrosna, ale uczucie, które towarzyszyło mi od momentu, kiedy postawił ją ponad mnie, było troszkę inne. Stanowiło mieszankę rozczarowania, niepokoju i złości. Nigdy nie traktowałam Jareda inaczej niż jako przyjaciela, był dla mnie jak starszy brat. On sam nie miał oporów przed nazywaniem mnie swoją młodszą siostrzyczką, a mnie ten układ jak najbardziej pasował.
Spojrzałam od niechcenia na zegarek, a pokazywana przez niego godzina mocno mnie zaskoczyła. Była szósta.
Chociaż to ja ustaliłam godzinę spotkania, wypadła mi ona z głowy i gdyby nie zapisana notatka w kalendarzu, która przyczepiona była do paska narzędzi, pewnie zapomniałabym się wyszykować.
Odłożyłam książkę na płaski podłokietnik i podniosłam tyłek z kanapy, kierując się w stronę swojej łazienki, by odświeżyć się przed spotkaniem. Kiedy stanęłam przed lustrem i zaczęłam myć twarz, by przygotować ją do nałożenia kremu, o framugę drzwi oparł się Jared, przyglądając mi się z ciekawością.
- Wybierasz się gdzieś?
Przewróciłam oczami, wycierając mokrą skórę policzków i czoła miękkim ręcznikiem.
- Czy muszę się gdzieś wybierać, żeby doprowadzić się do porządku? - burknęłam po długiej chwili ciszy, która dołączyła do i tak ciężkiej już atmosfery między nami.
- Nie. Ale wyglądasz na podekscytowaną i wystraszoną zarazem - podszedł do mnie i oparł brodę na moim ramieniu.
- Wcale nie - odepchnęłam go z całej siły, zabierając się za nakładanie kremu z barwnikiem, który nadawał mu dodatkowo podobne właściwości jak podkładowi. Jednakże był on znacznie delikatniejszy i oprócz zakrywania niedoskonałości, miał pomagać cerze. Potem cienka warstwa pudru i tusz do rzęs, mający je trochę wydłużyć i zagęścić.
- Tashie, pytam serio. Jako twój starszy braciszek mam obowiązek dbać o twoje bezpieczeństwo - uśmiechnął się lekko, próbując udobruchać mnie ciepłym, błagalnym spojrzeniem.
Prychnęłam, zaczynając rozczesywać swoje splątane lekko włosy.
- Teraz ci się zebrało. Może idź zapytaj Phoebe, czy nie potrzebuje twojej ochrony.
- Tash.
- Jared.
Westchnął.
- Natasha, nie mam ani siły, ani ochoty na kłótnie z tobą.
- O, naprawdę? Ja też. Więc miło by było, gdybyś wyszedł stąd i pozwolił mi się wyszykować na spotkanie - warknęłam, niemalże wypychając go za drzwi, które też od razu za nim zamknęłam.
Oparłam się o nie plecami, zjeżdżając w dół tak, że po chwili siedziałam na chłodnych płytkach, opierając głowę na zgiętych kolanach.
Kiedy udało mi się uspokoić swoje emocje i maksymalnie zmniejszyć złość na Sherbourne'a, przeszłam do swojego pokoju, by wybrać odpowiednie elementy garderoby. Nigdy wcześniej nie byłam w restauracji indyjskiej, toteż nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Dlatego też postawiłam na bardzo klasyczny zestaw składający się z swetra o kremowym odcieniu i smukłych, czarnych spodni. Włosy zostawiłam rozpuszczone, dlatego swobodnie opadały na moje ramiona w artystycznym nieładzie.
Obejrzałam się w lustrze, przegryzając niepewnie wargę, kiedy patrzyłam na swoje odbicie. Dopiero dzwonek do drzwi oderwał mnie od tej czynności. Pognałam szybko do wejścia, żeby nie uprzedziła mnie żadna ze współlokatorek. Albo tym bardziej Jared.
Ledwo powstrzymałam się przed parsknięciem śmiechem na widok kaktusa.
- Dobry wieczór. Gotowa?
Uśmiechnęłam się i przyjęłam roślinkę, odkładając ją ostrożnie na stolik w jadalni. Wróciłam pospiesznie do Octaviana, którego wzrok prześlizgujący się po mojej twarzy, wprawił mnie w zakłopotanie.
- Tak. Raczej tak - poklepałam się po kieszeniach kurtki, sprawdzając ich zawartość. Na odchodne odwróciłam się na pięcie i podniosłam lekko głos, by było mnie dobrze słychać. - Wychodzę, zamknij ktoś za mną drzwi! - następne zwróciłam się do Octaviana. - Okej. Prowadź.
Octavian?
przepraszam za taką ilość.
niech twoja wena działa!
Spojrzałam od niechcenia na zegarek, a pokazywana przez niego godzina mocno mnie zaskoczyła. Była szósta.
Chociaż to ja ustaliłam godzinę spotkania, wypadła mi ona z głowy i gdyby nie zapisana notatka w kalendarzu, która przyczepiona była do paska narzędzi, pewnie zapomniałabym się wyszykować.
Odłożyłam książkę na płaski podłokietnik i podniosłam tyłek z kanapy, kierując się w stronę swojej łazienki, by odświeżyć się przed spotkaniem. Kiedy stanęłam przed lustrem i zaczęłam myć twarz, by przygotować ją do nałożenia kremu, o framugę drzwi oparł się Jared, przyglądając mi się z ciekawością.
- Wybierasz się gdzieś?
Przewróciłam oczami, wycierając mokrą skórę policzków i czoła miękkim ręcznikiem.
- Czy muszę się gdzieś wybierać, żeby doprowadzić się do porządku? - burknęłam po długiej chwili ciszy, która dołączyła do i tak ciężkiej już atmosfery między nami.
- Nie. Ale wyglądasz na podekscytowaną i wystraszoną zarazem - podszedł do mnie i oparł brodę na moim ramieniu.
- Wcale nie - odepchnęłam go z całej siły, zabierając się za nakładanie kremu z barwnikiem, który nadawał mu dodatkowo podobne właściwości jak podkładowi. Jednakże był on znacznie delikatniejszy i oprócz zakrywania niedoskonałości, miał pomagać cerze. Potem cienka warstwa pudru i tusz do rzęs, mający je trochę wydłużyć i zagęścić.
- Tashie, pytam serio. Jako twój starszy braciszek mam obowiązek dbać o twoje bezpieczeństwo - uśmiechnął się lekko, próbując udobruchać mnie ciepłym, błagalnym spojrzeniem.
Prychnęłam, zaczynając rozczesywać swoje splątane lekko włosy.
- Teraz ci się zebrało. Może idź zapytaj Phoebe, czy nie potrzebuje twojej ochrony.
- Tash.
- Jared.
Westchnął.
- Natasha, nie mam ani siły, ani ochoty na kłótnie z tobą.
- O, naprawdę? Ja też. Więc miło by było, gdybyś wyszedł stąd i pozwolił mi się wyszykować na spotkanie - warknęłam, niemalże wypychając go za drzwi, które też od razu za nim zamknęłam.
Oparłam się o nie plecami, zjeżdżając w dół tak, że po chwili siedziałam na chłodnych płytkach, opierając głowę na zgiętych kolanach.
Kiedy udało mi się uspokoić swoje emocje i maksymalnie zmniejszyć złość na Sherbourne'a, przeszłam do swojego pokoju, by wybrać odpowiednie elementy garderoby. Nigdy wcześniej nie byłam w restauracji indyjskiej, toteż nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Dlatego też postawiłam na bardzo klasyczny zestaw składający się z swetra o kremowym odcieniu i smukłych, czarnych spodni. Włosy zostawiłam rozpuszczone, dlatego swobodnie opadały na moje ramiona w artystycznym nieładzie.
Obejrzałam się w lustrze, przegryzając niepewnie wargę, kiedy patrzyłam na swoje odbicie. Dopiero dzwonek do drzwi oderwał mnie od tej czynności. Pognałam szybko do wejścia, żeby nie uprzedziła mnie żadna ze współlokatorek. Albo tym bardziej Jared.
Ledwo powstrzymałam się przed parsknięciem śmiechem na widok kaktusa.
- Dobry wieczór. Gotowa?
Uśmiechnęłam się i przyjęłam roślinkę, odkładając ją ostrożnie na stolik w jadalni. Wróciłam pospiesznie do Octaviana, którego wzrok prześlizgujący się po mojej twarzy, wprawił mnie w zakłopotanie.
- Tak. Raczej tak - poklepałam się po kieszeniach kurtki, sprawdzając ich zawartość. Na odchodne odwróciłam się na pięcie i podniosłam lekko głos, by było mnie dobrze słychać. - Wychodzę, zamknij ktoś za mną drzwi! - następne zwróciłam się do Octaviana. - Okej. Prowadź.
Octavian?
przepraszam za taką ilość.
niech twoja wena działa!
10 gru 2017
Od Natashy do Octaviana
Skuliłam ramiona, obserwując jak chłopak podąża za kobietą w niebieskiej sukience, która była najprawdopodobniej jego szefową. Bardzo niezadowoloną szefową, której samo spojrzenie wystarczyło, by zamrozić słońce i okoliczne gwiazdy. A jak wiadomo są one gorące i... stop. Plątam się nawet we własnych myślach, a to zdecydowanie nie jest normalne.
- Hej - zwróciłam się do kelnerki, która zajęła się sprzątaniem rozlanej kawy. - Będzie bardzo źle? Może pójdę i powiem, że to moja wina? Bo to była moja wina. Nie chcę, żeby ktokolwiek miał przeze mnie problemy, a ten chłopak najwyraźniej je będzie miał, wnioskując z miny waszej szefowej.
- Nie sądzę, by interesowało ją kto zawinił - niewysoka brunetka odpowiedziała mi dopiero, gdy już uporała się z rozlanym napojem. Odłożyła ścierkę na blat i wsparłszy dłoń na biodrze, spojrzała na mnie z życzliwością. Spodziewałam się czegoś zupełnie odwrotnego.
- Kurczę - przegryzłam wargę, nerwowo stukając palcami o drewniany blat. - Zapłacę, zjem i znikam. Jestem jak licho, ściągam problemy - uśmiechnęłam się przepraszająco, grzebiąc w torebce, która nagle pochłonęła portfel. Kiedy go nie znalazłam, zaczęłam przeszukiwać kieszenie kurtki i na szczęście w jednej z nich znalazłam banknoty od Jareda. Szybko odliczyłam kwotę i podałam dziewczynie zwitek jednodolarówek. Następnie z ogromną ostrożnością podniosłam tackę z jedną kawą i naleśnikami, by zanieść je do stolika, gdzie czekał już na mnie przyjaciel. Podczas mojej nieobecności chłopak odpisywał na jakiegoś smsa, a kiedy zauważył, że się zbliżam, szybko go zablokował.
Dzieciak. I dupek.
- Czyżby zmysłowa Phoebe nie dawała ci chwili wytchnienia? - postawiłam talerze z jedzeniem na stoliku i siadłszy, przechyliłam lekko głową, przyglądając się Jaredowi. - A może to ty jesteś upartym stalkerem i nie dajesz biednej dziewczynie spokoju?
Brunet pokręcił głową, nie kryjąc rozbawienia i od razu zabrał się za krojenie swojego naleśnika, z którego owoce niemal się wysypywały.
- Gdybyś mnie słuchała, a wiem, że tego nie robiłaś, wiedziałabyś, że gramy razem w tym nowym przedstawieniu, a dla Phoebe to pierwsza poważna rola i trochę-bardzo boi się występu.
- Aww, to takie urocze, że pomagasz swojej dziewczynie przezwyciężyć strach - uśmiechnęłam się szeroko, a kiedy Sherbourne spuścił wzrok, uznałam to za potwierdzenie swoich słów. - Opowiadaj jaka jest! Kiedy ją poznam?
Parsknął w odpowiedzi.
- Zachowujesz się jak matka, a, jak pewnie doskonale pamiętasz, nie mówię jej o niczym poza ocenach. Módl się, żebym i o tobie nie zmienił zdania.
Przewróciłam oczami.
- Nie zrobiłbyś tego. Kyler nie jest typem bestie do pogadania, śmiałby się z ciebie. Ja jestem wystarczająco dobrze wychowana, żeby tego nie robić.
- Punkt dla ciebie - upił trochę swojej kawy. Podskoczyłam zaskoczona, kiedy jego telefon zaczął dzwonić, jednak zdziwienie szybko zostało zastąpione przez najzwyklejsze rozbawienie, bo na ekranie wyświetliło się imię.
Phoebe.
- Słucham? - Jared odebrał pospiesznie, pokazując mi język. - Tak, jasne. Wiem. Przepraszam, że zapomniałem. Zaraz będę.
Co?
Przepraszam bardzo, chyba nie.
- Hm? - uśmiechnęłam się, żeby zamaskować zdenerwowanie, które zaczynało pełznąć po moim ciele i ogarniać mnie w całości. To dopiero pierwsze dni, a już mnie porzuca dla dziewczyny.
- Naprawdę mi przykro, Tash, ale muszę się zbierać. Sytuacja kryzysowa.
Tym razem to ja parsknęłam. Głośno i z wyraźnym poirytowaniem.
- Następnym razem sprawdź, czy nie masz jakichś planów, zanim mnie obudzisz, okej?
Jared otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale widząc moją gniewną minę, najwyraźniej zdecydował się nie pogarszać sytuacji i zabrawszy swoją kurtkę, wyszedł.
Dupek.
Po jakimś czasie do mojego stolika podszedł chłopak. Ten sam, który przeze mnie miał problemy w pracy.
To ja jestem dupkiem. Damską wersją dupka.
- Przepraszam za całe to zamieszanie i tyle czekania. Na koszt firmy - uśmiechnął się dziwnie i odwrócił się by odejść. Nim zdążyłam pomyśleć, co robię, odezwałam się.
- Hej, byłbyś tak dobry i zabrał ten talerz i kubek zanim rzucę nimi w przypadkową osobę? Chociaż twoja szefowa pewnie i tak stwierdziłaby, że to ty albo twoja koleżanka mnie do tego sprowokowaliście - wskazałam na naczynia, które zostawił Sherbourne.
- Rzeczywiście, to całkiem możliwe.
- Jestem Natasha - wyciągnęłam ku niemu dłoń, a już ułamek sekundy później miałam ochotę uderzyć się nią w czoło, ponieważ trzymający talerz kelner nie mógł jej uścisnąć.
Octavian?
- Hej - zwróciłam się do kelnerki, która zajęła się sprzątaniem rozlanej kawy. - Będzie bardzo źle? Może pójdę i powiem, że to moja wina? Bo to była moja wina. Nie chcę, żeby ktokolwiek miał przeze mnie problemy, a ten chłopak najwyraźniej je będzie miał, wnioskując z miny waszej szefowej.
- Nie sądzę, by interesowało ją kto zawinił - niewysoka brunetka odpowiedziała mi dopiero, gdy już uporała się z rozlanym napojem. Odłożyła ścierkę na blat i wsparłszy dłoń na biodrze, spojrzała na mnie z życzliwością. Spodziewałam się czegoś zupełnie odwrotnego.
- Kurczę - przegryzłam wargę, nerwowo stukając palcami o drewniany blat. - Zapłacę, zjem i znikam. Jestem jak licho, ściągam problemy - uśmiechnęłam się przepraszająco, grzebiąc w torebce, która nagle pochłonęła portfel. Kiedy go nie znalazłam, zaczęłam przeszukiwać kieszenie kurtki i na szczęście w jednej z nich znalazłam banknoty od Jareda. Szybko odliczyłam kwotę i podałam dziewczynie zwitek jednodolarówek. Następnie z ogromną ostrożnością podniosłam tackę z jedną kawą i naleśnikami, by zanieść je do stolika, gdzie czekał już na mnie przyjaciel. Podczas mojej nieobecności chłopak odpisywał na jakiegoś smsa, a kiedy zauważył, że się zbliżam, szybko go zablokował.
Dzieciak. I dupek.
- Czyżby zmysłowa Phoebe nie dawała ci chwili wytchnienia? - postawiłam talerze z jedzeniem na stoliku i siadłszy, przechyliłam lekko głową, przyglądając się Jaredowi. - A może to ty jesteś upartym stalkerem i nie dajesz biednej dziewczynie spokoju?
Brunet pokręcił głową, nie kryjąc rozbawienia i od razu zabrał się za krojenie swojego naleśnika, z którego owoce niemal się wysypywały.
- Gdybyś mnie słuchała, a wiem, że tego nie robiłaś, wiedziałabyś, że gramy razem w tym nowym przedstawieniu, a dla Phoebe to pierwsza poważna rola i trochę-bardzo boi się występu.
- Aww, to takie urocze, że pomagasz swojej dziewczynie przezwyciężyć strach - uśmiechnęłam się szeroko, a kiedy Sherbourne spuścił wzrok, uznałam to za potwierdzenie swoich słów. - Opowiadaj jaka jest! Kiedy ją poznam?
Parsknął w odpowiedzi.
- Zachowujesz się jak matka, a, jak pewnie doskonale pamiętasz, nie mówię jej o niczym poza ocenach. Módl się, żebym i o tobie nie zmienił zdania.
Przewróciłam oczami.
- Nie zrobiłbyś tego. Kyler nie jest typem bestie do pogadania, śmiałby się z ciebie. Ja jestem wystarczająco dobrze wychowana, żeby tego nie robić.
- Punkt dla ciebie - upił trochę swojej kawy. Podskoczyłam zaskoczona, kiedy jego telefon zaczął dzwonić, jednak zdziwienie szybko zostało zastąpione przez najzwyklejsze rozbawienie, bo na ekranie wyświetliło się imię.
Phoebe.
- Słucham? - Jared odebrał pospiesznie, pokazując mi język. - Tak, jasne. Wiem. Przepraszam, że zapomniałem. Zaraz będę.
Co?
Przepraszam bardzo, chyba nie.
- Hm? - uśmiechnęłam się, żeby zamaskować zdenerwowanie, które zaczynało pełznąć po moim ciele i ogarniać mnie w całości. To dopiero pierwsze dni, a już mnie porzuca dla dziewczyny.
- Naprawdę mi przykro, Tash, ale muszę się zbierać. Sytuacja kryzysowa.
Tym razem to ja parsknęłam. Głośno i z wyraźnym poirytowaniem.
- Następnym razem sprawdź, czy nie masz jakichś planów, zanim mnie obudzisz, okej?
Jared otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale widząc moją gniewną minę, najwyraźniej zdecydował się nie pogarszać sytuacji i zabrawszy swoją kurtkę, wyszedł.
Dupek.
Po jakimś czasie do mojego stolika podszedł chłopak. Ten sam, który przeze mnie miał problemy w pracy.
To ja jestem dupkiem. Damską wersją dupka.
- Przepraszam za całe to zamieszanie i tyle czekania. Na koszt firmy - uśmiechnął się dziwnie i odwrócił się by odejść. Nim zdążyłam pomyśleć, co robię, odezwałam się.
- Hej, byłbyś tak dobry i zabrał ten talerz i kubek zanim rzucę nimi w przypadkową osobę? Chociaż twoja szefowa pewnie i tak stwierdziłaby, że to ty albo twoja koleżanka mnie do tego sprowokowaliście - wskazałam na naczynia, które zostawił Sherbourne.
- Rzeczywiście, to całkiem możliwe.
- Jestem Natasha - wyciągnęłam ku niemu dłoń, a już ułamek sekundy później miałam ochotę uderzyć się nią w czoło, ponieważ trzymający talerz kelner nie mógł jej uścisnąć.
Octavian?
9 paź 2017
Od Natashy do Octaviana
Początkowo nieprzeniknioną ciemność pokoju z każdą chwilą coraz bardziej rozświetlały promienie słońca, przebijające się przez nie do końca zaciągnięte, białe żaluzje. Niczym w najbardziej tandetnym fanfiction złociste smugi światła padały na moją twarz. Jednak w przeciwieństwie do bohaterek z tychże opowiadań nie uśmiechnęłam się, tylko skrzywiłam, a moje niezadowolenie rosło z każdą chwilą. Nienawidziłam wcześnie wstawać, a każda pobudka przed dziewiątą była dla mnie niczym policzek. Albo gorzej.
Sherbourne: tashie skarbie nudzi mi się
Szlag.
Uśmiechnęłam się do siebie, słysząc dźwięk przychodzącej wiadomości, niemal od razu wiedząc, kto do mnie napisał. Jared w przeciwieństwie do mnie uwielbiał pobudki o szóstej rano, by zasypywać naszą konwersację wiadomościami. O dziwo, dzisiaj sobie odpuścił.
Dopiero, kiedy sięgnęłam po telefon, zauważyłam, że bombardował mnie wiadomościami już wcześniej, jednak widząc moją nieobecność w pewnej chwili zaprzestał wysyłania ogromnej ilości smsów. Miałam nadzieję, że nie zauważy, że jestem aktywna.
Dopiero, kiedy sięgnęłam po telefon, zauważyłam, że bombardował mnie wiadomościami już wcześniej, jednak widząc moją nieobecność w pewnej chwili zaprzestał wysyłania ogromnej ilości smsów. Miałam nadzieję, że nie zauważy, że jestem aktywna.
Sherbourne: tashie skarbie nudzi mi się
Szlag.
me: a mnie nie za bardzo.
me: btw, gdzie zgubiłeś przecinki i kropki?
Sherbourne: nie ma na nie czasu
Sherbourne: masz ochotę na wizytę w bones?
me: niezbyt
Sherbourne: po drodze stawiam kawę i naleśniki
me: ...
Sherbourne: po drodze stawiam kawę i naleśniki
me: ...
me: daj mi piętnaście minut, spotykamy się w głównym holu.
Sherbourne: ok
Sherbourne: ZACZYNAM LICZYĆ
Przewróciłam oczami w wyrazie frustracji, ale kąciki moich ust uniosły się delikatnie ku górze. Szybko wysunęłam się spod cieplutkiej, grubej kołdry i z tupotem bosych stóp skierowałam się ku ogromnej szafie, zajmującej połowę największej ściany mojego pokoju, by wybrać wygodny, ale całkiem ładny strój. Może to głupie z mojej strony, ale nawet spędzając dzień w mieszkaniu starałam się wyglądać jak najlepiej. Nie odświętnie, ale schludnie.
Tego dnia postawiłam na białą koszulkę w poziome, czarne paski, zarzucając na to trochę za dużą na mnie kurtkę dżinsową. Do tego obcisłe, czarne spodnie i ukochane, wygodne, również czarne adidasy. Taki strój zapewniał mi ciepło i subtelnie podkreślał moją figurę.
Do kieszeni schowałam komórkę i portfel, a wyczuwając między palcami cienki kabelek od słuchawek, nawet nie trudziłam się ich szukać. Wybiegając z mieszkania, nieumyślnie trzasnęłam drzwiami, najpewniej budząc tym współlokatorki. Mówi się trudno.
Na schodach omal nie potknęłam się o własne nogi, tym samym staczając na sam dół, a w holu prawie staranowałam panią O'Connel oraz jej małego yorka - Robota, który rzucił mi pełne złości spojrzenie spod karmelowej grzywki.
- I oto jest Natasha Watson - Jared opierał się plecami o ścianę, uśmiechając się z rozbawieniem oraz lekką kpiną na widok mojej niezdarności. - Zdecydowałaś się zaszczycić mnie swoim towarzystwem?
Zmarszczyłam czoło, nie rozumiejąc o co chodzi chłopakowi.
- Hm?
Tak jak się spodziewałam, pokręcił głową w pełnym rezygnacji geście.
- Spóźniona. Osiem minut.
Co? Nie.
- To wszystko dlatego, że winda była nieczynna. Musiałam tu biec z ósmego piętra.
- I? - jego lewa brew uniosła się w górę.
- Ugh, przeliterować? Ósmego - przesylabizowałam ostatnie słowo, co spotkało się z jeszcze większym rozbawieniem Jareda.
- Czyżbyś zapomniała, Tash, że mieszkam nad tobą? Dziewięć. I kto był pierwszy?
- Jesteś chłopakiem.
- Ou, co się stało z równouprawnieniem? Miałaś tyle samo czasu co ja - trącił mnie lekko, a ja nie chcąc marnować czasu na dalsze przepychanki słowne, wskazałam mu głową, żebyśmy już ruszali.
Założyłam słuchawki i włączyłam muzykę, zmniejszając jej głośność tak, żebym bez problemu słyszała również Sherbourne'a, który przez całą drogę nawijał o jakimś nowym kawałku i dziewczynie, z którą ostatnio robił projekt. Phoebe, chyba.
Poranna kawa była czymś, czego bardzo potrzebowałam przy wczesnej pobudce, a jeśli miała dostarczyć mi też porcję cukru, to byłam bardzo za tym, żeby Jared postawił mi nie tylko śniadanie, ale i pyszne latte.
Próg kawiarni przekroczyliśmy ze śmiechem, który wywołał kolejny kiepski żart chłopaka. Kiedyś nawet nie udawałam, że mnie bawią, ale teraz nawet kompletnie popsuty przez niego kawał w jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób sprawiał, że parskałam śmiechem. Może trochę z litości.
- Zamówisz? Ja pójdę zająć stolik - zapytał, rozglądając się po lokalu.
- Sprawdź czy któraś z kanap jest wolna - trzepnęłam go w ramię na odchodne i podeszłam do drewnianej lady, za którą stał dosyć wysoki chłopak. Dobra, bardzo wysoki. Uśmiechnął się życzliwie na widok nowego klienta - czytaj, mnie - a ja momentalnie się speszyłam. Wolałam, kiedy obcy byli dla mnie niemili i raczej chłodni, a nie od razu uśmiechali się w przyjazny sposób.
- Tak?
- Um... poproszę karmelową latte, zwykłą czarną kawę, naleśniki z szynką i szpinakiem oraz... hm... drugą podwójną porcję tych z owocami - złożyłam zamówienie, jeżdżąc spojrzeniem po nazwach dań i napojów zapisanych na tablicy. Po zapłaceniu oparłam się lekko o ladę, czekając na kawę i kiedy miły barista próbował podać mi napój, moja nieudolność postanowiła kolejny raz dać swój popis. W jakiś dziwny sposób moja ręka zderzyła się z dłonią chłopaka, a wynikiem tego ruchu było rozlanie się kawy. Odskoczyłam odruchowo, nie chcąc poplamić się gorącą cieczą.
- Boże, tak strasznie przepraszam... - uniosłam dłoń do ust i spróbowałam przybrać pełną skruchy minę.
Nie krzycz.
Nie krzycz, proszę.
Octavian?
Przewróciłam oczami w wyrazie frustracji, ale kąciki moich ust uniosły się delikatnie ku górze. Szybko wysunęłam się spod cieplutkiej, grubej kołdry i z tupotem bosych stóp skierowałam się ku ogromnej szafie, zajmującej połowę największej ściany mojego pokoju, by wybrać wygodny, ale całkiem ładny strój. Może to głupie z mojej strony, ale nawet spędzając dzień w mieszkaniu starałam się wyglądać jak najlepiej. Nie odświętnie, ale schludnie.
Tego dnia postawiłam na białą koszulkę w poziome, czarne paski, zarzucając na to trochę za dużą na mnie kurtkę dżinsową. Do tego obcisłe, czarne spodnie i ukochane, wygodne, również czarne adidasy. Taki strój zapewniał mi ciepło i subtelnie podkreślał moją figurę.
Do kieszeni schowałam komórkę i portfel, a wyczuwając między palcami cienki kabelek od słuchawek, nawet nie trudziłam się ich szukać. Wybiegając z mieszkania, nieumyślnie trzasnęłam drzwiami, najpewniej budząc tym współlokatorki. Mówi się trudno.
Na schodach omal nie potknęłam się o własne nogi, tym samym staczając na sam dół, a w holu prawie staranowałam panią O'Connel oraz jej małego yorka - Robota, który rzucił mi pełne złości spojrzenie spod karmelowej grzywki.
- I oto jest Natasha Watson - Jared opierał się plecami o ścianę, uśmiechając się z rozbawieniem oraz lekką kpiną na widok mojej niezdarności. - Zdecydowałaś się zaszczycić mnie swoim towarzystwem?
Zmarszczyłam czoło, nie rozumiejąc o co chodzi chłopakowi.
- Hm?
Tak jak się spodziewałam, pokręcił głową w pełnym rezygnacji geście.
- Spóźniona. Osiem minut.
Co? Nie.
- To wszystko dlatego, że winda była nieczynna. Musiałam tu biec z ósmego piętra.
- I? - jego lewa brew uniosła się w górę.
- Ugh, przeliterować? Ósmego - przesylabizowałam ostatnie słowo, co spotkało się z jeszcze większym rozbawieniem Jareda.
- Czyżbyś zapomniała, Tash, że mieszkam nad tobą? Dziewięć. I kto był pierwszy?
- Jesteś chłopakiem.
- Ou, co się stało z równouprawnieniem? Miałaś tyle samo czasu co ja - trącił mnie lekko, a ja nie chcąc marnować czasu na dalsze przepychanki słowne, wskazałam mu głową, żebyśmy już ruszali.
Założyłam słuchawki i włączyłam muzykę, zmniejszając jej głośność tak, żebym bez problemu słyszała również Sherbourne'a, który przez całą drogę nawijał o jakimś nowym kawałku i dziewczynie, z którą ostatnio robił projekt. Phoebe, chyba.
Poranna kawa była czymś, czego bardzo potrzebowałam przy wczesnej pobudce, a jeśli miała dostarczyć mi też porcję cukru, to byłam bardzo za tym, żeby Jared postawił mi nie tylko śniadanie, ale i pyszne latte.
Próg kawiarni przekroczyliśmy ze śmiechem, który wywołał kolejny kiepski żart chłopaka. Kiedyś nawet nie udawałam, że mnie bawią, ale teraz nawet kompletnie popsuty przez niego kawał w jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób sprawiał, że parskałam śmiechem. Może trochę z litości.
- Zamówisz? Ja pójdę zająć stolik - zapytał, rozglądając się po lokalu.
- Sprawdź czy któraś z kanap jest wolna - trzepnęłam go w ramię na odchodne i podeszłam do drewnianej lady, za którą stał dosyć wysoki chłopak. Dobra, bardzo wysoki. Uśmiechnął się życzliwie na widok nowego klienta - czytaj, mnie - a ja momentalnie się speszyłam. Wolałam, kiedy obcy byli dla mnie niemili i raczej chłodni, a nie od razu uśmiechali się w przyjazny sposób.
- Tak?
- Um... poproszę karmelową latte, zwykłą czarną kawę, naleśniki z szynką i szpinakiem oraz... hm... drugą podwójną porcję tych z owocami - złożyłam zamówienie, jeżdżąc spojrzeniem po nazwach dań i napojów zapisanych na tablicy. Po zapłaceniu oparłam się lekko o ladę, czekając na kawę i kiedy miły barista próbował podać mi napój, moja nieudolność postanowiła kolejny raz dać swój popis. W jakiś dziwny sposób moja ręka zderzyła się z dłonią chłopaka, a wynikiem tego ruchu było rozlanie się kawy. Odskoczyłam odruchowo, nie chcąc poplamić się gorącą cieczą.
- Boże, tak strasznie przepraszam... - uniosłam dłoń do ust i spróbowałam przybrać pełną skruchy minę.
Nie krzycz.
Nie krzycz, proszę.
Octavian?
31 sie 2017
Od Natashy do Elizabeth
- Co to miało być? - zniżyłam głos, próbując opanować jego drżenie. Nie udało mi się to, co zobaczyłam w ciemnych jak gorzka czekolada oczach chłopaka. - Ledwo ją znamy, a wy zapraszacie ją na nasz wieczór. Podkreślam, nasz.
Sherbourne oparł się o ścianę, krzyżując ręce na piersi i mierząc mnie czujnym spojrzeniem.
- Wydaje się miła, poza tym, przecież się poznałyście - słysząc jego słowa, prychnęłam ze złością, czego sama się po sobie nie spodziewałam. Zaskoczyło to nie tylko mnie, ale i Jareda, który przyglądał mi się z rosnącym zaskoczeniem. Od dawna nie byłam tak zła, jednak nie do końca wiedziałam, czy jest to spowodowane bardziej tym, że zaproszono do naszego grona Elizabeth, czy faktem, że jest nam prawie obca.
- Pomogła mi wybrać nawóz do kwiatków! - zirytowałam się. - Zamieniłyśmy dwa słowa, koniec.
Klapnęłam ze złością na wolną kanapę i przyłożyłam chłodną dłoń do czoła, mając nadzieję, że pozwoli mi to uspokoić myśli, które gnały niczym rozjuszone konie.
- Co się stało to się nie odstanie - kucnął przede mną, ściskając w opiekuńczym geście moją dłoń. Od razu zauważyłam różnice pomiędzy nimi, jego była większa od mojej i dużo, dużo cieplejsza. - Nastasha, co się dzieje?
Uniosłam lekko brwi, słysząc jego pytanie. Tym razem bez problemu zrozumiałam o co mu chodzi i mimowolnie skuliłam ramiona pod ostrzałem jego spojrzenia.
- Nic, po prostu przygotowałam się na wieczór wśród znajomych - nieudolnie usiłowałam przyjąć beztroski ton.
- Gdybyś poczuła, że to wraca, dałabyś mi znać, prawda? - opuściłam spojrzenie na swoje kolana, gdzie spoczywały nasze splecione dłonie. Wiedziałam doskonale co ma na myśli. Nie tylko on się bał nawrotu moich problemów, jednak był jedyną osobą spośród moich przyjaciół, która o tym wiedziała. Kiedy chodziłam na terapię, moi rodzice wielokrotnie prosili go o pomoc, wiedząc, że ma na mnie duży wpływ i bardzo zależy mi na jego opinii. To, że teraz funkcjonowałam normalnie, było w znacznej mierze jego zasługą. Jednak od tamtego czasu on i moi rodzice sądzili, że gorszy dzień od razu przywoła tamte lęki i wszystko zacznie się od nowa. Nie rozumieli, że niektóre rzeczy wciąż we mnie siedzą i czasami muszą po prostu wyjść na zewnątrz. A później znowu mam siłę, żeby ruszyć do przodu i ten stan utrzymuje się przez kilka albo kilkanaście kolejnych dni.
- Oczywiście - wydusiłam przez zaciśnięte gardło i odepchnąwszy go delikatnie, podźwignęłam się do pozycji stojącej. Spróbowałam zmienić temat. - Wybrałeś już co zaśpiewamy?
- Give your heart a break, podkładu dobrego nie znalazłem, gramy na gitarach - na jego twarz znowu wrócił szelmowski uśmiech.
- Isabel i Jo się zgodziły? - dziewczyny wolały kawałki innego typu, dlatego zaskoczył mnie jego wybór.
- Śpiewamy tylko we dwoje - puścił mi oczko, a kiedy trzepnęłam go w ramię, udał, że gest ten sprawił mu nie tylko fizyczny, ale i psychiczny ból, bowiem przyłożył sobie dłoń do serca, robiąc minę zbitego szczeniaka. - One znalazły sobie własny kawałek. Więęęc?
- Okey. Ale ty bierzesz wokal wiodący - uśmiechnęłam się słodko.
- Co to to nie. Tutaj potrzebujemy czegoś delikatnego. Już wszystko rozpisałem - podał mi kartkę, na której tekst, jak mniemam piosenki, był podkreślony w odpowiednich miejscach, a na marginesach Jared niedbałym pismem zapisał wskazówki.
- Och, dzięki za trzy czwarte kawałka - mruknęłam pod nosem, kierując swoje słowa do Jareda, który tylko się uśmiechnął. Zanim wróciłam do stolika, przejrzałam się naprędce w wiszącym na ścianie niewielkim lustrze. Spięte w niski koński ogon blond włosy, które nakryłam czarną bejsbolówką nadal były w dość dobrym stanie, chociaż kilka kosmyków wymknęło się spod gumki i opadało mi delikatnie dookoła twarzy. Na białą koszulkę narzuciłam skórzaną kurtkę, która dobrze komponowała się z czarnymi rurkami. Ogólnie rzecz biorąc wyglądałam nieźle. A przynajmniej tak siebie samą oceniłam.
- Zamówiłem ci colę - Kyler posłał mi jeden ze swoich firmowych uśmiechów, a ja odpowiedziałam tym samym, szukając spojrzeniem Jo, która zniknęła gdzieś z Isabel. Jakby czytając mi w myślach, wskazał ruchem głowy na tyłu sceny. - Przygotowują się.
- Mhm, okej - usiadłam obok niego, podciągając nogi pod brodę. Nim zdążyłam zrozumieć co się dzieje, Kyler podniósł mnie lekko, sadzając na swoich kolanach.
- Co się dzieje? Jesteś dzisiaj strasznie nerwowa - och, więc mimo moich prób słyszał rozmowę z Jaredem.
Przewróciłam oczami.
- Nic się nie stało, gorszy dzień - wzruszyłam ramionami, opierając plecy na jego klatce piersiowej.
- Czyli cola z alkoholem nie była dobrym pomysłem? - obróciłam się tak gwałtownie, że niemal go uderzyłam. - Żartuję przecież, sama cola.
Uśmiechnęłam się lekko, cmokając go w policzek.
- Jesteś okropny, wiesz?
- I tak mnie kochasz, sweatheart - puścił mi oczko, po czym na jego twarz wpłynął łobuzerski uśmiech. - A teraz uciekaj do Jareda, a ja się zajmę twoją śliczną koleżanką.
Tym razem nie wahałam się, trzepnęłam go z czystą satysfakcją.
- Idiota.
- Zrozumiesz jak dorośniesz - nim zdążyłam mu umknąć, ściągnął z moich włosów czapkę i zmierzwił je, całkowicie psując mój koński ogon.
- Uwierz mi, psychicznie jestem od ciebie dalej o jakieś tysiąc kilometrów świetlnych - pokazałam mu język i zabrałam się za naprawianie swojej fryzury.
- Jeśli ten gest miał to udowodnić, to ci się nie udało.
Doprowadziwszy się do względnego porządku, ruszyłam w stronę Jareda. Chłopak rozmawiał właśnie z Joanne i Isabel, które zdążyły się już przebrać. Zawsze to robiły przed wejściem na scenę, taki miały zwyczaj.
- Jesteśmy przed wami - poinformowała mnie Jo, poprawiając guziki swojej czerwono-czarnej koszuli. - O, właśnie teraz.
- Powodzenia! - pomachałam im na odchodne.
W każdą sobotę w klubie bywali głównie stali bywalcy, więc wizja występowania przed znaną i swojską publicznością była w pewien dziwny sposób kojąca, sprawiając, że nie denerwowałam się tak jak zawsze.
Kiedy rozległy się pierwsze dźwięki Valerie Amy Winehouse, złapałam Jareda za ręce, zmuszając go tym samym do poruszenia się.
- Jesteś niemożliwa, Tash.
- No ba! - w momencie kiedy zaczynał się refren, zmusił mnie do szybkiego obrotu, a następnie podniósł mnie na chwilę w górę. Chociaż piosenka ta w wykonaniu Jo i Isabel była trochę wolniejsza od oryginału, nadal idealnie nadawała się do tańca. Po ostatnim wersie, zaczęłam bić brawo tak entuzjastycznie, że Jared chwycił moje nadgarstki, bym się uspokoiła.
- Teraz się będziesz mogła popisać - kiedy usiadłam na podstawionym stołku, podał mi jedną z gitar, którą pospiesznie nastroiłam, a sam usiadł naprzeciwko mnie, uśmiechając się pokrzepiająco. Skinął mi głową i w tym samym momencie zaczęliśmy grać.
- The day I first met you, you told me you'd never fall in love - zaczęłam cicho, usiłując nie zaśpiewać w złej tonacji. Później poszło już z górki, a kiedy w refrenie do mojego wokalu dołączył głos Jareda, uśmiechnęłam się do siebie.
- Don't wanna break your heart, wanna give your heart a break - odszukałam wzrokiem stolik przy którym siedziała reszta naszej paczki, a widząc moje spojrzenie, Jo pomachała mi wesoło. Dopiero po chwili zobaczyłam też Elizabeth, która przyglądała się naszemu występowi ze szczerym zainteresowaniem i wtedy przeszło mi przez myśl, że powinnam dać jej szansę. Najwyżej nie wyjdzie. - I know you're scared, it's wrong...
Na powrót skupiłam się na słowach i totalnie odpłynęłam w świat muzyki. Chociaż przed występem często miałam tremę, na scenie wszystko to znikało i liczył się tylko śpiew oraz muzyka płynąca z instrumentów. Nie inaczej było tym razem.
Po skończonej piosence zeszliśmy ze sceny, ustępując miejsca kolejnym wykonawcom i ramię w ramię skierowaliśmy się ku naszej grupie. Sięgnęłam po swój napój, rzucając ku Kylerowi spojrzenie typu "jeśli tu coś dosypałeś, szybko cię wykastruję" i upiłam łyk. Skrzywiłam się momentalnie.
- Miało być bez alkoholu.
Chłopak chciał już coś odpowiedzieć, ale uprzedziła go Elizabeth.
- Często tu śpiewacie?
- Raz, maksymalnie dwa razy w tygodniu - odpowiedziałam ze wzruszeniem ramion. - Na więcej nie mamy czasu.
Elizabeth?
30 sie 2017
Od Natashy do Elizabeth
Ilekroć którekolwiek z nas robiło zakupy, dostawało długaśną listę produktów, które były potrzebne i które koniecznie musiały zostać kupione. Tak było ustalone, chociaż ja mogłam się kłócić czy trzy paczki żelków i dwie zgrzewki piwa były niezbędne. Z wydartą niedbale kartką wędrowałam między półkami sklepu, usiłując nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Robiłam to jednak tak nieporadnie, że kiedy próbowałam wybrać odpowiedni nawóz do swoich roślinek, zaczepiła mnie pewna kobieta. Nie słyszałam jak do mnie podchodziła, dlatego wystraszona podskoczyłam, o mały włos nie strącając z półki wszystkich opakowań. Moje zaskoczenie spotęgował dodatkowo fakt, że zaczęła ona swobodnie mi doradzać, jakby rozmowa z nieznajomą osobą była dla niej czymś naturalnym. Ja za to poczułam się nagle skrępowana tym, że ktoś z taką łatwością naruszył moją strefę komfortu.
Poprosiwszy jeszcze o pomoc, zniknęłam w dziale zoologicznym. Musiałam kupić nowy szampon dla Patcha. Poprzedni zużył się bardzo szybko, a ja miałam słabość do pachnących płynów, przed którą nie mógł uciec nawet mój własny pies.
Wahałam się przez dłuższą chwilę nad dwoma zapachami. Mango pachniało prześlicznie, słodko i delikatnie, ale kokos był równie ładny i pewnie stałabym tam przez kolejne dziesięć minut, gdyby nie Jared.
- Tashieee, czyżby ktoś cię napadł? - w słuchawce rozległ się jego rozbawiony głos. Zatrzymałam się zaskoczona, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Hm? - mruknęłam, odrywając na moment wzrok od opakowania szamponu i usiłując skupić się na rozmowie z chłopakiem, którego paplanie przeszkadzało mi się skupić.
- Nie ma cię już dokładnie godzinę, trzynaście minut i... piętnaście sekund - uśmiechnęłam się do jego słów, wiedząc, że wymyślił to na bieżąco i nie było mnie znacznie krócej. - Jestem głodny.
Przewróciłam oczami.
- W szafce nad zlewem w zielonym pudełku powinny być jeszcze czipsy. Nie dziękuj - rozłączyłam się. Co prawda nie spędziłam połowy dnia poza mieszkaniem, ale rzeczywiście zakupy zajęły mi sporo czasu, dlatego wrzuciłam do koszyka płyn, decydując się za zapach mango i ruszyłam w kierunku kasy, gdzie prawie dostałam zawału. W torebce nie mogłam znaleźć portfela, leżącego na samym dnie i kiedy byłam już na granicy wytrzymałości, w końcu się odnalazł. Przeprosiłam szybko kasjerkę i z westchnieniem ulgi, wyszłam na zewnątrz.
Przynajmniej Patch postanowił mnie dzisiaj oszczędzić, bo grzecznie czekał w miejscu, w którym go zostawiłam. Czasami zdarzało mu się uciekać, dlatego jego widok tak bardzo mnie ucieszył. Nie miałam siły na gonienie go po mieście.
Pochyliłam się, żeby go odwiązać.
– To Twój pies? – niemal plącząc się o własne nogi, odwróciłam się zaskoczona, słysząc kobiecy głos.
– Skończyłaś już swoją zmianę? - z wrażenia nie odpowiedziałam na jej pytanie i zadałam własne, sama nie wiedząc dlaczego.
– Co? – jej twarz wyrażała taki zdumienie, jakie ja odczułam wcześniej, jednak nie minęła sekunda, a kobieta znowu się uśmiechała. – O nie, ja tu nie pracuję.
Uniosłam brwi w wyrazie zaskoczenia.
- Znasz się na roślinach, więc myślałam, że... - nie skończyłam, bowiem tamta machnęła niedbale ręką.
- Nie ty pierwsza, nie przejmuj się.
Nerwową ciszę przerwało pełne zniecierpliwienia szczeknięcie mojego pupila.
- Ach, to jest Patch - kucnęłam, żeby podrapać go za uchem, co spotkało się z aprobatą psa. Nic dziwnego, jeśli tylko poświęciłam mu trochę swojej uwagi, zdawał się być najszczęśliwszym stworzeniem na Ziemi. - Jeszcze raz dzięki za pomoc. Bez ciebie pewnie zabiłabym swoje roślinki - skrzywiłam się na samą myśl. Nie za bardzo wiedziałam, kiedy przeszłyśmy na "ty", ale uznałam, że nie warto zawracać sobie tym głowy. Co się stało, to się nie odstanie. Gdyby kobiecie to nie pasowało, zwróciłaby mi uwagę.
- Nie ma problemu.
Wyjęłam telefon, słysząc dźwięk powiadomienia, a ujrzawszy na ekranie smsa od Jareda, przewróciłam oczami.
- Przepraszam, ale się spieszę - sprawnie przełożyłam zakupy z siatki do rowerowego koszyka, a następnie założyłam słuchawki. - Do zobaczenia.
Odepchnęłam się lekko, a Patch ruszył za mną, po chwili równając ze mną swoje kroki. Uśmiechnęłam się do siebie, słysząc pierwsze takty piosenki.
I know you wanna see me fallin’ out,
Fallin’ out the window.
Wtórowałam pod nosem wokaliście, uderzając rytmicznie paznokciami o kierownicę roweru.
I know you wanna see me crashing down,
Crashin with my blame.
Elizabeth?
Poprosiwszy jeszcze o pomoc, zniknęłam w dziale zoologicznym. Musiałam kupić nowy szampon dla Patcha. Poprzedni zużył się bardzo szybko, a ja miałam słabość do pachnących płynów, przed którą nie mógł uciec nawet mój własny pies.
Wahałam się przez dłuższą chwilę nad dwoma zapachami. Mango pachniało prześlicznie, słodko i delikatnie, ale kokos był równie ładny i pewnie stałabym tam przez kolejne dziesięć minut, gdyby nie Jared.
- Tashieee, czyżby ktoś cię napadł? - w słuchawce rozległ się jego rozbawiony głos. Zatrzymałam się zaskoczona, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Hm? - mruknęłam, odrywając na moment wzrok od opakowania szamponu i usiłując skupić się na rozmowie z chłopakiem, którego paplanie przeszkadzało mi się skupić.
- Nie ma cię już dokładnie godzinę, trzynaście minut i... piętnaście sekund - uśmiechnęłam się do jego słów, wiedząc, że wymyślił to na bieżąco i nie było mnie znacznie krócej. - Jestem głodny.
Przewróciłam oczami.
- W szafce nad zlewem w zielonym pudełku powinny być jeszcze czipsy. Nie dziękuj - rozłączyłam się. Co prawda nie spędziłam połowy dnia poza mieszkaniem, ale rzeczywiście zakupy zajęły mi sporo czasu, dlatego wrzuciłam do koszyka płyn, decydując się za zapach mango i ruszyłam w kierunku kasy, gdzie prawie dostałam zawału. W torebce nie mogłam znaleźć portfela, leżącego na samym dnie i kiedy byłam już na granicy wytrzymałości, w końcu się odnalazł. Przeprosiłam szybko kasjerkę i z westchnieniem ulgi, wyszłam na zewnątrz.
Przynajmniej Patch postanowił mnie dzisiaj oszczędzić, bo grzecznie czekał w miejscu, w którym go zostawiłam. Czasami zdarzało mu się uciekać, dlatego jego widok tak bardzo mnie ucieszył. Nie miałam siły na gonienie go po mieście.
Pochyliłam się, żeby go odwiązać.
– To Twój pies? – niemal plącząc się o własne nogi, odwróciłam się zaskoczona, słysząc kobiecy głos.
– Skończyłaś już swoją zmianę? - z wrażenia nie odpowiedziałam na jej pytanie i zadałam własne, sama nie wiedząc dlaczego.
– Co? – jej twarz wyrażała taki zdumienie, jakie ja odczułam wcześniej, jednak nie minęła sekunda, a kobieta znowu się uśmiechała. – O nie, ja tu nie pracuję.
Uniosłam brwi w wyrazie zaskoczenia.
- Znasz się na roślinach, więc myślałam, że... - nie skończyłam, bowiem tamta machnęła niedbale ręką.
- Nie ty pierwsza, nie przejmuj się.
Nerwową ciszę przerwało pełne zniecierpliwienia szczeknięcie mojego pupila.
- Ach, to jest Patch - kucnęłam, żeby podrapać go za uchem, co spotkało się z aprobatą psa. Nic dziwnego, jeśli tylko poświęciłam mu trochę swojej uwagi, zdawał się być najszczęśliwszym stworzeniem na Ziemi. - Jeszcze raz dzięki za pomoc. Bez ciebie pewnie zabiłabym swoje roślinki - skrzywiłam się na samą myśl. Nie za bardzo wiedziałam, kiedy przeszłyśmy na "ty", ale uznałam, że nie warto zawracać sobie tym głowy. Co się stało, to się nie odstanie. Gdyby kobiecie to nie pasowało, zwróciłaby mi uwagę.
- Nie ma problemu.
Wyjęłam telefon, słysząc dźwięk powiadomienia, a ujrzawszy na ekranie smsa od Jareda, przewróciłam oczami.
- Przepraszam, ale się spieszę - sprawnie przełożyłam zakupy z siatki do rowerowego koszyka, a następnie założyłam słuchawki. - Do zobaczenia.
Odepchnęłam się lekko, a Patch ruszył za mną, po chwili równając ze mną swoje kroki. Uśmiechnęłam się do siebie, słysząc pierwsze takty piosenki.
I know you wanna see me fallin’ out,
Fallin’ out the window.
Wtórowałam pod nosem wokaliście, uderzając rytmicznie paznokciami o kierownicę roweru.
I know you wanna see me crashing down,
Crashin with my blame.
Elizabeth?
28 sie 2017
Od Natashy do Dimityra
Przewróciłam oczami, kiedy Joanne po raz kolejny trąciła moją rękę, próbując zwrócić na siebie uwagę. Starałam się ignorować jej prośby, ale z każdy jej dotyk zaczynał denerwować mnie coraz bardziej. Czy Jo nie rozumiała, że "nie" znaczy "nie"?
- Nie bądź taka, Watson - spojrzałam na nią z irytacją, gdy posunęła się nawet do uszczypnięcia wierzchu mojej dłoni. Co prawda nie był to szczególnie bolesny gest, jednak jedynie podgrzał atmosferę. - Zachowujesz się jak cholerna zakonnica.
- Nie bądź taka, Watson - spojrzałam na nią z irytacją, gdy posunęła się nawet do uszczypnięcia wierzchu mojej dłoni. Co prawda nie był to szczególnie bolesny gest, jednak jedynie podgrzał atmosferę. - Zachowujesz się jak cholerna zakonnica.
Prychnęłam w odpowiedzi, gwałtownie wstając z miękkiej sofy.
- Po prostu nie mam ochoty, okej? - warknęłam, sama będąc po chwili zaskoczona swoją nerwową reakcją. Była to sytuacja jakich wiele w moim studenckim życiu - dziewczyny wybierały się na imprezę, a ja odmawiałam wyjścia, proponując w zamian zabranie ich później spod klubu, kiedy po zażyciu alkoholu nie będą mogły same prowadzić - jednak tym razem Joanne była szczególnie uparta.
- Nie byłaś z nami w żadnym klubie - zauważyła, a kiedy otworzyłam usta, by zaoponować i przytoczyć tamto zdarzenie, moja współlokatorka uśmiechnęła się drwiąco. - To się nie liczy, pomyliłyśmy wtedy lokale.
W milczeniu przyznałam jej rację. Sytuacja ta miała miejsce tuż przed rozpoczęciem roku, kiedy po całym dniu rozpakowywania się żadna z nas nie miała ochoty gotować. Logiczne więc, że zdecydowałyśmy się wyjść na miasto, gdzie - korzystając z pomocy wujka Google - znalazłyśmy bar śniadaniowy. A przynajmniej tak pisało na Internecie. W rzeczywistości trafiłyśmy do klubu, gdzie zamiast zjeść naleśniki i napić się herbaty, zamówiłyśmy po drinku. Było to moją winą, bo dziewczyny chciały najzwyczajniej wyjść, jednak ja przekonałam je, że niegrzecznie byłoby opuścić miejsce nic nie zamówiwszy.
- Świetnie się bawię tutaj. Obejrzę sobie jakiś film, czy coś - ruchem głowy wskazałam na opakowania z płytami równiutko ułożonymi na regale.
- O nie. Ostatnim razem to my niemal zanosiłyśmy cię do pokoju, bo tak strasznie ryczałaś. A przypomnę ci, że to my byłyśmy pijane i ledwo chodziłyśmy.
No cóż. Znajoma z uczelni poleciła mi film "Charlie" z Loganem Lermanem i Emmą Watson w rolach głównych, a ja z ciekawości zabrałam się za niego pod nieobecność Joanne i Isabel. Gdzieś w połowie filmu zaczęłam histerycznie płakać, a musiałam wyglądać tak okropnie, że nawet Patch, który zawsze oglądał ze mną telewizję, wycofał się do sypialni. Kiedy dziewczyny wróciły do mieszkania, zastały mnie zwiniętą pod kocem z opuchniętymi oczami i zapchanym nosem. Początkowo myślały, że coś mi się stało, ale wysłuchawszy moich bełkotliwych i wypełnionych czkawką tłumaczeń, uznały, że nie trzeba zawozić mnie do psychiatryka, tylko wystarczy położyć spać. Następnego dnia z filmu nie pamiętałam nic.
- Nie chcę wam psuć zabawy - chwyciłam się ostatniej deski ratunku, ale i ten argument Jo zbyła machnięciem ręki.
- Nie martw się o nas, znajdę ci na szybko jakiegoś faceta, a my z Is pójdziemy się bawić - spojrzałam na nią z absolutnym przerażeniem, słysząc jaki plan sobie wymyśliła. - Żartuję przecież, wyluzuj. Zajmiemy się tobą.
- Jeśli mi się nie spodoba, będę mogła w każdej chwili wrócić? - upewniłam się, spoglądając nerwowo na Patcha.
- Jasne. Tylko zostawisz nam kasę na taksówkę - uznałam, że żartuje, nawet jeśli wyglądała na całkowicie poważną.
Jo przeprosiła mnie na chwilę i szybko zadzwoniła do Isabel, która akurat robiła zakupy. To było dla nich rutyną. Is wybierała ciuchy - miała naprawdę świetny gust - i przywoziła je do mieszkania, a jeśli Jo coś się nie spodobało, oddawała to do sklepu. One świetnie się bawiły, a ja czerpałam przyjemność z oglądania ich szczęścia, podczas, gdy one przymierzały coraz to inne sukienki.
- Podobno Isabel znalazła coś idealnego dla ciebie - zaświergotała mi tuż obok ucha Joanne, a ja jedynie pokręciłam głową. Znając życie będzie to ledwo zakrywająca pośladki sukienka, w której będę czuła się okropnie. Ładna, ale niewygodna.
- Pójdę wziąć prysznic - uśmiechnęłam się do Jo, zgarniając wiszący na krześle ręcznik i skierowałam swoje kroki ku łazience. Pomieszczenie to było niewielkie, jednak bez problemy zmieściło się tu wszystko, co potrzebne. Urządzone w biało-kremowej kolorystyce, dzięki czemu sprawiało wrażenie schludnego i przestronnego.
Ostrożnie weszłam do kabiny i odkręciłam wodę, a kiedy na mój kark spłynął lodowaty strumień, omal nie pisnęłam. Nie sięgnęłam jednak ku kurkowi, by zwiększyć temperaturę spadającej cieczy. Potrzebował orzeźwienia, nawet tak drastycznego, żeby się uspokoić i przygotować psychicznie na wyjście do klubu. Wtarłam w mokre włosy szampon, który po chwili spłukałam, a następnie umyłam resztę ciała za pomocą płynu o zapachu frezji. Delikatny, według mojej opinii przypominający trochę herbatę zapach rozszedł się po całej łazience. Skończywszy prysznic, wyszłam z kabiny i stanęłam przed lustrem, przejeżdżając wzrokiem po swojej twarzy. Od ostatniego razu, kiedy się przeglądałam, nic się w niej nie zmieniło. Te same orzechowe oczy, te same blade usta, na które patrzyłam każdego dnia. Czasami chciałam obudzić się jako ktoś inny i zobaczyć, czy moje życie różni się znacząco od jego. Na razie nic takiego mnie nie spotkało.
Owinęłam się szczelnie ręcznikiem i wyszłam z łazienki. W drzwiach o mały włos nie zderzyłam się z Isabel.
- W końcu! - pokręciła głową z dezaprobatą, a jej czarne jak obsydian, delikatnie kręcone włosy tańczyły dookoła jej twarzy. - Mamy mało czasu, ubieraj się. Nie chcemy, żeby nasi chłopcy czekali.
Według moich obliczeń została nam godzina. Wystarczająco, by się ubrać i zrobić makijaż.
Określenie "nasi chłopcy" nie obejmowało Jareda i Kylera, tylko chłopaków, których Jo i Is poznały w klubie jakieś dwa tygodnie temu. Od tego czasu stali się oni nieodłącznymi towarzyszami ich zabaw. Widziałam ich tylko raz, kiedy odbierałam dziewczyny spod klubu.
- Już, spokojnie - sięgnęłam do torby, którą mi podała i ze zdumieniem odkryłam, że wcale nie jest to sukienka, tylko czarny kombinezon. Moje zaskoczenie spotęgował jeszcze fakt, że ubranie było wygodne i nie odkrywało pewnych części mojego ciała. Krótkie szorty połączone były z koszulką bez ramiączek o tym samym kolorze. Górna część była podtrzymywana przez wstążkę, wiązaną za szyją. Włożyłam do tego vansy, idealnie pasujące do kombinezonu i przejrzałam się w lustrze, mierząc krytycznym wzrokiem swoją sylwetkę. Ciuch naprawdę dobrze na mnie leżał, a dzięki wygodnym butom czułam się swobodnie. Włosy jedynie wysuszyłam, jednak nie bawiłam się w ich układanie, pozwalając im opadać łagodnymi falami na moje ramiona. W makijażu pomogła mi jednak Joanne. Podkreśliła moje oczy za pomocą tuszu do rzęs i kredki, a usta smagnęła szminką o brzoskwiniowym odcieniu.
- Nie wiem jak ty, Is, ale ja sądzę, że nasza Watson wyrwie dziś co najmniej połowę klubu - Jo żartobliwie trąciła ramieniem Isabel, która parsknęła krótkim śmiechem.
- Drogie panie, trzymajcie swoich facetów przy sobie!
Przewróciłam oczami, bo one wyglądały nawet lepiej niż świetnie. Miały mocniejszy makijaż niż ja i krótkie, obcisłe sukienki, których ja bym nie włożyła, ale obie prezentowały się w nich super. Zazdrościłam im czasami, że mają odwagę, by nosić takie ciuchy.
- Idziemy, Miles i Ian już czekają - mruknęła Joanne, kiedy sprawdziła telefon, na który dosłownie przed momentem przyszedł sms. Niemal zbiegły ze schodów, a ja nie mając innego wyjścia, pognałam za nimi.
Już od chwili, kiedy przekroczyliśmy próg klubu, wiedziałam, że to nie to. Było w nim gorąco i duszno, dlatego właśnie przekonałam towarzyszy, żebyśmy wybrali stolik znajdujący się najbliżej drzwi wejściowych. Potrzebowałam choć minimalnych porcji świeżego powietrza. Dziewczyny oddały się tańcowi ze swoimi partnerami, a ja, żeby nie stać jak kołek, podeszłam do baru, chcąc zamówić coś do picia.
- Wódkę z colą, proszę - zamówiłam, siadając na jednym ze stołków. Ciekawski wzrokiem rozejrzałam się dookoła, obserwując innych gości lokalu, ale nie zauważając niczego interesującego, wróciłam spojrzeniem do własnej szklanki. Szybko odciągnęło mnie od niej wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. I rzeczywiście, moje oczy napotkały ciemnoniebieskie tęczówki.
Dimityr?
- Nie byłaś z nami w żadnym klubie - zauważyła, a kiedy otworzyłam usta, by zaoponować i przytoczyć tamto zdarzenie, moja współlokatorka uśmiechnęła się drwiąco. - To się nie liczy, pomyliłyśmy wtedy lokale.
W milczeniu przyznałam jej rację. Sytuacja ta miała miejsce tuż przed rozpoczęciem roku, kiedy po całym dniu rozpakowywania się żadna z nas nie miała ochoty gotować. Logiczne więc, że zdecydowałyśmy się wyjść na miasto, gdzie - korzystając z pomocy wujka Google - znalazłyśmy bar śniadaniowy. A przynajmniej tak pisało na Internecie. W rzeczywistości trafiłyśmy do klubu, gdzie zamiast zjeść naleśniki i napić się herbaty, zamówiłyśmy po drinku. Było to moją winą, bo dziewczyny chciały najzwyczajniej wyjść, jednak ja przekonałam je, że niegrzecznie byłoby opuścić miejsce nic nie zamówiwszy.
- Świetnie się bawię tutaj. Obejrzę sobie jakiś film, czy coś - ruchem głowy wskazałam na opakowania z płytami równiutko ułożonymi na regale.
- O nie. Ostatnim razem to my niemal zanosiłyśmy cię do pokoju, bo tak strasznie ryczałaś. A przypomnę ci, że to my byłyśmy pijane i ledwo chodziłyśmy.
No cóż. Znajoma z uczelni poleciła mi film "Charlie" z Loganem Lermanem i Emmą Watson w rolach głównych, a ja z ciekawości zabrałam się za niego pod nieobecność Joanne i Isabel. Gdzieś w połowie filmu zaczęłam histerycznie płakać, a musiałam wyglądać tak okropnie, że nawet Patch, który zawsze oglądał ze mną telewizję, wycofał się do sypialni. Kiedy dziewczyny wróciły do mieszkania, zastały mnie zwiniętą pod kocem z opuchniętymi oczami i zapchanym nosem. Początkowo myślały, że coś mi się stało, ale wysłuchawszy moich bełkotliwych i wypełnionych czkawką tłumaczeń, uznały, że nie trzeba zawozić mnie do psychiatryka, tylko wystarczy położyć spać. Następnego dnia z filmu nie pamiętałam nic.
- Nie chcę wam psuć zabawy - chwyciłam się ostatniej deski ratunku, ale i ten argument Jo zbyła machnięciem ręki.
- Nie martw się o nas, znajdę ci na szybko jakiegoś faceta, a my z Is pójdziemy się bawić - spojrzałam na nią z absolutnym przerażeniem, słysząc jaki plan sobie wymyśliła. - Żartuję przecież, wyluzuj. Zajmiemy się tobą.
- Jeśli mi się nie spodoba, będę mogła w każdej chwili wrócić? - upewniłam się, spoglądając nerwowo na Patcha.
- Jasne. Tylko zostawisz nam kasę na taksówkę - uznałam, że żartuje, nawet jeśli wyglądała na całkowicie poważną.
Jo przeprosiła mnie na chwilę i szybko zadzwoniła do Isabel, która akurat robiła zakupy. To było dla nich rutyną. Is wybierała ciuchy - miała naprawdę świetny gust - i przywoziła je do mieszkania, a jeśli Jo coś się nie spodobało, oddawała to do sklepu. One świetnie się bawiły, a ja czerpałam przyjemność z oglądania ich szczęścia, podczas, gdy one przymierzały coraz to inne sukienki.
- Podobno Isabel znalazła coś idealnego dla ciebie - zaświergotała mi tuż obok ucha Joanne, a ja jedynie pokręciłam głową. Znając życie będzie to ledwo zakrywająca pośladki sukienka, w której będę czuła się okropnie. Ładna, ale niewygodna.
- Pójdę wziąć prysznic - uśmiechnęłam się do Jo, zgarniając wiszący na krześle ręcznik i skierowałam swoje kroki ku łazience. Pomieszczenie to było niewielkie, jednak bez problemy zmieściło się tu wszystko, co potrzebne. Urządzone w biało-kremowej kolorystyce, dzięki czemu sprawiało wrażenie schludnego i przestronnego.
Ostrożnie weszłam do kabiny i odkręciłam wodę, a kiedy na mój kark spłynął lodowaty strumień, omal nie pisnęłam. Nie sięgnęłam jednak ku kurkowi, by zwiększyć temperaturę spadającej cieczy. Potrzebował orzeźwienia, nawet tak drastycznego, żeby się uspokoić i przygotować psychicznie na wyjście do klubu. Wtarłam w mokre włosy szampon, który po chwili spłukałam, a następnie umyłam resztę ciała za pomocą płynu o zapachu frezji. Delikatny, według mojej opinii przypominający trochę herbatę zapach rozszedł się po całej łazience. Skończywszy prysznic, wyszłam z kabiny i stanęłam przed lustrem, przejeżdżając wzrokiem po swojej twarzy. Od ostatniego razu, kiedy się przeglądałam, nic się w niej nie zmieniło. Te same orzechowe oczy, te same blade usta, na które patrzyłam każdego dnia. Czasami chciałam obudzić się jako ktoś inny i zobaczyć, czy moje życie różni się znacząco od jego. Na razie nic takiego mnie nie spotkało.
Owinęłam się szczelnie ręcznikiem i wyszłam z łazienki. W drzwiach o mały włos nie zderzyłam się z Isabel.
- W końcu! - pokręciła głową z dezaprobatą, a jej czarne jak obsydian, delikatnie kręcone włosy tańczyły dookoła jej twarzy. - Mamy mało czasu, ubieraj się. Nie chcemy, żeby nasi chłopcy czekali.
Według moich obliczeń została nam godzina. Wystarczająco, by się ubrać i zrobić makijaż.
Określenie "nasi chłopcy" nie obejmowało Jareda i Kylera, tylko chłopaków, których Jo i Is poznały w klubie jakieś dwa tygodnie temu. Od tego czasu stali się oni nieodłącznymi towarzyszami ich zabaw. Widziałam ich tylko raz, kiedy odbierałam dziewczyny spod klubu.
- Już, spokojnie - sięgnęłam do torby, którą mi podała i ze zdumieniem odkryłam, że wcale nie jest to sukienka, tylko czarny kombinezon. Moje zaskoczenie spotęgował jeszcze fakt, że ubranie było wygodne i nie odkrywało pewnych części mojego ciała. Krótkie szorty połączone były z koszulką bez ramiączek o tym samym kolorze. Górna część była podtrzymywana przez wstążkę, wiązaną za szyją. Włożyłam do tego vansy, idealnie pasujące do kombinezonu i przejrzałam się w lustrze, mierząc krytycznym wzrokiem swoją sylwetkę. Ciuch naprawdę dobrze na mnie leżał, a dzięki wygodnym butom czułam się swobodnie. Włosy jedynie wysuszyłam, jednak nie bawiłam się w ich układanie, pozwalając im opadać łagodnymi falami na moje ramiona. W makijażu pomogła mi jednak Joanne. Podkreśliła moje oczy za pomocą tuszu do rzęs i kredki, a usta smagnęła szminką o brzoskwiniowym odcieniu.
- Nie wiem jak ty, Is, ale ja sądzę, że nasza Watson wyrwie dziś co najmniej połowę klubu - Jo żartobliwie trąciła ramieniem Isabel, która parsknęła krótkim śmiechem.
- Drogie panie, trzymajcie swoich facetów przy sobie!
Przewróciłam oczami, bo one wyglądały nawet lepiej niż świetnie. Miały mocniejszy makijaż niż ja i krótkie, obcisłe sukienki, których ja bym nie włożyła, ale obie prezentowały się w nich super. Zazdrościłam im czasami, że mają odwagę, by nosić takie ciuchy.
- Idziemy, Miles i Ian już czekają - mruknęła Joanne, kiedy sprawdziła telefon, na który dosłownie przed momentem przyszedł sms. Niemal zbiegły ze schodów, a ja nie mając innego wyjścia, pognałam za nimi.
Już od chwili, kiedy przekroczyliśmy próg klubu, wiedziałam, że to nie to. Było w nim gorąco i duszno, dlatego właśnie przekonałam towarzyszy, żebyśmy wybrali stolik znajdujący się najbliżej drzwi wejściowych. Potrzebowałam choć minimalnych porcji świeżego powietrza. Dziewczyny oddały się tańcowi ze swoimi partnerami, a ja, żeby nie stać jak kołek, podeszłam do baru, chcąc zamówić coś do picia.
- Wódkę z colą, proszę - zamówiłam, siadając na jednym ze stołków. Ciekawski wzrokiem rozejrzałam się dookoła, obserwując innych gości lokalu, ale nie zauważając niczego interesującego, wróciłam spojrzeniem do własnej szklanki. Szybko odciągnęło mnie od niej wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. I rzeczywiście, moje oczy napotkały ciemnoniebieskie tęczówki.
Dimityr?
"I prefer the sign: „No entry”, to the one that says: „No exit”.
Kontakt: Howrse: Aleksa2003 | Gmail: lexie.black01@gmail.com
Natasha Watson
19 lat | Kobieta | Driada
Głos: Zoey Deutch
Opis:
Wbrew bardzo popularnemu powiedzeniu "niedaleko pada jabłko od jabłoni" Natasha pod wieloma względami różni się od swoich rodziców. W przeciwieństwie do nich nie należy do osób poważnych. Przez większość czasu na jej twarzy gości uśmiech, nie tyle szeroki, co szczery i całkowicie ujmujący. To właśnie dzięki niemu i życzliwemu spojrzeniu jest uznawana za osobę przyjacielską. Taką, której nietrudno zaufać i z którą można niezobowiązująco porozmawiać. Jeśli o nią chodzi, to nie do końca iluzja, bowiem Natasha należy do osób bardzo empatycznych i cechujących się ogromnymi pokładami dobroci. Co prawda nie jest altruistką, ale osobie potrzebującej wsparcia z jej strony pomoże bez wahania, nawet jeśli to wiązałoby się z jakimiś konsekwencjami. Ale może zacznijmy od początku.
Podczas jednej z pięknych, gwieździstych sierpniowych swoje oczka po raz pierwszy otworzyła niewielka istotka, jedyne dziecko młodej pary prawników - państwa Watson. Bardzo spieszyła się, by poznać ten świat, bowiem urodziła się o miesiąc wcześniej niż planowano i właśnie z tego powodu ona i jej matka musiały zostać w szpitalu trochę dłużej. Chociaż planowano nazwać ją Noelle, na cześć dziewczyny ze sławnego kawałka "Teenage Dirtbag", finalnie została Natashą, co jest nawiązaniem do Natalii Alianovny Romanov - komiksowej bohaterki Marvela. Powód był następujący, w odróżnieniu od większości niemowląt mała Nat nie płakała po urodzeniu. Załkała może przez chwilę, po czym od razu zamilkła, uśmiechając się jedynie do pielęgniarek. Rodzice uznali, że jest bardzo dzielna, a że oboje należeli do grupy geeków, od razu przyszła im na myśl Black Widow. Cóż, o gustach się nie dyskutuje.
Od samego początku była oczkiem w głowie nie tylko rodziców, ale również dziadków, którzy rozpieszczali ją w każdy możliwy sposób. Nat wymarzyła sobie ogromny na połowę pokoju domek dla lalek? Oczywistym było, że go dostanie. W ten sposób starali się pokazać dziewczynce, że bardzo ją kochają oraz wynagrodzić samotność, podczas kiedy oni poświęcali się pracy. Bardzo typowe zachowanie. Oczekiwano od niej czegoś w zamian. Rodzice Natashy chcieli zrobić z niej przykładną panią prawnik albo co najmniej lekarza, jednak ona zdecydowała się podążać ścieżką artystki.
Zabawki szybko jej się znudziły. Dziewczyna bardzo szybko nauczyła się czytać i z własnej inicjatywy zaczęła sięgać po podręczniki skierowane do dzieci od niej starszych i właśnie w ten sposób "przeskoczyła" całe dwa lata nauki. Wszechstronnie uzdolniona, bez najmniejszego wysiłku radziła sobie zarówno w przedmiotach ścisłych i humanistycznych, szybko zdobyła sympatię nauczycieli, którzy zachęcali ją do konkursów i dalszego rozwijania umiejętności. Natasha najbardziej przykładała się jednak do zajęć artystycznych. Uwielbiała i nadal uwielbia wszystko co związane z muzyką, skończyła drugi stopień szkoły muzycznej grając na trzech instrumentach: fortepianie, gitarze i skrzypcach. Stanowiło to dla niej małe wyzwanie, jednak zdecydowanie pomógł tu fakt, że Natasha jest niesamowicie pojętna i ambitna. Jeśli chce coś osiągnąć, potrafi zapomnieć reszcie świata i całkowicie skupić się na realizowaniu swojego planu, który starannie układa, uwzględniając w nim nawet te najmniejsze szczególiki.Wchodzenie z nią w konflikt nie należy do najmądrzejszych decyzji, ponieważ poza tym, że jest ona piekielnie inteligentna, ma bardzo cięty język. Warto tu zaznaczyć, że według niej kluczem do wygrania potyczki słownej jest trafna, akcentowana złośliwością wypowiedź.
O swojej nadnaturalności wiedziała od zawsze, jednak w dniu szesnastych urodzin dostała pod opiekę swoje Drzewo. Doskonale zdając sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie za sobą posiadanie tylko jednego źródła życia, szybko zasadziła jego nasiona w różnych częściach miasta, samej zachowując cztery roślinki. Dopiero wtedy zaczęła tak naprawdę rozwijać swoje nadnaturalne talenty. W ten sposób nauczyła się przeobrażać najzwyklejsze źdźbło trawy w pokaźnych rozmiarów drzewo albo teleportować się pomiędzy swoimi Drzewami. Nigdy nie musiała walczyć, by obronić się przed łowcami bądź agresywnym nadnaturalnym, ale gdyby nadeszła taka sposobność, Nat z pewnością miałaby czym się pochwalić. Na razie swoje ogrodnicze talenty wykorzystuje przy opiece nad domowymi roślinkami. Bardzo trudno rozpoznać w niej nadnaturalną, bowiem Natasha nie jest ani silniejsza, ani bardziej sprawna od przedstawicieli gatunku ludzkiego. Jej dobra kondycja jej po prostu wynikiem ćwiczeń, a nie zasługą posiadania genu.


Natasha należy do tych ludzi, którzy zawsze otaczają się grupką przyjaciół albo po prostu dobrych znajomych. Jeśli akurat jej paczki nie ma w szkole, nie ma oporów przed podejściem do kogoś innego i zapytania go o możliwość dołączenia do rozmowy. Co prawda przy pierwszych kontaktach jest dość nieśmiała, ale wizja samotności tak ją przeraża, że nie ma problemów z pokonywaniem niepewności, która ją ogarnia.
Kiedyś, przez okres gimnazjum, była bardzo wycofana. Starała się ograniczać kontakty z innymi uczniami do minimum, a każda wizja dłuższej rozmowy ją przerażała. Z czasem zaczęła mieć nawet problemy z chodzeniem do sklepu, gdzie musiała zamienić dosłownie dwa słowa z kasjerką. Zaczęło to być dla niej takim problemem, że zmianę w zachowaniu córki zauważyli nawet rodzice i to właśnie oni namówili ją do wizyty u psychologa. Na szczęście pomogła ona wrócić Natashy do normalności. Nadal jest nieśmiała, jeśli chodzi o rozmowy z obcymi, ale nie ucieka od kontaktów i nie jest już tak wystraszona, jeśli musi z kimś pogadać. Później, w liceum, młoda Watson poznała Jareda, który pomógł jej zdobyć pewność siebie. Był to jeden z powodów, przez który dziewczyna dopuściła go do siebie i spróbowała się z nim zaprzyjaźnić. Obecnie nie wyobraża sobie życia bez chłopaka, który jest dla niej niemal jak brat. Irytujący, nawiasem.
Kiedyś, przez okres gimnazjum, była bardzo wycofana. Starała się ograniczać kontakty z innymi uczniami do minimum, a każda wizja dłuższej rozmowy ją przerażała. Z czasem zaczęła mieć nawet problemy z chodzeniem do sklepu, gdzie musiała zamienić dosłownie dwa słowa z kasjerką. Zaczęło to być dla niej takim problemem, że zmianę w zachowaniu córki zauważyli nawet rodzice i to właśnie oni namówili ją do wizyty u psychologa. Na szczęście pomogła ona wrócić Natashy do normalności. Nadal jest nieśmiała, jeśli chodzi o rozmowy z obcymi, ale nie ucieka od kontaktów i nie jest już tak wystraszona, jeśli musi z kimś pogadać. Później, w liceum, młoda Watson poznała Jareda, który pomógł jej zdobyć pewność siebie. Był to jeden z powodów, przez który dziewczyna dopuściła go do siebie i spróbowała się z nim zaprzyjaźnić. Obecnie nie wyobraża sobie życia bez chłopaka, który jest dla niej niemal jak brat. Irytujący, nawiasem.
Nie jest osobą gadatliwą, jednak do milczka również jej daleko. Instynktownie wyczuwa, kiedy powinna włączyć się do rozmowy, a kiedy pozostać jedynie obserwatorem i uprzejmie przytakiwać mówiącemu. Nigdy nie marnuje czasu. Nawet, jeśli się nie odzywa, błyskawicznie zapamiętuje informacje, które wyłapuje z tłoku innych, niepotrzebnych.
W Natashy nadal drzemie cząstka dziecka. Każdego traktuje z taką samą ogromną życzliwością, czym ujmuje przeciętnie osiemdziesiąt procent ludzi, z którymi ma styczność. Nigdy nie miała trudności z panowaniem nad swoimi emocjami, zazwyczaj pozostaje spokojna, a złość maskuje chłodną obojętnością, jednak nade wszystko nienawidzi fałszywości i kiedy ma z nią styczność, zmienia się w istną bombę zegarową. Co prawda, jak każdy człowiek czasami nagnie prawdę, ale kłamstwo, które jest ciągle powtarzane, a następnie poszerzane o kolejne nieprawdziwe fakty, brzydzi ją jak mało co. Jest świetną aktorką, ale umiejętność tą wykorzystuje najczęściej podczas przedstawień albo rozmawiając z bliskimi, nie chcąc ich martwić swoim gorszym samopoczuciem albo problemami. To szczera osoba, ale zanim coś powie, chwilę nad tym pomyśli. Zazwyczaj. Od czasu do czasu wypali coś bez namysłu, jednak zdarza się to jej sporadycznie. Po czymś takim robi swoją skruszoną-niewinną minę i trudno jej nie wybaczyć nawet bardzo kąśliwego komentarza.
Ma złote serce i wrodzoną opiekuńczość, którą otacza bliskie osoby. Przez to określenie można rozumieć rodzinę, przyjaciół, a także zwierzęta, które dziewczyna po prostu uwielbia. To właśnie ta osoba, która zawsze poczęstuje cię ciasteczkami, a kiedy będziesz chory przyniesie notatki albo ugotuje ciepłej zupy. W jej domu zawsze mieszkała co najmniej dwójka czworonożnych przyjaciół, nic dziwnego w końcu Watsonowie to prawdziwi psiarze. Szczególnym uczuciem Natasha darzy dwójkę terrierów. Patch i Nora - jego młodsza siostrzyczka z innego miotu - trafili do domu Watsonów zupełnie przypadkiem, kiedy nielegalna hodowla, w której się urodzili, została natychmiast zamknięta. Przeglądając ogłoszenia rozwieszone na tablicy w supermarkecie, dziewczyna natknęła się na kartkę z informacją, że pilnie poszukiwany jest opiekun dla dwójki terrierów. Ufne oczy ze zdjęcia tak ją urzekły, że jeszcze tego samego dnia namówiła rodziców na przygarnięcie dwójki psów, po które od razu pojechali. Nat tak bardzo związała się z Patchem i Norą, że nie miała oporów przed zabraniem ich ze sobą na studia. Ona się uczy, a psy spędzają czas w przytulnym pokoju, gdzie czekają na powrót właścicielki.
Nie można pominąć jej obsesji na punkcie porządku. Kiedy coś jest nie na swoim miejscu, szlag ją trafia - dosłownie i w przenośni. O tyle, o ile dbanie o własny pokój nie należy do rzeczy dziwnych, Natasha potrafi sama wziąć się za sprzątanie całego mieszkania. Z reguły wyprasza z niego swoje współlokatorki, byleby móc w spokoju i po swojemu doprowadzić lokum do stanu używalności. Czytaj, pedantycznej czystości.
Oprócz szkoły muzycznej, Natasha przez kilka lat uczęszczała również na zajęcia taneczne, gdzie - ku zaskoczeniu rodziny - nie odnosiła znacznych sukcesów. Tkwiła raczej w szarej strefie, nie wychylając się przed szereg. Co prawda, jej grupa wielokrotnie wygrywała mniejsze konkursy, ale dziewczyna nigdy nie wystąpiła solowo. Przerażało ją to. Co innego, jeśli chodzi o występ wokalny. Nat występowała najczęściej w duecie, z Jaredem, którego wsparcie było dla niej bezcenne. W malowaniu, rysowaniu czy szkicowaniu Natasha nie jest jakąś wielką gwiazdą, jednak lubi uczucie, które ją ogarnia, kiedy zadowolona z własnej pracy może zawiesić ją nad swoim biurkiem. Przez pewien próbowała swoich sił w grafice komputerowej, ale zdecydowanie preferuje tę tradycyjną. Papierowo-ołówkową.
Już jako siedmiolatka zaczęła uczyć się francuskiego i hiszpańskiego, a w liceum zapisała się na kurs języka norweskiego, który nie szedł jej jednak zbyt dobrze. Polskie korzenie zachęciły ją do nauki tamtejszego języka, ale skupiała się głównie na możliwości porozumiewania się niż bardziej szczegółowej nauce.
Nat to niewysoka, bowiem mierząca niecałe sto sześćdziesiąt pięć centymetrów dziewczyna o kształtnej, kobiecej sylwetce. Waży dokładnie pięćdziesiąt cztery kilogramy i jest z nich bardzo dumna. Dzięki świetnemu metabolizmowi jest szczupła, chociaż nigdy nie odmawia sobie "czegoś słodkiego", a na propozycję wyjścia do McDonalda reaguje ochoczo. Nie zmienia to faktu, że dziewczyna uwielbia sport i od czasów szkoły podstawowej bierze aktywny udział we wszystkich zawodach lekkoatletycznych i maratonach. Co rano, rutynowo, biega dwa albo trzy kilometry, by utrzymać formę. Na ramiona Natashy opada falami kaskada blond włosów z odznaczającymi się na jasnych kosmykach ciemnymi odrostami, które dziewczyna zazwyczaj zostawia rozpuszczone, rzadziej spinając je w wysoki koński ogon bądź niedbałego koka. Otaczają one jej twarz niczym świetlista aureola. Dziewczyna jest szatynką, ale dużo bardziej podoba jej się wersja jej samej w blond lub ciepłych, miedzianych odcieniach włosów. Usadowione poniżej łukowatych brwi duże oczy o orzechowo-miodowej barwie spoglądają na otaczający świat z życzliwością spod wachlarzy długich rzęs, których ciemny kolor jest jeszcze potęgowany poprzez używanie czarnego tuszu. Pełne, ładnie wykrojone blade usta Nat zazwyczaj podkreśla cienką warstwą malinowej bądź brzoskwiniowej szminki.
Natasha wybiera ubranie zależnie od swojego humoru. Jednego dnia z radością włoży zwiewną sukienkę rodem z ckliwego filmu o miłości, a kolejnego wybierze dżinsy i luźną, odrobinę za dużą na nią samą bluzę, a stopy wciśnie w ukochane adidasy. Buty. Natasha ma ich kilkanaście par. Dwie pary vansów, conversy... od wyboru do koloru.
Pupil:
Patch
Stosunki:
Marie Fitz-Watson - matka, chociaż początkowo była wściekła na córkę, że ta porzuciła możliwość zostania "kimś", później nabrała dystansu do całej tej sprawy i znowu zaczęła wspierać córkę.
Jabediah Watson - ojciec, przez długi czas czuł żal z powodu decyzji córki, ale po tym, jak obejrzał jeden z jej występów, zrozumiał co nią kierowało.
Kyler Simmons - były chłopak Natashy, najlepszy przyjaciel Jareda, który zapoznał go z Nat podczas wakacji. Byli całkiem dobraną parą i chociaż rozstali się podczas dość nieprzyjemnej kłótni, teraz są w dobrej komitywie. Dzięki stypendium sportowemu, Kyler dostał się na tą samą uczelnię co Natasha.
Jared Sherbourne - przyjaciel, to on jako pierwszy zwrócił się do niej per "Tash". Znają się od czasów liceum, bo chociaż chłopak jest starszy od niej o dwa lata, chodzili do tej samej klasy. Od zawsze wspólnie brali udział w apelach, dzięki czemu Jared dostał się na ten sam profil co Natasha.
Joanne Hood - przyjaciółka i współlokatorka, dziewczyny znają się od piaskownicy, dlatego zdecydowały się studiować razem na jednej z najlepszych brytyjskich uczelni. Razem z Isabel tworzą trio, którego trudno nie zauważyć.
Isabel Rudd - przyjaciółka i współlokatorka, chociaż poznały się dopiero, kiedy wprowadzały się do mieszkania - wcześniej pisały jedynie przez internet - świetnie się rozumieją i nie mają obaw przed zaufaniem sobie nawzajem.
Ciekawostki:
* Odkąd przeczytała "Światło między oceanami", zwraca się do Jareda po nazwisku, przez miłość do głównego bohatera książki - Toma Sherbourne'a
* W młodości przez jakiś czas bawiła się w modeling, jednak to szybko stało się dla niej męczące i porzuciła to dorywcze zajęcie.
* Uwielbia słuchać opowieści o ludziach, którzy utknęli we friendzonie.
* Zna na pamięć dosłownie wszystkie piosenki z filmów Disneya. No i z większości kreskówek. Serio.
*Zamiast zwyczajnego "przepraszam" zawsze mówi "wybacz". Sama nie wie, dlaczego.
* W przeciwieństwie do większości driad Natasha nie ma fioła na punkcie ekologii, ale zamiast tego jej bzikiem jest, a raczej są... płyny do kąpieli. Na swojej półce ma kilkanaście różnych próbek zapachów, które uwielbia testować. Jednego dnia może pachnąć pomarańczą, a następnego wanilią bądź różami.
* Chociaż jej rodzice są bardzo wierzący, ona sama po skończeniu osiemnastu lat została ateistką.
* Kiedy uczyła się polskiego rozbawiło ją słowo "brokuł". Od tego czasu, jeśli jeden z jej polskich znajomych powie to słowo, ona parska śmiechem.
* Jest głosem wiodącym w uniwersyteckim chórze acapella - Underwaters.
* Chociaż jej rodzice są bardzo wierzący, ona sama po skończeniu osiemnastu lat została ateistką.
* Kiedy uczyła się polskiego rozbawiło ją słowo "brokuł". Od tego czasu, jeśli jeden z jej polskich znajomych powie to słowo, ona parska śmiechem.
* Jest głosem wiodącym w uniwersyteckim chórze acapella - Underwaters.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



